cytaty z książki "Kobieta osobna i miasto"
katalog cytatów
Przekonanie, że jesteśmy tym, do czego się przyznajemy, to wielkie złudzenie naszej kultury.
Czuła się otępiona gadką szmatką, która dzień w dzień wypełniała jej uszy. To gorsze niż cisza, powiedziała. O wiele gorsze.
Nigdy wcześniej w dziejach intelektu nie kładziono takiego nacisku na koncept niezastąpionego – wyjątkowego – ja; i nigdy wcześniej nie było tak, że z obawy przed najdrobniejszym psychicznym dyskomfortem traktuje się tyle osób jako ludzi przygodnych.
Dojrzałam do tego, by nie oczekiwać od przyjaciół rzeczy, których nie potrafią mi dać. Biorę każdą przyjaźń taką, jaka ona jest, bez dyktowania warunków.
W trakcie tych naszych dalekich spacerów nieraz ukradkiem zmieniał się charakter czasu i przestrzeni, Znikało pojęcie godzin. Ulice były jedną długą wstęgą ciągnącej się hen drogi, po której wędrowaliśmy bez przeszkód. Czas się rozrastał, zaczynał przypominać ten z dzieciństwa, nigdy się niekończący, a nie ten obecny, którego zawsze było za mało.
Przyjaźń dzieli się na dwie kategorie: taką, w której ludzie spotykają się ze sobą, bo potrzebują swojej energii, i taką, w której ludzie potrzebują energii, żeby się spotkać. W pierwszym przypadku człowiek stanie na głowie, by móc spędzić trochę czasu z przyjacielem, w drugim - szuka dla niego miejsca w swoim kalendarzu.
To było tak, jakby mnie i mojego kochanka rozdzieliła cienka, niewidzialna membrana, przepuszczająca pożądanie, ale blokująca ludzką solidarność.
– Skarbie – szeptał z twarzą przyciśniętą do moich piersi, chowając się we mnie, jak to robią mężczyźni.
– Jesteś obrazem Renoira.
Nigdy nie rozumiałam, co takiego jest w kobiecym ciele, co tak na nich działa.
Kończąc sześćdziesiąt lat, poczułam się tak, jakby ktoś mi powiedział, że mam przed sobą jeszcze tylko sześć miesięcy. W jednej chwili ucieczka w wyimaginowane jutro stała się przeszłością. Pozostał jedynie ogrom opustoszałej teraźniejszości. (...) Z bujaniem w obłokach skończyłam bez trudu, ale jak właściwie żyć w teraźniejszości, jeśli przez tyle lat się tego nie robiło?
[Była] dzieckiem imigrantów z klasy robotniczej, którzy nie mieli czasu ani chęci poświęcać nam należytej uwagi.
To gen anarchii, obecny w każdym człowieku, który urodził się w gorszej klasie, z gorszym kolorem skóry, z gorszą płcią – tyle że u niektórych pozostaje uśpiony, a u innych sieje pustoszenie – nikt nie wie tego lepiej niż ja. Moje życie zamiast fantazji odgrywa wewnętrzne konflikty, podobnie jak Nowy Jork. Pasujemy do siebie.
Leonarda i mnie łączy polityka krzywdy. Płonie w nas jasnym ogniem głębokie przekonanie, że przyszliśmy na świat urządzony według niesprawiedliwych reguł. Naszym tematem jest życie, które nas ominęło. Oboje mierzymy się z pytaniem: gdyby ta nierówność nie istniała zawczasu – on jest gejem, ja kobietą osobną – czy sami byśmy ją sobie wymyślili, żeby mieć pożywkę dla swoich pretensji? Właśnie temu pytaniu poświęcona jest nasza przyjaźń. Ono ją definiuje – określa jej charakter oraz idiom… .
Chodziłam, by przewietrzyć umysł, zakosztować ulicznego życia, rozpędzić popołudniowe przygnębienie.
Co wieczór, gdy przed pójściem spać gaszę światło w moim salonie na piętnastym piętrze, doznaję przyjemnego wstrząsu na widok wznoszących się ku niebu rzędów rozświetlonych okien; otoczona przez nie czuję się tak, jakby obejmowała mnie gromada bezimiennych mieszkańców miasta. To mrowie ludzkich siedzib, zawieszonych jak moja w przestrzeni, to ukłon Nowego Jorku w stronę ponadjednostkowej więzi. Ukojenie płynące z tej przyjemności jest nie do opisania.
(...) jedyną rzeczą, jaka się należy człowiekowi – tak, od początku do końca – jest szacunek dla tego właśnie trudu.
Cały sens miasta polegał na tym, że łatwiej było w nim znieść samotność.
W czasach, gdy zbliżałam się coraz bardziej do magnesu społecznego, nic tak nie koiło bólu i złości w sercu jak spacer przez miasto. Obserwując ludzi, którzy na pięćdziesiąt różnych sposobów próbują pozostać ludźmi, widząc różnorodność i pomysłowość technik przetrwania, czułam jak schodzi ze mnie napięcie.
Odbierałam przez skórę zbiorowy opór przed pójściem na dno.
Nigdy nie czułam się mniej samotna niż w trakcie samotnego spaceru zatłoczoną ulicą.
Oto mężczyzna usiłował mnie zmusić do czegoś, znaczy nie miałam ochoty, i robił to w sposób, jakim nigdy by się nie posłużył wobec innego mężczyzny: próbował mi wmówić, że nie wiem czego chcę.
Uzmysłowiłam sobie, że mężczyźni należą do innego gatunku niż ja. Innego i obcego.
Przyjaźń dzieli się na dwie kategorie: taką, w której ludzie spotykają się ze sobą, bo potrzebują swojej energii i taką, w której ludzie potrzebują energii, żeby się spotkać.
Nadal byłam córką swojej matki. Ona była teraz negatywem, a ja odbitką, lecz obie zostałyśmy same, bez tego właściwego [po rozwodzie].
– Mam tylko jeden problem z chrześcijaństwem. Dlaczego oni nienawidzą Żydów za Śmierć Chrystusa? Kobieta zwraca mu niemu twarz i mówi:
– A wie pan, że mnie też to zawsze zastanawiało. W końcu to Rzymianie go zabili. Dlaczego nie mają pretensji do Włochów?
Kiedy życie zaczyna mi się jawić jako suma niepowodzeń, idę spacerem na Times Square - plac będący domem najobrotniejszego magnesu społecznego na świecie – i tam szybko odzyskuję właściwą perspektywę.
Przez całe życie porzucał wszystko z wyjątkiem kobiet.
Różnice osaczyły nas niczym bujny gąszcz zarastający leśną polanę. Przyjaźń, będąca przez lata źródłem podniety, nagle wyczerpała się jako potrzeba. Jednym długim susem przeskoczyła z rozedrganego centrum na wyczerpane peryferia.
– To czym ostatnio jest dla ciebie życie? - pytam.
– Kością stojącą w gardle odpowiada.
– Ani nie mogę jej połknąć, ani wykasłać. Mogę tylko próbować się nie udławić.
Naszym tematem jest życie, które nas ominęło.
Po jedenastym września w mieście na długo zapanowała trudna do opisania atmosfera. Przez wiele tygodni Nowy Jork wydawał się nieobecny, zagubiony, wysiedlony. Ludzie chodzili półprzytomni, jak gdyby coś ich męczyło, ale nie umieli tego nazwać. (...) Jednocześnie utrzymywała się cisza jakby nie z tej ziemi.