Antoni Libera,
Najlepiej się nie urodzić
Spójrzmy na dwóch kronikarzy codzienności tworzących mniej więcej w tym samym czasie – w drugiej połowie XX wieku – na Jerzego Pilcha i Antoniego Liberę.
Jeden opisując szarą egzystencję daje odczuć czytelnikowi, że proza życia wyraźnie mu ciąży. Cierpi, kiedy pisze o everymanie i jego życie przedstawia zawsze jakby „na sterydach”: w szpitalu psychiatrycznym, podkręcone alkoholem, udziwnione przez cudowną zdolność słyszenia pinów do kart bankomatowych. Ucieka od niej, choćby w świat używek, tak, jakby historia, którą przedstawia narrator powieści była przez to, że szara, zwyczajna – niewarta opowiedzenia i – tym bardziej – niewarta lektury. Uciekający od nudy, eskapizujący podmiot jest wszystkim.
Drugi jest zachwycony codziennością, im zwyczajniejsza, im spokojniejsza jest historia, którą przedstawia, tym bardziej się nią delektuje. Paradoksalnie opowieść, która dzięki temu powstaje mieni się wszystkimi kolorami i daje się smakować pełnią smaków. Narrator nie oczekuje zabawiania, podkręcania, ubarwiania codzienności, nie szuka niczego, co mogłoby przełamać jej rutynę. Ze stoickim spokojem rozgaszcza się w swojej jedynej ojczyźnie – języku (wrócimy do tego!)– i snuje opowieść, która niesie pokój i ukojenie.
Dlaczego recenzję „Najlepiej się nie urodzić” Antoniego Libery zaczęłam od Jerzego Pilcha? Autora „Spisu cudzołożnic” do tego zbioru opowiadań zaprosił sam autor, włączając do niego pastisz Pilchowskiej prozy: złośliwe (wobec Pilcha),ironiczne i arcyzabawne opowiadanie „Liryki lozańskie”, które zawiera wszystkie elementy Pilchowskiego uniwersum: dopieszczone pierwsze zdanie, morze alkoholu, luterstwo, a także niemożność pisania cudownie ironicznie opisaną w poniższym fragmencie:
„Dlaczegóż by nie wyróżnić zagadkowego Gustawa? I cóż z tego, że nic nie napisał? Choć raz nagrodzić „Wielkie Niespełnienie?” Dać szansę Niespełnionemu, żeby się wreszcie spełnił! Zresztą – po cóż spełnił? By się dalej nie spełniał, bo czymże jest Skwarne Lato, a nawet Burzliwa Wiosna wobec nadziei, jakie każde z nich budzi?
Nagrodzić Gustawa – któż dziś jak on, ma odwagę nie pisać. Milczy nim zaczął mówić. Niech snuje swój wewnętrzny poemat, którego złote okruchy, niczym robaczki świętojańskie będą co jakiś czas błyskać w eterycznej przestrzeni.”
Zupełnie inną od „Liryk lozańskich” codzienność opiewa pierwsze i zarazem tytułowe opowiadanie zamieszczone w tym zbiorze, czyli „Najlepiej się nie urodzić”. Przenosi nas ono do warszawskiego getta, krótko przed jego likwidacją w 1942 roku. Uwięziona w nim matka narratora ze spokojem konstatuje, że jeśli chce ocaleć, musi się z niego wydostać. Dzwoni zatem poza jego mury, organizuje swoją ucieczkę, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Uciekając, nie wie gdzie się podzieje, powtarza w myślach sentencje Horacego, które zna sprzed wojny: „Stanie się to, co się stanie”, „Pamiętaj, by w trudnych chwilach zachować równowagę” i „Nie pytaj, co się stanie jutro”. Tytułowa teza Teognisa: „Najlepiej się nie urodzić” pojawia się, jako przedmiot spotkania naukowego w getcie, przy Żelaznej 70 w 1941 roku, w trakcie którego, uczestnicy – niezrażeni wojenną rzeczywistością – zajmowali się tym, co było ważne – myślą i prawdą. Analizowali wartość logiczną tego sądu, rozważali go w kontekście determinizmu, indeterminizmu, pojęcia przypadku, doszli do wniosku, że sąd Teognisa nie był incydentalny, a podobne zdania można znaleźć u Sofoklesa, Szekspira, Calderona, także w Starym i Nowym Testamencie, czy u Schopenhauera. Przy Żelaznej 70 nie znający się jeszcze rodzice narratora wymienili zaledwie spojrzenie. Ponownie spotkali się po 4 latach, w zupełnie innej rzeczywistości. Nastrój stoicyzmu dominuje w całym opowiadaniu, mimo dewastujących okoliczności – getta, wojny, głodu, brudu, donosicielstwa, rozpędzającego się stalinizmu. Matka narratora momentami przygląda się sobie konstatując, że – mimo dystansu, jaki odczuwa wobec „swoich” - ratunku w powojennej zawierusze szuka tylko u nich (m. in. u brata współpracującego z UB, którym gardzi). Nawet tak pobieżne streszczenie jednego z opowiadań udowadnia, że mimo, że od czasu publikacji „Madame” minęło wiele lat, Libera nadal żyje tym, co napędzało jego debiutancką powieść.
Mamy zatem w tym zbiorze opowiadań odwołanie do Samuela Becketta, więcej – dowiadujemy się, że nad „Madame” unosiło się „błogosławieństwo Becketta” (taki tytuł nosi opowiadanie zamykające ów zbiór),któremu – jak podejrzewa autor ta powieść zawdzięcza swój sukces. W 1986 roku – kilka lat przed jej publikacją Libera – tłumacz Becketta - odbył z nim rozmowę, w której Beckett wyjawił mu, że zawsze marzył, by napisać coś takiego, jak „Effi Briest” Theodora Fontainea, co okazało się to niemożliwe, bo – „teraz już się tak nie pisze, teraz pisze się znacznie gorzej”. Czyż tego rodzaju dylematy nie pojawiają się na początku i na końcu „Madame”? „Kiedyś to były czasy…”
Opowiadanie „Opowieść idioty” przynosi rozliczenie z – także obecnymi w najważniejszej powieści Libery – Witkacym i Gombrowiczem. Nabrawszy dystansu do Gombrowicza, po latach jakie minęły od zachłyśnięcia się jego buńczucznym, obrazoburczym i bezkompromisowym stylem stwierdza, że jedyne, co przynosi lektura Gombrowicza, to sceptycyzm – nauka wątpienia, przekora i negacja wiary w nadprzyrodzony sens, czy działania podejmowane w jego imię. Z kolei Witkacy - jak przystało na błazna, który na ogół bywa smutny – wypada przy Gombrowiczu nader poważnie. Przeczuwał nadciągającą katastrofę i zmierzch cywilizacji i – w odróżnieniu od Gombrowicza – przejął się tym. Zaszył się w innej epoce i – przez samobójstwo popełnione 18.09.1939 na zawsze w niej pozostał.
„1967” traktuje o wojnie sześciodniowej, w wyniku której Izrael zdobył półwysep Synaj, zachodni brzeg Jordanu ze wschodnią Jerozolimą i część Syrii. Jest ono dla nas zapisem poszukiwania tożsamości przez kogoś, kto – urodziwszy się w Polsce, w żydowskim, acz bezwyznaniowym domu, szuka swojej tożsamości. Ma świadomość, że XX wiek utracił wiarę, ale patrzy wystarczająco głęboko, by dostrzegać, że wraz z wiarą utracił także porządek. Zaczął szukać innej drogi, ale nigdy jej nie odnalazł. Może dlatego, że innej drogi nie ma. Ojciec – bezwyznaniowy Żyd, którego poznaliśmy w tytułowym opowiadaniu – tłumaczył nastoletniemu narratorowi opowiadania 1967, że to Kościół Katolicki był schronieniem przed prawosławną Rosją i państwem pruskim. Rodzina Libery w drugiej połowie XIX w opuściła gminę wyznaniową i od tego czasu nie przestaje mierzyć się z tym, co jest poza nią - z kulturą oświeconą i światem laickim. Od tego czasu wisi nad nimi pytanie o to, co jest kryterium tożsamości: co znaczy być Żydem poza religią, gminą, poza hebrajskim i poza jidysz. Co zostało? Dla narratora – i Madame, i „Najlepiej się nie urodzić” - jedyną ojczyzną stał się język polski. Znakomity punkt wyjścia dla pisarza, nieprawdaż?
„Wesele którego nie było” jest doskonałą ilustracją kroku, jakie młodziutki narrator uczynił uświadomiwszy sobie ów punt wyjścia. Przynależąc jedynie do języka, znalazł się w epicentrum najważniejszego wydarzenia literackiego połowy lat sześćdziesiątych – co sprawiło, że jednocześnie spełnił marzenia każdego miłośnika literatury, a zarazem został z nich odarty (i to nie przez fakt ich spełnienia). Fragmenty „Miazgi” Jerzego Andrzejewskiego – tego najważniejszego wydarzenia literackiego lat sześćdziesiątych – ukazały się w dziesiątym numerze „Twórczości” z kwietnia 1965 r. 18 miesięcy później (w październiku 1966) ukazały się kolejne fragmenty powieści. Jeszcze piętnaście lat później Tomasz Burek pisząc o tych wydarzeniach pisał jak o sensacji.
O czym jest „Miazga”? O ślubie, do którego nie doszło. Taka konwencja wymaga od pisarza niebywałej ekwilibrystyki, która umożliwia ukazanie czegoś, co ma się nie odbyć, opowiedzenia historii, do której ma nie dojść. Andrzejewski opisuje przyjęcie weselne, jak mogłoby ono przebiegać, gdyby przebiegło. Żongluje dwoma rodzajami fikcji: pierwszą – podniesioną do potęgi – fikcją warunkową i drugą – tradycyjną – fikcją konwencjonalną. W pierwszej części książki posługuje się fikcją warunkową – opisuje przygotowania do przyjęcia weselnego, które się nie odbędzie. W drugiej części (dla niepoznaki zatytułowanej „Prolog”) posługuje się fikcją konwencjonalną – opisuje świat przedstawiony konwencjonalnie. Puentą „Miazgi” ma stać się to, że świat przedstawiony warunkowo nie stanie się światem przedstawionym konwencjonalnie.
W 1965 roku narrator „Wesela, którego nie było” był licealistą, jednakowoż zamieszanie wokół „Miazgi” do niego dochodziło. Andrzejewski w 1968 - jako pierwszy polski pisarz – zaprotestował przeciwko wejściu wojsk UW na Czechosłowację. Został wyklęty przez władze PRL, a jego twórczość – łącznie z „Popiołem i diamentem”, który był wówczas lekturą – została zakazana.
Narrator opowiadania napisał do autora niewydanej „Miazgi” list wyrażający uznanie i – nieoczekiwanie – doczekał się odpowiedzi, a nawet propozycji spotkania, która nadeszła w 1969 roku, tuż przed jego 20 urodzinami (19 kwietnia). Do spotkania między studentem II roku polonistyki, a uznanym pisarzem doszło w hotelowym barku Bristolu, znanym studentowi jedynie z literatury. Rozmowa zeszła na „Miazgę”. Andrzejewski poinformował o kradzieży notatek, o magmowatym świecie, na który można opowiedzieć magmowatym utworem, którym miała być właśnie tworzona przez niego powieść. Student polonistyki napisał – w ramach pracy rocznej na polonistyce – elaborat na temat niedokończonej „Miazgi”. Przesłał go Andrzejewskiemu. Ten, w dowód wdzięczności przeniósł czas akcji na 19 kwietnia 1969 (w przyszłości ów dzień miał się okazać dniem jego śmierci!) i wprowadził postać będącą portretem naszego narratora, włączył do książki pierwszy list, który otrzymał od niego (jako list bohatera, który był jego ilustracją do Adama Nagórskiego, który był ilustracją samego Andrzejewskiego. Miał więc narrator wykonać coś, co za chwilę zaczął uprawiać Lem w „Próżni doskonałej”: napisać szkic na temat nieistniejącej książki, streścić ją, sproblematyzować, porównać z innymi dziełami nieistniejącego autora i zarysować jego sylwetkę. Tym samym narrator opowiadania zmienił się w latach 1969 – 70 z, trwającego w niewinnym zachwycie odbiorcy literatury, w jej animatora, współtwórcę i zarazem bohatera książki(!). Ta insiderska wiedza rozkochanemu w niej studentowi przyniosła jednak rozczarowanie.
Opowiadanie „Niech się panu darzy” wychowanemu poza religią narratorowi przynosi cud – o ironio – iście w stylu „Opowieści Wigilijnej”. Znacznie mniej optymizmu przynoszą „Toccata C – dur” i „Widok z góry i z dołu”. Wydźwięk „Toccaty…” jest dość podobny do „Wesela, którego nie było”. Przynosi rozliczenie ze sztuką, z obietnicami, które ona składa i których nie spełnia. Z tym, co sztuka daje, z tym, tym, co zabiera, z oszustwami, na które łapie kolejne pokolenia wrażliwców. To opowiadanie opisuje losy dwojga maturzystów przygotowujących występ dyplomowy w szkole muzycznej, na który wybierają Toccatę C-dur (tak, jak pisałam – ciągle jesteśmy bardzo blisko „Madame”). Jeden z nich oddał się muzyce bez reszty, drugiemu się to w pewnym sensie nie udało. Ukazanie ich losów kilkadziesiąt lat po maturze jest pretekstem do refleksji nad sensem sztuki, jej prawdą i wartością. Wydźwięk jest raczej pesymistyczny. „Widok z góry i z dołu” odpowiada na podobne pytania, a punktem wyjścia dla tego opowiadania jest wizyta w Warszawie kogoś kto wyemigrował z niej przed wielu laty.
„Kompot z wisień” – opowiadanie, które Antoni Libera zadedykował Pawłowi Huelle – narrator, którego znamy z „Madame” (łącznikiem między tym opowiadaniem a powieścią jest choćby „kolega Jarek”, którego filozofia życiowa sprowadza się do „nie ważne co, ważne żeby”) spędza lato w Orłowie, chadza z rodzicami na obiady „do plastyczek”, irytuje się na tatę, który zamiast prowadzić neutralny small talk ze ślicznymi studentkami, zaczyna konwersację od pytania: „Co pani ostatnio czytała?” (a przecież nie każdy czyta!!!). Przypada mu na tych wakacjach w udziale „niańczenie” syna lektorki francuskiego z UW - Simone Marcel dwudziestoletniego Yvesa. Jako tło wakacyjnych perypetii, niczym milczący bohater, pojawia się historia Polski, wojna domowa w Hiszpanii (1936 - 1939 – była też poruszona w „Madame”!),fala emigracji (wszak emigrowali nie tylko ci, którzy nie byli w stanie zaakceptować komunizmu w Polsce, ale także ci, którzy – jak matka Yvesa - uważali, że komunizmu w Polsce jest za mało i angażowali się od czasów przedwojennych w ruch komunistyczny. Pojawiają się domysły dotyczące jej współpracy z SB, wszak jej mąż należał do Kominternu, a ona sama po reaktywacji partii komunistycznej we Francji w 1945 roku stała się na nowo aktywnym jej członkiem. Francja „burżuazyjna” ją prześladowała, a Polska udzieliła jej wspaniałomyślnie wsparcia po tym wszystkim ona jeździła tam i z powrotem.
Dla Pilcha pojawienie się kogoś tak barwnego, jak pani Simone i jej syn Yves, zwłaszcza w trakcie nudnego lata, spędzanego tam gdzie zawsze i tak jak zawsze byłoby wybawieniem. Burzący rutynę i przełamujący monotonię na tle szarzyzny PRLu i programowych niedoborów stanowili dla niej barwną odskocznię – jednakowoż nie byli witani z otwartymi ramionami przez narratora „Najlepiej się nie urodzić”. Autor zdaje się zachowywać dystansu wobec tej barwnej parki, mimo mimochodem rzucanych deklaracji dotyczących znajomości z Picassem, Sartrem i Camusem, z Aragonem i Elzą Triolet.
Co dystansem zachowywanym wobec fajerwerków, jakie zafundować może odbiorcy barwna „pani Simone” chce nam powiedzieć Libera? Że wszystko co wartościowe i wszystko, co ma znaczenie, jest gdzie indziej: w monotonii, rutynie, nudzie i spokoju, w którym nie musimy udawać nikogo, ani nikogo uwodzić i z nikim się ścigać. W szarzyźnie i w niedoborze, które paradoksalnie mogą dawać wolność. Zamiast ognistej wody narrator u Libery sączy kompot z „wisień” i rozgaszcza się w języku który jest wszystkim co ma, a zarazem tym, co wyznacza mu jedyne uznawane przez niego granice.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Dalej tylko pola
Powieść z bezimiennym narratorem, którego można utożsamiać z Autorem powieści - debiut z 2024 roku.
Tekst ma charakter refleksyjno-kontemplacyjny o życiu, które w myśl pisarza jest drogą egzystencjalną o głębokim wymiarze z pierwiastkami religijnymi.
Jak dla mnie, jest to powieść z duszą - epifania życia obejmująca wspomnienia z jego kryzysem.
Ciekawość sprawiła, że nie nudziłam się podczas lektury tej powieści. Zakończenie jest zaskakujące.
W pewnym sensie "Dalej tylko pola" ma w sobie podobieństwo do "Księgi ubogich" Jana Kasprowicza, mojego ulubionego poety.
Powieść z bezimiennym narratorem, którego można utożsamiać z Autorem powieści - debiut z 2024 roku.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTekst ma charakter refleksyjno-kontemplacyjny o życiu, które w myśl pisarza jest drogą egzystencjalną o głębokim wymiarze z pierwiastkami religijnymi.
Jak dla mnie, jest to powieść z duszą - epifania życia obejmująca wspomnienia z jego kryzysem.
Ciekawość sprawiła, że nie...
Krótka powieść. W sam raz do czytania w autobusie, czy pociągu. Autor stawia ponadczasowe pytania o przemijanie i nasze spojrzenie na nie, z samego Podhala. Samej fabuły nie zrozumiałem. Morze, piasek, pociąg, dom. "Ona", jak rozumiem żona, albo w ogóle figura kobieca. Ojciec który już ma być głównym bohaterem ale umiera w najmniej spodziewanym momencie. Wątki wartościowe, oparte na rozważaniach religijnych, rodem z podhalańskich kościołów, mieszają się z anglosaską muzyką popowo-rokową, czyli "kulturą" z gruntu prymitywną (a może to świadomy zabieg kontrastowy autora?). Pojawiają się inne wątki które jedynie uwypuklają nieokreśloność powieści. Nie wiadomo do czego zmierza fabuła, i poza ciągłymi wątkami egzystencjalnymi zaczyna męczyć. Na koniec odniosłem wrażenie że autor nie był pewien co i jak chce przekazać. Że powieść to zbiór luźnych szkiców które coś tam łączy, a najbardziej jakieś egzaltowane emocjonalne wspomnienia, które także w sumie nigdzie nie zmierzają. Zastanawiam się jaki jest cel takiego pisania.... Arcyciekawe pytanie.
Krótka powieść. W sam raz do czytania w autobusie, czy pociągu. Autor stawia ponadczasowe pytania o przemijanie i nasze spojrzenie na nie, z samego Podhala. Samej fabuły nie zrozumiałem. Morze, piasek, pociąg, dom. "Ona", jak rozumiem żona, albo w ogóle figura kobieca. Ojciec który już ma być głównym bohaterem ale umiera w najmniej spodziewanym momencie. Wątki wartościowe,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWarto na chwilę się zatrzymać. Dosłownie... i przy tej lekturze i w biegu swoich zajęć i obowiązków. Powrócić myślą do korzeni, skąd pochodzisz, za czym tęsknisz. Uświadomić sobie, że coś bezpowrotnie uleciało. Jest list. Ostatnie słowa od kogoś na kogo czekałeś od lat. Czytasz...
Warto na chwilę się zatrzymać. Dosłownie... i przy tej lekturze i w biegu swoich zajęć i obowiązków. Powrócić myślą do korzeni, skąd pochodzisz, za czym tęsknisz. Uświadomić sobie, że coś bezpowrotnie uleciało. Jest list. Ostatnie słowa od kogoś na kogo czekałeś od lat. Czytasz...
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJeśli ktoś współcześnie w Polsce potrafi w taki sposób ukazać piękno codzienności, chylę czoła. Tej powieści nie da się czytać szybko - ją trzeba smakować, tak jak życie, ale o tym mało kto już pamięta. Gołębiowski uczy, jak to robić - niespiesznie, akceptowalnie, harmonijnie. To jest opowieść o głębi istnienia, o istnieniu w Bogu bliskim, lecz dyskretnym. Polecam z całego serca.
Jeśli ktoś współcześnie w Polsce potrafi w taki sposób ukazać piękno codzienności, chylę czoła. Tej powieści nie da się czytać szybko - ją trzeba smakować, tak jak życie, ale o tym mało kto już pamięta. Gołębiowski uczy, jak to robić - niespiesznie, akceptowalnie, harmonijnie. To jest opowieść o głębi istnienia, o istnieniu w Bogu bliskim, lecz dyskretnym. Polecam z całego...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPodhalański rock'n'roll zagubiony w polach.
Podhalański rock'n'roll zagubiony w polach.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo ciekawy i dobry debiut prozatorski autora do tej pory znanego z twórczości eseistycznej. Takie przestawienie się na zupełnie inną wrażliwość jest trudne, ale mam wrażenie, że Gołębiowski poradził sobie z tym bardzo dobrze. Fabuła opowiada o relacji głównego bohatera z jego umierającym ojcem, ale równie chyba ważne w tej książce jest przywołanie podhalańskiego pejzażu, miejsc, wrażeń, zapachów, domów, ludzi i zwierząt. Jest w tym pisaniu coś co bardzo mi się podoba, coś nieuchwytnego - jak akacjowy puszek czy nitki babiego lata.
Bardzo ciekawy i dobry debiut prozatorski autora do tej pory znanego z twórczości eseistycznej. Takie przestawienie się na zupełnie inną wrażliwość jest trudne, ale mam wrażenie, że Gołębiowski poradził sobie z tym bardzo dobrze. Fabuła opowiada o relacji głównego bohatera z jego umierającym ojcem, ale równie chyba ważne w tej książce jest przywołanie podhalańskiego...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJakaś audycja radiowa zainspirowała mnie do kupienia książki. Czuję się oszukany. Książka jest słowotokiem bez ładu i składu. W swej formie przypomina mi dwie: Traktat o łuskaniu fasoli - który oceniam niezgodnie z trendem dość nisko i dziennik więzienny kardynała Pella - ale ten jest w stanie się obronić. Autor wyszedł chyba z założenia, z którego wychodzi dziś duża część użytkowników mediów społecznościowych - że każdą myślą warto się podzielić. Ja się z tą zasadą nie zgadzam. Powiedzieć, że książka jest słaba to za mało. Ona jest męcząca.
Jakaś audycja radiowa zainspirowała mnie do kupienia książki. Czuję się oszukany. Książka jest słowotokiem bez ładu i składu. W swej formie przypomina mi dwie: Traktat o łuskaniu fasoli - który oceniam niezgodnie z trendem dość nisko i dziennik więzienny kardynała Pella - ale ten jest w stanie się obronić. Autor wyszedł chyba z założenia, z którego wychodzi dziś duża część...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo jest książka slow, w takim znaczeniu, jak slow food. Autor nie boi się, niemodnych dziś raczej, opisów przyrody, przez co niezwykle zręcznie ukazuje upalne polskie lato, a następnie jego schyłek. Nie boi się też rzecz jasna tematu wiary, ale transcendencja według mnie nie przeważa nad ogólnymi rozważaniami dotyczącymi ludzkiego losu. Myliłby się jednak ktoś, kto szuka powieści drogi - temat podróży to zaledwie początek historii, co nie znaczy, że nie warto przeczytać.
To jest książka slow, w takim znaczeniu, jak slow food. Autor nie boi się, niemodnych dziś raczej, opisów przyrody, przez co niezwykle zręcznie ukazuje upalne polskie lato, a następnie jego schyłek. Nie boi się też rzecz jasna tematu wiary, ale transcendencja według mnie nie przeważa nad ogólnymi rozważaniami dotyczącymi ludzkiego losu. Myliłby się jednak ktoś, kto szuka...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Życie powolne, a jednak intensywne." - te słowa narratora, a zarazem bohatera historii zawierają w sobie jej esencję. Nie napisałam GŁÓWNEGO bohatera, bo - mimo, że wciąż siedzimy w jego głowie, jest on tak naprawdę tylko kanałem, soczewką, przez którą oglądamy to powolne, intensywne życie - właściwego protagonistę opowieści. Życie, na które składają się rowerowe przejażdżki po okolicy, rześkość górskich poranków, zmęczenie długim marszem, poczucie wspólnoty i jednocześnie nieprzystawania w zetknięciu z tajemnicą rytuału, przemijanie, strata, chwilowe wrażenie absolutnej pełni, ustępujące świadomości, że "niczego człowiek nie zdoła powiedzieć do końca".
Bardzo koheletowa jest to książka - dostrzegająca zarówno piękno, jak i marność stworzenia.
"Życie powolne, a jednak intensywne." - te słowa narratora, a zarazem bohatera historii zawierają w sobie jej esencję. Nie napisałam GŁÓWNEGO bohatera, bo - mimo, że wciąż siedzimy w jego głowie, jest on tak naprawdę tylko kanałem, soczewką, przez którą oglądamy to powolne, intensywne życie - właściwego protagonistę opowieści. Życie, na które składają się rowerowe...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka z tych, które mówią mniej o wydarzeniach a więcej o doświadczaniu życia. „Ocalić od zapomnienia? To za mało. Ważne, czy można ocalić wszystko od nieistnienia’’.
Książka z tych, które mówią mniej o wydarzeniach a więcej o doświadczaniu życia. „Ocalić od zapomnienia? To za mało. Ważne, czy można ocalić wszystko od nieistnienia’’.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to