Sławne psy i ich ludzie

Okładka książki Sławne psy i ich ludzie
Michał Korda Wydawnictwo: Znak Horyzont publicystyka literacka, eseje
350 str. 5 godz. 50 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Data wydania:
2022-08-24
Data 1. wyd. pol.:
2022-08-24
Liczba stron:
350
Czas czytania
5 godz. 50 min.
Język:
polski
Średnia ocen

                7,2 7,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Sławne psy i ich ludzie w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Sławne psy i ich ludzie



książek na półce przeczytane 2777 napisanych opinii 2026

Oceny książki Sławne psy i ich ludzie

Średnia ocen
7,2 / 10
63 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
696
694

Na półkach:

Książka Michała Kordy „Sławne psy i ich ludzie” to barwna i pełna emocji opowieść, która łączy miłość do psów z fascynującymi biografiami sławnych ludzi. Autor, poprzez zbiór krótkich, ale treściwych historii, ukazuje, jak psy stały się niezastąpionymi towarzyszami wybitnych osobowości – od artystów i polityków po sportowców i członków rodziny królewskiej. Książka jest dowodem na to, że pies potrafi być nie tylko najlepszym przyjacielem człowieka, ale także jego wiernym powiernikiem, źródłem radości i inspiracji.

Jednym z najbardziej wzruszających fragmentów jest historia Baracka Obamy i jego psa Bo. Jak przyznaje Korda, prezydent Stanów Zjednoczonych, dotrzymując obietnicy złożonej dzieciom, szukał dla swojej rodziny odpowiedniego psa. Portugalski pies Bo szybko stał się ulubieńcem, a jego obecność zbliżyła całą rodzinę, a także wzbudziła sympatię wśród miłośników komiksów DC. To właśnie takie anegdoty, pełne ciepła i autentyczności, sprawiają, że książka staje się nie tylko interesującą lekturą, ale także źródłem refleksji nad relacją człowieka z jego czworonogim przyjacielem.

Korda nie ogranicza się jedynie do opisywania znanych postaci. Przykłady, jak psy Kory – artystki o niezapomnianym głosie – czy najsłynniejszego projektanta mody, Alexander McQueen, który nie wyjeżdżał bez swoich psów, ukazują, że psy były obecne wszędzie tam, gdzie ich właściciele tworzyli swoje historie.

Pośród wielu wzruszających historii Korda nie zapomina o historii psów, które były dla swoich właścicieli nie tylko towarzyszami, ale wręcz ratownikami psychicznych i emocjonalnych trudów. John Steinbeck i jego pies Charley to przykład tego, jak pies może być kompanem na długich podróżach, a także pomocnikiem w realizacji pisarskich pasji i marzeń.

Książka „Sławne psy i ich ludzie” zachwyca swoją różnorodnością. Każda opowieść jest osobna, ale razem tworzą obraz psów, które są równie istotne, jak ich właściciele. Korda stawia również pytanie: kto tak naprawdę potrzebuje kogo bardziej – czy to pies człowieka, czy człowiek psa? Ta publikacja dostarcza odpowiedzi nie tylko na to pytanie, ale także na wiele innych, związanych z relacjami między zwierzętami a ich opiekunami.

Warto również zwrócić uwagę na styl, jakim Korda posługuje się w tej książce. Jego język jest lekki, pełen humoru i ciepła, co sprawia, że czytanie „Sławnych psów i ich ludzi” jest przyjemnością od pierwszej do ostatniej strony. Dodatkowo, liczba osobistych anegdot i cytatów od samych bohaterów dodaje autentyczności każdej historii.

Podsumowując, „Sławne psy i ich ludzie” to książka, która łączy świat ludzi i ich psów w wyjątkowy sposób. To doskonała lektura dla każdego miłośnika czworonogów, ale także dla tych, którzy chcą spojrzeć na życie sławnych ludzi z zupełnie innej perspektywy – pełnej lojalności, radości i bezwarunkowej miłości.

Książka Michała Kordy „Sławne psy i ich ludzie” to barwna i pełna emocji opowieść, która łączy miłość do psów z fascynującymi biografiami sławnych ludzi. Autor, poprzez zbiór krótkich, ale treściwych historii, ukazuje, jak psy stały się niezastąpionymi towarzyszami wybitnych osobowości – od artystów i polityków po sportowców i członków rodziny królewskiej. Książka jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

175 użytkowników ma tytuł Sławne psy i ich ludzie na półkach głównych
  • 87
  • 83
  • 5
33 użytkowników ma tytuł Sławne psy i ich ludzie na półkach dodatkowych
  • 18
  • 8
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Sławne psy i ich ludzie

Inne książki autora

Okładka książki Sławne koty i ich ludzie Michał Korda, Heike Reinecke, Andreas Schlieper
Ocena 6,4
Sławne koty i ich ludzie Michał Korda, Heike Reinecke, Andreas Schlieper

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Przy stole z tyranem Christian Roudaut
Przy stole z tyranem
Christian Roudaut
Na bieg historii wpływ mają nie bezcielesne jednostki, ale zwykli ludzie- z ciała, krwi, kości oraz... bakterii. Najnowsze badania wskazują, że to jelita- ze swoim miliardem neuronów stanowią drugi mózg. Kiedy więc aktywność trawienna tyrana przypomina bardziej "rozhukany górski potok, niż długą spokojną rzekę" - drżyjcie całe narody. Kiedy zrozumiemy, co może kryć się w brzuchu tyrana, łatwiej nam też wydedukować, co może kryć się w jego głowie. Jeden z nich będzie ograniczał ten popęd, jakim jest łakomstwo. Drugi natomiast nie będzie przejmował się wyrzeczeniami narzucanymi przez moralność i konwenanse. Jeden będzie widział w pożywieniu źródło równowagi fizycznej, psychicznej i intelektualnej i delektował smakiem wyszukanych potraw. Inny zaś nad rozkosze biesiadnego stołu będzie przedkładał inne rozkosze cielesne (z wyjątkiem może dobrego cygara i whisky). "Każdy stół opowiada historię. Historię z kilkoma warstwami". Reportaż "Przy stole z tyranem" pozwala nie tylko spojrzeć na stół największych tyranów XX w., ale także zajrzeć dyskretnie pod obrus. . Hitler, Stalin, Husajn, Ceausescu, Mao i Bokassa- to oni kształtowali historię w różnych częściach globu. "Defilada" turbotów, łososi, sztuk dziczyzny i prosiąt nieraz stanowiła tło dla kreowania światowej polityki, a zawartość stołu była niczym "pokaz siły" lub "parada woskowa", mająca na celu olśnić i onieśmielać. To nic, że "prosty lud" głoduje. Stół tyrana musi uginać się od "ciastek, czekolady, suszonych owoców, kawy", kawioru oraz alkoholu. Autor podzielił swój reportaż na 6 części. Każda z części ukazuje nawyki poszczególnej postaci. Styl jest lekki, typowo dziennikarski. Autor kreśli także tło historyczne, ale w sposób bardzo wyważony, pokazując jedynie kontekst polityki "stołu" jako sposobu prowadzenia sztuki dyplomacji. Całość aż kipi od anegdot i trafnych spostrzeżeń, pokazując ideologiczne absurdy oraz dysonans na linii "stół władcy- stół poddanych". Mnóstwo w tym ironii, czarnego humoru, przypuszczeń, a także prób rozprawienia się z mitami. Widoczna jest dysproporcja pomiędzy poszczególnymi rozdziałami, ale wynika to zapewne z ilości zebranego materiału źródłowego. Częstujcie się. Bon appetit.
Ananke144 - awatar Ananke144
ocenił na 8 3 lata temu
Ostatnie dni Władimira P. Michael Honig
Ostatnie dni Władimira P.
Michael Honig
Granica między prawdą a zmyśleniem w powieści Michaela Honiga „Ostatnie dni Władimira P.” jest cieńsza niż bibułka papierosa palonego ukradkiem na korytarzu elitarnej kliniki pod Moskwą. Autor balansuje na krawędzi politycznej satyry i egzystencjalnego dramatu, tworząc dzieło, które miało potencjał stać się najbardziej obrazoburczą powieścią roku. Choć Honig posługuje się fikcją, to realizm detali i bezlitosna diagnoza rosyjskiej mentalności sprawiają, że czytelnik nieustannie zadaje sobie pytanie: ile w tym literackiej wizji, a ile przecieku z przyszłości? Akcja osadzona jest w niedalekiej przyszłości. Tytułowy Władimir P. – niegdyś wszechpotężny car nowoczesnej Rosji – jest teraz wrakiem człowieka, więźniem własnego umysłu trawionego przez postępującą demencję. Zamknięty w luksusowej rezydencji, otoczony przez skorumpowany personel i sępy czekające na jego polityczny spadek, nie rozpoznaje już własnego odbicia, a dawną potęgę myli z majakami. W tym mikroświecie centralną postacią staje się Nikołaj Szeremietiew, skromny pielęgniarz, który wyrasta na prawdziwą szarą eminencję rezydencji. Szeremietiew to postać tragikomiczna – jedyny człowiek w tym otoczeniu, który kieruje się resztkami etyki, a jednocześnie jedyny, który ma bezpośredni dostęp do „ucha” upadłego władcy. To on decyduje, co chory usłyszy, co zje i kto dostąpi zaszczytu audiencji u człowieka, który wciąż, choć tylko formalnie, trzyma palec na atomowym przycisku. Nikołaj manipuluje rzeczywistością nie dla władzy, lecz by spłacić długi bratanka, co czyni z niego symbol rosyjskiego uwikłania w system, w którym uczciwość jest towarem luksusowym. Duszna atmosfera i najważniejsze rady Zacznijmy od dusznej atmosfery, która jest największym atutem książki. Rezydencja Władimira P. to panoptykon lęku. Czytelnik czuje zapach lekarstw mieszający się z wonią stęchłej władzy. Klaustrofobia tego miejsca wynika z faktu, że nikt nie jest tu wolny – ani pacjent, ani jego strażnicy. To duszność systemu, który pożera własne dzieci. Najważniejsze wnioski płynące z lektury to: Marność potęgi: Honig brutalnie pokazuje, że biologia jest ostatecznym sędzią, przed którym nie chroni żadna armia. Korupcja jako tlen: Książka uczy, że w systemie totalitarnym korupcja nie jest błędem, lecz spoiwem, bez którego wszystko obraca się w pył. Moja ocena to solidne 7/10. Honig błyszczy w momentach groteskowych, a jego wizja upadku dyktatora jest niezwykle sugestywna. Jednakże, jako powieść obrazoburcza, „Ostatnie dni...” momentami wyhamowują. Autor skupia się bardziej na moralitecie Szeremietiewa niż na brutalnej satyrze politycznej, co dla części czytelników może być rozczarowujące. Brakuje tu nieco ostrzejszego pazura, który uczyniłby z tej historii dzieło formatu Orwella.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Polszczyzna. 200 felietonów o języku Jan Miodek
Polszczyzna. 200 felietonów o języku
Jan Miodek
Zawsze lubiłem czytać a ta pasja naturalnie przełożyła się na moje zainteresowanie językiem polskim. Już w szkole czułem się w nim pewnie a dodatkowym impulsem były programy telewizyjne poświęcone poprawnej polszczyźnie, które oglądałem z dużym zaangażowaniem. To właśnie wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z Janem Miodkiem – jego wiedza, erudycja i niezwykła umiejętność opowiadania o języku sprawiły, że szybko stał się dla mnie autorytetem. „Polszczyzna. 200 felietonów o języku” to książka, która w pełni oddaje charakter jego stylu. To swoista esencja Miodka – zbiór krótkich tekstów, które poruszają różnorodne zagadnienia językowe, od tych najbardziej oczywistych po zupełnie zaskakujące. Każdy felieton to osobna, zamknięta całość, dzięki czemu można czytać książkę fragmentami bez konieczności zachowywania ciągłości. Największym atutem tej publikacji jest sposób, w jaki autor przekazuje wiedzę. Nawet bardziej zawiłe kwestie językowe przedstawione są w prosty, przystępny i zachęcający sposób. Nie ma tu miejsca na nudę czy akademicką sztywność – zamiast tego dostajemy lekką, momentami wręcz gawędziarską narrację, która sprawia, że czytelnik chłonie kolejne ciekawostki z autentyczną przyjemnością. To książka dla każdego, kto choć trochę interesuje się językiem polskim – niezależnie od poziomu zaawansowania. Dla mnie była nie tylko powrotem do szkolnych fascynacji ale też potwierdzeniem, że o języku można mówić w sposób żywy, inspirujący i naprawdę ciekawy. Jeśli ktoś lubi uczyć się mimochodem a przy tym dobrze się bawić, ta pozycja będzie strzałem w dziesiątkę.
Queequeg - awatar Queequeg
ocenił na 8 15 dni temu
Niemiecki ksiądz u progu Auschwitz Manfred Deselaers
Niemiecki ksiądz u progu Auschwitz
Manfred Deselaers Piotr Żyłka
Ja też jestem zdolny do takiego zła. Zwłaszcza wtedy, gdy nie pamiętam, że nie ma prostego podziału na „dobrych nas” i „złych ich”. Za każdym razem, gdy milczę i udaję, że nic złego się nie dzieje, że niczego nie widzę. Widząc, słuchając i dotykając Auschwitz, nie da się pozostać obojętnym. Co to znaczy dla mnie? Moją odpowiedzialnością w obliczu Auschwitz jest odpowiedź konkretnym dobrem. Odpowiedź ta „nie musi być tak wielka, jak wielkie było zło Auschwitz. Ona może być według mojej miary. Zrobić to, co potrafię, tyle, ile jestem w stanie. (…) To wystarczy i to właśnie powinienem starać się realizować.” Pierwszym obowiązkiem człowieka jest starać się poznać błędy przeszłości, zrozumieć ich sedno; pracować, by się nie powtórzyły. Drugi dotyczy poszanowania inności czy różnorodności – bo Auschwitz uświadamia światu godność każdego człowieka. „Świat składa się z przeciwieństw. Czasem dobrze jest, że one są. Niwelowanie różnic może oznaczać zafałszowanie, a to nie jest dobrze. Z tych wszystkich kontrastów i tak nic nie pozostanie. Pozostanie tylko wielka miłość. Jak mogłoby być inaczej”(Edith Stein). Wreszcie, „Wszyscy jesteśmy powołani, by opowiedzieć się całym naszym życiem za pokojem, przebaczeniem i solidarnością.” I to nie mogą być puste słowa, bo one byłyby zniewagą ofiar. Musi iść za tym moja reakcja i moje postanowienie. Ostatnie słowo w tym miejscu nie należy do Hitlera czy Hossa. Należy do nas. Dialog „Ludzie potrzebują czasu, żeby to dotykanie Auschwitz w sobie przetrawić. Dlatego najpierw zachęcamy do wyciszenia. Później ważna jest możliwość rozmawiania z innymi, którzy tu są. (…) Zaczynamy od siebie, ale potem pytamy, co ta pamięć robi z naszymi relacjami. Po zdobyciu wiedzy i intymnej, osobistej refleksji przychodzi czas na dialog.” Dialog staje się wielkim przesłaniem tego miejsca. Musimy coś zrobić, żeby się nawzajem poznawać, powinniśmy podejmować trud rozumienia innych, szanowania innych – nawet pełni obaw wobec inności, niezrozumienia. Dialog wymaga realnego słuchania innych – jako podstawy i początku. Potem można się skupić na swojej perspektywie – nie mówimy o innych, mówimy o sobie. Co również istotne, „w dialogu chodzi bardziej o szacunek dla inności innego niż o próby ujednolicania wizji, stworzenia jakiegoś miszmaszu.” Jeżeli nauczymy się, tworząc bliskie relacje, leczyć nasze rany z przeszłości i budować lepszą wspólną przyszłość, jeżeli będziemy ludźmi pokoju, którzy potrafią mówić „nie” kolejnym tyranom, to będzie tryumf dobra, którego tak bardzo wszyscy potrzebujemy. Lepszym człowiekiem nie można być samemu, to jest możliwe tylko z innymi. Ofiary Auschwitz Nigdy nie zapomnę tamtej nocy, pierwszej nocy w obozie, która zmieniła moje życie w jedną długą noc, siedmiokrotnie przeklętą i siedem razy zapieczętowaną. Nigdy nie zapomnę twarzyczek dzieci, których działa w moich oczach unosiły się kłębami dymu ku cichemu, błękitnemu niebu. Nigdy nie zapomnę dymu. Nigdy nie zapomnę płomieni, które na zawsze pochłonęły moją wiarę. Nigdy nie zapomnę nocnej ciszy, która na wieki pozbawiła mnie chęci do życia. Nigdy nie zapomnę tamtych chwil, które zamordowały mego Boga i duszę i obróciły w proch moje marzenia. Nigdy tego nie zapomnę, nawet gdyby przyszło mi żyć tak długo jak samemu Bogu. Nigdy. Elie Wiesel - "Noc" Ludzie, którzy przeżyli horror obozu koncentracyjnego musieli radzić sobie dalej z traumą, której już nie da się cofnąć, która niszczy coś w człowieku raz na zawsze. Obserwując upadek kolejnych wartości, pozostało im wyłącznie to, co najgłębsze - godność i solidarność. Heroizmem było tu nie żyć samemu, ale dostrzec drugiego. „Maria Stromberger kiedyś powiedziała, że po wojnie już nigdy nie była szczęśliwa, bo całą miłość zostawiła w Auschwitz. Tego zdania nie byłem w stanie spokojnie powtórzyć (…) I dalej nie jestem.” Ból, cierpienie, trauma, próby pozbawienia człowieczeństwa – starcie się z najgłębszym przejawem ludzkiej godności. Każdy reagował na to inaczej, w „trudnym napięciu między zależnością i wolnością, słabością i odpowiedzialnością”. Każdy reagował, przepracowywał traumę w sobie inaczej, utrzymując lub tracąc wewnętrzną wolność. Jacek Zieleniewicz – jedna z osób osadzonych – zaprzyjaźnił się po wojnie z wieloma Niemcami, a „kończąc opowieść o Zagładzie, mówił: „Czy to nie jest piękne, że dzisiaj możemy być przyjaciółmi?” Wiedział, że nie dla wszystkich jest to oczywiste. Jemu udało się przezwyciężyć nienawiść. Sprawcy Auschwitz Wszyscy zadajemy sobie pytanie o powód, dla którego wydarzyły się fabryki śmierci – obozy koncentracyjne, miejsca poniżenia i zagłady – gdzie wśród nieopisanych mąk psychicznych i fizycznych byli poniżani i ginęli ludzie. Nazistów – normalnych ludzi – przekonała niestety prosta wizja rzeczywistości, która jednoznacznie segreguje na lepszych i gorszych, wskazuje kryteria, jasną misję i upraszcza rzeczywistość, w ramach wizji świata „w której gardziło się innym i za wszelką cenę dążyło do realizacji własnych interesów.” Jak przyznaje sam komendant Auschwitz – Rudolf Hoss – „Największym błędem mego życia było to, że wszystkiemu, co przychodziło „z góry” wierzyłem i nie odważyłem się mieć najmniejszych wątpliwości co do prawdziwości tego, co głoszono.” Pozostawia swojemu synowi przestrogę: „Idź przez życie z otwartymi oczyma. Nie bądź jednostronny, we wszystkich sprawach rozważaj za i przeciw. We wszystkim, co będziesz czynił, nie kieruj się wyłącznie rozumem, lecz zważaj zwłaszcza na głos swego serca.” Hoss uwierzył, że ideologia nazizmu naprawdę zmieni świat. „Czuł, że odnalazł prawdziwą wspólnotę, swoje zadanie życiowe i misję. Wizje Hitlera i zasiewany przez niego światopogląd tłumaczyły mu cały świat. Dla zagubionego, zawiedzionego (…) człowieka było to coś ogromnie atrakcyjnego. Nagle wszystko stawało się jasne. (…) Hitler nie dawał jedynie wizji, ale także zapraszał do drogi.” Wszyscy jesteśmy podatni na ideologie i potencjalnie każdy z nas może stać się płaszczyzną podatną na kolejne ujednolicanie, proste odpowiedzi. Kluczowym pytaniem jest to, czy pozostaniemy otwarci na świat. Na poszukiwanie prawdy. Na spotkanie inności. Obecność Boga w obozie Gdzie był Bóg, gdy dział się taki horror? Dlaczego na to pozwolił? Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Na pewno „nie mamy prawa zrzucać odpowiedzialności za to, co się stało na Boga. Zagłady dokonali ludzie i to oni są za nią odpowiedzialni.” To od nas zależy wygląd świata – możemy być dobrzy, wziąć odpowiedzialność, kierować się wzajemną troską. Możemy przeciwnie – być egoistyczni, czuć się lepsi od innych… budując sobie „dom, w którym trudno wytrzymać”. Wołania, towarzyszenie i miłość Boga w żaden sposób nie narusza naszej wolności i odpowiedzialności – a więc naszych zachowań. „W tym kontekście właściwe jest pytanie o to, dlaczego Bóg pozwolił ludziom na takie zachowanie. (…) Odpowiedzią jest wolność, którą Stwórca obdarzył każdego człowieka. Teoretycznie Bóg mógł nie pozwolić człowiekowi na te wszystkie bestialstwa, ale wtedy nie byłoby wolności.” Bóg zdaje się, że był w Auschwitz – w godności człowieka, w dobroci ofiarnej pomocy bezinteresownych ludzi, w ubóstwie i opuszczeniu Jezusa, którego „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?” wciąż pomaga cierpiącym odnaleźć samych siebie. „Wierzę, że Chrystus był tu razem z więźniami. Do samego końca. Tak jak do końca poszedł z miłości do człowieka na krzyż.” Sam Ukrzyżowany druzgocze koncepcję aryjskiego nadczłowieka – ujawniając prawdę o tych, którzy w niemocy są silni, ponieważ są prawdziwi – mocni duchem i prawdą. Warto też oddać na chwilę głos żydowskiej teologii po Auschwitz: „Eliezer Berkovits odpowiadał na pytanie, gdzie był Bóg, kiedy masowo mordowano Żydów, rozwinięciem obrazu z Psalmów: Bóg schował swoją twarz. Psalmista krzyczy: „Ocknij się! Dlaczego śpisz, Panie? Przebudź się! Nie odrzucaj nas na zawsze! Dlaczego ukrywasz Twoje oblicze? Zapominasz o nędzy i ucisku naszym? (…) Powstań, przyjdź nam na pomoc i wyzwól nas przez swą łaskawość!” A Berkovits dodaje: czemu Bóg schował swoją twarz? Ponieważ człowiek jest wolny i odpowiada za swoje czyny, a Bóg nie chce w nie ingerować. Widząc zaś, co człowiek robi ze swoją wolnością i jak w konsekwencji cierpi naród, Bóg odwraca swoją twarz.” Rabin Pecaric powiedział natomiast, że „nie wie, dlaczego Bóg pozwolił na to wszystko, co się stało w obozach, nie jest w stanie tego zrozumieć, nie mieści mu się to w głowie, ale to nie znaczy, że nie ma Boga ani że Bóg nie jest wierny. To znaczy po prostu tyle, że on nie rozumie.” Wierzyć (w Auschwitz) znaczy nieustannie szukać sensu wiary. „Wiara w Boga okazuje się tutaj Jego ciągłym poszukiwaniem, które nieprzerwanie przynosi pytanie: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Inny sposób modlitwy w Auschwitz wydaje się niemożliwy.” Finalnie, „jeśli ktoś, kto przeszedł w Auschwitz piekło, mówi mi, że żadnego miłosiernego Boga tam nie spotkał, to kim ja jestem, żeby mu mówić, że się myli i ja wiem lepiej?” Wiara po Auschwitz Refleksja chrześcijan, po tak strasznych wydarzeniach, musi wciąż uświadamiać, że „zdrowo i dojrzale rozumiana wiara jest rezultatem otwartości na świat, na poszukiwanie prawdy, na spotkanie, na budowanie relacji z Bogiem i drugim człowiekiem, jest gotowością do wyruszenia w nieznane. Jest w niej także miejsce na wątpliwości. Wszystko to zbudowane jest wokół miłości, a prawdziwa miłość nie chce opanowania drugiego, ale szanuje jego wolność, jego tajemnicę, i chce ją coraz lepiej rozumieć, aby budować wspólny świat. Człowiek wierzący jest człowiekiem głębokiego zaufania, a jednocześnie wielu pytań. Stale jest gotów zmieniać swoje życie.” Jednocześnie, jako że było to miejsce głównie zagłady Żydów, miejsce zupełnego mroku, kryzysu i pustki każdego religijnego oręża, „Trzeba wytrzymać pustkę (…) My, chrześcijanie, musimy nauczyć się patrzenia na Auschwitz, które pozbawione jest dodatkowej symboliki. Pustka tego miejsca musi pozostać najwymowniejszym wyrazem i przypominać, że Ci, którym przyszło tam żyć, cierpieć i umierać, ginęli niepocieszeni, w opuszczeniu, samotności i trwodze.” Pokój Dziś stoimy przed wieloma wyzwaniami politycznymi, w związku z toczącymi się wojnami, z kryzysami wartości, przemianami społecznymi. Nie możemy myśleć o budowaniu pokoju jedynie w kategoriach zwiększania zasobów militarnych, rozwijania koncepcji wojny sprawiedliwej czy obrony wartości. Takie podejście eskaluje i w końcu może być katastrofalne w skutkach. Trzeba pamiętać o tym, „co sprawia, że w ogóle chwytamy za broń. Przecież zawsze jest skutkiem konfrontacji idei, ideologii, i tego że z naszym człowieczeństwem jest coś nie tak. (…) Musimy się zastanawiać, jak uzdrawiać przyczyny konfliktów i wojen.” Pokój wymaga otwartości. Trwały porządek w Europie, co słusznie zauważa autor, powinien obejmować próbę zbudowania pokoju „razem z Rosjanami”: „I boli mnie, że nie słyszę prawie w ogóle głosów refleksji w tym kierunku. Są za to inne głosy: kto naprawdę zna Rosjan, ten wie, że to się nie uda. Oni zawsze będą ostatecznie używać siły i rozpętywać wojny. Ale ja nie chcę tak myśleć. I znam Rosjan, którzy również pragną innej przyszłości. (…) Trzeba (…) pomagać Rosjanom odnaleźć pozytywną tożsamość, pomóc im się wyzwolić z tego przekonania, że jesteśmy kimś, jeśli jesteśmy silni i wszyscy się nas boją, i odkryć co innego: że naprawdę jesteśmy kimś, jeżeli potrafimy budować dobro razem z innymi ludźmi, troszczyć się o siebie nawzajem i mieć wrażliwe sumienia. (…) Europa może być w pełni sobą i żyć w prawdziwym i długotrwałym pokoju tylko razem z Rosjanami. Nie z rosyjskim totalitaryzmem, ale z ludźmi, którym trzeba pomóc odnaleźć prawdziwe wartości.” Na Auschwitz nie można machnąć ręką - zapoznać się, zadumać i odejść. Zaczynając od siebie, powinniśmy zacząć budować coraz szersze kręgi pokoju: „Wrażliwość, uważność, wysłuchanie drugiego człowieka, dialog - w ten sposób próbuję rozszerzać ten krąg pokoju. (…) Najpierw moje serce, potem ludzie najbliżej mnie, ale bez zamykania się we własnym środowisku, z otwartością na poznawanie i budowanie nowych relacji z innymi - ludźmi różnych doświadczeń, narodowości, wyznań, kultur i światopoglądów. Również bez wyrzekania się swojej tożsamości i negowania różnic, jakie są między nami, ale z szacunkiem dla innych i szukaniem bardziej tego, co nas łączy, niż tego, co dzieli."
Miłosz Kozikowski - awatar Miłosz Kozikowski
ocenił na 9 1 rok temu
Tarantino. Nieprzewidywalny geniusz Tom Shone
Tarantino. Nieprzewidywalny geniusz
Tom Shone
Wyrazistość stylu Quentina Tarantino jest w świecie współczesnego kina zjawiskiem niemal fizycznym, a Tom Shone w swojej biografii „Tarantino. Nieprzewidywalny geniusz” stara się rozłożyć ten fenomen na czynniki pierwsze. Autor od samego początku skupia się na cechach charakterystycznych twórcy „Pulp Fiction”: od obsesyjnych, nasyconych popkulturą dialogów, po nieliniową strukturę narracyjną. Shone ze szczególną uwagą analizuje tarantinowską predylekcję do konwencji gore – specyficznej estetyki przemocy, która u tego reżysera nigdy nie jest tylko pustym szokowaniem, lecz staje się operowym, niemal baletowym elementem widowiska. Moja ocena to rzetelne 7/10 – to wizualna uczta dla fanów, choć momentami bardziej przypomina hagiografię niż krytyczną analizę. Tom Shone prowadzi nas przez filmografię reżysera, od „Wściekłych psów” aż po „Pewnego razu... w Hollywood”, pokazując, jak chłopak z wypożyczalni kaset wideo stał się demiurgiem masowej wyobraźni. Autor świetnie dokumentuje proces twórczy, w którym Tarantino miksuje spaghetti westerny, kino klasy B i francuską nową falę, tworząc z nich nową, wybuchową jakość. Najważniejsze wnioski i rady płynące z tej lektury to: Kradzież jako akt twórczy: Shone przypomina, że Tarantino nie kopiuje, lecz tworzy kolaż z elementów historii kina. To lekcja dla artystów: oryginalność polega na nowym zestawieniu znanych elementów. Wierność własnej wizji: Reżyser uczy bezkompromisowości. Mimo nacisków producentów, zawsze stawiał na swój unikalny rytm i estetykę, co ostatecznie przyniosło mu status legendy. Dialog jako akcja: Książka pokazuje, że u Tarantino rozmowa o burgerach w Paryżu jest równie ważna i napięta jak strzelanina. Duszna atmosfera i najważniejsze rady Recenzję muszę zacząć od dusznej atmosfery, która bije z opisów planów filmowych przytaczanych przez Shone’a. To duszność klaustrofobicznych kadrów, w których postacie są uwięzione w barach, magazynach czy piwnicach, czekając na nieuchronną eksplozję przemocy. Czytelnik niemal czuje zapach prochu i słyszy trzeszczącą płytę winylową w tle. Ta duszność to także napięcie między słowem a czynem – specyficzny tarantinowski suspens, w którym długa rozmowa jest jedynie odliczaniem do brutalnego finału. Książka zachwyca wydaniem – bogactwo fotosów i elegancki skład sprawiają, że to idealna pozycja na prezent. Shone pisze z pasją, a jego anegdoty są soczyste. Brakujące trzy punkty wynikają jednak z pewnej powierzchowności. Autor rzadko zdobywa się na krytykę, omijając kontrowersje wokół osobowości reżysera czy jego relacji z niektórymi aktorami. To raczej celebracja geniuszu niż obiektywny portret, co sprawia, że dla wnikliwego badacza kina książka może wydać się zbyt „bezpieczna”. „Tarantino. Nieprzewidywalny geniusz” to efektowny hołd dla człowieka, który przywrócił kinu radość z opowiadania historii. Shone stworzył przewodnik po świecie, w którym krew ma kolor jaskrawej czerwieni, a każde zdanie jest kultowe.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Ghostland. Ameryka i jej nawiedzone miejsca Colin Dickey
Ghostland. Ameryka i jej nawiedzone miejsca
Colin Dickey
To nie jest przewodnik po nawiedzonych miejscach Ameryki, lecz rzetelny i fascynujący reportaż o niesamowitym zjawisku, jakim jest przeogromna wiara Amerykanów w zjawiska nadprzyrodzone. W Stanach Zjednoczonych niemal co drugi dom uznawany jest za nawiedzony – niezależnie od tego, czy stoi od stuleci, czy został wybudowany całkiem niedawno. Nie wspominając o historycznych szpitalach, więzieniach, cmentarzach, itp. Dickey nie oprowadza nas jednak od jednej „strasznej” lokalizacji do drugiej. Każdy rozdział poświęca innemu zjawisku: paradoksowi tragedii w Salem, wydarzeniu, które powinno być wyrzutem sumienia, a stało się atrakcją turystyczną; wymazywaniu niewygodnej historii na przykładzie Diabelskiego Pół Akra w Richmond, gdzie duchy niewolników zdają się być pominięte, a widuje się jedynie zjawy białych; tworzeniu „nawiedzonych domów” i przeobrażaniu ich dawnych mieszkańców w postacie groteskowe na potrzeby współczesnego biznesu rozrywkowego; czy procesom, w których rodzą się i utrwalają miejskie legendy. Przy okazji powstaje barwny obraz historii wielu niezwykłych miejsc: XIX-wiecznych szpitali psychiatrycznych, przykościelnych cmentarzy, Nowego Orleanu, Detroit czy ponad dwustuletnich więzień. To kawał solidnej reporterskiej pracy – aż szkoda, że książka nie ukazała się w serii amerykańskiej wydawnictwa Czarne. Autor nie wierzy w duchy, ale też nie obnosi się z tą niewiarą, nie deprecjonuje, nie krytykuje. Zamiast tego analizuje fenomen, jego źródła i konsekwencje.
Ania Urbańska - awatar Ania Urbańska
oceniła na 8 7 miesięcy temu
Ostatni turnus. Pocztówki z wczasów w PRL-u Marcin Wojdak
Ostatni turnus. Pocztówki z wczasów w PRL-u
Marcin Wojdak
Melancholia to słowo, które najlepiej definiuje pierwsze spotkanie z książką Marcina Wojdaka „Ostatni turnus. Pocztówki z wczasów w PRL-u”. Autor zabiera nas w podróż po świecie, który niby wciąż istnieje w fizycznej formie betonu i szkła, ale mentalnie i kulturowo dawno już odpłynął w niebyt. Warstwa estetyczna tej publikacji jest wręcz hipnotyzująca – to hołd złożony architekturze modernizmu, która w czasach Polski Ludowej miała być obietnicą nowoczesności i powszechnego odpoczynku. Wojdak, znany z prowadzenia popularnego profilu „Cosmoderna”, udowadnia, że stare ośrodki wypoczynkowe, mimo łuszczącej się farby i powybijanych szyb, posiadają unikalną duszę, której próżno szukać w dzisiejszych, zunifikowanych hotelach. Książka zasługuje na solidne 7/10, będąc czymś pomiędzy albumem fotograficznym a sentymentalnym reportażem. Autor skupia się na dawnych ośrodkach Funduszu Wczasów Pracowniczych (FWP), które niegdyś tętniły życiem, zapachem stołówkowej zupy mlecznej i dźwiękiem dancingów. Dziś te obiekty to często straszące pustostany, monumentalne szkielety ukryte w lasach lub, co gorsza, bryły bezlitośnie wyburzane pod kolejne apartamentowce. Wojdak z czułością dokumentuje te „umierające” miejsca, zanim znikną na zawsze z polskiego krajobrazu. Opisuje m.in. ikoniczne ośrodki w Ustroniu czy Jastrzębiej Górze, pokazując, jak ambitne wizje architektów tamtej epoki zderzyły się z brutalnością wolnego rynku i upływem czasu. Największym atutem tego tomu jest jednak sposób, w jaki autor łączy obraz z tekstem. To nie jest suchy katalog budynków. Wojdak pisze z lekkim przymrużeniem oka, wplatając w opisy anegdoty o wczasach pod gruszą, regulaminach korzystania z kąpielisk i specyficznej estetyce wnętrz typu „wczesny Gierek”. Fotografie zawarte w książce nie są tylko dokumentacją zniszczeń – to artystyczne kadry, które wydobywają piękno z geometrycznych form, mozaik i finezyjnych konstrukcji klatek schodowych. Autor ma niezwykłe oko do detalu, potrafiąc dostrzec poezję w zardzewiałej balustradzie czy opuszczonej recepcji, wyszukanych mozaikach lub awangardowych stołówkach czy świetlicach. Mimo wyraźnej fascynacji autora, książka pozostawia pewien niedosyt informacyjny – chciałoby się czasem dowiedzieć więcej o samych twórcach tych budowli lub o losach konkretnych miejsc po transformacji. Niemniej, „Ostatni turnus” to przepiękny, wizualny zapis tęsknoty za pewną epoką i doskonałe studium przemijania. To lektura, która skłania do refleksji nad tym, jak traktujemy nasze architektoniczne dziedzictwo i czy potrafimy docenić wartość budynków, które nie pasują do współczesnych kanonów piękna.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Mali tułacze Wojciech Lada
Mali tułacze
Wojciech Lada
Fascynująca i przepełniona smutkiem opowieść o losie najmłodszych polskich zesłańcow w trakcie II wojny światowej z organizacją armii generała Władysława Andersa w tle. W wyniku "amnestii" z 1941 roku będącej wynikiem układu Sikorski-Majski w Rosji Stalina zaczęto tworzyć armię polską, a zesłane na Syberię rodziny dostały pozwolenie opuszczenia kołchozów i "udania się do domu". To co jest jasne na papierze w praktyce nie było już tak oczywiste. Droga na zachód była niemożliwa do przebycia przez toczące się tam walki oraz linię frontu. Rząd ZSRR wcale nie ułatwiał powrotu jak również komunikacji. Bywało, że niektórzy o amnestii dowiadywali się przypadkiem z dużym opóźnieniem, dzięki czemu dłużej wykorzystywano ich do pracy. Dlatego właśnie zdecydowana większość uchodźców rozpoczęła swoją piekielną wędrówkę na południe. Początek podróży był chyba najgorszy. Wygłodniali, osłabieni ludzie, głównie kobiety z dziećmi umierali z powodu chorób, zimna i braku jedzenia. Bywało, że rodziny rozdzielano na stacjach kolejowych lub postojach, a malutkie dzieci po śmierci rodziców nigdy tak naprawdę nie poznały swojego pochodzenia. Szokujący obraz uciskanych na stojąco zamarźniętych ciał w pomieszczeniu gospodarczym jednej ze stacji, bo tak "więcej się mieściło" zostanie ze mną przez jakiś czas. Mimo że ludzie Ci teoretycznie byli już wolni, nadal przewożeni byli w warunkach poniżej jakiejkolwiek godności. Setki, tysiące kilometrów, zmieniający się klimat, nieznane dotąd warunki pogodowe, niezliczone komary, nowe choroby, kolejno poznawane nacje, ludy i kultury, pustynie, góry, zimy z piekła rodem oraz potworne upały, burze piaskowe, dorastanie w trakcie kilkuletniej podróży, śmierć znajomych i członków rodziny, romanse z tubylcami lub marynarzami, szkoła, niebezpieczeństwa ze strony tubylców jak i dzikich zwierząt, coraz bardziej oddalający się dom, za którym tęsknili rodzice, a który w umysłach dzieci zostawał tylko "pustym hasłem" czy nieosiągalnym, wręcz niechcianym już celem. Pierwszymi wielkimi przystankami uciekinierów były pustynie Kazachstanu, potem Uzbekistan, Kirgistan i ziemie Tadżykistanu. Kolejne obozy, gdzie faktycznie można było odetchnać to miasta jak Aszchabad czy Meszmed, Pahlewi (Anzali)i Teheran albo Isfahan w północnej Persji, dzisiejszym Iranie. Niektórzy już tutaj poczuli się bezpieczniej, mimo że oddech radzieckiej armii jeszcze nie zniknął z ich karków. Wiele szlaków ewakuacyjnych prowadziło też przez morze Kaspijskie. Do tego czasu powiększająca się armia Andersa podróżowała w towarzystwie kobiet i dzieci, ale w końcu musiała się do czegoś przydać, a dostarczane racje żywnościowe nie były w stanie już wszystkich wyżywić. Tu każdy musiał już pójść we własną stronę. Z Iranu polskie wojsko oraz ludność cywilna trafiali do Iraku, Palestyny, Libanu, Egiptu, a także do brytyjskich kolonii w Afryce, m.in. do Tanzanii (ówczesna Tanganika) przez kenijską Mombasę - wrota do wschodniej Afryki, w której osobiście odnalazłem ślady polskich uchodźców w tym tablice upamiętniające na Fort Jesus. Następnie część cywilów, w tym osierocone dzieci, została ewakuowana do dalszych krajów, takich jak Indie (słynne osiedle w Balachadi nieopodal Jamnagar czy ośrodek dla chorych na gruźlicę w Panchgani), Nowa Zelandia (Pahiatua) czy Meksyk (Santa Rosa). Stany Zjednoczone nie były wtedy skore do gościnności, by nie drażnić swego wielkiego sojusznika zza żelaznej kurtyny. Autor mocno podkreśla rolę Władysława Andersa w sytuacji polskich zesłańów jak również Hanki Ordonówny - byłej gwiazdy estrady międzywojennej, która znalazła swoją drugą misję w opiece na podróżującymi sierotami. Książka bardziej przejmująca w pierwszej połowie. Dalsze losy naszych rodaków to głównie tułaczka, ale też lepsze momenty, trochę miłosnych uniesień jak również poznawanie świata. Dzieci znacznie szybciej adaptowały się do "bezdomnej rzeczywistości", często nie znając pojęcia "dom", a gdy już przyzwyczaiły się do nowego miejsca, wcale nie wykazywały ochoty powrotu do ojczyzny swoich rodziców. Zdarzały się nawet ucieczki z konwojów. Polecam. Bardzo ciekawa opowieść.
Paweł85x2 - awatar Paweł85x2
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Wrzaski Tomasz Maruszewski
Wrzaski
Tomasz Maruszewski
Główny bohater - Adam, wieś, lata 90., żona, dziecko i tajemnica, która nie ma prawa się utrzymać: romans z innym mężczyzną. Ukrywany nerwowo, rozpisany na dojazdy do pobliskiego miasta, na osobne wejścia do hotelu, na ciągłe rozglądanie się przez ramię. W miejscu, gdzie wszyscy wszystko o sobie wiedzą, taka tajemnica nie jest kwestią czy, tylko kiedy wyjdzie na jaw. I kiedy wychodzi... no właśnie. Potem jest ucieczka. Miasto, wynajęte mieszkanie, nowa praca, alkohol. Adam niby żyje dalej, ale to "dalej" jest bardzo, bardzo prowizoryczne. Wszystko tymczasowe. Najbardziej ciąży mu nie to, co zrobił, tylko to, co stracił: córka, codzienność, prawo do bycia kimś zwyczajnym. I Jerzy - mężczyzna, który znika z tej historii w sposób niejasny, zostawiając po sobie więcej pytań niż wspomnień. Bardzo mocne w tej książce jest tło. Bo Polska prowincja sprzed trzydziestu lat pokazana jest bez sentymentu i bez folkloru. Ludzie funkcjonują tu jako zbiorowość, nie jako jednostki. Reagują jak jeden organizm. Najpierw patrzą, potem krzyczą. To działa, bo nie jest szczególnie wydumane ani podkręcone pod efekt - raczej chłodne, surowe i niepokojąco znajome. Maruszewski dobrze pokazuje, jak szybko wieś potrafi przejść od milczącej obserwacji do otwartej przemocy. Nie ma tu jednego czarnego charakteru. Jest krzyk tłumu, krzyk sąsiadów, ale też krzyk wewnętrzny - ten, który zostaje z Adamem na długo po tym, gdy fizycznie ucieknie z miejsca, które kiedyś nazywał domem. To książka, która mówi głośno o wykluczeniu i przemocy. Temat jest mocny i potrzebny. Styl to krótkie zdania, rwany rytm, ciągłe napięcie. Z czasem może jednak zaczyna to męczyć. Nie ma tu chwili ulgi, żadnej ciszy, żadnego miejsca, w którym emocje mogłyby opaść. Wszystko jest bardzo intensywne, wszystko grane na wysokim tonie. Jak niewiele trzeba, żeby człowieka skreślić. Historia jest opisana z perspektywy lat 90., z ich prowincjonalnym porządkiem, ciasnymi normami i zbiorowym myśleniem, które nie dopuszcza wyjątków. A jednak zaskakująco wiele z tego brzmi znajomo. Mechanizmy wykluczenia, język przemocy, potrzeba wskazania winnego - to wszystko wcale nie zostało w tamtej dekadzie. I to chyba najbardziej niepokojąca rzecz, jaka z tej książki zostaje.
Infamis - awatar Infamis
ocenił na 7 3 miesiące temu

Cytaty z książki Sławne psy i ich ludzie

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Sławne psy i ich ludzie