rozwińzwiń

Dalej tylko pola

Okładka książki Dalej tylko pola autora Michał Gołębiowski, 9788367316590
Okładka książki Dalej tylko pola
Michał Gołębiowski Wydawnictwo: Dębogóra literatura piękna
244 str. 4 godz. 4 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2024-06-12
Data 1. wyd. pol.:
2024-06-12
Liczba stron:
244
Czas czytania
4 godz. 4 min.
Język:
polski
ISBN:
9788367316590
Średnia ocen

7,9 7,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dalej tylko pola w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Dalej tylko pola



książek na półce przeczytane 1241 napisanych opinii 798

Oceny książki Dalej tylko pola

Średnia ocen
7,9 / 10
33 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Dalej tylko pola

avatar
418
401

Na półkach: ,

Powieść z bezimiennym narratorem, którego można utożsamiać z Autorem powieści - debiut z 2024 roku.
Tekst ma charakter refleksyjno-kontemplacyjny o życiu, które w myśl pisarza jest drogą egzystencjalną o głębokim wymiarze z pierwiastkami religijnymi.
Jak dla mnie, jest to powieść z duszą - epifania życia obejmująca wspomnienia z jego kryzysem.
Ciekawość sprawiła, że nie nudziłam się podczas lektury tej powieści. Zakończenie jest zaskakujące.
W pewnym sensie "Dalej tylko pola" ma w sobie podobieństwo do "Księgi ubogich" Jana Kasprowicza, mojego ulubionego poety.

Powieść z bezimiennym narratorem, którego można utożsamiać z Autorem powieści - debiut z 2024 roku.
Tekst ma charakter refleksyjno-kontemplacyjny o życiu, które w myśl pisarza jest drogą egzystencjalną o głębokim wymiarze z pierwiastkami religijnymi.
Jak dla mnie, jest to powieść z duszą - epifania życia obejmująca wspomnienia z jego kryzysem.
Ciekawość sprawiła, że nie...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
190
183

Na półkach:

Krótka powieść. W sam raz do czytania w autobusie, czy pociągu. Autor stawia ponadczasowe pytania o przemijanie i nasze spojrzenie na nie, z samego Podhala. Samej fabuły nie zrozumiałem. Morze, piasek, pociąg, dom. "Ona", jak rozumiem żona, albo w ogóle figura kobieca. Ojciec który już ma być głównym bohaterem ale umiera w najmniej spodziewanym momencie. Wątki wartościowe, oparte na rozważaniach religijnych, rodem z podhalańskich kościołów, mieszają się z anglosaską muzyką popowo-rokową, czyli "kulturą" z gruntu prymitywną (a może to świadomy zabieg kontrastowy autora?). Pojawiają się inne wątki które jedynie uwypuklają nieokreśloność powieści. Nie wiadomo do czego zmierza fabuła, i poza ciągłymi wątkami egzystencjalnymi zaczyna męczyć. Na koniec odniosłem wrażenie że autor nie był pewien co i jak chce przekazać. Że powieść to zbiór luźnych szkiców które coś tam łączy, a najbardziej jakieś egzaltowane emocjonalne wspomnienia, które także w sumie nigdzie nie zmierzają. Zastanawiam się jaki jest cel takiego pisania.... Arcyciekawe pytanie.

Krótka powieść. W sam raz do czytania w autobusie, czy pociągu. Autor stawia ponadczasowe pytania o przemijanie i nasze spojrzenie na nie, z samego Podhala. Samej fabuły nie zrozumiałem. Morze, piasek, pociąg, dom. "Ona", jak rozumiem żona, albo w ogóle figura kobieca. Ojciec który już ma być głównym bohaterem ale umiera w najmniej spodziewanym momencie. Wątki wartościowe,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
27
22

Na półkach:

Warto na chwilę się zatrzymać. Dosłownie... i przy tej lekturze i w biegu swoich zajęć i obowiązków. Powrócić myślą do korzeni, skąd pochodzisz, za czym tęsknisz. Uświadomić sobie, że coś bezpowrotnie uleciało. Jest list. Ostatnie słowa od kogoś na kogo czekałeś od lat. Czytasz...

Warto na chwilę się zatrzymać. Dosłownie... i przy tej lekturze i w biegu swoich zajęć i obowiązków. Powrócić myślą do korzeni, skąd pochodzisz, za czym tęsknisz. Uświadomić sobie, że coś bezpowrotnie uleciało. Jest list. Ostatnie słowa od kogoś na kogo czekałeś od lat. Czytasz...

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

94 użytkowników ma tytuł Dalej tylko pola na półkach głównych
  • 58
  • 35
  • 1
14 użytkowników ma tytuł Dalej tylko pola na półkach dodatkowych
  • 6
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Obecność Korony. Raport o wielkiej tradycji państwowej Jacek Bartyzel, Michał Gołębiowski, Aleksander Hall, Andrzej Horubała, Łukasz Jasina, Marek Jurek, Bogusław Kiernicki, Kacper Kita, Krzysztof Koehler, Janusz Kotański, Jacek Kowalski, Grzegorz Kucharczyk, Marta Kwaśnicka, Paweł Lisicki, Jan Maciejewski, Filip Memches, Józef Michalik, Paweł Milcarek, Andrzej Nowak (historyk), Tomasz Rowiński, Wojciech Turek, Maciej Zachara MIC
Ocena 9,0
Obecność Korony. Raport o wielkiej tradycji państwowej Jacek Bartyzel, Michał Gołębiowski, Aleksander Hall, Andrzej Horubała, Łukasz Jasina, Marek Jurek, Bogusław Kiernicki, Kacper Kita, Krzysztof Koehler, Janusz Kotański, Jacek Kowalski, Grzegorz Kucharczyk, Marta Kwaśnicka, Paweł Lisicki, Jan Maciejewski, Filip Memches, Józef Michalik, Paweł Milcarek, Andrzej Nowak (historyk), Tomasz Rowiński, Wojciech Turek, Maciej Zachara MIC
Michał Gołębiowski
Michał Gołębiowski
Pisarz, doktor nauk humanistycznych, literaturoznawca, tłumacz, eseista. Autor m.in. nagrodzonego Nagrodą Specjalną Identitas zbioru esejów „Bezkres poranka” oraz książki „Słodka ziemia. O kulturze wyczerpania i powrotach nadprzyrodzoności”. Publikuje m.in. na łamach „Więzi”, „Teologii Politycznej”. Latem 2024 r. ukazała się jego debiutancka powieść, „Dalej tylko pola”. Związany z rodzinnym Podhalem, mieszka w Warszawie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Szkoła biednych Sándor Márai
Szkoła biednych
Sándor Márai
Wybitny węgierski pisarz w erudycyjnym eseju „Szkoła biednych” o satyrycznym i autoironicznym zabarwieniu podejmuje się przedstawienia tematyki majętności na egzystencję i wybory człowieka. Sándor Márai był znakomitym obserwatorem ludzkiej natury, co ma odzwierciedlenie również tutaj. Obrazuje, iż bogactwo ekonomiczne nie zawsze jest wyznacznikiem szczęścia. Przyświeca mu myśl stoicka, co ma ogromny wpływ na percypowanie rzeczywistości i stawiane czytelnikowi pytania. Klarownie przedstawia i analizuje podział między życiem w ubóstwie, bogactwie a biedą. Odnosi się do własnego, trudnego doświadczenia i najważniejszych codziennych wyborów, w zależności od zasobności portfela. Okrasza wiwisekcję grup społecznych wymiarem socjologicznym. Stara się zmierzyć z tajemnicą życia. Zwraca ogromną uwagę, jak wiele składowych ma kluczowe znaczenie na dobrostan psychiczny, poczucie spełnienia. Peroruje o roli języka, pięknie istnienia sensu stricto. Wskazuje, iż dobra materialne to nie wszystko, co ma odzwierciedlenie, chociażby w dziennikach. Dla wielu nadrzędnymi wartościami i bogactwem jest zupełnie coś innego tj.bliskość z Bogiem i rodziną, bycie w ruchu, podróże, czy czas, który można poświęcić bliźniemu. Znajdziecie sporo odniesień do innych dzieł kultury, jak zwykle u pisarza. Esej niezwykle zajmujący, aktualny, uniwersalny, wymagający uwagi, wciągający intelektualnie. Piękny formalnie, językowo. Chciałabym móc z nim dłużej przebywać. Posiada nostalgiczne i refleksyjne tony. Jestem urzeczona szczerością. Wartością dodaną jest fakt, że Márai odnosi się bezpośrednio do czytelnika. Zmusza do zastanowienia nad tym, co w robinsonadzie po ziemskim padole łez powinno stanowić fundament dni. Przekład : Irena Makarewicz
Efemerycznoscchwil - awatar Efemerycznoscchwil
ocenił na91 rok temu
Najlepiej się nie urodzić i inne teksty pisane prozą Antoni Libera
Najlepiej się nie urodzić i inne teksty pisane prozą
Antoni Libera
Antoni Libera, Najlepiej się nie urodzić Spójrzmy na dwóch kronikarzy codzienności tworzących mniej więcej w tym samym czasie – w drugiej połowie XX wieku – na Jerzego Pilcha i Antoniego Liberę. Jeden opisując szarą egzystencję daje odczuć czytelnikowi, że proza życia wyraźnie mu ciąży. Cierpi, kiedy pisze o everymanie i jego życie przedstawia zawsze jakby „na sterydach”: w szpitalu psychiatrycznym, podkręcone alkoholem, udziwnione przez cudowną zdolność słyszenia pinów do kart bankomatowych. Ucieka od niej, choćby w świat używek, tak, jakby historia, którą przedstawia narrator powieści była przez to, że szara, zwyczajna – niewarta opowiedzenia i – tym bardziej – niewarta lektury. Uciekający od nudy, eskapizujący podmiot jest wszystkim. Drugi jest zachwycony codziennością, im zwyczajniejsza, im spokojniejsza jest historia, którą przedstawia, tym bardziej się nią delektuje. Paradoksalnie opowieść, która dzięki temu powstaje mieni się wszystkimi kolorami i daje się smakować pełnią smaków. Narrator nie oczekuje zabawiania, podkręcania, ubarwiania codzienności, nie szuka niczego, co mogłoby przełamać jej rutynę. Ze stoickim spokojem rozgaszcza się w swojej jedynej ojczyźnie – języku (wrócimy do tego!)– i snuje opowieść, która niesie pokój i ukojenie. Dlaczego recenzję „Najlepiej się nie urodzić” Antoniego Libery zaczęłam od Jerzego Pilcha? Autora „Spisu cudzołożnic” do tego zbioru opowiadań zaprosił sam autor, włączając do niego pastisz Pilchowskiej prozy: złośliwe (wobec Pilcha),ironiczne i arcyzabawne opowiadanie „Liryki lozańskie”, które zawiera wszystkie elementy Pilchowskiego uniwersum: dopieszczone pierwsze zdanie, morze alkoholu, luterstwo, a także niemożność pisania cudownie ironicznie opisaną w poniższym fragmencie: „Dlaczegóż by nie wyróżnić zagadkowego Gustawa? I cóż z tego, że nic nie napisał? Choć raz nagrodzić „Wielkie Niespełnienie?” Dać szansę Niespełnionemu, żeby się wreszcie spełnił! Zresztą – po cóż spełnił? By się dalej nie spełniał, bo czymże jest Skwarne Lato, a nawet Burzliwa Wiosna wobec nadziei, jakie każde z nich budzi? Nagrodzić Gustawa – któż dziś jak on, ma odwagę nie pisać. Milczy nim zaczął mówić. Niech snuje swój wewnętrzny poemat, którego złote okruchy, niczym robaczki świętojańskie będą co jakiś czas błyskać w eterycznej przestrzeni.” Zupełnie inną od „Liryk lozańskich” codzienność opiewa pierwsze i zarazem tytułowe opowiadanie zamieszczone w tym zbiorze, czyli „Najlepiej się nie urodzić”. Przenosi nas ono do warszawskiego getta, krótko przed jego likwidacją w 1942 roku. Uwięziona w nim matka narratora ze spokojem konstatuje, że jeśli chce ocaleć, musi się z niego wydostać. Dzwoni zatem poza jego mury, organizuje swoją ucieczkę, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Uciekając, nie wie gdzie się podzieje, powtarza w myślach sentencje Horacego, które zna sprzed wojny: „Stanie się to, co się stanie”, „Pamiętaj, by w trudnych chwilach zachować równowagę” i „Nie pytaj, co się stanie jutro”. Tytułowa teza Teognisa: „Najlepiej się nie urodzić” pojawia się, jako przedmiot spotkania naukowego w getcie, przy Żelaznej 70 w 1941 roku, w trakcie którego, uczestnicy – niezrażeni wojenną rzeczywistością – zajmowali się tym, co było ważne – myślą i prawdą. Analizowali wartość logiczną tego sądu, rozważali go w kontekście determinizmu, indeterminizmu, pojęcia przypadku, doszli do wniosku, że sąd Teognisa nie był incydentalny, a podobne zdania można znaleźć u Sofoklesa, Szekspira, Calderona, także w Starym i Nowym Testamencie, czy u Schopenhauera. Przy Żelaznej 70 nie znający się jeszcze rodzice narratora wymienili zaledwie spojrzenie. Ponownie spotkali się po 4 latach, w zupełnie innej rzeczywistości. Nastrój stoicyzmu dominuje w całym opowiadaniu, mimo dewastujących okoliczności – getta, wojny, głodu, brudu, donosicielstwa, rozpędzającego się stalinizmu. Matka narratora momentami przygląda się sobie konstatując, że – mimo dystansu, jaki odczuwa wobec „swoich” - ratunku w powojennej zawierusze szuka tylko u nich (m. in. u brata współpracującego z UB, którym gardzi). Nawet tak pobieżne streszczenie jednego z opowiadań udowadnia, że mimo, że od czasu publikacji „Madame” minęło wiele lat, Libera nadal żyje tym, co napędzało jego debiutancką powieść. Mamy zatem w tym zbiorze opowiadań odwołanie do Samuela Becketta, więcej – dowiadujemy się, że nad „Madame” unosiło się „błogosławieństwo Becketta” (taki tytuł nosi opowiadanie zamykające ów zbiór),któremu – jak podejrzewa autor ta powieść zawdzięcza swój sukces. W 1986 roku – kilka lat przed jej publikacją Libera – tłumacz Becketta - odbył z nim rozmowę, w której Beckett wyjawił mu, że zawsze marzył, by napisać coś takiego, jak „Effi Briest” Theodora Fontainea, co okazało się to niemożliwe, bo – „teraz już się tak nie pisze, teraz pisze się znacznie gorzej”. Czyż tego rodzaju dylematy nie pojawiają się na początku i na końcu „Madame”? „Kiedyś to były czasy…” Opowiadanie „Opowieść idioty” przynosi rozliczenie z – także obecnymi w najważniejszej powieści Libery – Witkacym i Gombrowiczem. Nabrawszy dystansu do Gombrowicza, po latach jakie minęły od zachłyśnięcia się jego buńczucznym, obrazoburczym i bezkompromisowym stylem stwierdza, że jedyne, co przynosi lektura Gombrowicza, to sceptycyzm – nauka wątpienia, przekora i negacja wiary w nadprzyrodzony sens, czy działania podejmowane w jego imię. Z kolei Witkacy - jak przystało na błazna, który na ogół bywa smutny – wypada przy Gombrowiczu nader poważnie. Przeczuwał nadciągającą katastrofę i zmierzch cywilizacji i – w odróżnieniu od Gombrowicza – przejął się tym. Zaszył się w innej epoce i – przez samobójstwo popełnione 18.09.1939 na zawsze w niej pozostał. „1967” traktuje o wojnie sześciodniowej, w wyniku której Izrael zdobył półwysep Synaj, zachodni brzeg Jordanu ze wschodnią Jerozolimą i część Syrii. Jest ono dla nas zapisem poszukiwania tożsamości przez kogoś, kto – urodziwszy się w Polsce, w żydowskim, acz bezwyznaniowym domu, szuka swojej tożsamości. Ma świadomość, że XX wiek utracił wiarę, ale patrzy wystarczająco głęboko, by dostrzegać, że wraz z wiarą utracił także porządek. Zaczął szukać innej drogi, ale nigdy jej nie odnalazł. Może dlatego, że innej drogi nie ma. Ojciec – bezwyznaniowy Żyd, którego poznaliśmy w tytułowym opowiadaniu – tłumaczył nastoletniemu narratorowi opowiadania 1967, że to Kościół Katolicki był schronieniem przed prawosławną Rosją i państwem pruskim. Rodzina Libery w drugiej połowie XIX w opuściła gminę wyznaniową i od tego czasu nie przestaje mierzyć się z tym, co jest poza nią - z kulturą oświeconą i światem laickim. Od tego czasu wisi nad nimi pytanie o to, co jest kryterium tożsamości: co znaczy być Żydem poza religią, gminą, poza hebrajskim i poza jidysz. Co zostało? Dla narratora – i Madame, i „Najlepiej się nie urodzić” - jedyną ojczyzną stał się język polski. Znakomity punkt wyjścia dla pisarza, nieprawdaż? „Wesele którego nie było” jest doskonałą ilustracją kroku, jakie młodziutki narrator uczynił uświadomiwszy sobie ów punt wyjścia. Przynależąc jedynie do języka, znalazł się w epicentrum najważniejszego wydarzenia literackiego połowy lat sześćdziesiątych – co sprawiło, że jednocześnie spełnił marzenia każdego miłośnika literatury, a zarazem został z nich odarty (i to nie przez fakt ich spełnienia). Fragmenty „Miazgi” Jerzego Andrzejewskiego – tego najważniejszego wydarzenia literackiego lat sześćdziesiątych – ukazały się w dziesiątym numerze „Twórczości” z kwietnia 1965 r. 18 miesięcy później (w październiku 1966) ukazały się kolejne fragmenty powieści. Jeszcze piętnaście lat później Tomasz Burek pisząc o tych wydarzeniach pisał jak o sensacji. O czym jest „Miazga”? O ślubie, do którego nie doszło. Taka konwencja wymaga od pisarza niebywałej ekwilibrystyki, która umożliwia ukazanie czegoś, co ma się nie odbyć, opowiedzenia historii, do której ma nie dojść. Andrzejewski opisuje przyjęcie weselne, jak mogłoby ono przebiegać, gdyby przebiegło. Żongluje dwoma rodzajami fikcji: pierwszą – podniesioną do potęgi – fikcją warunkową i drugą – tradycyjną – fikcją konwencjonalną. W pierwszej części książki posługuje się fikcją warunkową – opisuje przygotowania do przyjęcia weselnego, które się nie odbędzie. W drugiej części (dla niepoznaki zatytułowanej „Prolog”) posługuje się fikcją konwencjonalną – opisuje świat przedstawiony konwencjonalnie. Puentą „Miazgi” ma stać się to, że świat przedstawiony warunkowo nie stanie się światem przedstawionym konwencjonalnie. W 1965 roku narrator „Wesela, którego nie było” był licealistą, jednakowoż zamieszanie wokół „Miazgi” do niego dochodziło. Andrzejewski w 1968 - jako pierwszy polski pisarz – zaprotestował przeciwko wejściu wojsk UW na Czechosłowację. Został wyklęty przez władze PRL, a jego twórczość – łącznie z „Popiołem i diamentem”, który był wówczas lekturą – została zakazana. Narrator opowiadania napisał do autora niewydanej „Miazgi” list wyrażający uznanie i – nieoczekiwanie – doczekał się odpowiedzi, a nawet propozycji spotkania, która nadeszła w 1969 roku, tuż przed jego 20 urodzinami (19 kwietnia). Do spotkania między studentem II roku polonistyki, a uznanym pisarzem doszło w hotelowym barku Bristolu, znanym studentowi jedynie z literatury. Rozmowa zeszła na „Miazgę”. Andrzejewski poinformował o kradzieży notatek, o magmowatym świecie, na który można opowiedzieć magmowatym utworem, którym miała być właśnie tworzona przez niego powieść. Student polonistyki napisał – w ramach pracy rocznej na polonistyce – elaborat na temat niedokończonej „Miazgi”. Przesłał go Andrzejewskiemu. Ten, w dowód wdzięczności przeniósł czas akcji na 19 kwietnia 1969 (w przyszłości ów dzień miał się okazać dniem jego śmierci!) i wprowadził postać będącą portretem naszego narratora, włączył do książki pierwszy list, który otrzymał od niego (jako list bohatera, który był jego ilustracją do Adama Nagórskiego, który był ilustracją samego Andrzejewskiego. Miał więc narrator wykonać coś, co za chwilę zaczął uprawiać Lem w „Próżni doskonałej”: napisać szkic na temat nieistniejącej książki, streścić ją, sproblematyzować, porównać z innymi dziełami nieistniejącego autora i zarysować jego sylwetkę. Tym samym narrator opowiadania zmienił się w latach 1969 – 70 z, trwającego w niewinnym zachwycie odbiorcy literatury, w jej animatora, współtwórcę i zarazem bohatera książki(!). Ta insiderska wiedza rozkochanemu w niej studentowi przyniosła jednak rozczarowanie. Opowiadanie „Niech się panu darzy” wychowanemu poza religią narratorowi przynosi cud – o ironio – iście w stylu „Opowieści Wigilijnej”. Znacznie mniej optymizmu przynoszą „Toccata C – dur” i „Widok z góry i z dołu”. Wydźwięk „Toccaty…” jest dość podobny do „Wesela, którego nie było”. Przynosi rozliczenie ze sztuką, z obietnicami, które ona składa i których nie spełnia. Z tym, co sztuka daje, z tym, tym, co zabiera, z oszustwami, na które łapie kolejne pokolenia wrażliwców. To opowiadanie opisuje losy dwojga maturzystów przygotowujących występ dyplomowy w szkole muzycznej, na który wybierają Toccatę C-dur (tak, jak pisałam – ciągle jesteśmy bardzo blisko „Madame”). Jeden z nich oddał się muzyce bez reszty, drugiemu się to w pewnym sensie nie udało. Ukazanie ich losów kilkadziesiąt lat po maturze jest pretekstem do refleksji nad sensem sztuki, jej prawdą i wartością. Wydźwięk jest raczej pesymistyczny. „Widok z góry i z dołu” odpowiada na podobne pytania, a punktem wyjścia dla tego opowiadania jest wizyta w Warszawie kogoś kto wyemigrował z niej przed wielu laty. „Kompot z wisień” – opowiadanie, które Antoni Libera zadedykował Pawłowi Huelle – narrator, którego znamy z „Madame” (łącznikiem między tym opowiadaniem a powieścią jest choćby „kolega Jarek”, którego filozofia życiowa sprowadza się do „nie ważne co, ważne żeby”) spędza lato w Orłowie, chadza z rodzicami na obiady „do plastyczek”, irytuje się na tatę, który zamiast prowadzić neutralny small talk ze ślicznymi studentkami, zaczyna konwersację od pytania: „Co pani ostatnio czytała?” (a przecież nie każdy czyta!!!). Przypada mu na tych wakacjach w udziale „niańczenie” syna lektorki francuskiego z UW - Simone Marcel dwudziestoletniego Yvesa. Jako tło wakacyjnych perypetii, niczym milczący bohater, pojawia się historia Polski, wojna domowa w Hiszpanii (1936 - 1939 – była też poruszona w „Madame”!),fala emigracji (wszak emigrowali nie tylko ci, którzy nie byli w stanie zaakceptować komunizmu w Polsce, ale także ci, którzy – jak matka Yvesa - uważali, że komunizmu w Polsce jest za mało i angażowali się od czasów przedwojennych w ruch komunistyczny. Pojawiają się domysły dotyczące jej współpracy z SB, wszak jej mąż należał do Kominternu, a ona sama po reaktywacji partii komunistycznej we Francji w 1945 roku stała się na nowo aktywnym jej członkiem. Francja „burżuazyjna” ją prześladowała, a Polska udzieliła jej wspaniałomyślnie wsparcia po tym wszystkim ona jeździła tam i z powrotem. Dla Pilcha pojawienie się kogoś tak barwnego, jak pani Simone i jej syn Yves, zwłaszcza w trakcie nudnego lata, spędzanego tam gdzie zawsze i tak jak zawsze byłoby wybawieniem. Burzący rutynę i przełamujący monotonię na tle szarzyzny PRLu i programowych niedoborów stanowili dla niej barwną odskocznię – jednakowoż nie byli witani z otwartymi ramionami przez narratora „Najlepiej się nie urodzić”. Autor zdaje się zachowywać dystansu wobec tej barwnej parki, mimo mimochodem rzucanych deklaracji dotyczących znajomości z Picassem, Sartrem i Camusem, z Aragonem i Elzą Triolet. Co dystansem zachowywanym wobec fajerwerków, jakie zafundować może odbiorcy barwna „pani Simone” chce nam powiedzieć Libera? Że wszystko co wartościowe i wszystko, co ma znaczenie, jest gdzie indziej: w monotonii, rutynie, nudzie i spokoju, w którym nie musimy udawać nikogo, ani nikogo uwodzić i z nikim się ścigać. W szarzyźnie i w niedoborze, które paradoksalnie mogą dawać wolność. Zamiast ognistej wody narrator u Libery sączy kompot z „wisień” i rozgaszcza się w języku który jest wszystkim co ma, a zarazem tym, co wyznacza mu jedyne uznawane przez niego granice.
tańcząca_z_książkami - awatar tańcząca_z_książkami
ocenił na105 miesięcy temu
Sowizdrzał Babukić i jego czasy Miljenko Jergović
Sowizdrzał Babukić i jego czasy
Miljenko Jergović
24 grudnia 1991 roku, opuszczając na zawsze Zagrzeb w boeingu Adria Airways, Babukić stał się nowym, zagadkowym nawet dla siebie samego człowiekiem. Niby wciąż był Babukiciem, ale z całkiem niestandardowymi talentami i całkowitą amnezją co do powodów, jakie zmusiły go do opuszczenia kraju. „Mężczyzna w nieokreślonym wieku, niepozorny człowieczek z płonącymi oczami, w szarym, kafkowskim garniturku z przykrótkimi nogawkami, spod których co i raz wyłażą skarpetki w żółto-zielone romby” umiał teraz porozumieć się w każdym języku świata, czytać ludziom w myślach i przeskakiwać w czasie o dowolną ilość lat w przód i w tył bez użycia wehikułu czasu, no, chyba że za taki uznamy dowolny samolot na dowolnym lotniku w obrębie kuli ziemskiej. Pamiętajmy, że przed tajemniczą metamorfozą Babukić był z punktu widzenia etnicznego i religijnego trudnym do zdefiniowania człowiekiem (co w Jugosławii lat 90-tych było zjawiskiem nierzadkim). Żyd, katolik, Chorwat i do tego analityk Dowództwa Zagrzebskiego Okręgu Wojskowego. „Sługa Szatana wśród wyznawców Zbawiciela. Żyd z nordyckim zapisem w kwasie dezoksyrybonukleinowym. Wieprzek w postaci Baranka Bożego.” Ilość nagromadzonych w nim sprzeczności i niedopasowań odwzorowuje mapę jugosłowiańskich problemów. Prawdopodobne jest, że za karę, by odpokutować swój tchórzliwy, nieodpowiedzialny postępek, Babukić zostaje zamknięty w czymś w rodzaju czasowej pętli, pomiędzy 1991 a 2019 rokiem i przez te długie 28 lat przesiada się z samolotu do samolotu, pomiędzy rejsami wycierając tyłkiem plastikowe krzesełka w salach odlotów na całym świecie, poznając mnóstwo ludzi, o których natychmiast zapomina i przeżywając raz za razem sytuacje przypominające koktajl filmu drogi, slapstickowej komedii z sensacyjnym dramatem i domieszką fantastyki. Dawniej beztroski, niezaangażowany głębiej w jakąkolwiek sprawę, teraz staje się świadkiem i uczestnikiem, albo co najmniej słuchaczem nieprzewidywalnych, zwariowanych i frapujących wydarzeń, w które mimowolnie się włącza, jakby los chciał poddać próbie jego charakter i odnaleźć w nim choćby ślad wrażliwości. Dziesięć z pozoru śmiesznych opowieści to tak naprawdę bardzo poważne historie ubrane w szatę satyry i kpiny. Każda z nich mogłaby stać się osobnym materiałem na dłuższą powieść albo scenariusz zwariowanego filmu. Nie spodoba nam się przedstawiony w nich świat. Miljenko Jergović, uznany, szalenie interesujący bośniacki pisarz, dobrze w Polsce znany, przemycający także polskie akcenty w swojej twórczości, tym razem „popełnił” powieść łotrzykowską, przekorną, wariacką, wzbogaconą o elementy magii, prestidigigatorstwa, absurdu do potęgi i najwyższych lotów sarkazmu. Wymieszał wątki religijne z erotycznymi, wojenne z wodewilowymi, obsceniczne ze wzruszającymi. „Sowizdrzał Babukić i jego czasy” ma co najmniej tyle warstw, co spora cebula. Zdejmujesz je po kolei, pod każdą odkrywasz nowe treści, coraz poważniejsze, wymagające większej uwagi, a początkowy szeroki uśmiech z chwili na chwilę blednie, gdy uświadamiasz sobie, że ten świat nie jest ani trochę zabawny, że bardziej przeraża niż śmieszy, a jeśli nawet czasem nie powstrzymasz się i bezwiednie zachichoczesz, to jednak zawsze z zaciśniętymi szczękami. Babukić, będąc człowiekiem bez domu, bez rodziny, bez ojczyzny, błąka się wśród podobnych sobie, poszukujących swojego miejsca ludzi, którym odmawia się praw i godności. Nie dziwi ani trochę fakt poruszenia problemu uchodźców, imigrantów politycznych i ekonomicznych, przez autora, którego kraj rozpadł się na części, wzajemnie sobie wrogie, a duża część jego mieszkańców zmuszona została do trudnych, niekiedy niemożliwych wyborów, do jednoznacznego określenia swojej tożsamości. Bośniak od urodzenia mieszkający w Jugosławii na serbskiej ziemi, nagle okazuje się tam persona non grata, katolik na schodach swojej kamienicy przemyka ukradkiem, by nie narazić się na spotkanie z muzułmańskimi sąsiadami, z którymi jeszcze wczoraj pił śliwowicę. Temat jest dużo szerszy, wybiega daleko poza Bałkany i lata 90-te, co tutaj wyraźnie wybrzmiewa. Jak i sprawa tortur, ludzi pracujących na czarno w niewolniczych warunkach, a potem chowanych po cichu w bezimiennych grobach, by zatrzeć ślad ich istnienia. Z ogromną siłą uderzają w nas nawiązania do obozów koncentracyjnych, komór gazowych, rozsypywania prochów. Tak likwiduje się przedmioty, które straciły przydatność. I robią to ludziom tacy ludzie, jak oni sami. „I nad nimi, nad tymi ludźmi stoi ktoś, czyja praca polega na tym, żeby tych, którzy pójdą do obozu, na tortury, na śmierć, oddzielić od ludzi, którzy w tej chwili żyją i jutro będą żyli swoim zwykłym, pokojowym życiem, którzy nie będą pamiętać, że szli tą samą drogą co ci, których odprowadzono na bok, zamknięto, ogrodzono drutem kolczastym.” Selekcja taka dzieje się teraz w wielu miejscach, obok nas, sami też jesteśmy selekcjonerami, oznaczamy ludzi symbolami, nadajemy kody i dzielimy na kategorie: lepsza, gorsza, nagroda, kara, winien, ma… I zawsze mamy gotowe argumenty na swoje usprawiedliwienie, argumenty nie do odparcia. W dziwnie pokręcony sposób poznaje Babukić ludzkie historie, one same do niego przychodzą, chcą być wysłuchane, a być może też przekazane dalej. Rozmawia na przykład z kanapką poznając dzieje każdego ze składników czyli chleba, sera, szynki i masła, przechodzących przez wiele rąk, właściciele tych dłoni mają zazwyczaj wiele do opowiedzenia. Zagląda w garnki z najlepszym paprykarzem świata, jaki warzy pop Symeon, a duchowny snuje własną historię, z mnóstwem pierwszo i dalszoplanowych bohaterów… wyobraźnia Miljenki Jergovicia nie zna granic, co i rusz zaskakuje nas on formą i pomysłem narracji, kojarząc rzeczy na pozór odległe i bez związku, co najpierw wzbudza śmiech, potem zdumienie i refleksję, by na koniec przejść w nagłe zrozumienie, jakby otworzyło się przed nami wyjście z labiryntu. Cóż wspólnego mogą mieć wybrakowane kostki masła jadące w ciszy taśmą produkcyjną z ludzką masą czekającą pokornie w kolejce do segregacji na kategorie.: wyrzucić, nie wyrzucić? Przyda się czy nie przyda? Okazuje się, że wiele. Zdumiewa internacjonalna bliskość i wspólnota, mieszanina nacji, kultur i religii, jakie biorą udział w wyprodukowaniu i późniejszej wędrówce każdej z milionów rzeczy. Rzeczy krążą swobodnie po świecie, ludzie, którzy je stworzyli, już nie. Szukamy więc wraz z autorem w miarę przekonującego wyjaśnienia ludzkich uprzedzeń, prowadzących do pogardy, podziałów i w końcu dyskryminacji. Tropy prowadzą nas w różne zakątki globu, do dużych metropolii i maleńkich wiosek, ich mieszkańcy, których mamy okazję poznać dzięki dociekliwości Babukicia, wzmocnionej jego magią podróżowania w czasie i w przestrzeni, opowiadają nam swoje historie, będące zarazem żywą kroniką ich ziem i ich przodków. Maleńka, ponad stuletnia czarownica z Dagestanu, więzień, alfons i zarazem utalentowany mechanik Fritz Schuster, antropolog ze Sztokholmu, nie czująca zapachów wychowawczyni młodocianych prezydentów, wenerolog z Sarajewa… Ludzie ze Środkowej Afryki i Ameryki Południowej, Wschodu i Zachodu, krajów wiecznej zimy i całorocznego lata. Wszystkich ich jednoczy radość w domu uciech i, jak to mówi autor: „Od czasów Mojżesza, Buddy, Jezusa Chrystusa, Marcina Lutra i rewolucji francuskiej aż po towarzysza Titę i jego leśną brać, każda rewolucja kończy się kontrrewolucją, a drogę do władzy torują reakcjonistom krętki blade Treponema Pallidum Pallidum.” Jednako też uderza w nich pandemia 2019 roku, która kończy naszą historię. Akcesoria, przedmioty są tutaj bajarzami, nosicielami opowieści, legend, sag. Czasami Babukić prowadzi nas śladem ich kolejnych właścicieli, czasami przedstawia samą genezę ich powstania. Sam będąc wędrowcem, udaje się w podróż poprzez czas, który go nie obowiązuje, cofa o dziesiątki lat, by odkryć kolejną prawidłowość, zachwycić się cudem narodzin i dojrzewania ludzi, rzeczy, zjawisk, przerazić mechanizmami stawania się zła, jego zaraźliwością i bezkarnością. „Sowizdrzał Babukić i jego czasy” jest niby szkatułka bez dna, mieszcząca w sobie kolejne pudełeczka, a w nich kolejne… jest niczym długi rząd brzuchatych matrioszek. Tych zaś nigdy dosyć, wciąż się mnożą, już tylko Babukić za nimi nadąża, my staramy się z wszystkich sił dotrzymać mu tempa. Łapiemy podobieństwa do „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, mam tutaj na myśli awanturniczość przygodowej akcji i jej zapętlenie w mnogości szkatułkowych szufladek. Przemyka też duch Bułhakowa w zakresie magicznego stawania się światów i postaci jakby znikąd, wykrzywienia ich proporcji, zaburzenia racjonalności narracji, czarów, cudów i niesamowitości, które są czytelną metaforą, odzwierciedleniem zaskakujących prawideł naszego świata po drugiej stronie lustra, ostrzem satyry i monologiem Szalonego Kapelusznika. Baśniowy Wschód Rushdiego spotyka się w tej transcendentnej i naszpikowanej literacko-kulturowymi odniesieniami powieści z niemożliwą, bliską naturze i śmierci magią Marqueza oraz naturalizmem ludzkiej cielesności. Wszystko to zaś w cieniu krematoryjnych pieców Oświęcimia i masowych sarajewskich grobów. Tak właśnie wygląda cała, trudna do zrozumienia i wewnętrznie sprzeczna prawda o człowieku, jego układaniu się z Bogiem i pragnieniu życia, a także tegoż życia niemożliwych przypadkach. Żadne pióro nie będzie w stanie oddać tego świata, wymyka się on opisowi. „Bo na Bałkanach, w Czarnej Afryce, chyba także na Bliskim Wschodzie rzeczywistość jest tak niewiarygodna, irracjonalna i pozazmysłowa, że zadaniem pisarza jest coś wręcz odwrotnego niż to, czego oczekuje się od pisarza na Zachodzie. Zachodni pisarze mogą sobie do woli wymyślać i wyobrażać, a na Bałkanach pisarze wymazują, poprawiają i łagodzą to, w czym bałkańska rzeczywistość przesadziła.” Śmiało mogę powiedzieć, że „Sowizdrzał Babukić i jego czasy” to najlepsza, zarówno jeśli chodzi o formę, jak i treść, powieść Miiljenki Jergovicia. Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na91 rok temu
Ja to ktoś inny. Septologia III-V Jon Fosse
Ja to ktoś inny. Septologia III-V
Jon Fosse
"I widzę siebie, jak stoję i patrzę na obraz z dwiema kreskami, fioletową i brązową, które krzyżują się pośrodku..." jak refren wybija początek każdego tomu przedziwnej "Septologii" Fossego. Poza Aslem, narratorem i głównym protagonistą, bohaterem tej książki jest też tajemnica. Tajemnica psychologiczna, która kryje się w zarówno w biografii Aslego, jak i w samej narracji. Już to pierwsze zdanie książki i każdego kolejnego tomu sugeruje jakiś rodzaj dysocjacji, którą przeżywa bohater - opowiada o sobie, ale widzi siebie z zewnątrz, jakby stał obok. Jednocześnie doświadcza bardzo realnych flashbacków z przeszłości i w czasie teraźniejszym opowiada je na równi z wydarzeniami dziejącymi się w realnym czasie narracji - w tym samym zdaniu: "(...) a potem idzie do Spółdzielni i zdejmuje z witryny plakat, czy też raczej obraz z napisem Wystawa Sztuki, i wraca do domu z plakatem pod pachą, a ja siedzę w samochodzie i patrzę na śnieg pokrywający przednią szybę, i włączam wycieraczki, a one zgarniają śnieg i mogę zobaczyć białą murowaną ścianę (...)". Każdy tom jest zresztą jednym długim zdaniem. Również przeczucia i przeświadczenia dotyczące zmarłej żony, która przeszła już na drugą stronę, sprawiają, że chwile z życia w jakiś przedziwny sposób splatają przeszłość i teraźniejszość z wiecznością. Z wiecznością (czy też z jakąś bardzo pozaczasową perspektywą) łączą tę narracje katolickie modlitwy, po łacinie zresztą, Pater Noster, Ave Maria, które Asle wypowiada w momentach samotności, lęku czy paniki, której doświadcza co jakiś czas na kartach książki. Fashbacki tworzą swoisty Bildungsroman, opowiadają historię Aslego-nastolatka, który opuszcza dom rodzinny i przenosi się do miasta, najpierw by uczyć się w liceum, potem w Akademii Sztuk Pięknych w Bjørgvin. To również początki jego choroby alkoholowej i pierwsze spotkanie z tajemniczym imiennikiem. I kim jest ten drugi Asle? Sobowtórem, alter ego, jungowskim cieniem, a może jego drugą osobowością powstałą w wyniku dysocjacyjnego zaburzenia na podłożu traumy, o której dowiadujemy się pod koniec pierwszego tomu? A może alternatywną trajektorią życia, która mogłaby się wydarzyć, gdyby się nie nawrócił? Czy też może Asle, który leży w delirium, widzi, jak mogłoby się potoczyć życie, gdyby przestał pić i cała ta główna narracja to tylko fantazja o trzeźwości? I czy te dwie linie, które krzyżują się na obrazie namalowanym przez Aslego - leitmotivie powieści - to właśnie symboliczne spotkanie tych dwóch osobowości?
melizmat - awatar melizmat
ocenił na97 dni temu
To dla Pani ta cisza Mario Vargas Llosa
To dla Pani ta cisza
Mario Vargas Llosa
Ostatnie powieść noblisty !!! Wszyscy bez wyjątku pisarze iberoamerykańscy zaczynali swoją karierę literacką jako komuniści lub lewacy. Nie powinno to dziwić, bo tylko tacy mieli szansę na reklamę, tłumaczenia i milionowe nakłady we wszystkich krajach świata, w zamian mieli pełnić dla Sowietów rolę pożytecznych idiotów i tuby propagandowej socjalizmu. Jeśli byli jacyś lepsi, pozostali nieznani, bo nie tłumaczeni i reklamowani. Do teraz nic się nie zmieniło, wystarczy być stalinistką, podpisać Rezolucję popierającą wykonanie wyroku śmierci na księdzu katolickim (Józef Lelito),albo ogłosić się feministką, pomachać tęczową flagą dreptając w pochodzie i wszędzie deklarować, że nie ma się nic wspólnego z Kościołem katolickim, i co? I Nobel. Nie przeszkadza fakt, że nie potrafi się składać zdań w coś sensownego, a książki ledwo odbijają się od grafomani, którą maskuje, szantażują czytelnika, stwierdzeniem, że nie pisze dla idiotów (sic!). W latach 70-tych była popularna seria prozy iberoamerykańskiej, dziesiątki książek, różnych autorów, których już nikt nie pamięta. Kilku pisarzy się przebiło i zdobyło uznanie: Llosa, Marquez, Cortazar, Fuentes. Część z nich po zdobyciu sławy zmieniła swoje poglądy polityczne, czemu trudno się dziwić, w końcu to ludzie inteligentni. To literatura inna niż europejska, ale wcale nie gorsza. Wiele tych książek przeczytałem z prawdziwą przyjemnością, jedne są lepsze, inne takie sobie, dlatego dla tych, które przeczytałem, zbiorcze 8 gwiazdek. Ta należy do jednych z lepszych. POLECAM !!!
ando - awatar ando
ocenił na89 dni temu
To tylko dżuma Ludmiła Ulicka
To tylko dżuma
Ludmiła Ulicka
Gdybyś nagle znalazł się w zatłoczonym wagonie metra i dowiedział się, że pasażer obok niesie w sobie wyrok śmierci, co poczułbyś najpierw? W świecie Ulickiej to nie śmierć jest najstraszniejsza, lecz niepewność. Ludzie znikają z domów w środku nocy, a sąsiedzi nie wiedzą, czy zostali aresztowani za „zdradę ojczyzny”, czy zabrani na oddział zakaźny. Granica między kwarantanną a gułagiem zaciera się całkowicie. To historia o tym, jak państwo, które na co dzień dusi swoich obywateli ideologią, nagle staje się ich „wybawcą” za pomocą bagnetów. Czy można ufać władzy, która ratuje ci życie, jednocześnie trzymając cię na muszce? Ulicka pokazuje, że w systemie opartym na kłamstwie, nawet prawda o epidemii staje się narzędziem represji. Maier, pacjent zero, staje się mimowolnym sprawcą chaosu, a jego tragizm polega na tym, że jako naukowiec rozumie biologię, ale jako człowiek radziecki – boi się polityki. Książka jest galerią postaci, które w obliczu ostatecznego zagrożenia zdejmują maski. Mamy tu lekarzy, którzy z heroicznym poświęceniem decydują się na izolację, ryzykując życie dla pacjentów, których nazwisk nawet nie znają. Mamy też biurokratów, dla których ważniejszy od ludzkiego życia jest brak plamy w raporcie dla Stalina. Ulicka mistrzowsko operuje kontrastem: intymne dramaty jednostek (pożegnania przez szybę, niedokończone rozmowy) zderzają się z bezduszną machiną państwową. Autorka sugeruje, że dżuma biologiczna jest w pewnym sensie mniej groźna od „dżumy umysłów”. Wirusa można zwalczyć szczepionką i izolacją, ale jak wyleczyć społeczeństwo z paranoi, donosicielstwa i ślepego posłuszeństwa? Ulicka nie daje prostych odpowiedzi, ale jej diagnoza jest bolesna. Epidemia w „To tylko dżuma” jest katalizatorem, który wyciąga na wierzch to, co w człowieku najszlachetniejsze i to, co najbardziej podłe. Mimo ciężkiej tematyki, powieść czyta się z zapartym tchem. Styl Ulickiej jest oszczędny, niemal suchy, co tylko potęguje grozę opisywanych wydarzeń. Krótkie rozdziały, szybkie cięcia montażowe i wielość punktów widzenia sprawiają, że lektura przypomina oglądanie dynamicznego thrillera medycznego, w którym stawką jest nie tylko przeżycie, ale i zachowanie resztek godności. Podsumowując, „To tylko dżuma” to lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcą zrozumieć mechanizmy władzy i psychologię tłumu w sytuacjach granicznych. Larisa Ulicka udowodniła, że literatura potrafi być prorocza, a lekcje, których nie odrobiliśmy w przeszłości, mają tendencję do powracania w najmniej oczekiwanych momentach. To mocna, mądra i przerażająco aktualna książka, która zostaje pod skórą znacznie dłużej, niż trwa proces inkubacji jakiegokolwiek wirusa.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na83 miesiące temu
Siostra Sándor Márai
Siostra
Sándor Márai
Zdumiewające, że tak niesłychane i niespotykane treści można znaleźć wydrukowane na papierze, w książce dostępnej ot tak w księgarni czy bibliotece. To pewnie tylko dlatego, że z pozoru i na pierwszy rzut oka jest to całkiem zwyczajna powieść. Garść cytatów: "Myślałem o próżnej i durnej bucie człowieka, który ośmiela się sądzić, że krwawe interesy brudnych rąk mogą mieć wpływ na prawa nieskończonego świata. Nie, jest wielce prawdopodobne, że człowiek jest jedynie ofiarą światowych sił – tak wtedy dumałem – i owe kosmiczne promieniowania, które w przyrodzie zmieniają pory roku, również w naturze człowieka budzą namiętności. (...) Igraszki człowieczych sił i zamiarów, których prawdziwej natury nie znamy, skupiska porywów, jakie migocą poza spektrum ludzkiego rozumu..." (22-23) "Żyjemy pośród wyidealizowanych wyobrażeń rodem z kolorowych magazynów. (...) Cóż wiemy o tej sile wprawiającej w ruch ziemski glob, którą ludzie nazywają miłością, a która ma do odegrania swoją rolę we wszechświecie: łączy w pary żywych i użyźnia materię świata. (...) Rzeczywistość jest o wiele bardziej zaskakująca, jej siła fantazjotwórcza jest bogatsza i czarowniejsza niż każda inna sytuacja, jaką tylko człowiek w ogóle potrafi sobie wyobrazić." (35) "Pomiędzy naturą i człowiekiem mogą istnieć współzależności, których nie znamy. (...) Uważam tylko, że "istnieje zależność" między wszystkimi zjawiskami (...),bo za wszystkim stoi Bóg." (42, 45) "Niezrozumiały, dziki impuls wyrywa ludzi z ich własnego losu (...)." (50) "To była chwila, kiedy "zaczęło się", kiedy moje życie oddzieliło się od tego wszystkiego, co do tej pory było jego warunkiem i treścią, kiedy nagle coś we mnie umarło, a ja sam urodziłem się na nowo, równocześnie umarłem dla życia i narodziłem się dla śmierci." (76) "Według mnie szaman to niebieski podróżnik. Pośredniczy między Bogiem i ludźmi. Bo choroba to nic innego jak naruszenie porządku świata. Bóg opuszcza człowieka, wycofuje się z niego... i wtedy przychodzi choroba." (121) "Pytanie brzmi tak: co tutaj jest kłamstwem? Rozumiem to tak: jak z kłamstwa pewnego życia zrodziła się choroba? (...) Kłamstwo (...) to jest coś, co jeszcze wczoraj zwało się pracą lub zadaniem, ambicją lub miłością. I trzeba było tysiąc, dziesięć tysięcy dni i nocy, aby w pewnym ciele, dokładniej: w jego systemie nerwowym, jeszcze ściślej: w narządach zmysłów, owo kłamstwo przekształciło się w jedyną niemożliwą do zniesienia rzeczywistość, tak że pewnego dnia organizm, osoba ludzka, z jakimś rozpaczliwym jękiem wykrzykuje na cały świat – w postaci choroby – to niemożliwe do zniesienia, uformowane w paniczny lęk kłamstwo, które od tej pory jest już jedyną rzeczywistością jego życia." (162-163) "Nie wiem, co to za kłamstwo, z którego wzięła się choroba w pańskim i ciele i w systemie nerwowym. (...) Niech pan myśli. Niech pan myśli tak intensywnie, jak nigdy w życiu, z determinacją, z jaką pan nie żył w całym swoim życiu, także wtedy, gdy siedział pan przy fortepianie w filharmonii." (166) "Zrozumiałem, że oto dzieje się coś innego, coś całkiem innego, niż choroba, kryzys, upadek czy błędne współdziałanie ciała i duszy. (...) Jestem sam, zamknięty w czymś, co nie ma nazwy; wiedza o tym stanie jest równie skąpa w podręcznikach medycznych, jak w życiu. Bo to już nie było życie, a jeszcze nie była to śmierć. Zrozumiałem, że wypuściłem z ręki każdą pomocną ludzką dłoń, jestem zupełnie sam; i że teraz coś się stanie." (176)
Summer_With_Ice - awatar Summer_With_Ice
ocenił na73 miesiące temu
Przed wielką pauzą Józef Hen
Przed wielką pauzą
Józef Hen
Pierwszy tom trylogii (a w pewnym momencie dylogii) Józefa Hena znanej jako „Teatr Heroda”. Aczkolwiek zamykający tryptyk ostatni tom – „Nikt nie woła” powstałe chronologicznie jako pierwszy. Niewątpliwie książka ma charakter w znacznym stopniu autobiograficzny. Czytelnicy „Nowolipia”, gdzie mieszka Bożek, bez trudu rozpoznają rodziców i dwoje z czworga rodzeństwa autora, występujących jednak (z pewnym wyjątkiem) pod innymi imionami oraz jedna osobę mieszkającą za granicą. Brak jest także odniesień do konkretnego gimnazjum oraz innych postaci występujących we wspomnieniach. Trzecioosobowa narracja powieści toczy się wyłącznie z punktu widzenia jej głównego bohatera, Bogdana Bergena, szesnastolatka żydowskiego pochodzenia, o czym ciągle ktoś mu przypomina. Miejscem akcji jest oczywiście Śródmieście północne Warszawy a czas to ostatni rok szkolny przed wybuchem II wojny światowej. Tym niemniej tematyka książki to przede wszystkie okres dojrzewania szesnastoletniego chłopaka, pierwsze miłości i fascynacje erotyczne, nie tylko rówieśniczkami, pasje, jak np. teatr amatorski oraz przyjaźnie, rywalizacja i konflikty w grupie (gimnazja nie były wówczas jeszcze koedukacyjne). A to wszystko rozgrywa się w mieście, którego już nie ma. Z okolic Nowolipia i Leszna (w czasie wojny części getta) często opisywanego na kartach powieści ocalały tylko neogotycki kościół ewangelicko-reformowany oraz kościół tzw. przesuwany,nieco bardziej na wschód. Nie ma już kin, sklepów, kawiarni i cukierni, punktów usługowych ani żadnej kamienicy. Powojenna zabudowa Muranowa oraz poszerzona al. Solidarności (za komuny Świerczewskiego) zupełnie nie przypomina opisywanych miejsc. Ale atmosfera szkolna daleka jest od przygodowych naiwnych powieści dla młodzieży. Męscy nastolatkowie są w pełni uświadomieni i oprócz romantycznych uniesień mają i te bardziej przyziemne. Ważna jest rywalizacja o miejsce w grupie ale i ukończenie szkoły, wówczas płatnej. Zresztą ceny i kwoty padają często, co oznacza, że każdy musiał liczyć się z wydawanymi wówczas – dosłownie i w przenośni – groszami. Jedni są twardzi, jak przystało na harcerzy, inni organizują bojówki a jeden z nich kryje swoja wiedzę i wrażliwość w nietypowy sposób. Wielka historia odzywa się tylko w tle, w postaci przemówień, rozmów dorosłych o Czechosłowacji i Hitlerze, perspektywie wojny i powołania do wojska. Jak na powieść wydaną w latach sześćdziesiątych zaskakująco mało jest odniesień do polityki wewnętrzne. Brat bohatera trzyma z komunistami, tak jak brak autora opisany w „Nowolipiu”, ale to wszystko. Nie ma nazwisk, tytułów prasowych, zachwytów ani jakichkolwiek odniesień probolszewickich. Tak samo dość oględnie autor potraktował endeckie bojówki, po prostu o nich w ogóle nie pisząc. Bowiem to książka nie o polityce, nie o historii lecz o młodych ludziach, takich samych zawsze i wszędzie, w wieku, z którego wspomnienia pozostają wiecznie żywe.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na71 rok temu
Drabina Jakowa Ludmiła Ulicka
Drabina Jakowa
Ludmiła Ulicka
Co wiemy o naszych przodkach? Czy jesteśmy w stanie poznać ich myśli, uczucia, marzenia? A przecież byli, kochali cierpieli, każdy był inny, każdy w młodości niósł wyobrażenie własnego życia, szukał pasji, miłości, sensu. Dorastanie dawało nadzieję, ale XX wiek nie był łaskawy dla nikogo, łamał charaktery, zabierał uczucia, często życie. Jakow jest tu szczególnie aktywny. Choć nade wszystko pragnie spokoju, 12 lat spędza na przymusowym wysiedleniu, znajduje energię, by kolejny raz zbierać siły, by mimo wszystko żyć w zgodzie z sobą wbrew okolicznościom. Ludmiła Ulicka porwała nas swoją sagą rodzinną rozpisaną na wiele głosów w opowieść o przeszłości, zachowując przy tym dystans, by opowiedzieć o losie ludzkim. Powieść jest świetnie skonstruowana, bohaterowie niebanalni, a ich listy mówią o tym, co czuli, jak kochali, co było dla nich ważna i czy radzili sobie z sowiecką rzeczywistością. Fragmenty liryczne wzruszają, raporty KGB porażają, tajemnica Marusi intryguje, a drzewo genealogiczne porządkuje wiedzę o losach przodków zamkniętych w ramach narodziny-życie-śmierć, usiłujących rozumieć ten "rozwichrzony i szalony" świat. Ludmiła Ulicka tak kończy swoją powieść: Moim bohaterem jest istota. Nośnik tego wszystkiego, czym dysponuje człowiek - wysokością i niskością, odwagą i tchórzostwem, okrucieństwem i czułością, a także żądzą wiedzy.
Anna - awatar Anna
oceniła na83 miesiące temu
Dziewczyna na Via Flaminia Alfred Hayes
Dziewczyna na Via Flaminia
Alfred Hayes
„Dziewczyna na Via Flaminia” jest dla mnie czytelniczym zaskoczeniem. Nie tylko dzięki specyficznej, oszczędnej formie i buzującymi między głównymi bohaterami emocjami, które rozpędzają powieść ku jednemu z najbardziej gorzkich książkowych zakończeń ale poprzez wyjątkowe naświetlenie okresu w powojennej historii Włoch, o którym dotąd niewiele wiedziałem. Amerykańskie wojska wkraczają do Wiecznego Miasta. Front zamiera, walki z nazistami trwają „gdzieś daleko”, następuje dziwaczne rozprężenie, a chłopcy zza oceanu szukają uciech na ulicach miasta. I Rzym ma dla nich wszystko i da im wszystko. I to jest jeden świat. Po drugiej stronie panuje głód i zimno, a przede wszystkim poczucie klęski, które masakruje dumny naród. I nagle Amerykanie, którzy biorą wszystko dlatego, bo mogą i chcą brać, stają się kolejnym okupantem, wrogiem ludzkich serc. U Hayes’a wszystko rozbija się o uczucia – włoskie dziewczyny nawiązują przelotne znajomości z wybawicielami, bo żołnierze mają dostęp do produktów żywnościowych. Codzienność sprowadza się do prostej transakcji – trochę uczucia i cielesnej miłości w zamian za konserwę z amerykańską wołowiną. Do tego jeszcze groźba przyklejenia łatki „kobiety zepsutej” i nieusuwalny, urzędowy wpis do żółtej książeczki zdrowotnej, będący nowym piętnem, wiecznym zaznaczeniem, ostatecznym upadkiem. Okrutne to i straszne, bo przegranymi są obie strony – on, młody żołnierz szukający tymczasowego „domu” i „rodzinnego szczęścia”, ale nieudawanego i szczerego oraz ona, która swoje ciało decyduje mu oddać, aby żyć. Hayes wchodzi do zimnych, wilgotnych rzymskich mieszkań przy Via Flaminia, do kuchni i sypialni. Zamyka bohaterów w pokoju, który staje się jednocześnie więzieniem, azylem i ucieczką przed bezdusznym światem. Doskonale ukazuje rozpacz Włochów i beznadzieję tych „dziwnych dni”. Gorąca, niemożliwa miłość towarzyszy tu chłodowi i odrzuceniu, radość łączy się z potępieniem, prawdziwa miłość z kłamstwem. Na końcu pozostaje tylko rozpacz. Przejmujące, filmowe i literacko piekielnie dobre. Polecam absolutnie.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na816 dni temu
Pod prąd Oleg Serebrian
Pod prąd
Oleg Serebrian
Tym razem trafiła w moje dłonie powieść mołdawskiego pisarza. Pomijając zapewnienia przedstawicielki Wydawnictwa, od której w ciemno kupuję książki, że to wielowątkowa i przejmująca historia z wielkimi wydarzeniami w tle, zdałem sobie sprawę, że jeszcze Mołdawianina ani Mołdawianki nie czytałem. No to hop. Czasy współczesne i wyspa Uznam (i już się „robi ciekawie”, bo z Bukowiny na wyspę to jednak spory kawałek drogi). Przyjeżdża na nią Woldemar Skawronsky, który poszukuje informacji o swoich przodkach, a właściciel jednym – znanym w jego rodzinie, pochodzącym z Bukowiny baronie Aleksie von Randa. A zatem już same nazwiska bohaterów i miejsca, w których "dzieje się akcja” (Berlin, Świnoujście, Estonia i północna Bukowina) podpowiadają, że mamy do czynienia z niezwykłą mieszanką kultur i narodowości. Im głębiej Woldemar wchodzi w opowieść o wuju, tym bardziej powieść staje się zagmatwana. Skoro jednak autor ujawnia, jak skończyła się historia Randy, powstaje pytanie, co musi się wydarzyć, aby powieść wciągnęła? I wówczas Serebian wyciąga asa z rękawa – baron okazuje się genialnym matematykiem, który pracował w owianym złą sławą Peenemünde. Ciągnął się za nim obyczajowy skandal, który w czasach III Rzeszy mógł skończyć się dla niego śmiercią z różowym trójkątem na ramieniu (czyżby nawiązanie do postaci Alana Turinga?). Właśnie wtedy w dłonie Woldemora trafiają dzienniki Randy, a opowieść zaczyna się od nowa. Jest to zatem historia o miłości zakazanej, odkrywaniu własnej tożsamości i duszy „skażonej” geniuszem. Von Randa daje się uwieść nazistom ale – i tu muszę trochę pogrymasić – ten wątek został przez Serebriana potraktowany nieco po macoszemu. Aleks zdaje się nie dostrzegać okrucieństw wojny, i choć nie darzy wojskowych sympatią, zbyt łatwo „daje się namówić” na to, by dla nich pracować. Wiążą się z tym przywileje, to jasne, ale Aleks to nie materialista (choć wychowany w luksusach),raczej marzyciel, wieczny chłopiec. Dodatkowo dzięki wprowadzeniu wątku jego przyjaciela żydowskiego pochodzenia, udało się autorowi „uratować” duszę barona przed ostatecznym czytelniczym potępieniem. Randa zachowuje honor. Wciąż jednak mam wrażenie, że Serebrian „prześlizgnął się” nad motywami, którymi kierował się bohater, by wziąć udział w badaniach nad cudowną bronią szaleńca z wąsikiem. Ale to drobiazg. Wielowymiarową „Pod prąd” czyta się piorunująco szybko. Bo Serebrian potrafi przykuć czytelnika do kart powieści. Jest to zdecydowanie wzruszająca książka o przyjaźni przeradzającej się w miłość, opowiadająca o nostalgicznych zachwytach nad prostotą życia, długich spacerach po wydmach, podczas których obrazy układają się w całość, na twarzy czuć promienie słońca, a głowę wypełnia muzyka Vivaldiego. Gdzieś pobrzmiewa mannowska „Śmierć w Wenecji” – baron to Gustaw von Aschenbach, jest też chłopięcy odpowiednik Tadzia, są plaże i prażące słońce. Polecam! Przekład Radosławy Janowskiej-Lascar, okładka z bzem - Urszula Koza
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na71 miesiąc temu
Odwiedziny Isaac Bashevis Singer
Odwiedziny
Isaac Bashevis Singer
Isaac Singer zaiste płodnym pisarzem był. Ta powieść nie była tłumaczona z jidysz za życia autora na angielski. Polskiemu czytelnikowi dane było ją czytać dopiero niedawno. Rzecz jasna, „Odwiedziny” wpisują się w charakterystyczny styl i charakterystyczną wymowę utworów Singera. Znów mamy akcje umiejscowiona w dawnej Warszawie, po rewolucji 1905 roku, ale przed I wojną światową. Opis życia przede wszystkim na ulicy Krochmalnej, która była zamieszkała przez żydowski półświatek, ale i w innych rejonach żydowskiej dzielnicy, a nawet poza jej granicami (Hotel Bristol, Miedzeszyn, Starówka). Postaci nieustannie jeżdżą dorożkami, co stanowi okazje do opisów topografii miasta w szerszej perspektywie. Miasta, którego już nie ma, ale żyje na kartach powieści Singera. Widać, że autor dobrze pamięta tamtą scenerię i tamte klimaty. Akcja „Odwiedzin” jest wręcz sensacyjna, czyta się szybko, mamy tu i zbrodnię, i handel żywym towarem, i rewolucjonistów (tu: anarchistów) przygotowujących zamach, i ucieczki przed policją, i śmierć. Chociaż w gruncie rzeczy powtarza się motyw znany z innych dzieł Singera: grzech, wyrzuty sumienia, pokuta (no, powiedzmy),a na końcu kara za grzechy. Mimo że bohaterowie, Maks, Mejer, Lea, Flora i inni dalecy są od świętości i uprawiają różne przestępcze procedery, autor ogranicza się do opowiadania o nich i do zapisywania ich moralnych rozterek, kłamstw i kłamstewek, wyrzutów sumienia, przygotowań do takich czy innych procederów. Unika moralizowania i wartościowania, bohaterów przedstawia wręcz z sympatią. Nie rozgrzesza ich oczywiście, ale opisuje ich jako osoby niepozbawione umiejętności odróżniania dobrego od złego. Toteż klimat tej łotrzykowskiej prozy jest bardzo barwny, obfituje w niespodziewane zwroty akcji i bliższy jest na przykład „Opowiadaniom odeskim” Izaaka Babla czy Francois Villonowi niż „Sztukmistrzowi z Lublina” i innym singerowskim moralitetom. Polecam!
Ewa Szulc - awatar Ewa Szulc
ocenił na725 dni temu
Niegdysiejsze śniegi Gregor von Rezzori
Niegdysiejsze śniegi
Gregor von Rezzori
Jakże słusznie tłumaczka książki nazwała Autora "tragarzem minionej epoki". Jest w tym stwierdzeniu i magia i nostalgia. Pisarz przyszedł na świat w czasach dynamicznych zmian geopolitycznych na rubieżach monarchii habsburskiej. Bukowina była wówczas obszarem, który zamieszkiwany był przez poddanych cesarza, choć już pod panowaniem rumuńskiego króla. Z czasem Austria zamienia się w republikę, ojciec pisarza, realizując własne pasje łowieckie woli dostatnie rumuńskie lasy, niż upolityczniony świat zachodniej Europy. Wpojone w domu wartości i przekazy sytuują Autora jako piewcę starego porządku, ale tylko do czasu. Mit kulturotwórczej siły Austriaków trwa do lat nastoletnich, kiedy Rezzori trafia do szkół w Bukareszcie. Zakochuje się w Rumunii, przestaje wierzyć w cywilizatorską misję Zachodu. "Niegdysiejsze śniegi" to nie tylko opowieść o upadku starego świata, zmiecionego przez politykę i wojny. To także historia o upadku rodziny, jej rozpadzie i rozłamie - rozstaniu rodziców, odchodzeniu ważnych osób, które kształtowały osobowość i codzienność Autora - interesujący rozdział o fascynującej Kasandrze, huculskiej mamce, która z czasem zamieniła się w wierną opiekunkę. Rozdarty między domami matki, ojca, odwiedzaniem dziadków w Wiedniu, internatami kolejnych szkół był Rezzori w ciągłej zmianie, która trwała przez niemal całe życie pisarza. Bardzo interesujące są portrety kobiet, z którymi wzrastał: "dzięki nim poznałem kobietę w trzech archetypicznych postaciach: w Kasandrze zobaczyłem matkę osłaniającą i chroniącą swoje pisklęta, w siostrze, zawsze wyprzedzające mnie o cztery lata, widziałem nimfę - dzięki łasce lub niełasce natury wznioślejszą, lżejszą, bardziej uduchowioną, zręcznie wymykającą się istotę - i wreszcie w matce dostrzegłem splot wszystkich arcykobiecych cech - a jakże, w zgodzie z teoriami profesora Freuda - zmysłowy uroki jednocześnie niestałą, kapryśną naturę potencjalnej kochanki miotającej się między wybuchami namiętności a rzekomą obojętnością, najczulszą, miłosną wielkodusznością a okrutnie karzącym chłodem". Rozdziały o kobietach są nie tylko pełne subtelności, tęsknoty, tajemnicy, ale przede wszystkim miłości i oddania, są pomnikiem i hołdem, wdzięcznością i tęskną melancholią. Niespieszne tempo, obrazy z przeszłości, szacunek do wspomnień, czasów, ludzi i uczuć, jakie im towarzyszyły, to pierwsze skojarzenia, jakie pojawiają się w odniesieniu do tej niezwykłej książki.
BuchBuch - awatar BuchBuch
ocenił na716 dni temu

Cytaty z książki Dalej tylko pola

Więcej
Michał Gołębiowski Dalej tylko pola Zobacz więcej
Michał Gołębiowski Dalej tylko pola Zobacz więcej
Michał Gołębiowski Dalej tylko pola Zobacz więcej
Więcej