cytaty z książek autora "François Rabelais"
Zła to praca i próżny wysiłek
Chcieć papierem czysto wytrzeć tyłek.
Dupa jego, chciałem rzec dusza, musi teraz wędrować do trzydziestu tysięcy par diabłów.
Nigdy nie trzeba doprowadzać nieprzyjaciela do ostatecznej rozpaczy! jako, że w takiej opresji mnożą mu się siły w dziesięciokroć i budzi się męstwo, które było już zemdlone i podupadłe.
Potem mu czytywał "de Modis significandi", z komentarzem mistrzów Pyskatego, Nicpotem, mistrza Jana Ciołka, Stękały, Kujona i wielu innych [...].
Jaje dziś mędrsze od kury.
Hańba jest wielka zawżdy i na każdym miejscu pożyczać od drugiego miast samemu pracować i zarabiać.
[...] a kto nie wierzy, niech mu się stolec wypsnie!
Dusza nigdy nie mieszka w suchym.
W każdej rzeczy początek jest połową wszystkiego.
Zbytnia miękkość i słabość w przebaczaniu złoczyńcom jest dla nich bodźcem, aby tym łacniej źle czynili wierząc, iż wszystko ujdzie im na sucho.
Nie od dzisiaj to ludzie wyznający wiarę ewangeliczną cierpią prześladowanie. Ale błogosławiony ten, który się nie zgorszy i który nigdy nie przestanie dążyć do celu, co go Bóg za pośrednictwem swego ukochanego Syna nam naznaczył, i którzy nie dadzą się odciągnąć cielesnym pożądliwościom.
Większą rozkoszą i uciechą są ludziom rzeczy piękne, wdzięczne i doskonałe, niżeli śmieszne a poczwarne.
Człowiek na czczo bardziej jest przyziemny i ciężki, niż kiedy popił i pojadł.
- Zatem - pytał Pantagruel - kiedy myślisz wypłacić się z długów?
- Na święty Nigdy; wówczas, kiedy cały świat będzie zadowolony i kiedy każdy będzie po sobie samym dziedziczył.
Tak bowiem jak jest oznaką nikczemnego i tępego serca bać się ciągle (...), tak samo nie bać się, kiedy położenie jest najoczywiściej przeraźliwe, jest oznaką zbywającego albo skąpego rozumu.
Woda jest początkiem wszystkich rzeczy. (...) Wszystko czerpie początek z Oceanu.
- Jesteście tam czy was nie ma? Jeśli jesteście, zróbcie, aby was nie było; jeśli was nie ma, nie mam nic do powiedzenia.
Chytrość (...) przejrzana, chytrość zrozumiana, chytrość odkryta traci istotę i miano chytrości.
W Germanii burzą klasztory i ściągają mnichom habity; tutaj przeciwnie, budują je i stroją świat kudłami na wierzch.
Cała nauka to jeno błazeństwo, a mądrość (...) to wierutne bzdury służące do zbękarcenia dobrego i szlachetnego umysłu i zatruwające cały kwiat młodzieży.
Był wówczas w klasztorze pewien mnich imieniem brat Jan Łomignat, młody, dworny, rzeźwy, wesół, bardzo rozgarnięty, śmiały, rezolut, ryzykant, wysoki, chudy, z gębą w miarę obszerną, o dostałym nosie, walny w młóceniu pacieży, srogi ekspedytor mszów świętych i pies na wigilie; krótko mówiąc, najszczerszy mnich, jaki od początku mnichostwa mniszył się kiedy między mnichami; przy tym kuty na cztery nogi we wszelkim brewiarzu.
Tego roku ślepi będą widzieć bardzo mało, głusi będą słyszeć dość licho, niemi nie będą się wcale odzywać, bogaci będą się mieć nieco lepiej niż biedni, a zdrowi lepiej niż chorzy.
W zimie, wedle mego niskiego rozumienia, nieroztropnie poczną sobie ci, którzy sprzedadzą futra i kubraki, aby nakupić drzewa. [...] Trzymajcie się ciepło! Wystrzegajcie się katarów! Pijcie, co najlepsze, czekając, aż nowe nadejdzie, i nie sikajcie do łóżek! Ho, ho, kureczki, a gdzieżeście wy uwiły gniazdka tak wysoko?
Co będzie powiedziane w świecie ponad to, musi być przesiane trzy razy przez grube sito; może się sprawdzi, a może i nie. Zarazem ostrzegam was, iż jeśli nie uwierzycie wszystkiemu, wyrządzicie mi wielki despekt, za który tu lub indziej będziecie ciężko pokarani. Kiszeczki z sosem z byczego ogona nie pożałują waszych pleców. I radzę wam, łykajcie zawczasu powietrze jak ostrygi, wnet bowiem sporo z was będzie przypieczonych, jeżeli kalfaktor nie zadrzemie. Owo wysiąkajcie noski, dziateczki moje, i wy , stare tumany, poprawcie okulary i baczcie na te słowa jak na świętą Ewangelię!
Wpodle mego domu, pod murem, rośnie piękna, duża i rozłożysta figa, na której wy, panowie Ateńczycy, mężczyźni i niewiasty, młodzieńcy i dziewczęta, popadłszy w jakoweś nieszczęście i rozpacz, macie zwyczaj po kryjomu wieszać się i stryczkiem zbawiać żywota. Ostrzegam was, iż z powodu przebudowy domu zmuszony jestem w ciągu tygodnia ściąć tę figę: dlatego ktokolwiek z was i w ogóle z miasta miałby chęć powiesić się, niech się pospieszy. Po upływie tego terminu nie będą mieli tak sposobnego miejsca ani tak dogodnego drzewa.
- Czyś ty - rzekł brat Jan - oszalał, czy cię urzeczono? Patrzcie go, jak się pieni; słuchajcie, jak on tu rymami bredzi. Cóżeś ty zjadł za diabła? zawraca oczy jak zdechła koza, a pójdziesz ty na stronę?! a będzieszże ty bejał dalej od towarzystwa? Patrzcie świntucha! Nażrej się psiej trawki, to ci ulży na tobołek. A może byś, klasztornym obyczajem, wpakował sobie pięść do gardła, po łokieć, aby odciągnąć flegmę z cynadrów?
Chodźże nam tu pomagać, cielaku stary, mazgaju przeklęty, do trzystu milionów diabłów, które tłuką ci się po bebechach! Przyjdziesz raz, ciołku morski? Pfuj, co za obrzydliwy mazgaj! Ciągle powtarzasz to samo. Dalej, ty pocieszna maszkaro, ja cię tu zaczeszę pod włos. Beatus vir, qui non abiit.
- Na święty kutas mego habitu - rzekł brat Jan - chce mi się zostać uczonym na stare lata, mam jeszcze wcale pakowną mózgownicę.
- To pewna - rzekł Panurg - że ja nie pójdę: jestem z natury cokolwiek upośledzony na odwadze.