To właśnie robi technologia: udając, że ułatwia komunikację, zrywa ją.
Pragnienie uporządkowania świata w sobie i na zewnątrz, a także pragnienie bycia częścią czegoś, co jest starsze i większe niż pojedynczy człowiek - to najczystsze uczucie religijne, nawet jeśli ktoś go tak nie nazywa. Na tym uczuciu żerują religijni gwałciciele i religijni gwałtownicy, ludzie w kościołach i świątyniach, którzy wykorzystują religię, aby zdominować, posiąść, wykorzystać czyjeś pragnienie transcendencji. Ale na tym samym uczuciu żerują też ideologie - i prawicowe, i lewicowe - ze swoim masochizmem społecznym, który daje jednostce pozór porządku, ale tak naprawdę połyka ją, unicestwia i traktuje jak trybik w maszynie, pozbawiony indywidualności.
Dlaczego więc millenialsi wyrzucają piekło i wizję zła ze swojej koncepcji religii? Być może są już tak zmęczeni ciągłymi roszczeniami świata wobec siebie, że bardziej potrzebują ideału, który bezwarunkowo kocha, niż ideału, który wymaga.
Religia bez piekła jest wizją świata bez zła - a więc świata, w którym wizja ideału nie ma sensu. Skoro bowiem nie ma wizji oddalenia się od ideału, nie pełni on żadnej funkcji standardu.
W pustkę spowodowaną samotnością wchodzi populistyczna ideologia i mami wspólnotą czarno-białych poglądów.
Na przykład opowieści biblijne są zakodowanymi w obrazach przekazami o postawach i wzorcach postępowania, które - właściwie odczytane - mają moc zmienić nasze życie we właściwym kierunku.
Ideologia to religia pozbawiona przykazania miłości, przez co jej agresja wobec odmiennych, wobec niewiernych jest bardziej brutalna, bo w żaden sposób nieograniczona.
Potrzeba duchowości czy transcendencji realizuje się więc zastępczo w sposób bardziej atrakcyjny wizerunkowo - zawsze przecież bardziej stylowo wygląda się w towarzystwie, nosząc czerwoną nitkę na nadgarstku (czy to wziętą z buddyzmu, czy z tradycji kabalistycznej) niż z babcinym różańcem.
Oświecenie ze swoją wiarą w rozum uznaje tajemnicę za anomalię i albo ją wyjaśnia (jeśli potrafi), albo uznaje za przesąd. Tymczasem tajemnica, rozumiana jako przestrzeń, w której człowiek - jak we mgle - nie wie, dokąd iść, jest normalnym doświadczeniem, bo pojawia się w naszym życiu zawsze.
Życie jednak nie znosi próżni. Religia przez wieki zaspokajała potrzebę wspólnoty i pomagała ludziom radzić sobie z horrorem nieszczęścia. Dzisiaj jej miejsce zajmują wielkie ideologie, tak prawicowe, jak i lewicowe, bo nie każdy człowiek jest w stanie zaspokajać te potrzeby sam. Poza tym stosunek do religii dzieli Polskę nieraz bardziej niż stosunek do polityki. W kraju, w którym umrę, religia zasługuje na więcej uwagi niż proste wyśmianie, bo dla wielu Polaków jest wciąż bardzo ważna.
TikTok może stać się w przyszłości głównym narzędziem działania politycznego. To tam będzie się toczyła wojna o emocje homo ludens, który za moment całkowicie wyprze homo faber z roli elektoratu. A najgroźniejszym i najbardziej pozbawionym litości narzędziem tej walki będzie beka - coś, co sprawia pozory kreatywności, ale niczego nie kreuje, bo niszczy, rozrywa jak sarkazm, dekonstruuje. Beka, która w czasach nihilizmu zastąpi prawdziwe tworzenie.
Na szczęście pracę w stylu modernistycznym można traktować jak zabawę - uczy tego Derrida (nie muszę mieć racji, muszę być zabawny). Jeśli uzyskujesz rozgłos, zapewni ci to sukces, a rozgłos w świecie zdominowanym przez homo affectus zdobywa się, budząc emocje, a nie szukając prawdy. Być może to jest powodem, dla którego większość kadry akademickiej w zakresie nauk społecznych i humanistycznych skłania się w kierunku myślenia postmodernistycznego: łatwiej jest być interesującym niż zainteresowanym prawdą. A do tego jeszcze ta pełna zblazowana ironia. Homo ludens nie traktuje poważnie tego, co robi, bierze to, co robi, w cudzysłów: Jestem ironiczny, bawię się tym, co robię, bo przecież i tak nic nie ma większego sensu.
Umysł długo wystawiony na działanie rolki mediów społecznościowych traci stopniowo możliwość porządkowania rzeczywistości, z racjonalnego umysłu staje się sercomózgiem, które żyje emocjami, a myśli już tylko fragmentami. I coraz trudniej mu przejść na poziom racjonalnych, abstrakcyjnych procesów, które zachodzą w życiu publicznym, na poziomie państwa, w polityce. Masa sercomózgów, gotowych do pobudzenia jednym wezwaniem, to marzenie każdego populisty.
Jeśli z kimś rozmawiamy, to ze sobą - nasi przyjaciele na Facebooku czy followersi na innych platformach są traktowani bardziej jak trofea lub medale potwierdzające rangę naszej popularności niż jak żywi ludzi. A tym kimś, z kim rozmawiamy (lub zdaje się nam, że rozmawiamy), jest wirtualny świat wytworzony przez te media - przy pomocy naszego umysłu.
Kultura kasowania zaprzecza oświeceniowemu ideałowi otwartości na inność. Jest groźna, ponieważ stanowi formę cenzury, ale nie takiej, w której fragment tekstu wycina się nożyczkami, jak robili to cenzorzy komunistyczni; raczej takiej, w której wycina się człowieka i stwarza atmosferę lęku, że jeżeli inni nie podporządkują się jednomyślności, ich także spotka wycięcie. A to powoduje efekt mrożący - ludzie ograniczają sami siebie w wypowiedziach, aby nie podpaść inkwizytorom. Skutkuje to autocenzurą, która jest właściwie niewidoczna - dokonuje się w głowie. Ale skutek jest ten sam co w przypadku cenzury tradycyjnej: pozbawienie społeczeństwa różnorodności myśli i wielości idei, jak radzić sobie ze światem.
Postmodernizm głosi, że skoro każdy ma inną, skrajnie subiektywną perspektywę, to znaczy, że każdy jest skrajnie inny, a więc nie ma żadnego wspólnego mianownika: wspólnych ideałów, norm ani tradycji. Nie jest to jednak konkluzja możliwa do obrony.
Jak święty Tomasz wierzymy, bo zobaczyliśmy, i zapominamy, że czasami mądrzejsi są ci, którzy uwierzyli, choć nie widzieli (obrazu), a tylko słyszeli (słowo).
Obraz łatwo oderwać od tego, kto go pokazuje, i nie trzeba wtedy bawić się w podwójną ocenę: czy wiarygodny jest nadawca i w związku z tym czy wiarygodny jest jego przekaz.
Właśnie takiej zmiany dokonują populiści - próbują nas przekonać, że nasze pojęcia są puste, a więc nie mają żadnej ważnej funkcji, następnie zaś chcą je wypełnić własną treścią i ich funkcję zmienić, tak aby realizowały ich cele, nie cele dotychczasowe.
W środku naszej dyskusji o mnogości rzeczy: o aborcji, o małżeństwie i wielu innych, stoi wielki słoń - etyka seksualna.
Kluczowe staje się nie rzetelne opisywanie rzeczywistości, ale to, by znaki zachowały swój radykalizm - zdolność do dzielenia społeczeństwa na dwa obozy.
Mylimy to, co ważne, z tym, co najbardziej pobudza nasze emocje - stąd niefortunne słowo polityka wielu traktuje jako większy skandal niż systemowe niszczenie państwa. To słowo razi, potwierdza osąd, przekonuje przekonanych, że ich niechęć do osoby to słowo wypowiadającej jest całkowicie uzasadniona.
To, jak populizm rozmywa i wydrąża z treści pojęcia ważne dla życia publicznego, pokazuje najlepiej Ernesto Laclau. Rozumie on populizm jako przede wszystkim sposób komunikowania się (logikę artykulacji), który zmienia treść pojęć ważnych dla debaty publicznej. Populiści nie tyle wyrażają to, co myślą ludzie, czy to, na czym tym ludziom zależy, ile tworzą określone myśli i oczekiwania, następnie wmawiając je ludziom jako ich własne.
Wielu protestantów myli Boga z uwarunkowaną, historycznie skonstruowaną księgą, a wielu katolików tworzy to samo zamieszanie z uwarunkowaną, historycznie skonstruowaną instytucją - ale wciąż potrzebujemy ksiąg i instytucji.
Postmodernistyczny dylemat języka można rozwiązać. Postmoderniści jednak tego nie chcą, ponieważ niestabilność jest im na rękę.
To właśnie dowodzi tezy postmodernizmu, że mówiącemu nie chodzi o porozumienie, lecz o zwycięstwo - o to, aby jego subiektywna wizja rzeczywistości wygrała i została przyjęta przez rozmówcę.
To rozchwianie i traktowanie języka jako pola walki ma dwojakie konsekwencje. Po pierwsze - pogłębiający się relatywizm. Bo jak obiektywnie wyrazić jakiekolwiek normy czy standardy, skoro nie ma obiektywnego znaczenia słów, a każda interpretacja jest równoważna? Po drugie, pojawia się defensywność w rozmowie. Oto rozmówca staje się wrogiem, a słowa jak sztychy szermierza - trzeba umieć je odeprzeć. Każda dyskusja staje się sofistyką, która oprócz próby sił nie ma żadnego innego, głębszego sensu.
Tymczasem myśl postmodernistyczna jest błędna i groźna bez względu na to, kto ją atakuje. Jest błędna, ponieważ jest głęboko nienaukowa. Jest groźna, ponieważ przenika nasze życie intelektualne i jest jak nieujawnione założenie ideologiczne, wpływające na treści, których naucza się w szkołach, na interpretacje, które szerzy się wśród młodych ludzi, na promowane postawy i zachowania.
Jednym ze sposobów na zamknięcie człowiekowi ust jest zrobienie go memem.
Jeśli dawny system porównać do zegarka, nie da się go naprawić jednym zdecydowanym uderzeniem młotka - w ten sposób można go co najwyżej rozbić. Aby naprawić złożony system, trzeba precyzyjnie nastawić to, co rozregulowane, zastąpić zużyty trybik nowym, lepszym, i ciągle pilnować, jak zmiana w jednym punkcie wpływa na całość. Problem w tym, że w świecie polityki zbudowanej na emocjach postać zegarmistrza musi przegrać konkurs piękności z rycerzem-rewolucjonistą, który zabija potwory przeszłości. W tej właśnie różnicy spektakularności leży sedno naszego problemu z tym, jak rozumiemy zmianę.
Tradycja staje się kozłem ofiarnym i trzeba ją wygonić z miasta, aby symbolicznie pozbyć się ciężaru winy i uzyskać poczucie, że teraz już wszystko będzie dobrze.