Transatlantyk 2010 Sara Różewicz 8,4

Powieści na jej temat w końcu doczekała się jedyna persona polskiej polityki, która zasługuje na miano postaci literackiej (czy autor tej myśli kryje się pod pseudonimem Sary Różewicz? Kto wie...). Oniryczny, polityczny dreszczowiec, który stara się być osadzonym w realnych warunkach Smoleńska, wyborów prezydenckich w 2010 roku i towarzyszących im wydarzeń - zwłaszcza pewnej równie brawurowej co dramatycznej mistyfikacji. Kto jednak tamte chwile dobrze pamięta, sporo o nich poczytał bądź nawet był ich naocznym świadkiem, może być nieco zawiedziony, bo powieść sili się na realizm, który gubi osadzenie w faktach w dziwny sposób, nie wygląda to bowiem na element fikcjonalizacji, a raczej na pewien rodzaj niedbałości. Historia ta bowiem jest oczywiście bardzo sfikcjonalizowana, co pozwala uwydatnić jej egzystencjalną i humanistyczną głębię, której nie da się jej odmówić, chociaż punkt wyjścia ma głęboko osadzony w prawdzie - co czyni ją poruszającą i frapującą. Rzemieślniczo język powieści jest prosty, wręcz minimalistyczny, chwilami jest to drażniące bo zakrawa wręcz na czytankowość, ale atutem jest to, że na pewno nie mamy tu do czynienia z egotycznym przerostem formy, który mógłby zabić taką historię. Kontekst gombrowiczowskiego "Transatlantyku" jest interesująco uchwycony i bardzo wprawnie wkomponowany w całą konstrukcję i sprawia, że "Transatlantyk 2010" jest książką naprawdę ciekawą, która eksploruje temat o dużym literackim potencjale, za który w końcu ktoś się zabrał. Ukrywający się pod pseudonimem autor nie popada też na szczęście w politykierstwo bądź liberalne histeryzowanie, choć momentami daje upust swojej pogardzie do pierwowzoru głównego bohatera, co nieco wytrąca z równowagi, ale na szczęście nie rzutuje na wymowę całej powieści. Na plus również interpretacja audio Jacka Braciaka - zawsze dobrze go posłuchać i cieszy, że będzie on centralną postacią ekranizacji. Jeszcze przy tej okazji o "Transatlantyku 2010" zapewne sporo usłyszymy.