Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, kobiety wyświęconej w Czechach

Okładka książki Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, kobiety wyświęconej w Czechach
Tomasz Maćkowiak Wydawnictwo: Znak reportaż
313 str. 5 godz. 13 min.
Kategoria:
reportaż
Format:
papier
Data wydania:
2022-08-16
Data 1. wyd. pol.:
2022-08-16
Liczba stron:
313
Czas czytania
5 godz. 13 min.
Język:
polski
ISBN:
9788324061921
Średnia ocen

                6,0 6,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, kobiety wyświęconej w Czechach w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, kobiety wyświęconej w Czechach



książek na półce przeczytane 1024 napisanych opinii 1015

Oceny książki Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, kobiety wyświęconej w Czechach

Średnia ocen
6,0 / 10
46 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
16711
3155

Na półkach: ,

Książka Tomasza Maćkowiaka, Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, to reportaż, który uderza w same fundamenty współczesnej debaty o roli kobiet w Kościele, a jednocześnie stanowi fascynujący zapis historii „Kościoła podziemnego” w komunistycznej Czechosłowacji. Moja ocena to solidne 7/10 – to lektura obowiązkowa dla osób szukających w religii autentyzmu, choć momentami pozostawiająca niedosyt w warstwie teologicznej analizy.

Kontekst: Kościół w mroku konspiracji
Punktem wyjścia jest tu sytuacja Koinótés – tajnych struktur kościelnych działających w Czechosłowacji po 1948 roku. Maćkowiak z reporterską precyzją odtwarza atmosferę ciągłego zagrożenia ze strony StB (czechosłowackiej bezpieki), która zmusiła wierzących do ekstremalnych rozwiązań. To właśnie w tym mroku narodziła się wizja biskupa Felixa Davídka, który uznał, że w świecie, gdzie księża trafiają do obozów pracy, kobiety muszą otrzymać sakrament święceń, by móc nieść posługę tam, gdzie mężczyźni nie mają wstępu – m.in. uwięzionym kobietom.

Centralną postacią jest Ludmiła Javorová – kobieta, która w 1970 roku została wyświęcona na księdza. Maćkowiak nie buduje jej pomnika; przedstawia ją jako osobę pełną pokory, głębokiej wiary, ale i tragicznego rozdarcia. Najbardziej przejmujące fragmenty książki dotyczą okresu po upadku komunizmu, kiedy to Watykan uznał jej święcenia za nieważne, a ona sama została zepchnięta na margines życia kościelnego. Autor świetnie pokazuje ten paradoks: Ludmiła, która ryzykowała życie dla wiary w czasach prześladowań, w czasach wolności stała się dla oficjalnego Kościoła niewygodnym problemem, o którym najlepiej byłoby zapomnieć.

Chciałabym docenić wartość historyczną i emocjonalną publikacji. Maćkowiak pisze sprawnie, z dużym szacunkiem do swojej rozmówczyni, unikając taniej sensacji. Jednakże, z perspektywy czytelnika szukającego głębszej analizy systemowej, książka bywa nieco zbyt wąska. Autor skupia się na biografii Javorovej, traktując spory teologiczne i kanoniczne dość pobieżnie. Momentami narracja traci dynamikę, grzęznąc w opisach codzienności, które, choć oddają klimat epoki, nie zawsze wnoszą nową jakość do głównej osi sporu o kapłaństwo kobiet.

Byłam katolickim księdzem to poruszający portret kobiety, która wyprzedziła swój czas. To reportaż o odwadze, która nie szukała poklasku, oraz o instytucji, która nie potrafiła poradzić sobie z własną, heroiczną historią. Maćkowiak udowadnia, że historia Ludmiły Javorovej to nie tylko anegdota zza żelaznej kurtyny, ale wciąż otwarte pytanie o granice sakramentów i naturę powołania.

Książka Tomasza Maćkowiaka, Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, to reportaż, który uderza w same fundamenty współczesnej debaty o roli kobiet w Kościele, a jednocześnie stanowi fascynujący zapis historii „Kościoła podziemnego” w komunistycznej Czechosłowacji. Moja ocena to solidne 7/10 – to lektura obowiązkowa dla osób szukających w religii autentyzmu,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

154 użytkowników ma tytuł Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, kobiety wyświęconej w Czechach na półkach głównych
  • 90
  • 61
  • 3
29 użytkowników ma tytuł Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, kobiety wyświęconej w Czechach na półkach dodatkowych
  • 12
  • 5
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, kobiety wyświęconej w Czechach

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Sławne psy i ich ludzie Michał Korda
Sławne psy i ich ludzie
Michał Korda
Książka Michała Kordy „Sławne psy i ich ludzie” to barwna i pełna emocji opowieść, która łączy miłość do psów z fascynującymi biografiami sławnych ludzi. Autor, poprzez zbiór krótkich, ale treściwych historii, ukazuje, jak psy stały się niezastąpionymi towarzyszami wybitnych osobowości – od artystów i polityków po sportowców i członków rodziny królewskiej. Książka jest dowodem na to, że pies potrafi być nie tylko najlepszym przyjacielem człowieka, ale także jego wiernym powiernikiem, źródłem radości i inspiracji. Jednym z najbardziej wzruszających fragmentów jest historia Baracka Obamy i jego psa Bo. Jak przyznaje Korda, prezydent Stanów Zjednoczonych, dotrzymując obietnicy złożonej dzieciom, szukał dla swojej rodziny odpowiedniego psa. Portugalski pies Bo szybko stał się ulubieńcem, a jego obecność zbliżyła całą rodzinę, a także wzbudziła sympatię wśród miłośników komiksów DC. To właśnie takie anegdoty, pełne ciepła i autentyczności, sprawiają, że książka staje się nie tylko interesującą lekturą, ale także źródłem refleksji nad relacją człowieka z jego czworonogim przyjacielem. Korda nie ogranicza się jedynie do opisywania znanych postaci. Przykłady, jak psy Kory – artystki o niezapomnianym głosie – czy najsłynniejszego projektanta mody, Alexander McQueen, który nie wyjeżdżał bez swoich psów, ukazują, że psy były obecne wszędzie tam, gdzie ich właściciele tworzyli swoje historie. Pośród wielu wzruszających historii Korda nie zapomina o historii psów, które były dla swoich właścicieli nie tylko towarzyszami, ale wręcz ratownikami psychicznych i emocjonalnych trudów. John Steinbeck i jego pies Charley to przykład tego, jak pies może być kompanem na długich podróżach, a także pomocnikiem w realizacji pisarskich pasji i marzeń. Książka „Sławne psy i ich ludzie” zachwyca swoją różnorodnością. Każda opowieść jest osobna, ale razem tworzą obraz psów, które są równie istotne, jak ich właściciele. Korda stawia również pytanie: kto tak naprawdę potrzebuje kogo bardziej – czy to pies człowieka, czy człowiek psa? Ta publikacja dostarcza odpowiedzi nie tylko na to pytanie, ale także na wiele innych, związanych z relacjami między zwierzętami a ich opiekunami. Warto również zwrócić uwagę na styl, jakim Korda posługuje się w tej książce. Jego język jest lekki, pełen humoru i ciepła, co sprawia, że czytanie „Sławnych psów i ich ludzi” jest przyjemnością od pierwszej do ostatniej strony. Dodatkowo, liczba osobistych anegdot i cytatów od samych bohaterów dodaje autentyczności każdej historii. Podsumowując, „Sławne psy i ich ludzie” to książka, która łączy świat ludzi i ich psów w wyjątkowy sposób. To doskonała lektura dla każdego miłośnika czworonogów, ale także dla tych, którzy chcą spojrzeć na życie sławnych ludzi z zupełnie innej perspektywy – pełnej lojalności, radości i bezwarunkowej miłości.
Bettygreen - awatar Bettygreen
ocenił na 7 1 rok temu
Niewygodni. Mówią prawdę o wojnie Magdalena Rigamonti
Niewygodni. Mówią prawdę o wojnie
Magdalena Rigamonti
Książka Magdaleny Rigamonti, „Niewygodni. Mówią prawdę o wojnie”, to pozycja, która wdziera się w sumienie czytelnika z siłą pocisku. Autorka, znana z bezkompromisowego podejścia do dziennikarstwa śledczego i wywiadu, tym razem oddaje głos osobom, których relacje nie pasują do wygładzonych, podręcznikowych wersji historii. Moja ocena to solidne 7/10 – to rzetelny, bolesny i niezwykle potrzebny zbiór rozmów, który odziera wojnę z patriotycznego patosu, zostawiając jedynie surowy obraz ludzkiego cierpienia i moralnej dwuznaczności. W przypadku tej książki trudno mówić o fabule w sensie beletrystycznym. To raczej precyzyjnie skonstruowana mozaika wspomnień. Rigamonti rozmawia z ostatnimi świadkami historii – tymi, którzy widzieli rzeź wołyńską, przeżyli obozy, czy walczyli w partyzantce, ale ich opowieści przez lata były spychane na margines. Kluczem doboru rozmówców jest ich „niewygodność”. To ludzie, którzy nie boją się mówić o tym, że polscy bohaterowie bywali katami, a ofiary nie zawsze były niewinne. Autorka rzetelnie prowadzi swoich rozmówców przez labirynty pamięci, wyciągając na światło dzienne detale, które wywołują ciarki. Książka nie skupia się na wielkich bitwach, ale na tym, co działo się „pomiędzy” – w piwnicach, na strychach i w lasach, gdzie walka o przetrwanie często wymagała porzucenia człowieczeństwa. To brutalna lekcja historii, która pokazuje, że prawda o wojnie ma wiele odcieni szarości. Największą siłą tej publikacji jest warsztat dziennikarski Rigamonti. Autorka wykazuje się ogromnym profesjonalizmem, zadając pytania trudne, często bolesne, ale zawsze z szacunkiem do rozmówcy. Jej fachowość objawia się w umiejętności słuchania – pozwala świadkom mówić, nie przerywając im zbędnym komentarzem, co buduje intymną i gęstą atmosferę. Kolejnym atutem jest odwaga w dekonstruowaniu narodowych mitów. Rigamonti nie boi się kontrowersji, wierząc, że tylko pełna prawda, nawet ta najgorsza, może przynieść oczyszczenie. Pomimo wysokiego poziomu, książka posiada pewne słabsze punkty: Emocjonalne przeładowanie: Nagromadzenie traum i opisów okrucieństwa jest tak duże, że lektura staje się chwilami nie do zniesienia. Brak „oddechu” między kolejnymi rozmowami może powodować u czytelnika znieczulenie na opisywane tragedie. Nierówność rozmów: Niektóre wywiady są wybitne i odkrywcze, inne zaś wydają się powielać znane już schematy, co nieco osłabia siłę rażenia całej publikacji. Brak szerszego komentarza historycznego: Choć surowość relacji jest zamierzona, momentami brakuje mocniejszego osadzenia faktograficznego, który pomógłby młodszym czytelnikom w pełni zrozumieć kontekst opisywanych wydarzeń. „Niewygodni” to lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć, że wojna to przede wszystkim trauma pokoleń, a nie tylko daty w podręczniku. Magdalena Rigamonti wykonała rzetelną pracę, ratując od zapomnienia głosy, które dla wielu wciąż są zbyt trudne do wysłuchania.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Niemiecki ksiądz u progu Auschwitz Manfred Deselaers
Niemiecki ksiądz u progu Auschwitz
Manfred Deselaers Piotr Żyłka
Ja też jestem zdolny do takiego zła. Zwłaszcza wtedy, gdy nie pamiętam, że nie ma prostego podziału na „dobrych nas” i „złych ich”. Za każdym razem, gdy milczę i udaję, że nic złego się nie dzieje, że niczego nie widzę. Widząc, słuchając i dotykając Auschwitz, nie da się pozostać obojętnym. Co to znaczy dla mnie? Moją odpowiedzialnością w obliczu Auschwitz jest odpowiedź konkretnym dobrem. Odpowiedź ta „nie musi być tak wielka, jak wielkie było zło Auschwitz. Ona może być według mojej miary. Zrobić to, co potrafię, tyle, ile jestem w stanie. (…) To wystarczy i to właśnie powinienem starać się realizować.” Pierwszym obowiązkiem człowieka jest starać się poznać błędy przeszłości, zrozumieć ich sedno; pracować, by się nie powtórzyły. Drugi dotyczy poszanowania inności czy różnorodności – bo Auschwitz uświadamia światu godność każdego człowieka. „Świat składa się z przeciwieństw. Czasem dobrze jest, że one są. Niwelowanie różnic może oznaczać zafałszowanie, a to nie jest dobrze. Z tych wszystkich kontrastów i tak nic nie pozostanie. Pozostanie tylko wielka miłość. Jak mogłoby być inaczej”(Edith Stein). Wreszcie, „Wszyscy jesteśmy powołani, by opowiedzieć się całym naszym życiem za pokojem, przebaczeniem i solidarnością.” I to nie mogą być puste słowa, bo one byłyby zniewagą ofiar. Musi iść za tym moja reakcja i moje postanowienie. Ostatnie słowo w tym miejscu nie należy do Hitlera czy Hossa. Należy do nas. Dialog „Ludzie potrzebują czasu, żeby to dotykanie Auschwitz w sobie przetrawić. Dlatego najpierw zachęcamy do wyciszenia. Później ważna jest możliwość rozmawiania z innymi, którzy tu są. (…) Zaczynamy od siebie, ale potem pytamy, co ta pamięć robi z naszymi relacjami. Po zdobyciu wiedzy i intymnej, osobistej refleksji przychodzi czas na dialog.” Dialog staje się wielkim przesłaniem tego miejsca. Musimy coś zrobić, żeby się nawzajem poznawać, powinniśmy podejmować trud rozumienia innych, szanowania innych – nawet pełni obaw wobec inności, niezrozumienia. Dialog wymaga realnego słuchania innych – jako podstawy i początku. Potem można się skupić na swojej perspektywie – nie mówimy o innych, mówimy o sobie. Co również istotne, „w dialogu chodzi bardziej o szacunek dla inności innego niż o próby ujednolicania wizji, stworzenia jakiegoś miszmaszu.” Jeżeli nauczymy się, tworząc bliskie relacje, leczyć nasze rany z przeszłości i budować lepszą wspólną przyszłość, jeżeli będziemy ludźmi pokoju, którzy potrafią mówić „nie” kolejnym tyranom, to będzie tryumf dobra, którego tak bardzo wszyscy potrzebujemy. Lepszym człowiekiem nie można być samemu, to jest możliwe tylko z innymi. Ofiary Auschwitz Nigdy nie zapomnę tamtej nocy, pierwszej nocy w obozie, która zmieniła moje życie w jedną długą noc, siedmiokrotnie przeklętą i siedem razy zapieczętowaną. Nigdy nie zapomnę twarzyczek dzieci, których działa w moich oczach unosiły się kłębami dymu ku cichemu, błękitnemu niebu. Nigdy nie zapomnę dymu. Nigdy nie zapomnę płomieni, które na zawsze pochłonęły moją wiarę. Nigdy nie zapomnę nocnej ciszy, która na wieki pozbawiła mnie chęci do życia. Nigdy nie zapomnę tamtych chwil, które zamordowały mego Boga i duszę i obróciły w proch moje marzenia. Nigdy tego nie zapomnę, nawet gdyby przyszło mi żyć tak długo jak samemu Bogu. Nigdy. Elie Wiesel - "Noc" Ludzie, którzy przeżyli horror obozu koncentracyjnego musieli radzić sobie dalej z traumą, której już nie da się cofnąć, która niszczy coś w człowieku raz na zawsze. Obserwując upadek kolejnych wartości, pozostało im wyłącznie to, co najgłębsze - godność i solidarność. Heroizmem było tu nie żyć samemu, ale dostrzec drugiego. „Maria Stromberger kiedyś powiedziała, że po wojnie już nigdy nie była szczęśliwa, bo całą miłość zostawiła w Auschwitz. Tego zdania nie byłem w stanie spokojnie powtórzyć (…) I dalej nie jestem.” Ból, cierpienie, trauma, próby pozbawienia człowieczeństwa – starcie się z najgłębszym przejawem ludzkiej godności. Każdy reagował na to inaczej, w „trudnym napięciu między zależnością i wolnością, słabością i odpowiedzialnością”. Każdy reagował, przepracowywał traumę w sobie inaczej, utrzymując lub tracąc wewnętrzną wolność. Jacek Zieleniewicz – jedna z osób osadzonych – zaprzyjaźnił się po wojnie z wieloma Niemcami, a „kończąc opowieść o Zagładzie, mówił: „Czy to nie jest piękne, że dzisiaj możemy być przyjaciółmi?” Wiedział, że nie dla wszystkich jest to oczywiste. Jemu udało się przezwyciężyć nienawiść. Sprawcy Auschwitz Wszyscy zadajemy sobie pytanie o powód, dla którego wydarzyły się fabryki śmierci – obozy koncentracyjne, miejsca poniżenia i zagłady – gdzie wśród nieopisanych mąk psychicznych i fizycznych byli poniżani i ginęli ludzie. Nazistów – normalnych ludzi – przekonała niestety prosta wizja rzeczywistości, która jednoznacznie segreguje na lepszych i gorszych, wskazuje kryteria, jasną misję i upraszcza rzeczywistość, w ramach wizji świata „w której gardziło się innym i za wszelką cenę dążyło do realizacji własnych interesów.” Jak przyznaje sam komendant Auschwitz – Rudolf Hoss – „Największym błędem mego życia było to, że wszystkiemu, co przychodziło „z góry” wierzyłem i nie odważyłem się mieć najmniejszych wątpliwości co do prawdziwości tego, co głoszono.” Pozostawia swojemu synowi przestrogę: „Idź przez życie z otwartymi oczyma. Nie bądź jednostronny, we wszystkich sprawach rozważaj za i przeciw. We wszystkim, co będziesz czynił, nie kieruj się wyłącznie rozumem, lecz zważaj zwłaszcza na głos swego serca.” Hoss uwierzył, że ideologia nazizmu naprawdę zmieni świat. „Czuł, że odnalazł prawdziwą wspólnotę, swoje zadanie życiowe i misję. Wizje Hitlera i zasiewany przez niego światopogląd tłumaczyły mu cały świat. Dla zagubionego, zawiedzionego (…) człowieka było to coś ogromnie atrakcyjnego. Nagle wszystko stawało się jasne. (…) Hitler nie dawał jedynie wizji, ale także zapraszał do drogi.” Wszyscy jesteśmy podatni na ideologie i potencjalnie każdy z nas może stać się płaszczyzną podatną na kolejne ujednolicanie, proste odpowiedzi. Kluczowym pytaniem jest to, czy pozostaniemy otwarci na świat. Na poszukiwanie prawdy. Na spotkanie inności. Obecność Boga w obozie Gdzie był Bóg, gdy dział się taki horror? Dlaczego na to pozwolił? Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Na pewno „nie mamy prawa zrzucać odpowiedzialności za to, co się stało na Boga. Zagłady dokonali ludzie i to oni są za nią odpowiedzialni.” To od nas zależy wygląd świata – możemy być dobrzy, wziąć odpowiedzialność, kierować się wzajemną troską. Możemy przeciwnie – być egoistyczni, czuć się lepsi od innych… budując sobie „dom, w którym trudno wytrzymać”. Wołania, towarzyszenie i miłość Boga w żaden sposób nie narusza naszej wolności i odpowiedzialności – a więc naszych zachowań. „W tym kontekście właściwe jest pytanie o to, dlaczego Bóg pozwolił ludziom na takie zachowanie. (…) Odpowiedzią jest wolność, którą Stwórca obdarzył każdego człowieka. Teoretycznie Bóg mógł nie pozwolić człowiekowi na te wszystkie bestialstwa, ale wtedy nie byłoby wolności.” Bóg zdaje się, że był w Auschwitz – w godności człowieka, w dobroci ofiarnej pomocy bezinteresownych ludzi, w ubóstwie i opuszczeniu Jezusa, którego „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?” wciąż pomaga cierpiącym odnaleźć samych siebie. „Wierzę, że Chrystus był tu razem z więźniami. Do samego końca. Tak jak do końca poszedł z miłości do człowieka na krzyż.” Sam Ukrzyżowany druzgocze koncepcję aryjskiego nadczłowieka – ujawniając prawdę o tych, którzy w niemocy są silni, ponieważ są prawdziwi – mocni duchem i prawdą. Warto też oddać na chwilę głos żydowskiej teologii po Auschwitz: „Eliezer Berkovits odpowiadał na pytanie, gdzie był Bóg, kiedy masowo mordowano Żydów, rozwinięciem obrazu z Psalmów: Bóg schował swoją twarz. Psalmista krzyczy: „Ocknij się! Dlaczego śpisz, Panie? Przebudź się! Nie odrzucaj nas na zawsze! Dlaczego ukrywasz Twoje oblicze? Zapominasz o nędzy i ucisku naszym? (…) Powstań, przyjdź nam na pomoc i wyzwól nas przez swą łaskawość!” A Berkovits dodaje: czemu Bóg schował swoją twarz? Ponieważ człowiek jest wolny i odpowiada za swoje czyny, a Bóg nie chce w nie ingerować. Widząc zaś, co człowiek robi ze swoją wolnością i jak w konsekwencji cierpi naród, Bóg odwraca swoją twarz.” Rabin Pecaric powiedział natomiast, że „nie wie, dlaczego Bóg pozwolił na to wszystko, co się stało w obozach, nie jest w stanie tego zrozumieć, nie mieści mu się to w głowie, ale to nie znaczy, że nie ma Boga ani że Bóg nie jest wierny. To znaczy po prostu tyle, że on nie rozumie.” Wierzyć (w Auschwitz) znaczy nieustannie szukać sensu wiary. „Wiara w Boga okazuje się tutaj Jego ciągłym poszukiwaniem, które nieprzerwanie przynosi pytanie: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Inny sposób modlitwy w Auschwitz wydaje się niemożliwy.” Finalnie, „jeśli ktoś, kto przeszedł w Auschwitz piekło, mówi mi, że żadnego miłosiernego Boga tam nie spotkał, to kim ja jestem, żeby mu mówić, że się myli i ja wiem lepiej?” Wiara po Auschwitz Refleksja chrześcijan, po tak strasznych wydarzeniach, musi wciąż uświadamiać, że „zdrowo i dojrzale rozumiana wiara jest rezultatem otwartości na świat, na poszukiwanie prawdy, na spotkanie, na budowanie relacji z Bogiem i drugim człowiekiem, jest gotowością do wyruszenia w nieznane. Jest w niej także miejsce na wątpliwości. Wszystko to zbudowane jest wokół miłości, a prawdziwa miłość nie chce opanowania drugiego, ale szanuje jego wolność, jego tajemnicę, i chce ją coraz lepiej rozumieć, aby budować wspólny świat. Człowiek wierzący jest człowiekiem głębokiego zaufania, a jednocześnie wielu pytań. Stale jest gotów zmieniać swoje życie.” Jednocześnie, jako że było to miejsce głównie zagłady Żydów, miejsce zupełnego mroku, kryzysu i pustki każdego religijnego oręża, „Trzeba wytrzymać pustkę (…) My, chrześcijanie, musimy nauczyć się patrzenia na Auschwitz, które pozbawione jest dodatkowej symboliki. Pustka tego miejsca musi pozostać najwymowniejszym wyrazem i przypominać, że Ci, którym przyszło tam żyć, cierpieć i umierać, ginęli niepocieszeni, w opuszczeniu, samotności i trwodze.” Pokój Dziś stoimy przed wieloma wyzwaniami politycznymi, w związku z toczącymi się wojnami, z kryzysami wartości, przemianami społecznymi. Nie możemy myśleć o budowaniu pokoju jedynie w kategoriach zwiększania zasobów militarnych, rozwijania koncepcji wojny sprawiedliwej czy obrony wartości. Takie podejście eskaluje i w końcu może być katastrofalne w skutkach. Trzeba pamiętać o tym, „co sprawia, że w ogóle chwytamy za broń. Przecież zawsze jest skutkiem konfrontacji idei, ideologii, i tego że z naszym człowieczeństwem jest coś nie tak. (…) Musimy się zastanawiać, jak uzdrawiać przyczyny konfliktów i wojen.” Pokój wymaga otwartości. Trwały porządek w Europie, co słusznie zauważa autor, powinien obejmować próbę zbudowania pokoju „razem z Rosjanami”: „I boli mnie, że nie słyszę prawie w ogóle głosów refleksji w tym kierunku. Są za to inne głosy: kto naprawdę zna Rosjan, ten wie, że to się nie uda. Oni zawsze będą ostatecznie używać siły i rozpętywać wojny. Ale ja nie chcę tak myśleć. I znam Rosjan, którzy również pragną innej przyszłości. (…) Trzeba (…) pomagać Rosjanom odnaleźć pozytywną tożsamość, pomóc im się wyzwolić z tego przekonania, że jesteśmy kimś, jeśli jesteśmy silni i wszyscy się nas boją, i odkryć co innego: że naprawdę jesteśmy kimś, jeżeli potrafimy budować dobro razem z innymi ludźmi, troszczyć się o siebie nawzajem i mieć wrażliwe sumienia. (…) Europa może być w pełni sobą i żyć w prawdziwym i długotrwałym pokoju tylko razem z Rosjanami. Nie z rosyjskim totalitaryzmem, ale z ludźmi, którym trzeba pomóc odnaleźć prawdziwe wartości.” Na Auschwitz nie można machnąć ręką - zapoznać się, zadumać i odejść. Zaczynając od siebie, powinniśmy zacząć budować coraz szersze kręgi pokoju: „Wrażliwość, uważność, wysłuchanie drugiego człowieka, dialog - w ten sposób próbuję rozszerzać ten krąg pokoju. (…) Najpierw moje serce, potem ludzie najbliżej mnie, ale bez zamykania się we własnym środowisku, z otwartością na poznawanie i budowanie nowych relacji z innymi - ludźmi różnych doświadczeń, narodowości, wyznań, kultur i światopoglądów. Również bez wyrzekania się swojej tożsamości i negowania różnic, jakie są między nami, ale z szacunkiem dla innych i szukaniem bardziej tego, co nas łączy, niż tego, co dzieli."
Miłosz Kozikowski - awatar Miłosz Kozikowski
ocenił na 9 1 rok temu
Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym Jakub Szymczak
Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym
Jakub Szymczak
„A nie jest to zwykły sąd. Nie może skazać na więzienie, karę śmierci, grzywnę pieniężną. Może za to potępić. Wydalić ze społeczności żydowskiej. Dać naganę. Dla niektórych to o wiele gorsze niż śmierć”*. Druga wojna światowa jeszcze trwała, gdy na wyzwolonych terenach, Centralny Komitet Żydów w Polsce powołał Żydowski Sąd Społeczny. Celem jego działania było (ewentualne) piętnowanie tych, którzy w czasie okupacji splamili się współpracą z Niemcami. Sprawy rozpatrywane przez Żydowski Sąd Społeczny, w pewnym sensie sąd honorowy, nie dotyczyły zwykłych przestępstw, którymi zajmowały się sądy zwyczajne, państwowe, ale spraw zasadniczych: dobra i zła, dopuszczalnej granicy walki o przetrwanie. Ten niespotykany nigdzie indziej sąd dysponował własnymi, szczególnymi rodzajami kar: a) upomnienie, b) nagana, c) napiętnowanie, d) zawieszenie w prawach na okres od jednego roku do trzech lat, oznaczające utratę prawa wybieralności i wybierania do instytucji samorządu żydowskiego, e) wykluczenie ze społeczności żydowskiej. Autor przedstawia w swojej publikacji głównie i obszernie sprawę Michała Weicherta, działacza Żydowskiej Samopomocy Społecznej (problem w tym, że tę organizację powołali do życia Niemcy), sprawę Wiery Gran (śpiewaczka, występująca w getcie), sprawę Szapsela Rotholca, znanego przed wojną boksera i żydowskiego policjanta, tzw. odemana, w getcie, oraz krócej wiele, wiele innych. Na każde żądanie Niemców odemani byli zobowiązani dostarczyć na Umschlagplatz (niem. punkt przeładunkowy, tu: miejsce zgromadzenia Żydów wysyłanych z getta do obozu) określoną liczbę osób – liczono je zwykle „od łebka”, bo nie było ważne, czy są młodzi, czy starzy, kobiety, czy mężczyźni, dorośli, czy dzieci – i tak odjeżdżali zwykle do pieców krematoryjnych w jakimś bozie koncentracyjnym; liczyła się liczba sztuk. Podczas procesów przed Żydowskim Sądem Społecznym wszyscy lub prawie wszyscy odemani twierdzili, że tego rozkazu Niemców nie wypełniali, łebków na Umschlagplatz nie doprowadzali. Wydaje się to w oczywisty sposób niemożliwe, transporty przecież odjeżdżały, ale to nie jest i nie może być dowodem w sprawie konkretnej osoby. A świadkowie? Większość dawno straciła życie. Zasygnalizuję jeszcze jeden problem w ocenie i sądzeniu spraw z czasów okupacji i gett. „Nie udało mu się uciec, gdy likwidowano getto. Jego kryjówkę wykryto, natychmiast trafił do Auschwitz. Był sprytny, wciąż młody i sprawny. Znalazł sobie pracę. W jednej z fabryk w obozie był odpowiedzialny za nadzór nad suwnicą. Sam opowiadał później o tym, jak jeden z więźniów doprowadził do awarii i groziła mu śmierć. Chaskiel najpierw uprosił niemieckiego żołnierza, by nie zabijał tego więźnia, bo przyda się on do pracy, a następnie demonstracyjnie go skatował. Ale ocalił mu życie. Sam również dzięki pracy przeżył do końca istnienia obozu w Auschwitz”*. Czy Chaskiel bił więźnia? – Owszem, tak. Czy Chaskiel uratował więźniowi życie? – Owszem, tak. A jeżeli umowy z Niemcem nie słyszał lub nie rozumiał żaden świadek ani zainteresowany więzień (bo może stał za daleko, może nie znał niemieckiego), to kto w tych warunkach zdecyduje, czy Chaskiel był bohaterem, czy kanalią i szują? Czyja wersja będzie się liczyć bardziej? Tego typu dylematów opisanych jest w książce Szymczaka wiele. Żydowski Sąd Społeczny przy pierwszych swoich sprawach był niezwykle surowy, nawet jeśli sąd państwowy uwolnił oskarżonego od winy i kary. Szybko jednak jego członkowie stracili rezon i pewność siebie w szafowaniu wyrokami, bo wiele postaw i zachowań Żydów nie było ani proste, ani jednoznaczne. Czasy i warunki też odbiegały zdecydowanie od jakiejkolwiek normalności. Publikacja nie jest może porywająca, ale dostarcza solidnej wiedzy o czasach, okolicznościach, postawach, wyborach Żydów wobec innych Żydów podczas wojny i okupacji. --- Jakub Szymczak, „Ja łebków nie dawałem”, wyd. Czarne, rok 2022.
Meszuge - awatar Meszuge
ocenił na 7 3 miesiące temu
Każda praca hańbi. Pozdrowienia z późnego kapitalizmu Wiesławiec Deluxe
Każda praca hańbi. Pozdrowienia z późnego kapitalizmu
Wiesławiec Deluxe
Książka duetu ukrywającego się pod pseudonimem Wiesławiec Deluxe, „Każda praca hańbi. Pozdrowienia z późnego kapitalizmu”, to bezlitosna, sarkastyczna i do bólu celna diagnoza współczesnego rynku pracy. Moja ocena to mocne 7/10 – to lektura obowiązkowa dla każdego, kto choć raz poczuł egzystencjalną pustkę podczas „calla”, choć jej skrajny pesymizm może być dla niektórych trudny do przełknięcia. Zawartość: Anatomia „bullshit jobs” Autorzy biorą na warsztat mitologię późnego kapitalizmu, w której praca przestała być środkiem do celu, a stała się toksyczną tożsamością. Książka demaskuje mechanizmy korporacyjnego nowomowy, w której „wyzwania” oznaczają darmowe nadgodziny, a „dynamiczny zespół” to grupa ludzi walczących o przetrwanie w szklanych biurowcach. Wiesławiec Deluxe analizuje, jak system zmusił nas do nieustannej autopromocji i monetyzacji każdej minuty życia. Najważniejsze rady i wnioski (podane w krzywym zwierciadle): Praca nie jest Twoją rodziną: Autorzy przypominają, że lojalność w korporacji jest jednostronna. Najważniejszą radą dla higieny psychicznej jest radykalne oddzielenie „ja” od „stanowiska”. Demistyfikacja sukcesu: Książka uczy, że „work-life balance” to często kolejny produkt sprzedawany nam przez system, który sam nas wcześniej wyeksploatował. Odzyskanie czasu: Największą wartością nie jest awans, lecz czas wolny, który nie służy „samorozwojowi”, ale po prostu byciu poza zasięgiem algorytmu. Duszna atmosfera biurowego czyśćca Recenzję muszę zacząć od dusznej atmosfery, którą Wiesławiec Deluxe kreśli z niemal sadystyczną precyzją. To atmosfera open space’ów, w których klimatyzacja nigdy nie działa tak, jak powinna, a zapach mielonej kawy z automatu miesza się z cichą rozpaczą pracowników prekariatu i klasy średniej. Ta duszność to lęk przed byciem „zastępowalnym” i klaustrofobia kredytów hipotecznych, które wiążą nas z biurkiem mocniej niż jakiekolwiek kajdany. Czytelnik czuje ciężar każdego maila wysłanego w niedzielny wieczór. Książka otrzymuje wysoką notę za odwagę w nazywaniu rzeczy po imieniu i genialny, jadowity humor, który jest najlepszym lekarstwem na korporacyjny absurd. To manifest pokolenia, które zrozumiało, że obietnice o „robieniu tego, co się kocha”, były oszustwem. Brakujące punkty wynikają z pewnej publicystycznej powtarzalności. Autorzy momentami zapętlają się w swojej nienawiści do systemu, co sprawia, że w połowie lektury argumenty zaczynają brzmieć podobnie. Ponadto, książka oferuje świetną diagnozę, ale niemal żadnych realnych rozwiązań poza ironicznym wycofaniem się, co może pozostawić czytelnika z poczuciem beznadziei. „Każda praca hańbi” to terapeutyczny policzek dla wszystkich „wyznawców etosu pracy”. To książka, która boli, bo jest prawdziwa, i śmieszy, bo inaczej musielibyśmy zapłakać nad arkuszem w Excelu.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Mali tułacze Wojciech Lada
Mali tułacze
Wojciech Lada
Fascynująca i przepełniona smutkiem opowieść o losie najmłodszych polskich zesłańcow w trakcie II wojny światowej z organizacją armii generała Władysława Andersa w tle. W wyniku "amnestii" z 1941 roku będącej wynikiem układu Sikorski-Majski w Rosji Stalina zaczęto tworzyć armię polską, a zesłane na Syberię rodziny dostały pozwolenie opuszczenia kołchozów i "udania się do domu". To co jest jasne na papierze w praktyce nie było już tak oczywiste. Droga na zachód była niemożliwa do przebycia przez toczące się tam walki oraz linię frontu. Rząd ZSRR wcale nie ułatwiał powrotu jak również komunikacji. Bywało, że niektórzy o amnestii dowiadywali się przypadkiem z dużym opóźnieniem, dzięki czemu dłużej wykorzystywano ich do pracy. Dlatego właśnie zdecydowana większość uchodźców rozpoczęła swoją piekielną wędrówkę na południe. Początek podróży był chyba najgorszy. Wygłodniali, osłabieni ludzie, głównie kobiety z dziećmi umierali z powodu chorób, zimna i braku jedzenia. Bywało, że rodziny rozdzielano na stacjach kolejowych lub postojach, a malutkie dzieci po śmierci rodziców nigdy tak naprawdę nie poznały swojego pochodzenia. Szokujący obraz uciskanych na stojąco zamarźniętych ciał w pomieszczeniu gospodarczym jednej ze stacji, bo tak "więcej się mieściło" zostanie ze mną przez jakiś czas. Mimo że ludzie Ci teoretycznie byli już wolni, nadal przewożeni byli w warunkach poniżej jakiejkolwiek godności. Setki, tysiące kilometrów, zmieniający się klimat, nieznane dotąd warunki pogodowe, niezliczone komary, nowe choroby, kolejno poznawane nacje, ludy i kultury, pustynie, góry, zimy z piekła rodem oraz potworne upały, burze piaskowe, dorastanie w trakcie kilkuletniej podróży, śmierć znajomych i członków rodziny, romanse z tubylcami lub marynarzami, szkoła, niebezpieczeństwa ze strony tubylców jak i dzikich zwierząt, coraz bardziej oddalający się dom, za którym tęsknili rodzice, a który w umysłach dzieci zostawał tylko "pustym hasłem" czy nieosiągalnym, wręcz niechcianym już celem. Pierwszymi wielkimi przystankami uciekinierów były pustynie Kazachstanu, potem Uzbekistan, Kirgistan i ziemie Tadżykistanu. Kolejne obozy, gdzie faktycznie można było odetchnać to miasta jak Aszchabad czy Meszmed, Pahlewi (Anzali)i Teheran albo Isfahan w północnej Persji, dzisiejszym Iranie. Niektórzy już tutaj poczuli się bezpieczniej, mimo że oddech radzieckiej armii jeszcze nie zniknął z ich karków. Wiele szlaków ewakuacyjnych prowadziło też przez morze Kaspijskie. Do tego czasu powiększająca się armia Andersa podróżowała w towarzystwie kobiet i dzieci, ale w końcu musiała się do czegoś przydać, a dostarczane racje żywnościowe nie były w stanie już wszystkich wyżywić. Tu każdy musiał już pójść we własną stronę. Z Iranu polskie wojsko oraz ludność cywilna trafiali do Iraku, Palestyny, Libanu, Egiptu, a także do brytyjskich kolonii w Afryce, m.in. do Tanzanii (ówczesna Tanganika) przez kenijską Mombasę - wrota do wschodniej Afryki, w której osobiście odnalazłem ślady polskich uchodźców w tym tablice upamiętniające na Fort Jesus. Następnie część cywilów, w tym osierocone dzieci, została ewakuowana do dalszych krajów, takich jak Indie (słynne osiedle w Balachadi nieopodal Jamnagar czy ośrodek dla chorych na gruźlicę w Panchgani), Nowa Zelandia (Pahiatua) czy Meksyk (Santa Rosa). Stany Zjednoczone nie były wtedy skore do gościnności, by nie drażnić swego wielkiego sojusznika zza żelaznej kurtyny. Autor mocno podkreśla rolę Władysława Andersa w sytuacji polskich zesłańów jak również Hanki Ordonówny - byłej gwiazdy estrady międzywojennej, która znalazła swoją drugą misję w opiece na podróżującymi sierotami. Książka bardziej przejmująca w pierwszej połowie. Dalsze losy naszych rodaków to głównie tułaczka, ale też lepsze momenty, trochę miłosnych uniesień jak również poznawanie świata. Dzieci znacznie szybciej adaptowały się do "bezdomnej rzeczywistości", często nie znając pojęcia "dom", a gdy już przyzwyczaiły się do nowego miejsca, wcale nie wykazywały ochoty powrotu do ojczyzny swoich rodziców. Zdarzały się nawet ucieczki z konwojów. Polecam. Bardzo ciekawa opowieść.
Paweł85x2 - awatar Paweł85x2
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Ostatni turnus. Pocztówki z wczasów w PRL-u Marcin Wojdak
Ostatni turnus. Pocztówki z wczasów w PRL-u
Marcin Wojdak
Melancholia to słowo, które najlepiej definiuje pierwsze spotkanie z książką Marcina Wojdaka „Ostatni turnus. Pocztówki z wczasów w PRL-u”. Autor zabiera nas w podróż po świecie, który niby wciąż istnieje w fizycznej formie betonu i szkła, ale mentalnie i kulturowo dawno już odpłynął w niebyt. Warstwa estetyczna tej publikacji jest wręcz hipnotyzująca – to hołd złożony architekturze modernizmu, która w czasach Polski Ludowej miała być obietnicą nowoczesności i powszechnego odpoczynku. Wojdak, znany z prowadzenia popularnego profilu „Cosmoderna”, udowadnia, że stare ośrodki wypoczynkowe, mimo łuszczącej się farby i powybijanych szyb, posiadają unikalną duszę, której próżno szukać w dzisiejszych, zunifikowanych hotelach. Książka zasługuje na solidne 7/10, będąc czymś pomiędzy albumem fotograficznym a sentymentalnym reportażem. Autor skupia się na dawnych ośrodkach Funduszu Wczasów Pracowniczych (FWP), które niegdyś tętniły życiem, zapachem stołówkowej zupy mlecznej i dźwiękiem dancingów. Dziś te obiekty to często straszące pustostany, monumentalne szkielety ukryte w lasach lub, co gorsza, bryły bezlitośnie wyburzane pod kolejne apartamentowce. Wojdak z czułością dokumentuje te „umierające” miejsca, zanim znikną na zawsze z polskiego krajobrazu. Opisuje m.in. ikoniczne ośrodki w Ustroniu czy Jastrzębiej Górze, pokazując, jak ambitne wizje architektów tamtej epoki zderzyły się z brutalnością wolnego rynku i upływem czasu. Największym atutem tego tomu jest jednak sposób, w jaki autor łączy obraz z tekstem. To nie jest suchy katalog budynków. Wojdak pisze z lekkim przymrużeniem oka, wplatając w opisy anegdoty o wczasach pod gruszą, regulaminach korzystania z kąpielisk i specyficznej estetyce wnętrz typu „wczesny Gierek”. Fotografie zawarte w książce nie są tylko dokumentacją zniszczeń – to artystyczne kadry, które wydobywają piękno z geometrycznych form, mozaik i finezyjnych konstrukcji klatek schodowych. Autor ma niezwykłe oko do detalu, potrafiąc dostrzec poezję w zardzewiałej balustradzie czy opuszczonej recepcji, wyszukanych mozaikach lub awangardowych stołówkach czy świetlicach. Mimo wyraźnej fascynacji autora, książka pozostawia pewien niedosyt informacyjny – chciałoby się czasem dowiedzieć więcej o samych twórcach tych budowli lub o losach konkretnych miejsc po transformacji. Niemniej, „Ostatni turnus” to przepiękny, wizualny zapis tęsknoty za pewną epoką i doskonałe studium przemijania. To lektura, która skłania do refleksji nad tym, jak traktujemy nasze architektoniczne dziedzictwo i czy potrafimy docenić wartość budynków, które nie pasują do współczesnych kanonów piękna.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Manifest Bernardine Evaristo
Manifest
Bernardine Evaristo
Bohaterką autobiograficznej opowieści „Manifest” jest sama Bernardine Evaristo – brytyjska pisarka, która w 2019 roku, jako pierwsza czarnoskóra kobieta w historii, sięgnęła po prestiżową Nagrodę Bookera za powieść „Dziewczyna, kobieta, inna”. Ta książka to jednak coś znacznie więcej niż tylko zapis sukcesu; to fascynująca, bezkompromisowa i niezwykle szczera relacja z trwającej dekady walki o prawo do bycia słyszaną. Fabuła „Manifestu” prowadzi nas przez życie kobiety, która przez lata funkcjonowała na marginesie głównego nurtu kultury, tworząc własne teatry, pisząc wiersze i powieści, które przez długi czas wydawały się „zbyt niszowe” dla wielkich wydawnictw. Moja ocena tej pozycji to zasłużone 9/10. Evaristo napisała książkę, która jest jednocześnie intymnym pamiętnikiem, lekcją historii społecznej Wielkiej Brytanii oraz potężnym zastrzykiem motywacji dla każdego, kto czuje się niedoceniany. To manifest niezłomności, uporu i wiary we własną wizję, podany w sposób lekki, błyskotliwy i całkowicie pozbawiony mentorskiego tonu. Architektka własnego losu Największym atutem „Manifestu” jest jego autentyczność. Evaristo nie pudruje rzeczywistości. Z brutalną szczerością opisuje swoje dzieciństwo w wielorasowej rodzinie w białym Londynie lat 60., doświadczenia rasizmu, swoje poszukiwania tożsamości seksualnej oraz liczne, burzliwe relacje, które ukształtowały ją jako kobietę i artystkę. Autorka pokazuje, że jej sukces nie był kwestią szczęścia czy nagłego olśnienia jury, ale efektem „maratonu”, w którym biegła przez czterdzieści lat, nie zważając na brak zainteresowania ze strony krytyków. Inspiracja: Evaristo dzieli się swoją strategią przetrwania – pokazuje, jak przekuwać porażki w naukę i jak zachować kreatywność mimo braku zewnętrznych gratyfikacji. Tło społeczne: Książka to genialny zapis ewolucji brytyjskiego społeczeństwa, widziany z perspektywy osoby, która musiała wywalczyć sobie w nim miejsce. Styl: Pisarka operuje piórem z taką samą gracją, jak w swoich powieściach – jej proza jest dynamiczna, pełna energii i humoru. Warsztatowo „Manifest” jest majstersztykiem formy biograficznej. Autorka unika nudnej chronologii, skupiając się na tematach, które uważa za kluczowe: dziedzictwie, klasie, feminizmie i sztuce. Czytelnik ma wrażenie, że siedzi z Bernardine przy kawie, słuchając opowieści kobiety, która dokładnie wie, kim jest i ile musiała zapłacić za swoją wolność. To lektura obowiązkowa dla każdego twórcy, ale także dla każdego, kto przechodzi przez trudny moment w swojej karierze. Evaristo przypomina, że „nie” usłyszane od świata nie jest ostatecznym werdyktem. „Manifest” to dowód na to, że cierpliwość i radykalna wiara w siebie mogą przenosić góry – a w tym przypadku, zmieniać historię literatury
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 2 miesiące temu
Czechy. To nevymyslíš Aleksander Kaczorowski
Czechy. To nevymyslíš
Aleksander Kaczorowski
Aleksander Kaczorowski, jeden z najwybitniejszych polskich bohemistów, w swojej książce „Czechy. To nevymyslíš” nie próbuje tworzyć kolejnego przewodnika turystycznego po Pradze. Zamiast tego serwuje nam literacką i historyczną ucztę, która rozbija powierzchowne stereotypy o „wesołym Czechu z piwem w dłoni”. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce wyjść poza ramy czeskiego humoru i zrozumieć, co kryje się w duszy narodu, który – jak głosi tytuł – „sam by tego nie wymyślił”. Poza maskę Szwejka Autor od pierwszych stron rzuca wyzwanie polskiemu postrzeganiu Czechów. My, Polacy, często patrzymy na nich przez pryzmat Szwejka, Krecika czy lekkich komedii filmowych. Kaczorowski brutalnie, choć z wielką klasą, przypomina, że ta powierzchowna lekkość to często pancerz ochronny. Analizując losy takich postaci jak Bohumil Hrabal, Václav Havel czy Ota Pavel, autor pokazuje, że czeska kultura jest głęboko zakorzeniona w tragizmie, traumach historycznych i trudnych wyborach moralnych. Książka jest zbiorem esejów i szkiców, które układają się w fascynującą opowieść o narodzie, który musiał przetrwać między wielkimi mocarstwami, wybierając drogę przetrwania zamiast straceńczej walki. Kaczorowski z chirurgiczną precyzją analizuje momenty zwrotne w czeskiej historii – od porażki na Białej Górze, przez Monachium, aż po Praską Wiosnę i aksamitną rewolucję. Piwo, literatura i polityka Siłą tej książki jest jej wielowymiarowość. Autor płynnie przechodzi od anegdot o przesiadywaniu w gospoda (które w Czechach są centrami życia intelektualnego) do głębokich analiz literackich. Kaczorowski pokazuje, że czeskość to stan umysłu – specyficzne połączenie plebejskości z wysoką kulturą, ateizmu z głęboką potrzebą sensu oraz ironii, która pozwala oswoić nawet największy mrok. Szczególnie poruszające są fragmenty poświęcone Hrabalowi. Kaczorowski, będąc biografem wielkiego pisarza, potrafi nakreślić jego portret w sposób niemal intymny, pokazując, jak „małe życie” zwykłych ludzi staje się w czeskiej literaturze wielką metafizyką. Dlaczego warto? „Czechy. To nevymyslíš” to książka napisana z ogromną erudycją, ale pozbawiona akademickiego zadęcia. Styl Kaczorowskiego jest lekki, potoczysty i pełen intelektualnej pasji. To nie jest tylko opowieść o sąsiadach; to lustro, w którym my, Polacy, możemy przejrzeć nasze własne kompleksy, mity narodowe i podejście do historii. Autor nie boi się trudnych tematów, takich jak czeski kolaboracjonizm, stosunek do Niemców sudeckich czy specyficzna odmiana cynizmu. Jednocześnie robi to z ogromną empatią, dzięki czemu po lekturze Czechy stają się nam bliższe nie jako pocztówkowy kraj, ale jako naród z krwi i kości, zmagający się z tymi samymi demonami nowoczesności co reszta Europy.Podsumowując, książka Aleksandra Kaczorowskiego to błyskotliwy, wielowarstwowy portret narodu, który warto znać lepiej. To lektura, która bawi, uczy, a przede wszystkim – zmusza do myślenia.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 2 miesiące temu
Przy stole z tyranem Christian Roudaut
Przy stole z tyranem
Christian Roudaut
Na bieg historii wpływ mają nie bezcielesne jednostki, ale zwykli ludzie- z ciała, krwi, kości oraz... bakterii. Najnowsze badania wskazują, że to jelita- ze swoim miliardem neuronów stanowią drugi mózg. Kiedy więc aktywność trawienna tyrana przypomina bardziej "rozhukany górski potok, niż długą spokojną rzekę" - drżyjcie całe narody. Kiedy zrozumiemy, co może kryć się w brzuchu tyrana, łatwiej nam też wydedukować, co może kryć się w jego głowie. Jeden z nich będzie ograniczał ten popęd, jakim jest łakomstwo. Drugi natomiast nie będzie przejmował się wyrzeczeniami narzucanymi przez moralność i konwenanse. Jeden będzie widział w pożywieniu źródło równowagi fizycznej, psychicznej i intelektualnej i delektował smakiem wyszukanych potraw. Inny zaś nad rozkosze biesiadnego stołu będzie przedkładał inne rozkosze cielesne (z wyjątkiem może dobrego cygara i whisky). "Każdy stół opowiada historię. Historię z kilkoma warstwami". Reportaż "Przy stole z tyranem" pozwala nie tylko spojrzeć na stół największych tyranów XX w., ale także zajrzeć dyskretnie pod obrus. . Hitler, Stalin, Husajn, Ceausescu, Mao i Bokassa- to oni kształtowali historię w różnych częściach globu. "Defilada" turbotów, łososi, sztuk dziczyzny i prosiąt nieraz stanowiła tło dla kreowania światowej polityki, a zawartość stołu była niczym "pokaz siły" lub "parada woskowa", mająca na celu olśnić i onieśmielać. To nic, że "prosty lud" głoduje. Stół tyrana musi uginać się od "ciastek, czekolady, suszonych owoców, kawy", kawioru oraz alkoholu. Autor podzielił swój reportaż na 6 części. Każda z części ukazuje nawyki poszczególnej postaci. Styl jest lekki, typowo dziennikarski. Autor kreśli także tło historyczne, ale w sposób bardzo wyważony, pokazując jedynie kontekst polityki "stołu" jako sposobu prowadzenia sztuki dyplomacji. Całość aż kipi od anegdot i trafnych spostrzeżeń, pokazując ideologiczne absurdy oraz dysonans na linii "stół władcy- stół poddanych". Mnóstwo w tym ironii, czarnego humoru, przypuszczeń, a także prób rozprawienia się z mitami. Widoczna jest dysproporcja pomiędzy poszczególnymi rozdziałami, ale wynika to zapewne z ilości zebranego materiału źródłowego. Częstujcie się. Bon appetit.
Ananke144 - awatar Ananke144
ocenił na 8 3 lata temu
Pieprzyć wstyd. Historia rewolucji seksualnej Ewa Wanat
Pieprzyć wstyd. Historia rewolucji seksualnej
Ewa Wanat
Na taką książkę Polacy, niezależnie od tożsamości płciowej, czekali przez dziesięciolecia. I doczekali się! Ewa Wanat, znana dziennikarka napisała w 2022 roku przełomową książkę pt. „Pieprzyć wstyd. Historia rewolucji seksualnej”, wydaną dzięki zaangażowaniu Wydawnictwa Filtry, która w prosty i przystępny sposób przeprowadzi Nas przez dziesięciolecia przemian w pojmowaniu seksualności aż do czasów tytułowej rewolucji, która zaczęła się na Zachodzie, ale objęła swoim zasięgiem znacznie większe obszary. Amerykańskie korzenie rewolucji seksualnej sięgają lat 60.-tych XX wieku, jednak na Naszym kontynencie zaczęła się ona nieco później, w mieście zwanym „burdelem Europy”. To Berlin nadał tempa przemianom w niemieckiej mentalności i właśnie o tych przeobrażeniach przeczytamy na kartach tej wyjątkowo pieprznej narracji. Nie brak tu m.in. odniesień do amerykańskiego „Lata miłości”, opisów popularnych komun, funkcjonujących również w Europie, informacji dotyczących akceptowanego niegdyś zjawiska pedofilii czy rozważań na temat roli rodziny i jej seksualności na przestrzeni wieków. Dziennikarka posłużyła się wyjątkowo fachowym słownictwem. Precyzyjnie nazwała różne orientacje seksualne, wspomniała o rozmaitych parafiliach, zręcznie oddzieliła erotyzm od pornografii i, co ważne, wykazała się ogromną wiedzą na temat crossdresserów i ich życia w świecie zdominowanym przez uprzedzenia. Jako mieszkanka Berlina wiele danych do tej książki pozyskała niemal „z pierwszej ręki” a o seksie opowiadała tak ciekawie, że, ku mojemu zdumieniu, wprost nie mogłam się oderwać od lektury. I będę ją polecać każdemu, kto szuka rzetelnej, opatrzonej imponującą bibliografią pozycji, w której seks nie jest tematem tabu a źródłem inspiracji do rozważań na temat kondycji współczesnego społeczeństwa. Jeśli chcecie sięgnąć po tę książkę, musicie najpierw porzucić tytułowy wstyd i stereotypy na temat seksu, by móc czerpać prawdziwą przyjemność z tej ważnej dla zjawiska seksualności lektury. I choć narracja pewnie nie raz wprawi Was w osłupienie, to koniecznie przeczytajcie ją do końca, bo zdecydowanie jest tego warta!
z_kultury_ - awatar z_kultury_
ocenił na 10 1 rok temu

Cytaty z książki Byłam katolickim księdzem. Historia Ludmiły Javorovej, kobiety wyświęconej w Czechach