Wschodzące gwiazdy

Okładka książki Wschodzące gwiazdy autora Michael Cobley, 9788374804554
Okładka książki Wschodzące gwiazdy
Michael Cobley Wydawnictwo: Mag Cykl: Ogień ludzkości (tom 3) fantasy, science fiction
480 str. 8 godz. 0 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Cykl:
Ogień ludzkości (tom 3)
Tytuł oryginału:
The Ascendant Stars
Data wydania:
2014-10-31
Data 1. wyd. pol.:
2014-10-31
Liczba stron:
480
Czas czytania
8 godz. 0 min.
Język:
polski
ISBN:
9788374804554
Tłumacz:
Agnieszka Hałas
Średnia ocen

6,7 6,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Wschodzące gwiazdy w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Wschodzące gwiazdy



książek na półce przeczytane 1081 napisanych opinii 1081

Oceny książki Wschodzące gwiazdy

Średnia ocen
6,7 / 10
95 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Wschodzące gwiazdy

avatar
1081
1081

Na półkach:

Pomijając już mój stosunek do tego cyklu wyrażony w opiniach do poprzednich tomów, to pragnę zauważyć, że:
chociaż zasadnicze kłopoty ludzkości, o których opowiada cykl książek „Ogień Ludzkości” zostały mniej więcej rozwiązane, a najgorsze kreatury dostały w przybliżeniu to, na co zasłużyły, to czytelnik taki jak ja, czuje się mocno zawiedziony tą serią. Nie tylko dlatego, że moja wredność nie została dostatecznie nakarmiona, a nie została, bo strzał w łeb dla masowych zbrodniarzy, to za mało: chciałoby się, żeby sami obficie posmakowali oni tych samych przyjemności, którymi obdarzali innych ludzi i żeby to była smakowita obfitość tych przyjemności, w stopniu takim, żeby marzyli w trakcie o swojej śmierci i nie dostali tego rozwiązania. Mój zawód wynika jednak także z czegoś innego, na przykład z tego, że ta opowieść to stek bzdur, stylizowanych momentami na opowieść biblijną. Mamy tu jak gdyby Ewangelię wg NieświętegoBynajmniej Cobley’a Michaela. Doświadczamy obleśnego Boga Wszechmogącego w osobie niejakiego Bożygłowa, upadłe anioły jako Legion (szatański) (który w oryginalnej Biblii wszedł w wieprze, które wskoczyły potem do wody i utonęły… biedne wieprze). Legion, czyli upadłe anioły zostały wrzucone do piekła po przegranej wojnie i w Apokalipsie wypuszczone - robią jatkę. Legion w tej książce owszem, zostaje także wypuszczony i mamy Armageddon.
Nie chce mi się pokazywać więcej tych analogii, jest ich dużo, mamy nawet Matkę Boską, która pokonuje szatana. Więcej analogii niech sobie czytelnik sam szuka, ja znalazłem tego co niemiara. Ciekawe tylko, czy było to zamierzone, czy też jakaś część osobowości autora przejawiła te elementy całkiem podświadomie, bez wiedzy i jego woli. Marksistowska nienawiść do chrześcijańskiego Boga, wyrażona w osobie postaci Bożygłowa nie jest jedynym żenującym „kwiatkiem”: Sala Dyskursu (Mega LOL :D) rozbawiła mnie do łez. Czy autor puścił oko do innych marksistów informując wszystkich o tym, że wie, co to dyskurs i „roszczenie ważności prawdy”?
Najbardziej irytującą dla mnie głupotą obecną w tej książce i namolnie eksploatowaną, to „silniki odrzutowe”. Silniki odrzutowe nie działają w próżni, ani na planecie bez atmosfery tlenowej. Silniki odrzutowe działają tak, że spalają paliwo w zasysanym powietrzu. Trzeba być nieukiem, żeby wyposażyć statki kosmiczne w silniki odrzutowe. Statki kosmiczne mają bowiem silniki RAKIETOWE, które tym się różnią od odrzutowych, że do spalania w nich wprowadzone jest zarówno paliwo, jak i utleniacz, ze zbiorników, w które wyposażony jest statek. Dzięki temu silniki rakietowe mogą działać w próżni, zaś silniki odrzutowe działać w próżni nie mogą.
Takich głupot, jak „silniki odrzutowe” jest oczywiście w tej książce co niemiara i zawiedziony jestem tym bardzo, że ta książka nie ma nic wspólnego z gatunkiem sci-fi, że jest to moim zdaniem dość mało wyrafinowane fantasy dla ubogich.
Książka napisana jest językiem przyciężkim, jak niemiecki dowcip i mętnym, mało plastycznym, co utrudnia czytelnikowi skupienie uwagi na fabule w tej stercie technobełkotu pozbawionego racjonalnego znaczenia i sensu. W kwestii kreacji multiwersum z dziwacznymi wieloświatami, do których można się dziwacznie przemieszczać, to już nie wiadomo: śmiać się czy płakać.

Pomijając już mój stosunek do tego cyklu wyrażony w opiniach do poprzednich tomów, to pragnę zauważyć, że:
chociaż zasadnicze kłopoty ludzkości, o których opowiada cykl książek „Ogień Ludzkości” zostały mniej więcej rozwiązane, a najgorsze kreatury dostały w przybliżeniu to, na co zasłużyły, to czytelnik taki jak ja, czuje się mocno zawiedziony tą serią. Nie tylko dlatego,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
572
559

Na półkach:

Oj nie, to jest podsumowanie całego cyklu? Powinno być wielkie bum, a jest wielkie bam! Cały ten cykl to była udręka i naprawdę bardzo się cieszę, że dotrwałam do końca. Niestety nie było to nic miłego. Pomysł bardzo dobry, ale wykonanie kiepskie, męczyłam się niemiłosiernie, pisarz nie umie interesująco pisać, nic mnie tu praktycznie nie ciekawiło, nikomu nie kibicowałam no może oprócz Robertowi Horstowi i Teo. Jest czwarta część, całe szczęście nie na rynku polskim, natomiast gdyby była to już bym podziękowała, tutaj i tak sytuacja Dariana się rozwiązuje a w czwartej części jest chyba nowe zawiązanie akcji, więc bym tego już sobie od nowa nie zrobiła. Dla mnie pisarz jest skreślony i na pewno po niego nie sięgnę, nudny bez polotu i z ciężkim piórem. Nie polecam.

Oj nie, to jest podsumowanie całego cyklu? Powinno być wielkie bum, a jest wielkie bam! Cały ten cykl to była udręka i naprawdę bardzo się cieszę, że dotrwałam do końca. Niestety nie było to nic miłego. Pomysł bardzo dobry, ale wykonanie kiepskie, męczyłam się niemiłosiernie, pisarz nie umie interesująco pisać, nic mnie tu praktycznie nie ciekawiło, nikomu nie kibicowałam...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
378
131

Na półkach:

Space opery rządzą się swoimi prawami - mają przede wszystkim dostarczać rozrywki, nie muszą być wielką literaturą, nie muszą dostarczać głębokich przemyśleń egzystencjalnych. Pewnie nawet nie muszą być bardzo science, biorąc pod uwagę, że ich akcja toczy się za setki, a nawet tysiące lat. Nie powinny jednak zbytnio urągać zdrowemu rozsądkowi. Cobley, stawia często (zbyt często) główne postacie w sytuacjach bez wyjścia, czytelnik kładzie na nich już krzyżyk, bo tym razem nie może się udać, to już musi być ich koniec, a tu nagle myk i pojawia się ratunek. Jak królik z kapelusza, bez żadnego uprawdopodobnienia, ot tak sobie. Tego nie lubię.
Nie lubię też, jeśli bohaterowie są nijacy, nie można im kibicować, nie można ich polubić albo znienawidzić. Cobley, przynajmniej moim zdaniem, takich bohaterów właśnie stworzył. Najlepiej wypadały droidy, ale im bliżej było końca, też uchodziła z nich para i traciły cojones.
Czy warto więc książkę (raczej trylogię) przeczytać? Można, jeśli wyłączymy krytyczne myślenia i będziemy bawili się, np. w poszukiwanie pierwowzorów zdarzeń, bohaterów, miejsc. W innym przypadków można sobie darować lekturę.

Space opery rządzą się swoimi prawami - mają przede wszystkim dostarczać rozrywki, nie muszą być wielką literaturą, nie muszą dostarczać głębokich przemyśleń egzystencjalnych. Pewnie nawet nie muszą być bardzo science, biorąc pod uwagę, że ich akcja toczy się za setki, a nawet tysiące lat. Nie powinny jednak zbytnio urągać zdrowemu rozsądkowi. Cobley, stawia często (zbyt...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

288 użytkowników ma tytuł Wschodzące gwiazdy na półkach głównych
  • 156
  • 127
  • 5
115 użytkowników ma tytuł Wschodzące gwiazdy na półkach dodatkowych
  • 92
  • 7
  • 6
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Michael Cobley
Michael Cobley
Michael Cobley was born in Leicester, England, and has lived in Glasgow, Scotland, for most of his life. He has studied engineering, been a DJ and has an abiding interest in democratic politics. His previous books include the Shadowkings dark fantasy trilogy, and Iron Mosaic, a short story collection. Seeds of Earth and The Orphaned Worlds, books one and two of the Humanity’s Fire sequence, are his first full-length foray into space opera.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Przebudzenie Arwen Elys Dayton
Przebudzenie
Arwen Elys Dayton
Pamiętacie pierwszą część "Gwiezdnych wojen", gdzie pod koniec rozgrywały się aż cztery równoległe wydarzenia? "Przebudzenie" poszło jeszcze dalej, bo jest tu sześć (jeśli nie siedem) równoległych wątków, a nawet nie równoległych, gdyż rozgrywają się na przełomie kilku tysiącleci i w różnych miejscach. Książka jest napisana w specyficzny sposób, gdyż co rozdział mamy przeskoki do innego miejsca, nawet czasu, co przypomina kładzenie nadzienia na kilku ciastkach, przesuwając wyciskaczem od jednego do drugiego, aby ostatecznie wyszły z tego gotowe ciasteczka. Te przeskoki bywały czasem irytujące, gdyż ciekawe wydarzenie zostało nagle przerwane, a wrócić do niego można było dopiero za kilka rozdziałów, nie zawsze równie ciekawych. Niemniej nie ma problemów z odbiorem książki. Ta specyficzna forma narracji wyszła nawet dobrze. Jeśli chodzi o tematykę, jest wciąż na topie - starożytni kosmici, którzy ingerowali w przeszłość Ziemi. Autorka perfekcyjnie połączyła fikcję z historią, rozwiązując w ciekawy sposób zagadki ze starożytnego Egiptu, przykładowo co się stało z mumią Cheopsa czy kim byli starożytni bogowie. Wszystko jest tu spójne. Gorzej jednak wygląda sprawa z bohaterami. Jest ich dużo, potencjał ciekawszych postaci nie został wykorzystany, natomiast paru bohaterów pojawia się jedynie jako ozdoba, bez znaczenia dla fabuły i nie wiedząc, co z nimi zrobić, autorka po prostu ich uśmierca. Główne postacie mogły zostać lepiej zarysowane, bo wypadły sztampowo. Podobnie jak z bezsensownymi śmierciami, równie bezsensowne są ewolucje bohaterów, którzy zmieniają swoje zachowanie bez żadnego powodu, a jeśli jakiś już się pojawia, to jest słaby albo wręcz infantylny, dobry do kreskówki dla dzieci a nie poważnej powieści (postępowanie Mechanika). Od strony fabularnej może być, choć bez rewelacji. Za to autorka dobrze przygotowała się do pisania książki pod względem nauk ścisłych, czasem nawet opisywała jakiś mechanizm z nudzącą dokładnością. Podobał mi się podział gatunków na szarych, a nie białych i czarnych - każdy ma własny punkt widzenia i swoje wartości, lecz każdy chce przetrwać. Osobiście wolałbym, aby było więcej enigmy i zagadek nawiązujących do starożytnego Egiptu, zamiast wątków sensacyjnych. Zakończenie raczej średnie. Mimo wszystko książka warta przeczytania.
Mao - awatar Mao
ocenił na77 lat temu
Odyssey One. Rozgrywka w ciemno Evan Currie
Odyssey One. Rozgrywka w ciemno
Evan Currie
Do dziś pamiętam czas, gdy jako nastolatek, z wypiekami na twarzy pochłaniałem trylogię "Ludzie jak bogowie" Sniegowa. Absolutny zachwyt wspaniałymi kosmicznymi bitwami, galaktycznymi przygodami, wspaniałą, doskonałą wręcz ludzkością, która po latach wojen osiągnęła, jak to (o ile mnie pamięć nie myli) zostało ładnie przez autora ujęte: "wyższy etap rozwoju" (a ówczesna cenzura z uznaniem kiwała głową, nie mając wątpliwości, o co chodzi). Trylogię tą przeczytałem ponownie kilka lat temu, już jako pan w średnim wieku, mający synów starszych, niż tamten ja. I choć tym razem nie raz parskałem śmiechem ("zływrogi") i kręciłem głową nad naiwnością tej trylogii, to wciąż mi się podobała, wciąż się "sama czytała". Odyssey One to zdaje się dokładnie taka sama saga, jak tamta trylogia. Przeczytałem właśnie tom pierwszy i komentuję na świeżo, ale widzę duże podobieństwa. W tym to najważniejsze: świetna Space Opera, która też się sama czyta, z wartką akcją, wspaniałymi bohaterami, wielce złymi wrogami i mnóstwem kosmicznej batalistyki. I choćby dla samego tego faktu, z czystym sumieniem książkę polecam każdemu wielbicielowi gatunku. Ale to by było na tyle, jeśli chodzi o pochwały, bo dalej już jest ciężko. Przede wszystkim - naiwniutko, ojjj naiwniutko. I tu uwaga, postaram się nie spilerować, ale minimalnie muszę: podobnie, jak u Sniegowa, ludzkość po latach wojen wreszcie osiągnęła względną stabilizację i dało im to tyle, że byli w stanie wysłać pierwszą ekspedycję międzygwiezdną. Nasi pionierzy po raz pierwszy w dziejach Ziemian przemieszczają się do innego układu i trafiają w sam środek zgliszcz po jakiejś kosmicznej bitwie: mnóstwo obcych artefaktów, widać, że "coś" stało się dopiero co. Co robią? W tył zwrot, spieprzamy i z bezpiecznej odległości patrzymy o co chodzi, jak nakazywałby zdrowy rozsądek, zwłaszcza wobec pierwszego kontaktu z obcą cywilizacją, który delikatnie mówiąc wygląda niepokojąco? Zwłaszcza, że nawet nie wiadomo, co się stało, a widać, że stało się dużo i nieciekawie? Agdzietam, lecimy w sam środek, witaj przygodo! W samym środku a jakże, odnajdujemy Obcego. Pierwszy kontakt Ziemian z obcą cywilizacją, w dodatku na pobojowisku po kosmicznej bitwie. Co powinniśmy zrobić? Aaależ oczywiście, że zaprosić obcego na pokład i ponieważ traf chciał, że obcy całkowitym przypadkiem okazuje się być humanoidem, w dodatku piękną kobietą, którą od Ziemian odróżnia mniej więcej tyle, co Polkę od Japonki (no dogadać się ciężko, ale na migi, a potem z translatorem już da radę no i kultura inna, ale nic strasznego, ot parę potknięć towarzyskich i już jest dobrze),to nie ma co deliberować, że to obcy, że Pierwszy Kontakt, witamy panią na pokładzie, może ciasteczko? A i tu jest łazienka, proszę wziąć prysznic i w ogóle czuć się jak u siebie w domu. Fabuła prosta jak po sznurku, żadnych zwrotów akcji, dobrzy bohaterowie są dobrzy, źli są... bardzo źli (jak pisałem, przeczytałem dopiero pierwszy tom, na końcu jest zasugerowane, że ci źli to jeszcze nie byli ci właściwi źli, więc... będę czytał dalej),akcja dzieje się z finezją tej ze Sniegowa (choć tam zwroty akcji i zaskakujące momenty były, tu niespecjalnie),ale dzieje się wartko i fajnie się to czyta. Dlatego daję siedem gwiazdek i biorę się za tom drugi :)
Jarek P. - awatar Jarek P.
ocenił na71 miesiąc temu
Ciemna materia Ian Douglas
Ciemna materia
Ian Douglas
,,— A więc... wygraliśmy? Nastąpiła chwila wahania. — Wygraliśmy — powiedział w końcu Dillon. — Ale cena była wysoka, kurewsko wysoka…" Gdy już myślę, że pan Douglas nie wymyśli ciekawszej obcej rasy, to i tak wchodzi cały na biało i mówi ,,potrzymaj mi kawę”! Grdoch w ogólnym rozrachunku nie są oryginalni. Chyba ze wszystkich innych ras, które pojawiły się do tej pory są najmniej złożeni, ale może dlatego tym bardziej przerażający. Bo tu nie chodzi już o podbicie i nagięcie ludzi do swojej woli (lub alternatywnie eksterminowanie naszej rasy) – dla Grdoch ludzie są… rzeźnym bydłem. Tak po prostu. I tylko tyle. Nie spodziewałam się, że ta seria będzie lekko (nawet jeśli na moment) flirtować z horrorem, ale może właśnie dobrze, że pojawiła się ta mała przypominajka, że tak naprawdę cholera wie, co możemy spotkać w kosmosie. I kolejny raz rozważania Douglasa ,,co by było gdyby” drapieżna, nastawiona stricte na przetrwanie i żarłoczna rasa osiągnęła poziom technologiczny pozwalający jej na podróże międzygwiezdne robią świetną robotę. Choć tym razem nie chodzi tylko o to, że Grdoch są ,,trochę znajomi, ale nie do końca” – a o to, jaki niepokój wzbudzają. I szczerze? Jestem w stanie uwierzyć, że kogoś przeczytanie akurat tego tomu skłoniłoby do refleksji odnośnie przejścia na wegetarianizm. Z drugiej jednak strony możemy patrzeć tylko przez pryzmat naszej własnej moralności… przez soczewkę tego, co dla nas jest normalne. Ale cytując Morticię Addams: Normalność jest iluzją. To, co jest normalne dla pająka, dla muchy jest chaosem. Inną sprawą jest też to, że cały ten tom ma trochę cięższy klimat, bo tym razem Gray – mający za sobą pasmo praktycznie samych spektakularnych zwycięstw – dostaje porządnego prawego sierpowego prosto w pysk. Bo może i wygrali bitwę, ale tym razem to było pyrrusowe zwycięstwo. Grupa bojowa? Zdziesiątkowana – w tym okręt flagowy w totalnej ruinie. Do tego pozostaje świadomość, że Grdoch gdzieś tam są… ale gdzie? I jak wielu ich jest? Kolejny wróg i twardy orzech do zgryzienia w naprawdę już długiej liście problemów ludzkości.
TerraEpsilon - awatar TerraEpsilon
ocenił na89 miesięcy temu
Zgiełk wojny Kennedy Hudner
Zgiełk wojny
Kennedy Hudner
Rok temu postanowiłem poszukać sobie książek z bitwami okrętów, które nie poruszają się po wodzie i doszedłem do wniosku, że nada się do tego lektura militarnego science fiction i za sprawą polecenia trafiłem na tą pozycję. Okładka od razu krzyczy o swojej militarno-fantastyczno-naukowej zawartości. Jest kosmos, jest planeta i są okręty, a z tle coś wybucha. Trudno ją nazwać przepiękną, ale wygląda estetycznie oraz spełnia swoje zadanie informacyjne. Początek powieści jest spokojny. Poznajmy wtedy główną intrygę, ważne osoby związane z tym światem oraz oczywiście główną bohaterkę, Emily Tuttle i jej najbliższych towarzyszy i moim zdaniem ekspozycje fabularne wypadają naprawdę porządnie, a wraz z nimi upchano dość fabuły, by nie czuć nudy. Postaci jest dużo, ba, na kartach książki padają dziesiątki imion i nazwisk, w tym żołnierze, technicy, czy oficerowie poszczególnych stron konfliktu, ale śmierć zbiera wśród nich krwawe żniwo. Niemniej konstruowanie bohaterów oceniam na plus, bo nie wydaje się, by ktokolwiek był nad wyraz doskonały, nawet Tuttle popełnia błędy i przy okazji miałem wrażenie, że wszyscy zachowują się raczej po ludzku, a nie jak konstrukty literackie. Główną obsadę szczerze polubiłem. Sama opowieść jest wartka i szybko wzrasta napięcie, a po jego wyładowaniu rozpoczyna się wir pełnych akcji oraz dramatów bitew kosmicznych, zarówno między okrętami, jak i na ich pokładach, przerywanych chwilami na złapanie oddechu oraz przeanalizowanie sytuacji. Należy przy tym nadmienić, że autor mocno się skupia na wątkach militarnych, niewiele zostawiając miejsca na przedstawienie losu cywilnych mieszkańców swojego kosmosu, ale tyle się działo, że nie bardzo mi to przeszkadzało. Poziom detali w opisach wydał mi się wystarczający, by wiedzieć co jak działa, jak poruszają się i walczą podczas bitew okręty oraz jakie są stosunki polityczne. Jeśli idzie o słowa „science fiction” to tutaj dominuje ten drugi wyraz, z czego ja byłem zadowolony. Tak jak oczekiwałem Zgiełk Wojny skupia się na bitwach, więc nie wymyśla żadnych niesamowitych technologii, ani nie zrzuca na umysł ciężkich tematów, poza tragedią wojny. Są za to statki bombardujące się laserami oraz rakietami i wspomagające dronami, które autor musi bardzo lubić, bo mają sporą listę funkcjonalności w tym uniwersum. Reasumując, powieść naprawdę mnie wciągnęła i nie mogłem się oderwać, bo jak zaczynała się bitwa, to chciałem się dowiedzieć jak się skończy oraz kto w niej zginie. Osobiście polecam.
Galliusz - awatar Galliusz
ocenił na85 lat temu
Wezwał nas honor H. Paul Honsinger
Wezwał nas honor
H. Paul Honsinger
Całkiem fajna space opera. Wezwał od honor od H. Paula Honsingera ma wszystkie elementy, za które lubimy ten gatunek. Jest tu masa akcji, fajnie przedstawione walki, zarówno w mikro jak i w makro skali, ciekawie wykreowany świat oraz bohaterowie, których można szybko polubić. Poza wątkiem dotyczącym walki ludzkości z złowrogą rasą obcych, sporo miejsca autor poświęca funkcjonowaniu okrętu, którym dowodzi nasz protagonista. Osobiście te fragmenty książki były dla mnie nawet bardziej zajmujące niż starcia zbrojne. Nasz bohater musiał z czasem doprowadzić okręt i załogę do porządku po poprzednim niekompetentnym dowódcy, to w jaki sposób radził sobie buntami, awariami czy szkoleniem podległych mu osób zostało naprawdę ciekawie przedstawione. Interesującym pomysłem autora jest też to, że w trakcie abordaży nie walczy się tylko na pistolety czy karabiny, ale czasem też za pomocą broni białej, szabla u boku naszego oficera nie jest zatem tylko ładnym dodatkiem. Jeśli chodzi o wady powieści to w sumie jedyne co troszkę mi przeszkadzało to sposób w jaki niejednokrotnie nasz bohater i jego załoga radzili sobie z znacznie silniejszym przeciwnikiem. Pewne rozwiązania fabularne są trochę naciągane, dobrze przynajmniej, że autor starał się je jakkolwiek uwiarygodnić. Powieść powiela wiele znanych schematów typowych dla space opery i nie ma raczej tutaj nic specjalnie odkrywczego, warto to mieć na uwadze. Szkoda też, że nie został rozwinięty wątek problemów psychicznych kapitana Robichaux, zostaje on wspomniany w książce tylko raz i nigdy do niego nie wracamy. Podsumowując, jak najbardziej polecam ten tytuł jako dobrą, niezobowiązującą rozrywkę. Ode mnie 7/10.
Piotr - awatar Piotr
ocenił na72 lata temu
Inwazja Michaił Achmanow
Inwazja
Michaił Achmanow
Niedawno powstałe wydawnictwo Almaz jawi się jako twór niezwykle ciekawy na polskim rynku. A jego flagowy projekt – magazyn „SF”, w którym w formie czasopisma ukazują się pełne książki, to rzecz nietuzinkowa i budująca. Przynajmniej biorąc pod uwagę realia, w których jedno z większych pism o tematyce fantastycznej (jakim niewątpliwie było SFFH) niespodziewanie zawiesza działalność. Serce rośnie, że w obliczu tych dosyć pesymistycznych okoliczności, wciąż znajdują się ludzie, mający ochotę podjąć to ryzyko i dać fanom fantastyki powody do radości. Do tej pory na łamach „SF” ukazały się dwie książki: wyczekiwana przez fanów powieść Grzegorza Drukarczyka „Bogowie są śmiertelni” i pierwszy tom „Trylogii Prawdopodobieństwa” autorstwa Nancy Kress. W trzecim numerze pisma dostajemy z kolei pierwszy tom cyklu „Przybysze z Ciemności” - zakrojonej na 10 części rosyjskiej space opery. A jako, że jest to gatunek darzony przeze mnie sympatią, nie mogłem przejść koło książki Achmanowa obojętnie. Fabuła „Inwazji” przenosi nas do roku 2088. Ludzie w końcu spotykają obcą cywilizację, jednak kontakt nie przebiega tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Już na samym początku powieści, Achmanow pokazuje czytelnikowi kosmiczne starcie pomiędzy okrętem obcych a ziemską flotą, zakończone sromotną porażką Ziemian. Następnie akcja cofa się o parę miesięcy, by przedstawić jak doszło do takich a nie innych wydarzeń. Poznajemy losy podporucznika Pawła Litwina, który w wyniku splotu okoliczności dostaje się na statek obcych i gdy dowiaduje się, że ci nie przybywają w pokoju, zaczyna tak mocno jak tylko jest w stanie uprzykrzać życie przybyszom. O tym, że „Inwazja” to pierwszy z 10 tomów, dowiedziałem się dopiero trzymając książkę w rękach. Przyznam szczerze, że nieco mnie ta informacja zaniepokoiła, zazwyczaj bowiem wystrzegam się cyklów aż tak długich. Uważam, że w takich przypadkach istnieje duże ryzyko, że nie wszystkie części trzymają równy poziom, a intensywność fabuły rozmywa się w opisach i niepotrzebnie poszerzanych relacjach między bohaterami. Jednak gdy wziąłem się za lekturę, uprzedzenia odpłynęły gdzieś daleko. Bowiem pierwszy tom kosmicznej sagi Achmanowa to rzecz bardzo solidna. Mocną stroną „Inwazji” jest przedstawienie losów głównego bohatera – podporucznika Pawła Litwina. Jego macierzysta jednostka zostaje zniszczona, a on sam, wraz z dwojgiem kompanów, trafia na frachtowiec należący do bino faata – tak się bowiem nazywają tytułowi „przybysze z ciemności”. Tam podporucznik dowie się więcej o celach obcych i będzie miał okazję czynnie wpłynąć na losy Ziemi, na którą bino faata kierują swój okręt. Tempo jego przygód i ich duża intensywność to jedna z głównych atrakcji „Inwazji”. Perypetie głównego bohatera od czasu, gdy wraz z załogą okrętu „Skowronek” przypadkiem natrafia na statek obcych, z całą pewnością wciągną niejednego czytelnika. Fabuła powieści skupia się głównie na akcji, jednak potrafi zainteresować czytelnika także innymi rzeczami. Ciekawym zabiegiem jest przedstawienie obcej rasy. Przybysze są wyjątkowo podobni do ludzi, ale jednak różni od nas w niektórych dosyć ważnych szczegółach. Wydaje się, że szansa na porozumienie pomiędzy rasami jest wysoka, ale bino faata mają swoje własne plany i niekoniecznie chcą brać pod uwagę życzenia Ziemian. Potrafią ukrywać swoje prawdziwe zamiary i spiskować równie dobrze jak ludzie. Taki stan rzeczy daje autorowi duże pole do popisu, dzięki temu relacje na linii ludzie – obcy, nabierają sporego kolorytu. „Inwazję” czyta się bardzo szybko i z niekłamaną satysfakcją. Dzieje się tak głównie dzięki płynnemu stylowi i wyczuciu autora. Mimo, że w paru miejscach dosyć szczegółowo skupia się czy to na politycznej sytuacji na Ziemi, czy na technicznych szczegółach, to takie opisy nie przyćmiewają fabuły i nie straszą nadmierną ilością niestrawnych dla laika szczegółów. Wszystko opisane jest prosto, zwięźle i zrozumiale. Fakt, że cykl „Przybysze z Ciemności” liczy sobie aż 10 tomów może powodować, iż w czytelniku pojawi się obawa, czy kolejne części będą tak samo udane jak powieść inaugurująca tę serię. Sam zastanawiałem się nad tym na początku lektury, lecz wraz ze zbliżaniem się do końca książki, obawy malały. Lektura „Inwazji” sprawiła, że dałem się wciągnąć przygodzie i z dużym żalem odkładałem książkę, gdy przewróciłem ostatnią stronę. To chyba najlepsza rekomendacja, jaką mógłbym dać. Szkoda tylko, że zgodnie z zapowiedziami wydawniczymi Almazu, na kolejne tomy przyjdzie nam czekać do przyszłego roku. Chętnie zapoznałbym się z kolejnymi perypetiami Pawła Litwina dużo wcześniej. (Recenzja napisana oryginalnie w 2012 roku dla serwisu Szortal.)
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na71 rok temu

Cytaty z książki Wschodzące gwiazdy

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Wschodzące gwiazdy