rozwiń zwiń

Czarny kot nocą

Okładka książki Czarny kot nocą
Artur Cieślar Wydawnictwo: Rosner i Wspólnicy literatura piękna
255 str. 4 godz. 15 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2006-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2006-01-01
Liczba stron:
255
Czas czytania
4 godz. 15 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-60336-09-0
Średnia ocen

                6,4 6,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Czarny kot nocą w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Czarny kot nocą

Średnia ocen
6,4 / 10
28 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
171
75

Na półkach: , , ,

Piękna książka o poszukiwaniu swojej ścieżki, pogłębianiu duchowości, pokonywaniu ego, przyglądaniu się swojemu lękowi i temu, co skrywane głęboko. O pozbywaniu się iluzji wobec siebie i innych. Książka napisana bardzo ciepło, wręcz intymnie,bardzo szczera. Ma się wrażenie jakby czytało się z samego serca autora.

Piękna książka o poszukiwaniu swojej ścieżki, pogłębianiu duchowości, pokonywaniu ego, przyglądaniu się swojemu lękowi i temu, co skrywane głęboko. O pozbywaniu się iluzji wobec siebie i innych. Książka napisana bardzo ciepło, wręcz intymnie,bardzo szczera. Ma się wrażenie jakby czytało się z samego serca autora.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

74 użytkowników ma tytuł Czarny kot nocą na półkach głównych
  • 37
  • 35
  • 2
25 użytkowników ma tytuł Czarny kot nocą na półkach dodatkowych
  • 17
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Czarny kot nocą

Inne książki autora

Artur Cieślar
Artur Cieślar
Rocznik '67. Filolog romanista. Pisarz, reportażysta, podróżnik, fotografik. Jego dewiza brzmi: świat zapisany i sfotografowany umiera wolniej. Autor książek: "Kobieta metafizyczna", "Czarny kot nocą", "Tajemnicza Wyspa Wielkanocna", "Wschód i Zachód. Spotkania", "Jabłoń w ogrodzie morze jest blisko - rozmowa z Małgorzatą Braunek", "Kobieta metamuzyczna".
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Spowiedź Śpiącej Królewny Mariusz Sieniewicz
Spowiedź Śpiącej Królewny
Mariusz Sieniewicz
Dziuńdzie i misie w okopach Niedawno do księgarni trafiła wydana przez ZNAK nowa książka Mariusza Sieniewicza – „Śpiąca królewna”. Autor już nieraz udowodnił, że ma wyjątkowy talent do rzeźbienia z polszczyzny, do igrania nie tylko z nią, ale z całym europejskim dziedzictwem literackim. Jest w końcu doświadczonym i docenionym prozaikiem (wystarczy wymienić choćby nominowane do Paszportów Polityki „Czwarte Niebo” czy „Żydówek nie obsługujemy” – powieść, która doczekała się adaptacji teatralnej). Na fali zachwytu nad „Miastem szklanych słoni”, surrealistyczną baśnią o sile wyobraźni i nieprzyjemnych skutkach jej zaniedbywania, sięgnęłam po „Śpiącą królewnę” w nadziei, że i tym razem zaserwuje sobie kilka błogich godzin z dobrą literaturą. Tytułowa „Śpiąca królewna” to Emila – niebezpiecznie bliska czterdziestych urodzin panna na wydaniu obarczona dwójką stetryczałych, nienawidzących się rodziców i bogatym życiem wewnętrznym. Świat „Śpiącej” dzieli się na dwa: rzeczywistość, czyli „stan przedłużającej się bezsenności” oraz niekontrolowane sny – Emi cierpi na narkolepsję. Choroba jest niejako biletem do krain, w których porzucenie dotychczasowego, niesatysfakcjonującego jej losu jest prawie możliwe. Prawie, bo gdy bohaterka postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, okazuje się, że nie może podjąć samodzielnie nawet decyzji w kwestii własnego życia i śmieci. W tej trudnej rozterce chętnie towarzyszą jej rodzice, Bóg, Diabeł (obaj przypominający narcystycznych celebrytów) oraz Misie tj. mężczyźni o rozmaitych osobowościach i stylach bycia, zawsze jednak wysuwający się na pierwszy plan damsko-męskich relacji. Emi jest zniesmaczona tym, jak przestarzały i nienaruszalny jest układ ról w społeczeństwie. Wraz z przyjaciółkami o równie bajkowych pseudonimach – Calineczką, Kopciuszkiem, Księżniczką na Ziarnku Grochu i Gerdą – wytacza internetową walkę Misiom i Dziuńdziom, czyli uganiającym się za opiekuńczymi ramionami czcicielkom patriarchalnego porządku świata. Sieniewicz nawet nie próbuje udawać, że tworzy świat na kształt i podobieństwo realnego. Historia Emi narysowana została kolorowymi kredkami przez dorosłego mężczyznę, który w inteligentny sposób obśmiewa zaloty uczestniczących w matrymonialnej olimpiadzie Misiów i Dziuńdź. Faktu, że po krainie Śpiącej królewny oprowadza mężczyzna, nie da się ukryć: narrator popełnia gafę przy opisie nakładania makijażu (żadna szanująca się kobieta nie maluje oczu przed nałożeniem podkładu), czy stosunku rozmiaru ubrań do wagi ciała i ilości zjadanych przez główną bohaterkę bloczków ptasiego mleczka. Drobne wpadki sprawnie tuszuje jednak specyficzna kreacja polskiej Bridget Jones, która wychowana w „naszym kraju!!!”, musi stawić czoła rozpuszczonym i egotycznym Misiom. To nie jest łatwe, bo w świecie mnożących się płci nie ma miejsca dla wielu prawdziwych mężczyzn. Ci, którzy pozostali, bardziej przypominają Johnny’ego Bravo niż Clinta Eastwooda. Naprawy świata nie ułatwia także specyfika niereformowalnego, nadwiślańskiego społeczeństwa – wiecznie gotowego do walki ku chwale ojczyzny albo przynajmniej do wylania kilku łez nad jej ciągle pustym grobem. Wydaje się, że pokolenia, które miały jeszcze zaszczyt nosić nazwy, już zawsze będą rozstawiać po kątach młodsze, numerować je i pilnować, by kobieta była kobietą, mężczyzna mężczyzną. Żeby Polska była Polską. Chociaż sprawia przyjemność dobrze prowadzona narracja płynnie przenosząca czytelnika z jawy do snu, aż ma się wrażenie, że to kolejna wariacja na temat „Opowieści wigilijnej”, najbardziej zachwyca język. Zgodnie z typowym dla Sieniewicza stylem, w książce odnajdziemy nie tylko liczne przykłady intertekstualności (Świetlicki, Masłowska, sam Autor i inni), ale także złamane i na nowo poskładane frazeologizmy, średniowieczne wyrażenia przekształcone na potrzeby wypowiedzi bohaterów („ty poczywaj, a ja porodzę”) , czy złośliwie spreparowane i uroczo obśmiane teksty pieśni religijnych. W przeciwieństwie do prozy Michała Witkowskiego, w której skutkiem takie zabiegu są pretensjonalne wywody, te tutaj celują w wyważone poczucie humoru czytelnika. Tworzą sieć niezwykłych powiązań i z pewnością wciągną w nurt poszukiwań każdego literackiego Holmesa niekoniecznie w spódnicy. Fabuła, przewrotnie mówiąc, także nie odstraszy, ba!, zachwyci, o ile szanownemu czytelnikowi tematyka gender jeszcze się nie przejadła, a o to niestety łatwo. Współczesna polska proza najnowsza tkwi w okopach na froncie wojny o konwenanse płci kulturowej. Między mało już szokującymi opowieściami o homoseksualnej miłości a prozą kobiecą wywlekającą na światło lampki do czytania zakamarki kobiecej intymności, znalazła się humorystyczna powieść Sieniewicza. Z przymrużeniem oka, z typową dla swojego pióra lekkością pisarz obśmiewa odwieczną rywalizację. Kreuje bohaterów, którzy napinając muskuły, poprawiając przed lustrem makijaż i ćwicząc firmowe uśmiechy, wkraczają w świat głównie wirtualnego uwodzenia. W dobie odcieleśnienia ludzkich relacji niezwykle łatwo jest przedstawić siebie jako partnera idealnego: „Loverboya” czy „Śpiącą królewnę”. Nic więc dziwnego, że spora część wirtualnych randkowiczów wpada we własne sidła i zaczyna wierzyć w…bajeczkę o superego. „Śpiąca królewna” to w gruncie rzeczy refleksja nad utratą wiary w ideały, które oferowało dzieciństwo ze swoim nieograniczonym polem dla wyobraźni. W baśnie, w których księciu nie przychodziło do głowy poprosić księżniczkę o finansową zapomogę i to smoki, a nie szef, rodzina oraz wszystkiemu winna Rosja, stanowiły prawdziwe zagrożenie. Czytelnicy cierpiący na brak snów będą z pewnością delektować się każdą stroną tej powieści, dla wszystkich innych zainteresowanych tym, co w polskiej literaturze najmilej piszczy – lektura obowiązkowa. http://www.artysta.pl/artykuly/pokaz/dziundzie,i,misie,w,okopach-749
Metumtam - awatar Metumtam
ocenił na 7 13 lat temu
Egzamin z oddychania Jan Jakub Kolski
Egzamin z oddychania
Jan Jakub Kolski
Naprawdę trudno mi przekonać się do książek pisanych przez osoby znane z tego, że pisarzami nie są. Szczególnie, że kulfoniaste utwory wielu z tych osób, o katorżniczej drodze przez czerwony dywan aż do ścianki, skutecznie nas do ich czytania zniechęcają. Tymczasem ta książka okazała się najmilszym odkryciem. A historia wydaje się tak banalna, że aż chce się westchnąć z politowaniem. Po prostu uciekający przed smugą cienia, dojrzały mężczyzna zakochuje się w kilkadziesiąt lat młodszej od siebie dziewczynie. Nie dość, że młodej, to jeszcze ślicznej, głupiutkiej i bezgranicznie mu oddanej. Nie dość, że oddanej to wdzięcznej za wyrwanie z podłego życia z przewijającym się w tle kazirodztwem i seksualnymi wypadami za granicę w celach zarobkowych. Na tym jednak koniec z banałami, zaczyna się prawdziwa podróż przez życie Narratora. A życie to pełne jest trudnych egzaminów, nie tylko z oddychania. Już sam wstęp sugeruje, że autor usiłuje przygotować się do egzaminu z własnej śmierci. Bo śmierć matki przeżył, ale chyba czuje, że nie zdał celująco. Opowieść o chorobie i odchodzeniu mamy (nic piękniejszego i bardziej poruszającego nie czytałam od czasów lektury sceny umierania Księcia Salina w „Lamparcie”) przechodzi pięknie we wspomnienia dzieciństwa, bliskich osób, pierwszych miłosnych porywów, przydrożnych kapliczek i gadających rodzinnych portretów. JJK pięknie balansuje pomiędzy rzeczywistością a planem filmowym, bo przecież, jeśli coś nas boli i uwiera, pomyślmy o tym jak o filmie a nie o własnym życiu; i już nie będzie bolało. Tak mu powiedziała jego ledwie dorosła dziewczyna, ten muszelkowy głupolek z czarnym łebkiem, co to studiuje w Najwyższej Szkole Filmowej Świata a o filmach nic nie wie. I już wiemy, że i ten mężczyzna nie aż tak dojrzały i ta Muszelka nie taka tępa, że będzie dojrzewać, wczuwać się i wzrastać aż do Wielkiej Muszli szumiącej życiem i miłością. A może nie ludzie są tu głównymi bohaterami a miejsce, gdzie toczy się cała opowieść. Autor żyje po miejsku, pracuje po miejsku, podróżuje po dalekim świecie ale wszystko, co najważniejsze toczy się w Popielawach – wsi rodzinnej, bliskiej, znajomej aż po ostatni przydrożny kamień, pełnej duchów najbliższych. Jeśli u Wiesława Myśliwskiego wszystko zaczyna się i kończy w Dwikozach, to dla Kolskiego centrum całego wszechświata są Popielawy – źródło życia, natchnienia, punkt wyjścia w świat i miejsce wielkich powrotów. I dobrze jest po takiej lekturze jeszcze raz zerknąć na parę filmów Kolskiego, tak mocno i pięknie zanurzonych w tej wsi i w tych ludziach. Rzadko kiedy zdarza się taka harmonia osoby i jej twórczości. Celowo pomijam parę innych wątków z życia, które się żyje i historii, które się piszą, a które nadają tej opowieści dodatkowy sens. Czy to autobiografia? Trochę tak a trochę nie. Pewnie nadmiar dosłowności dotknąłby za bardzo nie tylko Muszelkę, ale i jej ze wszech miar cudowną Poprzedniczkę. Nie ma też co podziwiać autora za męstwo, odwagę, szlachetność czy inne górnolotne przymioty. Ale z tej osoby pełnej pęknięć, świadomości wielu niezdanych egzaminów, depresji, tęsknot i poczucia utraty wielu ważnych chwil, buduje się pełen kolorów portret Prawdziwego Artysty.
Katarzyna Anna - awatar Katarzyna Anna
oceniła na 9 3 lata temu
Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty Marek Bieńczyk
Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty
Marek Bieńczyk
Czy wędrowaliście kiedykolwiek poprzez meandry literackiego labiryntu, zbudowanego z mglistych metafor, niekończących się powtórzeń, wyliczeń, alegorii, cytatów po to tylko, by na samym końcu zatoczyć pełne koło i odkryć nic ponad bezkresną pustkę? W taki właśnie sposób wykreowana jest “Melancholia” Bieńczyka, który w mistrzowski sposób pisze o stracie, nieobecności organizującej istnienie. Autor poruszając wszelkie możliwe figury melancholii, wyliczając każdy jej przejaw, sposób, w jaki niewidzialny czarny duch rozpaczy atakuje nas, stara się oswoić problem, wyznaczyć granice. Dla Bieńczyka melaine koina staje się nie tylko stanem (chorobowym), lecz kulturowym uwarunkowaniem stwarzającym jednostkę nowoczesną. Dojmujące, obezwładniające ducha i ciało uczucie straty buduje zatem poczucie nietrwałości istnienia, przemijalności wszelkiego piękna, kruchej delikatności stworzenia. W tej pozornie luźno skomponowanej konstrukcji tkwi siła kreatorska, chęć eksploracji i empiryczność nastawienia. Równocześnie teksty kreślą wyjątkową sieć tkaną z delikatnych, ale i kanciastych, chropowatych słów. Są to maski przywdziewane przez Bieńczyka, cierpiętnika wykorzystującego wachlarz form odpowiednich, oksymoronicznych do wyrażenia słynnego „nic, które boli”, dojmująco odczuwanego całym ciałem i duchem. Melancholia w ujęciu autora zionie brakiem nadziei, czystą, niezgłębioną rozpaczą. Podmiot piszący jest uwięziony w fantasmagorycznej wizji rzeczywistości, w której czarna żółć sączy się spomiędzy wyrazów. Ucieczka między słowa jest jednak pozorna, akt pisania jest jedynie rondem, cieniem pochwyconej idei. Ponadto jest próbą uchronienia przed bezsensownością istnienia, to stwarzanie struktur świata przez narrację. Melancholia to także osobliwy filtr, przez który podmiot spogląda na otaczające realia – zaczernione, nieprzeniknione, zimne realia, nieprzyjazne i zobojętniałe. Rzeczywistość trwająca wokół to rodzaj pokoju, metaforycznej przestrzeni, zagraconej przez stosy piętrzących się przedmiotów; to świat zawalony rupieciami, w którym każdy z nich, w mniejszym lub większym stopniu, przypomina o niemożliwej do odzyskania utracie.
Paula Kulig - awatar Paula Kulig
ocenił na 8 1 rok temu
Królowa Tiramisu Bohdan Sławiński
Królowa Tiramisu
Bohdan Sławiński
"Królowa tiramisu" Bohdana Sławińskiego to dziwna książka, budząca we mnie zdecydowanie sprzeczne emocje. Czasami miałam ochotę rzucić ją w kąt, a innym razem czytając ją gościł uśmiech na mojej twarzy. Tak jak w tytułowej baśni o Królowej Tiramisu, nie wszystko co dla jednej osoby ma słodki smak tiramisu, jest gorzkie i niejadalne dla innej. Tak samo ta książka może być przez nas różnie odbierana. "Królowa tiramisu" to opowieść o młodym mężczyźnie, który poszukuje swojej drogi życiowej. Książka ze względu na jego losy, podzielona jest na dwie części: historię dzieciństwa i ukształtowanej przez nie dorosłości. Piotruś jako dziecko traci ojca, który stanowił dla niego bezpieczną przystań oraz wyznacznik prawidłowego rozwoju emocjonalnego. Po jego śmierci, matka szybko wiąże się z kolejnym mężczyzną, który wnosi do rodziny przemoc fizyczną oraz psychiczną. Przypowieść o wspomnianej wcześniej Królowej Tiramisu wraz z jej następcą – Królewiczem to alegoria o stopniowym przeistaczaniu się tego, co dobre - dzieciństwa Piotrusia, w destrukcyjny etap życia dorosłego już bohatera. Dzięki licznym aluzjom literackim, zakamuflowanym cytatom, przypisom do innych dzieł literackich zostało stworzone piękne dzieło. Czasami te bogate poetycko zabiegi powodują komunikacyjne zagubienie czytelnika, ale z drugiej strony bez tego ta książka byłaby po prostu nudna i ciężka do przeczytania. Polecam, ale nie jest to łatwa książka!
LilkaBegilka - awatar LilkaBegilka
oceniła na 7 2 lata temu
Lecą wieloryby Aleksander Kościów
Lecą wieloryby
Aleksander Kościów
Abstrahując od rodzinnego dramatu, od zawsze fascynował mnie świat ludzi śpiących. Tych pogrążonych w letargu na kilka miesięcy czy lat. Słysząc doniesienia mediów o kolejnym wybudzeniu po latach, oczekiwałam relacji jak tam jest, co czuli, co widzieli. Ku mojemu rozczarowaniu, nie pamiętali nic albo tylko migawki obrazów, fragmenty zdań czy ludzkich głosów z otoczenia, w którym leżało ich uśpione ciało. Nigdy nie wystarczało mi wyobraźni bym mogła wypełnić tę lukę, zaspokoić niedosyt wiedzy. Jestem przecież tylko zwykłym odbiorcą: uważnym słuchaczem, widzem albo czytelnikiem. I nareszcie doczekałam się książki, która podsunęła mi wizję, prawdopodobny obraz po drugiej stronie granicy jawy i snu. Znalazłam się w nim nagle, w jednym momencie, w sekundzie nieprzewidzianego zdarzenia, przeniesiona wraz z głównym bohaterem Jonem na drugą stronę. W sam środek innego wymiaru. Bez przygotowania, bez wiedzy o nim i jego mieszkańcach, pozornie bezładnie biegających ludzi. Bez instrukcji zachowania się w nim, czułam takie samo zagubienie jak Jon. Chociaż on miał dużo trudniej ode mnie. Ja wiedziałam co się stało, a Jon nie. Nie pojmował jak się w nim znalazł i dlaczego. Zachował jednak trzy najważniejsze rzeczy: brak znaczka (cokolwiek miałoby to oznaczać), cel i wolę. Z czasem przypomniał sobie obietnicę złożoną ukochanej Mai, że nigdy jej nie opuści. Był bogaty na tle współtowarzyszy w tę nieuświadomioną siłę popychającą do przodu, do działania, zmaterializowanej pod postacią pudełka z bezami, niesionego dla Mai w prezencie. Jeszcze za życia realnego. Tylko ono było mu znajome, stając się jedyną rzeczą jaka łączyła go cieniutką niteczką z poprzednim życiem. To ono przypominało mu, że dokądś dąży, że za kimś tęskni, że nie powinien tkwić w jednym miejscu, nie poddawać się ścigającym go ludziom, chcącym na siłę zatrzymać go w każdej krainie, przez które podążał, szukając drogi do ukochanej dziewczyny. Drogi do celu, której nikt nie znał, bo tworzył ją dopiero z każdym nowym krokiem. I o ile światy, po których błądził, wspinał się, uciekał Jon, te nierzeczywiste, całkowicie wymyślone, przeplatane z mającymi swoje odpowiedniki w życiu sprzed letargu, były dla mnie niebezpiecznie pociągające, zachęcające do pozostania, o tyle Jon, uzbrojony w uczucie dające mu siłę uporu, nie poddawał się tak łatwo. Walka o wydostanie się z krainy ułudy, w której można zobaczyć lecące wieloryby ciągnące ogromne cienie po ziemi, tak fascynujące w swojej nowości, była siłą tej opowieści. Walka samotna, w całkowitym zagubieniu, pełna niebezpieczeństw zakotwiczenia się na zawsze, ale na szczęście zdeterminowana miłością. Może to właśnie ona jest tym tajemniczym czynnikiem X warunkującym przebudzenie? Jedyną nitką, po której można wydobyć się z mroku krępującego wolę, niszczącego chęć powrotu, przykrywającego z wolna całunem zapomnienia? Autor w swoich fantazjach posunął się dalej. A co jeśli walka trwała zbyt długo? Co jeśli po kilkunastu latach zostawiony świat nie jest już tym samym? Co jeśli rzeczywistość pod powiekami była o wiele bardziej fascynująca? Co jeśli zacznie się żałować powrotu? Jeśli tak, to po co tak zaciekle walczyłam razem z Jonem, tak kurczowo wspinałam się, rzucałam w przepaść, uciekałam, nie poddawałam się sugestii, zaciekle broniłam przed zniewoleniem, chroniłam pudełko z bezami, by móc je wręczyć Mai? Czy tylko po to, by nie otrzymać odpowiedzi i nadal pytać czy było warto? Obym nigdy nie musiała odpowiadać sobie na to pytanie. Wystarczy mi wiedza, że tam we śnie ludzi pogrążonych we własnej świadomości trwa walka, której wynik nigdy nie jest przesądzony i nadzieja, że każda z tych osób ma swoje symboliczne pudełko z bezami. http://naostrzuksiazki.pl/
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 6 6 lat temu
Historia nudy Peter Toohey
Historia nudy
Peter Toohey
Jest taki typ człowieka, od którego uciekam dokądkolwiek i jak najdalej, byle szybko. To moje zupełne przeciwieństwo, które zamiast mnie przyciągać, za każdym razem odpycha. To typ ludyczny, przesiąknięty eskapizmem i z postawą roszczeniową wobec świata, który domaga się od innych wiecznej roli „czerwonego autobusu”. Poznaję go nie tylko po mowie ciała i mimice twarzy, które szczegółowo wymienia i opisuje autor tej książki, ale przede wszystkim po jednoznacznym zdaniu – Nudzi mi się! Częściej słyszę je u dzieci i młodzieży. Rzadziej u dorosłych. Tych pierwszych stymuluję zdaniem – Tylko dzieci głupie się nudzą! – wiedząc, że tą nietaktowną prowokacją zmuszę do pracy nad sobą. Tych drugich pozostawiam innym, bo nie jestem masochistką, a wampiryzm energetyczny mnie nie ekscytuje. Tych pierwszych rozumiem, bo jeszcze się rozwijają, dojrzewają i kształtują w sobie umiejętności radzenia sobie z emocjami. Tych drugich nie rozumiem, zastanawiając się, jak można było się tak zaniedbać? A może powinno być mi ich żal, że nie mieli wokół siebie mądrych opiekunów i wychowawców? Wiem, że jestem mało wyrozumiała, ale lenistwo zarówno fizyczne, jak i umysłowe, zamienione w pasożytnictwo, drażni mnie. Nie chcę być czyimś karmicielem, bo sama nie wiem, czym jest nuda, a jej pojęcia nie ma w moim słowniku. W powyższym wstępie zawarłam kilka moich osobistych tez, bardzo odmiennych od autora tej książki, który założył sobie, że "nuda w sensie darwinizmu jest uczuciem pełniącym funkcję adaptacyjną, które pomaga człowiekowi osiągnąć pełnię rozwoju. Nie mogę oprzeć się myśli, że nuda stanowi pewnego rodzaju błogosławieństwo". Błogosławieństwo?! Na dodatek zarzucił mi kłamstwo (skąd wiedział, że się tym pochwalę?) pisząc – "Wiele osób wręcz przechwala się tym, że nigdy się nie nudzą. Niemal wszystkie te osoby kłamią". Zatkało mnie! A potem zaproponował mi udział w teście określającym mój stopień podatności na nudę, podsuwając do wypełnienia kwestionariusz Boredom Proneness Scale (BPS), składający się z 28 pytań. Mój wynik okazał się obrzydliwie podręcznikowy, plasujący mnie w idealnej przeciętności. Udowodnił mi w ten sposób, że każdy, bez względu na to, co mówi, doświadcza nudy. Skoro tak, to ona musi się u mnie pojawiać i znikać, zanim ją zauważę i się zorientuję! – pomyślałam. I dokładnie tak jest, bo ten mój wynik świadczy również o wysokim stopniu odporności na nudę, której nie ulegam tak łatwo. Innymi słowami – nuda się pojawia, ale moja reakcja na nią jest błyskawiczna. Przekonał mnie – 1: 0 dla autora. Udowodnił, że nudzi się każdy, ale żeby nuda zaraz była błogosławieństwem? Gdyby tak było, każdy chciałby się nudzić! Powstałyby skomercjalizowane centra nudy do upojnego zanudzania klientów! Tymczasem nuda jest stanem nieprzyjemnym, przykrym i przytłaczającym. I właśnie w tych negatywnych cechach autor upatruje jej siłę i moc. To one dopingują człowieka do zmian, do nowych zachowań, do poszukiwań kolejnych bodźców niwelujących, zagłuszających, niszczących marazm i stagnację. Ta aktywność z kolei wpływa na rozwój mózgu, podnosząc poziom inteligencji intelektualnej, emocjonalnej i społecznej. Jednym słowem człowiek mądrzeje. No dobrze – pomyślałam – 2 : 0 dla autora. Niech będzie, że nuda jest potrzebna tak, jak każda inna emocja do rozwoju człowieka. Zwłaszcza że przy okazji udowodnił prawdziwość mojego nietaktownego powiedzenia. Jednak zaraz zadałam kolejne podchwytliwe pytanie – To dlaczego niektórzy, a patrząc dookoła siebie, jest ich nawet sporo, nudzą się permanentnie, zatrzymując się w rozwoju? I to również autor cierpliwie mi wytłumaczył, sięgając do genetyki warunkującej skłonności do określonych zachowań, do anatomii mózgu, w którym zachodzą procesy biochemiczne wpływające na poziom dopaminy odpowiedzialnej za uczucie nudy i wreszcie do nauk społecznych opisujących procesy psychospołeczne utrwalające złe nawyki nieradzenia sobie z nudą lub chodzenia na skróty poprzez używki. 3 : 0 dla autora! Przegrywałam sromotnie w tym starciu, ale nadal nie poddawałam się, drążąc temat następnym pytaniem – Skoro nuda jest taka pożyteczna i błogosławiona (trochę złośliwa jestem), to co robić, by móc nad nią panować? I tutaj otrzymałam cały rozdział odpowiedzi na nie, poświęcony środkom zaradczym (wymienia ich sporo), jakim jest między innymi umiejętność zarządzania wolnym czasem. Umiejętność! A z nią człowiek się nie rodzi, ale o tym, jak tę umiejętność w sobie ukształtować, wypracować, nabyć i w którym okresie rozwoju człowieka należałoby nad tym zacząć pracować, już ani słowa! 3 : 1 dla mnie! Bo zabrakło mi przysłowiowej kropki nad „i”, że tę umiejętność trzeba kształtować od najmłodszych lat, bo to od niej zależy, jakim stanie się człowiekiem dorosłym – kreatywnym, pasożytem czy degeneratem. Nieumiejętność radzenia sobie z nudą to poważna wada prowadząca ostatecznie do zachowań patologicznych i chorób psychicznych. Pomimo przegranej polemiki, wynik uważam za bardzo satysfakcjonujący, bo oznaczający poszerzenie mojej dotychczasowej wiedzy. Podważył niektóre moje poglądy, uzupełnił o nowe fakty, a przede wszystkim wprowadził mnie w osłupienie, uświadamiając mi, za jak wiele zachowań ludzkich odpowiedzialna jest ta błaha, niepozorna, bagatelizowana i na pozór nieszkodliwa emocja społeczna. Obecna od zawsze, nawet jeśli niewidoczna i nienazwana w początkowym okresie rozwoju społeczeństwa, jak udowadnia autor w rozdziale szkicującym jej rys historyczny. Badawczy charakter pracy, w której autor postawił cytowaną wcześniej przeze mnie tezę, pozwolił na przytoczenie wielu poglądów naukowych i filozoficznych, na polemikę z ich autorami. Praca nie jest nowatorska tematycznie, bo na temat nudy zapisano wiele stron kartek, o czym można przekonać się, zaglądając do bibliografii załącznikowej w książce, ale dostarcza nowych definicji pojęć sformułowanych przez autora oraz nowych spojrzeń na niektóre aspekty nudy. Ogromną satysfakcję poczułam, kiedy odkryłam, że moje uporczywe zastępowanie „nudy egzystencjalnej” pojęciem „bólu egzystencjalnego” według autora ma sens, zaprzeczając istnieniu tego pierwszego twierdzeniem – "Nuda egzystencjalna to koncepcja teoretyczna.[…] jest raczej wytworem intelektu". By trochę ironicznie dodać – "Czasami wydaje się, że ludzie o głębszych zainteresowaniach – jak choćby religią czy filozofią – przybrali nudę w ozdobne piórka, aby wydawała się czymś lepszym, niż w istocie jest: a zatem znudzonemu i przygnębionemu mnichowi doskwiera acedia; uczony ogarnięty znużeniem staje się melancholikiem; filozof w kleszczach samotności staje się ofiarą przypadkowości lub Mdłości". Wachlarz odmian tak zwanej nudy egzystencjalnej jest fascynujący, snobistyczny i jak dobrze kamuflujący własne, prozaiczne (w sensie – nie filozoficzne) problemy! Całość pracy autor ilustruje fragmentami znanych powieści opisujących wprost lub w podtekście nudę (niektóre interpretacje są dla mnie nowatorskie i fascynujące!) oraz czarno-białymi zdjęciami nawiązującymi do uczucia nudy. Po tej książce pozostaje mi tylko przytoczyć trzy wersy z wiersza "Nieczytanie" Wisławy Szymborskiej, która w kilku lapidarnych słowach ujęła obraz współczesnego społeczeństwa, w dużej mierze ukształtowanego brakiem umiejętności radzenia sobie z nudą: Żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami. naostrzuksiazki.pl
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 7 4 lata temu

Cytaty z książki Czarny kot nocą

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Czarny kot nocą