Gdy przeszła,klepnąłem ją w tyłek,aż podskoczyła i się odwróciła.Posłała mi zabójcze spojrzenie,a ja uśmiechnąłem się bez skruchy.Dzięki takim rzeczom byłem szczęśliwy.
- Po prostu... - Daemon uklęknął przede mną. - Chodzi o to, że gdy dowiedziałem się, co znaczy więź między nami, myślałem, że będę z tobą do końca swoich dni. Że nigdy nie będę musiał się martwić życiem, w którym cię nie ma. Ale teraz wiem, że jest szansa, że mogę cię stracić... i to mnie cholernie przeraża.
Ciężko było patrzeć w przeszłość i myśleć o czasie, który zmarnowaliśmy na walkę między sobą, szczególnie, że nasza przyszłość mogła być krótka. Jednak nie chciałam się teraz na tym skupiać, bo byliśmy razem. Nie miało znaczenia, ile godzin, dni, miesięcy czy lat mieliśmy przed sobą. Zawsze będziemy razem.
Taki rodzaj miłości był czymś poważnym. To ważniejsze niż planeta pełna psychopatycznych kosmitów czy rządowa organizacja.
Pragnąłem jej.
Potrzebowałem jej.
Kochałem ją.
Stałem w miejscu i próbowałem sobie wmówić, że to brzydkie uczucie, które czułem, było niestrawnością, a nie zazdrością.
Przycisnąłem ją do łóżka,umiejscowiłem się między jej nogami i pomogłem jej,bo chciałem by zapomniała,by czuła tylko moje dłonie,moją skórę i wszystko,co do niej czułem.
Po chwili też się rozebrałem i otoczyłem ją ramionami.Nie musiałem mówić jej,że ją kocham.Słowa były bez znaczenia,bo tak często się je powtarza.To czyny mają znaczenie.
- Zastanawiam się , czy Dee da się namówić, żeby mi coś takiego zrobić - odpowiedział Archer beztrosko, ignorując Daemona. - No wiesz, jak już nie będzie w przeciwnej drużynie.
- Nie zrobi ci żadnego kurczaka - odparł Daemon.
- Och, na pewno mi zrobi kurczaka. - Archer zaśmiał się głęboko. - Zrobi mi tyle kurczaka, ile będę chciał.
Daemon mruknął niezadowolony, a ja nie mogłam uwierzyć. że się kłócą o tak hipotetyczną sytuację, jak to, czy Dee usmaży kurczaka, czy też nie. Ale nie powinnam być zaskoczona. Godzinę temu kłócili się o ty, czy Shane byłby lepszym ojcem niż Rick z serialu The Walking Dead. Jakimś cudem Daemon później stwierdził, że Gubernator, pomijając socjopatyczne zapędy, byłby najlepszym ojcem. Fakt, że Archer nigdy nie jadł w Olive Garden, ale oglądał The Walking Dead, był po prostu dziwny.
Odwróciłam się i znowu zaczęłam biec, ale tym razem niczego nie goniłam. A może goniłam samą siebie.
Wtedy było tam dwóch dupków. On był jednym z nich. Więc ty musisz...
- Czasami było ciężki i nie chciałabym przeżywać tego ponownie, ale nie żałuję, że jesteśmy razem. Nie mogłabym, bo cię kocham. Naprawdę cię kocham. A miłość wiąże się ze złymi i dobrymi rzeczami, prawda?
Czasami - i to naprawdę przez przypadek - zaskakiwał mnie fakt, że byłem jej, a ona moja.
Nie wszyscy mieli swoje szczęśliwe zakończenie. Niestety.
Daemon ruszył w moją stronę i przycisnął do ściany, żeby mnie pocałować. Pocałunek był mocny, pełny pożądania, desperacji i złości. Mimo to jego ręka na moim policzku była delikatna. Emocje były silne, ale miłość silniejsza.
Przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu myślę o czymś, od czego zarumieniłabyś się po czubki uszu.
W ciszy minęła wieczność, a ja stałem, zatracony w jej załzawionych oczach.
- Zniszczyliśmy im dom.
- To był wypadek - powiedziałem i zacząłem schodzić po schodach na wypadek, gdyby Lore się wściekł. - Zrozumie.
Innymi łowy, zmuszę go, by zrozumiał.
Lore zatrzymał się przy naszym samochodzie. Hunter i Serena wysiedli pierwsi. Nieśli torby pełne zakupów. Obeszli ganek i stanęli jak wryci, gdy zobaczyli... że brakuje drzwi.
Hunter spojrzał na mnie.
- Czy ja w ogóle chcę wiedzieć, co tu się działo?
- Cóż... - zacząłem powoli.
Westchnął, odwrócił się i chwycił brata za ramię. Lore przyjrzał się dobrze budynkowi - brakującym drzwiom i wybitym oknom - i ani drgnął.
- Mieliśmy mały problem. - zaczęła Kat.
- Co zrobiliście z moim domem? - zapytał Lore. - Zostawiliśmy was samych tylko na godzinę. Na godzinę!
- Każdy z was dostanie jedną - oświadczył Lore. - Więc nigdy nie ważcie się powiedzieć, że niczego wam nie dałem. I oczekuję kartki świątecznej na Gwiazdkę.
Po tym pocałunku nie czułam już nic innego - ani zimnej ściany za mną, ani paniki czy strachu.
Daemon całował mnie, jakby chciał zaznaczyć moją przynależność do niego, ale przecież już mnie miał. Całą. Moje serce. Moją duszę. Wszystko.
Zbombardowały mnie wspomnienia sięgające dnia, gdy stanęła na moim ganku i zmieniała moje życie, aż do chwili, gdy po raz pierwszy powiedziała mi, że mnie kocha. I to już nie były tylko wspominania. Wiedziałem, że nie powinienem czuć tego wszystkiego, ale każda komórka mojego ciała pożądała jej. Moja krew się zagotowała.
Pragnąłem jej.
Potrzebowałem jej.
Kochałem ją.
Cofnęła się i uderzyła się o wannę.
- Kat-powiedziałem. W ogóle po raz pierwszy od wielu dni pozwoliłem sobie wypowiedzieć jej imię. I w tym momencie coś we mnie pękło.
- Nie wiedziałam, co myśleć. Patrzyłeś na mnie tak, jak wtedy, gdy po raz pierwszy się spotkaliśmy.
- Kat. - Pocałował mnie za uchem. - Gdy cię uzdrowiłem i zatrzymałem przy sobie, złamałem każdą zasadę mojej rasy. Poślubiłem cię i spaliłem całe miasto, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo. Zabiłem dla ciebie. Myślałaś, że zapomnę, co dla mnie znaczysz? Że cokolwiek na tym świecie będzie silniejsze niż moja miłość do ciebie?
Po chwili też się rozebrałem i otoczyłem ją ramionami. Nie musiałem mówić jej, że ją kocham. Słowa były bez znaczenia, bo tak często się je powtarza. To czyny mają znaczenie. Więc jej pokazałem, jak ją kocham.
- Nie wiem. - Przycisnęłam palce do skroni. - Przydaliby się nam teraz Avengersi.
- Co tam. Jest nam potrzebny Loki - powiedział generał.
- Cóż, na nasze nieszczęście, świat Marvela nie jest
prawdziwy, więc...
Zaczęłam się śmiać, ale w tej samej chwili Daemon zamrugał, jakby nagle dostał w głowę.
- Chwila - powiedział i przeczesał dłonią włosy. - Po- trzebny nam jest odpowiednik Lokiego.
- Chyba nie nadążam - odrzekłam.
- Wiem, ze jeśli poproszę, byś została w samochodzie, to nie posłuchasz, ale proszę, trzymaj się blisko mnie. - Daemon zwolnił, gdy wjechał na parking i skierował się w stronę wypasionego czarnego wozu. - Luc chyba mu ufa, ale ja nie.
Wywróciłam oczami.
- To nie tak, że do niego pobiegnę i go uściskam.
Spojrzał na mnie pustym wzrokiem.
- Mam nadzieję, że nie. Mogę się zrobić zazdrosny.
- Byłbyś zazdrosny, gdyby przytuliła się do drzewa - powiedział Archer.
- Może. - Daemon zatrzymał się za samochodem. - Jestem zachłanny.
Daemon mruknął coś w odpowiedzi, a ja uśmiechnęłam się szerzej. O mało nie zaczęłam piszczeć z zachwytu. Chciałam wstać, odepchnąć go i pobiec do drugiego pokoju, w którym leżały moje książki. Takie piękne.