cytaty z książek autora "Alina Duchnowska"
-Jesteś niezwykle mądrą kobietą, Yuno. -Wiem. - Uśmiechnęła się. - I dlatego nigdzie nie pasuję.
Znaczące go w realnym świecie tatuaże tutaj wydawały się ciemniejsze i groźniejsze. Rozrywały jego skórę, rozcinały postać i przywodziły na myśl wrota do innych, mrocznych wymiarów. Ciemność sączyła się z nich jak upiorna, oleista posoka i oblepiała jego ciało gęstym oparem. Kształtowała go od nowa, dając mu inną formę, w niewielkim stopniu zbliżoną do ludzkiej.
Dużo większym zaskoczeniem okazała się dla niego sama Yuno. „Toż to prawie dziecko!” – stwierdził z zakłopotaniem. Była szczupła, wręcz wychudzona, o bladej cerze i podkrążonych oczach, w których próżno by szukać iskierek radości tak właściwych dziewczętom w jej wieku. Wydawało się, jakby lżejszy podmuch wiatru mógł ją złamać wpół. A jednak to właśnie była mistrzyni Yuno, ta sama, o której od kilku miesięcy krążyły plotki i pieśni. Ta, która spektakularnie pokonała na południu wiedźmę Uthę i wyzwoliła ludzi spod jej terroru. Spodziewałby się kogoś starszego, pewnego siebie, promieniującego siłą. A widział widmowo bladą, chudą dziewczynę o martwej twarzy.
Krzyczący Sokół spojrzał na ciało rozciągnięte u kopyt konia Mira i uśmiechnął się złośliwie.
– Co, będziesz rzygał?
Zdziwił się, kiedy blady chłopak poderwał głowę i spojrzał na niego zwężonymi oczami. Coś migotało w głębi jego źrenic. Otaczała go dziwna poświata.
– Nie – odparł cicho. – Zabiję ich.
Magia pomknęła w dół jego ramion jęzorami płomieni. Wylała się na ziemię, w mgnieniu oka podpalając trawy. Znad pożogi podniósł się czarny, duszący dym.
Yuno tańczyła. Błyskawice pełgały po jej skórze, włosach, sypały się za nią skwierczącym deszczem. Osmolone strzępy ubrań łopotały porywane widmowym wiatrem. W jej rękach wirowały jaśniejące kolorami smugi magii, niby chaotyczne, niby nieopanowane, a jednak potworne w swojej celności. Dopadła jednego z szamanów. Darł się w jej pętach wniebogłosy, kiedy uniosła go w powietrze, a potem z impetem wbiła w ziemię, miażdżąc mu kręgosłup.
A może tak będzie lepiej? Może lepiej się poddać żarłoczności jej wypaczonej magii.
Zgubić się tutaj i zasnąć. Zniknąć.
Naprawdę chciała zniknąć. Przestać istnieć. Przestać śnić koszmary.
Krzyczący Sokół nonszalancko opierał się o ścianę jurty, a zgromadzeni na placu wojownicy szczerzyli się do nich w złośliwych uśmiechach.
– Wiecie – zaczął pozornie obojętnie Sokół – ten słup nie jest tak stabilny, jak byście chcieli.
- Dlaczego myślisz, że nie jesteś wystarczająco dobra, skoro on uważa cię za idealną?
Przypomniała sobie jego oczy, które przez tę jedną krótką chwilę pomimo otaczającego ich chaosu i niebezpieczeństwa zdawały się skupione wyłącznie na niej.
- Miałeś ogromne szczęście, że przeżyłeś.
- Pecha – poprawił ją. - Miałem pecha. - Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktokolwiek dotykał go w ten sposób. Delikatnie. Z uczuciem. Skupiając się w całości na nim. Tętno szumiało
mu w uszach tak mocno, że ledwo słyszał własny głos. - Czasem najgorsze, co może ci się przytrafić, to życie, Liko.
Przetrwał. Tylko... Zmienił się. Nie był już Wilczym Śpiewem. Został po prostu Wilkiem. To nawet nie jest pełne imię. I nigdy już nie zaśpiewał.
Uśmiechnęła się do swojego dzikiego zaklęcia. Do jedynej istoty, która nigdy nie oceniła jej marzenia o odejściu. Istoty, która wiernie i niestrudzenie próbowała odpowiedzieć na jej rozpaczliwe błaganie. Pilnowała jej drogi odwrotu jak wierny druh.
– Dziękuję – westchnęła z wdzięcznością. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję...
Musi udawać. Musi sama w to wierzyć. Inaczej sposób, w jaki postrzega otoczenie, by ją zabił. Nie da się żyć w świecie bez masek.
Boję się, że kiedyś o tym zapomnisz. [...] O tym, że nie jesteś potworem, Darinie.
- Nienawidzę tego.
- Mnie.
- Nie. Siebie. [...] Nienawidzę swojego ciała. Głupiej nogi, przez którą nie umiem utrzymać się na najbardziej powolnym, spokojnym koniu. Nienawidzę tego, że nie mogę nawet uciekać.
Zapadła cisza przerywana jedynie szeptem ognia. Darin wreszcie głęboko zaczerpnął powietrza.
- Nienawidzę... - zaczął z wahaniem. - Że nie mam oka. Że nie zauważę padającego z tej strony ciosu. Nienawidzę tego.
- Nie zostawiaj mnie.
Zatrzymał się w pół ruchu, jakby uderzył w niewidzialną ścianę.
- Nie rozumiesz - wydusił z trudem. - Nów... Magia... Nie panuję nad nią. Nie panuję nad sobą. Mogę się zmienić w każdej sekundzie. A potem cię rozszarpać.
Usłyszał szelest i pełen wysiłku jęk, gdy wstawała. Mimo to w jej głosie brzmiał śmiech:
- Przecież mnie nienawidzisz, Darinie. Dlaczego więc się martwisz?
No właśnie: dlaczego?
Odwrócił się do niej i... zamarł.
- Przyszłaś... - wychrypiał. - przyszłaś po mnie.
[...]
-Zawsze przyjdę.
Czasem czuję, jakby świat wokół rozpadał się na kawałki i rozsypywał pod moimi stopami. Spadam i nie mam czego się chwycić. Boję się.
- Nie wiem - szepnęła. - Może nie wierzę, że mogłoby być łatwo? Może jestem aż tak uszkodzona, że nie mogę sobie tego nawet wyobrazić?
- Nigdy niczego nie chciałem. Nikogo o nic nie prosiłem. O więzi, sympatię, przyjaźń. O seks. Brałem tylko to, co ludzie mi ofiarowywali z własnej woli. Bo wiedziałem, że nie będę potrafił im się odwdzięczyć.
- Czasami nienawidzę za to świata i ludzi. Za to, jak łatwo pozwalają się zwodzić. Że tak naprawdę nie chcą widzieć prawdy, bo do niczego nie jest im potrzebna. I czasem myślę, że mogłabym go zniszczyć. Spalić.
I tylko zerwana róża o pogniecionych płatkach świadczyła o tym, że to, czego doświadczyli podczas nowiu, nie było snem.
Przez chwilę, dociągając cięciwę do ucha, bał się, że nie zdąży, że spudłuje. Na moment zniknęły krzyki i otaczający go zewsząd chaos. Były jedynie pieszczota lotek na policzku i ta nieruchoma dziewczyna.
– Proszę, sprzedałeś własną córkę – wycedziła. – Pozostaje mieć nadzieję, że Darin Hasselbed wykaże się większym honorem niż ty.
W kominku dopalał się ogień. W chybotliwym, ciepłym blasku zawieszone na ścianach gobeliny zdawały się ożywać: postacie poruszały się i opowiadały
swoje historie, a różane pnącza pełzały wokół nich, jakby zamykały je w kajdanach.