cytaty z książki "Nostalgia"
katalog cytatów
Przeraża mnie trochę bierność, z jaką zacząłem akceptować sytuację, ale nawet ten strach jest właściwie bardziej tym, co powinienem odczuwać, niz tym, co czuję naprawdę (tak naprawdę odczuwam pragnienie, by śmiać się do łez, wszystko wydaje mi się karnawałem, komiczną farsą).
Większość ludzi - albo, powiedzmy, większość pisarzy - nie osiągnie wszystkiego. Nie zostaną nawet geniuszami. Nie osiągną niczego. Ja... ja jestem jednym z nich. Ale przynajmniej wiem o tym i poprzez wszystko, co piszę, próbuję wyrazić moją bezsilność. Wiem, że nic nie da się powiedzieć, że nikt nie oczekuje od ciebie, abyś coś powiedział, ale też, że musisz mówić. Wiem, że muszę jakoś przeciwstawić się niesprawiedliwości bycia człowiekiem i niemożności bycia Wszystkim. I robię to ze wszystkich sił. Spójrz...
(...) i rozłożył kartki na dywanie, rozrzucił je po całym pokoju, mogłam więc zobaczyć, że są pokryte równym pismem, dziwnym i bez wyrazu. Ale dopiero gdy próbowałam przeczytać kilka wierszy z dzieła długaśnego, zrozumiałam jego ogromną potworność: na tysiącach stron z cierpliwością i pracowitością mrówki Egor pisał jedno słowo, powtarzał je dziesiątki razy na stronie, bez początku i końca. Było to słowo N I E.
Wielki pisarz jest tylko pisarzem. Różnica polega na niuansie, nie jest radykalna. Wszyscy skoczkowie wzwyż skaczą, powiedzmy, na wysokość dwóch metrów. Jeden skacze na dwa metry i pięć centymetrów - i jest wielkim sportowcem. Nie, nie warto się trudzić ani nawet myśleć o tym, żeby zostać tylko biednym wielkim pisarzem, tylko genialnym autorem bez grosza. Weź najlepsze dzieła, które kiedykolwiek napisano. Ledwie wybijają się ponad przeciętne książki. Zasadniczo to także książki, nic innego. Podczas ich lektury doznasz intensywniejszego przeżycia estetycznego. To jak z trochę słodszą kawą. Odłożysz je po trzydziestu stronach, żeby zrobić sobie kanapkę lub pójść do łazienki. Będziesz je czytać równolegle z kto wie jakim kryminałem. Za kilka tysięcy lat one też przemienią się w proch i pył. W tych warunkach stawiać sobie - człowiekowi, istocie, która dostała obłędną szansę istnienia i kontemplowania świata wymagania, by stać się tylko geniuszem, jest upokarzające, znikome. To tak, jakby rzucić wszystko i ukryć się z powrotem w lesie. W każdym człowieku drzemie potencjał, w obliczu którego ambicja, żeby zostać największym pisarzem wszech czasów, jest po prostu haniebnie prostacka. Bo czy istnieje cud, który liczy się bardziej niż cud istnienia i świadomość że istniejesz? Stąd do bycia najbogatszym,
najsilniejszym, najbardziej utalentowanym człowiekiem jest jak od miliarda do miliard jednego, a nawet dużo mniej.
Mówisz o bombie atomowej? O masowej zagładzie? Oto co ci powiem: obejrzyj album ze starymi zdjęciami z ubiegłego stulecia. Zawiera moją odpowiedź na wszystkie problemy świata i historii. Spójrz na tych ludzi, na te dziewczęta i dzieci z fotografii. Dziś wszyscy są martwi, wszyscy, co do jednego. Nikt spośród milionów ludzi, którzy przyszli na świat sto pięćdziesiąt lat temu, nie przeżył. Czym jest broń jądrowa w porównaniu z czymś takim, z czasem - eksterminatorem, który nie pozostawia rannych? Czym są konflikty, czym jest walka o władzę wobec drobiazgowego, spokojnego, niemal łagodnego zwycięstwa, jakie czas odnosi nad nami wszystkimi? Bomby, wojny, trzęsienia ziemi, choroby, potop są bez znaczenia, przyspieszają jedynie w niedorzeczny sposób chwilę, w której czas zwieńczy swoje dzieło, są spojrzeniami rzucanymi w najbliższą przyszłość, niedyskretnym unoszeniem rąbka kurtyny". Na co student znowu zaczął gardłować, niespójnie i z coraz większym wzburzeniem, wyklinając brzydko, nie zważając na naszą, dzieci obecność w pokoju. Oskarżył Egora, że jest już martwy, że zgodnie z jego koncepcją nie pozostaje mu nic innego, jak naciągnąć na głowę całun i opuścić teren. W końcu wyszedł bez pożegnania, trzaskając drzwiami. Egor, śmiejąc się cicho, odwrócił się w naszą stronę. „Swiat zajmuje się swoimi sprawami, a my sprawami świata", powiedział i zapytał, jak rozwijają się moje sny.
W miarę jak posuwałyśmy się do przodu, ogarniały mnie silne uczucia, cierpienie i smutek, których nie rozumiałam, zmieszane z czarną, gorzką rozpaczą nie do zniesienia. Wiedziałam: wkrótce wszystko się skończy. Wkrótce wszystko, co dodawało uroku tamtym dniom (temu światu), rozmyje się, jakby nigdy nie istniało.
I na tym kończę opowiadać ci „moją przepiękną historię". Potrzebowałam lat, musiałam dorosnąć, stać się, zobacz, niemal babą, by zacząć myśleć, że naprawdę rozumiem, czym jest REM, że on nie znajduje się tam, wewnątrz szopy, ale poza nią, że w istocie to my jesteśmy REM, ty i ja, i moja historia, ze wszystkimi miejscami i bohaterami, Krwawą Mary, psem potrąconym przez samochód, że nasz świat jest fikcją, że jesteśmy bohaterami na papierze, że zrodziliśmy się w jego umyśle i sercu, i że ja go widziałam. Że nawet siebie zawarł w REM. I być może nawet on w swoim własnym świecie (do którego przeniknęłam, co chyba stanowi jedyną rację mojego istnienia) jest tylko wytworem znacznie obszerniejszego umysłu z innego, także fikcyjnego świata. On także, teraz jestem tego pewna, szuka gorączkowo Wejścia do tego wyższego świata, marzeniem nas wszystkich bowiem jest spotkać Stwórcę, spojrzeć w oczy istocie, która dała nam życie. Ale, rety! Być może REM jest jednak czymś innym, niż myślę. Może to po prostu uczucie, ukłucie w sercu na widok upadku wszystkich rzeczy, w obliczu tego, co było i czego już nigdy nie będzie. Wspomnienie wspomnień. REM jest, może, nostalgią. Albo jeszcze czymś innym. Albo wszystkim tym jednocześnie. Nie wiem, nie wiem.
Rozpościera się triumfalnie nad tobą, zasłania cię całkiem swoim cieniem, podczas gdy ty, rozgorączkowana, skulona i maleńka, piszesz dalej zawzięcie:"nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie nie...
Widziałem też jej zdjęcia z czasów, gdy była jeszcze nastolatką. Wszystkie wydawały mi się nie do zniesienia, jak gdybyś chciał trzymać dłoń na rozgrzanym żelazie. Nawet nie wiedziała, że istniejesz, gdy je sobie robiła, ale to, że straciłeś tak cenne chwile z jej życia, że roztrwoniła tak wiele emocji dla kogoś innego niż ty, nawet jeśli dla nikogo, jest niezrozumiałe, nie do przeżycia.
Żywiołowość jej ruchów była niezwykła: rytm kroków, ruchy rąk, szybkość, zjaką pisała, zawsze mnie ujmowały. Fakt, że uważała mnie tylko za zwykłego przyjaciela, że nie dostrzegałem żadnej zmiany w jej zachowaniu wobec mnie, upokarzał, sprawiał, że odczuwałem fale nienawiści. Wiele razy próbowała zamienić ze mną słowo, ale odtrącałem ją gwałtownie. Wtedy uśmiechała się, z tamtą nutą drwiny, z wyrazem obojętności, które doprowadzają mnie i dziś do furii. Doznałem prawdziwej erotopatii, mieszaniny miłości, nienawiści, pogardy, podziwu, bałwochwalstwa i wstrętu. Każdego wieczoru wracałem sam do domu przez łagodny śnieżek, w świetle reflektorów samochodów, przez ten dziwny, osamotniony gwar późnych zimowych zmierzchów, kiedy za każdym razem wydaje się, że noc zapada na zawsze. Ona zaś rosła, w miarę jak ja upadałem. Z dziwacznej i afektowanej dziewczynki, dziecka chowanego wśród starców, stawała się powoli istotą potężną, hieratyczną. Gina stawała się Wszystkim.
Kochaliśmy się po raz pierwszy. Nie przez zawstydzenie, bo nie ma go na tych kartach, opowiem niewiele o gestach i doznaniach tamtych chwil, lecz dlatego, że nie miałem w ogóle świadomości tego, co mi się przydarza. Ona, choć zupełnie naga, choć żywsza niż kiedykolwiek, wydawała się kształtem nieokreślonym, nierealnym. Była kolejno bladymi wargami ust, drobną piersią, falami włosów rozsypujących się na poduszce, pobudzonym oddechem. Kiedy w nią wszedłem, wszystkie te mozaikowe wrażenia jakby zlały się w jedno i zaczęły płynąć, miękkie jak plastelina i równie kolorowe, prawie tego samego zapachu co nasiona lnu. Natychmiast miałem poczucie wszystkiego. To było blade światło, napięcie bez ograniczeń, intuicja bez komunikacji. Trwaliśmy tak w zawieszeniu, a potem niczym jaszczurki z rana budziliśmy się powoli z odrętwienia i wracaliśmy do naszego ograniczonego życia.
Już nie mogę znieść mojego życia, a fakt, że dziś lub jutro doświadczę bezkresnej śmierci, sprawia, że próbuję myśleć. Dlatego też, ponieważ muszę myśleć, tak jak wrzucony w labirynt osobnik musi szukać wyjścia pośród umazanych łajnem ścian, choćby przez szczurzą dziurę, tylko z tego powodu piszę jeszcze te słowa. Nie po to, ściśle mówiąc, by udowodnić (sobie), że Bóg istnieje. Niestety, nigdy nie byłem, mimo moich wszelkich starań, wierzący, nie miałem kryzysów zwątpienia lub negacji. Możliwe, że byłoby lepiej, gdybym wierzył, ponieważ pisanie wymaga dramatu, a dramat rodzi się z uporczywej walki nadziei i rozpaczy, w której wiara odgrywa, jak sądzę, istotną rolę. W czasach mojej młodości połowa pisarzy nawracała się, a drugie pół traciło wiarę, co dla ich pisarstwa miało podobne skutki. Jakże zazdrościłem im tego ognia, podsycanego przez ich demony pod kotłami, w których jako artyści wiedli rajskie życie! I oto teraz siedzę w swoim kącie, kłębek łachmanów i chrząstek, na którego umysł, serce czy wiarę nie postawiłby już nikt, mnie już bowiem niczego nie da się zabrać.
Jaka szkoda, wielka szkoda, że nie mogę, kimkolwiek byś była, bez względu na to, ile widziałaś REM-ów, jak bardzo jesteś inteligentna i wrażliwa, nie mogę, Nano, z tobą zostać. Kilka centymetrów, kilka lat, kilka tysięcy lei, kilka książek przeczytanych dodatkowo, no cóż, tego rodzaju rzeczy dzielą ludzi.
Przygotowałam się i ja do wielkiego wyjścia. Zastanawiałam się, czy stracę przytomność, czy będzie jak w marzeniu sennym lub jak w głębokim śnie albo jak w śmierci. Wielokrotnie sama w mojej sypialni na ulicy Moşilor w czerwone popołudnia, kiedy musiałam spać, trudziłam się ze wszystkich sił, by przypomnieć sobie cokolwiek, choćby najbardziej błahą rzecz, która mi się przydarzyła zanim przyszłam na świat. Świat istnieje od milionów lat Co robiłam przez cały ten czas? Możliwość, że nic nie czułam i niczego nie przeżywałam, nie mieściła mi się w głowie.
Nie, nie chcę zostać wielkim pisarzem, chcę stać się Wszystkim. Marzę nieubłaganie o twórcy, który poprzez swoją sztukę zdoła rzeczywiście wpłynąć na życie ludzi, wszystkich ludzi, a następnie na życie całego wszechświata, aż do najbardziej odległych gwiazd, aż po kres czasu i przestrzeni. A potem zastąpi wszechświat, sam stanie się Światem. Myślę, że tylko w ten sposób człowiek, artysta, może wypełnić swoją misję. Reszta jest literaturą, zbiorem lepiej lub gorzej opanowanych sztuczek, skrawkami smoliście zabazgranego papieru, za które nikt nie da złamanego grosza, jakkolwiek genialne byłyby linijki znaków graficznych - wkrótce one również przestaną być zrozumiałe.
Nie znałam jeszcze wtedy oczywistej prawdy, którą ujawnił mi dostęp do REM i której nigdy nie zapomnę: im węższa przestrzeń do działania, zabawy czy myślenia, tym szersza jest reszta, czyli Swiat. I zawsze warto się ograniczyć, nawet do nieistnienia, aby spotęgować cud świata.
Dałbyś mu jakieś dwadzieścia cztery lata. Jest dość wysokim blondynem, niezwykle długie kosmyki wystają mu spod futrzanej czapki. Złotawe włoski brody i wąsów ledwo pozwalają uzyskać efekt szorstkości na jego dziecinnej twarzy. Okrucieństwo, które widać w linii ust i brody, nie jest złośliwe, lecz mroczne, melancholijne. Coś sprawia, że wierzysz, iż gdyby z płonącego domu można było wynieść dziecko w pieluchach albo obraz Giorgionego, bez wahania chwyciłby obraz.
Nie mogę już napisać nawet strony dziennie. Ciagły ból w nogach i kręgach. Bóle palców, uszu, skóry twarzy. Co to będzie, co będzie po śmierci? Chciałbym wierzyć, jakże chcialbym wierzyć! Że otworzy się tam przed nami nowe życie, że nasz obecny stan jest stadium larwalnym, przejściowym. Że jaźń, skoro istnieje, musi znaleźć sposób, aby zapewnić sobie trwałość. Że przejdę do czegoś nieskończenie bardziej skomplikowanego. W przeciwnym razie jest to absurdalne, a ja nie widzę miejsca dla absurdu w projekcie świata. Miliardy galaktyk, niedostrzegalne pola, wreszcie ten świat, który otacza moją czaszkę niczym aura, nie mógłby istnieć, gdybym ja nie musiał go poznać w pełni, posiąść go, być nim.
Wcale więc nie staram się was zaskoczyć, chcę tylko opowiedzieć wszystko, i to od samego początku, bo jestem przekonany, że początek nadaje wszystkiemu ton zarówno w życiu, jak i w literaturze. Ba, nawet w szaleństwie.
Myślę jedynie o tym, by przywołać przeszłość, albo ułożyć sobie przeszłość lub ją wymyślić, albo wszystko naraz, interesuje mnie bowiem tylko to, żeby mieć przeszłość, ciąg obrazów, które zaistnieją lub zastąpią obecny chaos.
Chcę sobie przypomnieć i wiem, że wszystko, co sobie przypomnę, znajduje się na drodze, która prowadzi prosto do katastrofy. Czuję, że nie będę w stanie napisać ani słowa o czymś incydentalnym, niezaangażowanym w obsesję, w chimerę.
W ciągu dwóch lat trwania tego kryzysu byłem tak blisko obłędu, że nawet teraz czuję jak jego mrożący oddech ogarnia moją czaszkę. Tak jak powoli odrywa się łuskowata skóra węża, gdy linieje, mój świat odrywał się od realnego świata, stawał się równoległym filmem o konsystencji snu.
Zaczynałem czuć coraz częściej ucisk w sercu na myśl o mojej przyszłości. Zaledwie rok wcześniej zdecydowałem się zrezygnować definitywnie i bez żalu ze wszystkiego, co wiązało się z życiem, z "radością życia". Brzydziłem się ludźmi, którzy zdawali się zadowoleni ze swego nieznacznego życia. Ja czułem się uniwersalny, gotowy stać się kosmosem. Teraz jednak fizycznie coraz trudniej było mi znosić taki sposób życia. Powoli zaczynałem się czuć już nie geniuszem, ale żałosnym przegranym. Ta zmiana dokonywała się pod presją samotności. Innym razem byłem nawet szczęśliwy, że zostawiano mnie w spokoju, bym tygodniami siedział zamknięty w domu i czytał do chwili, gdy nic już nie widziałem. Kląłem w duchu, gdy musiałem odebrać telefon.