cytaty z książek autora "Tomasz Duszyński"
Patrzył na chodzącego trupa,ten smród,o którym wspomniała Asta,był trupim odorem.Cmentarną wonią rozkładającego się ciała.Tliły się w nim jeszcze resztki życia,ale tymi resztkami nie najadłby się nawet kundel".
Nienawidził poniedziałków. Jeszcze wczoraj wraz z rodziną udał się na niedzielny wypad do Dusznik -Zdroju. Gdy popijał leczniczą wodę w domu zdrojowym, wydawało mu się, że odzyskał wewnętrzną równowagę i śmiało poradzi sobie z wyzwaniami czekającymi go w nadchodzącym tygodniu. Wystarczyło kilka godzin, by proza życia pozbawiła go złudzeń.
Nie jest prosto ufać samemu sobie...
Potrafisz być twardy, widząc, jak koledze urywa nogę, albo kiedy znajdujesz Afgańczyka, który zginął, o dziwo, nie od ran postrzałowych, ale od kamieni i pałek, którymi zatłukli go sąsiedzi. Za to wzruszasz się, słuchając ulubionego kawałka puszczonego w radiu albo przy opowieści kolegi, który wspomina, jak w szkole za cholerę nie mógł na stołówce polubić pulpetów.
Wina męża zawsze była udokumentowana bez dowodów.
(...) czytam mnóstwo kryminałów, wiem, kto zabił, najczęściej już po kilku rozdziałach. Oczywiście, jeśli autor nie wyciągnie mordercy jak królika z kapelusza. Polecam Mieczysława Gorzkę, Przemysława Piotrowskiego, wczesne książki Wojciecha Chmielarza...
Katastrofa. To słowo za każdym razem przyprawia mnie o gęsią skórkę. Nie wiem, czy się nad tym zastanawialiście, ale katastrofa brzmi bardzo, ale to bardzo po grecku. Nic dziwnego, to słowo pochodzi przecież z greki. Co więcej, katastrofa to nierozerwalna część tragedii, a sama tragedia, o czym nie każdy wie, zrodziła się na Peloponezie i stamtąd dopiero zawędrowała do Aten! Ten ciąg przyczynowo-skutkowy wydaje się w tej chwili zupełnie pozbawiony sensu, ale ręczę, że tak nie jest!
Nie raz już się przekonał, że cudze nieszczęście to trampolina do własnego dobrego samopoczucia.
Nadtopione zaspy, które dostrzegał przez okno, przyprawiały go o jeszcze większy ból głowy. Kolejne specyfiki, które przyjmował, próbując złagodzić objawy migreny, okazywały się kompletnie nieefektywne.
Podejrzewał, że zatruwa go to miejsce, wsącza się w jego żyły jakaś substancja, która powoduje uczulenie całego ciała. Może to świństwo dostawało się do jego organizmu z miejscową wodą? Może chodziło o zapach, który dobiegał z hoteli, łaźni i domów zdrojowych? Woń, na której wspomnienie dostawał mdłości. Siarka. żelazo, węglany. Cała pieprzona tablica Mendelejewa.
Rozprostował kości i wciągnął w płuca powietrze. Tutaj przynajmniej nie docierał dym z dusznickich kominów. Ludzie palili w chałupach czym popadnie, a potem zatruwali całą okolicę. W dolinie czasem trudno było oddychać. Kuracjusze zimą, nawet jeśli rzeczywiście podleczyli w zdrojach żołądki i układ krążenia, to narażali na szwank płuca.
Scholz mówił prawdę, mimo wojny Duszniki wciąż były lubiane wśród kuracjuszy. Pojawiło się sporo adresów meldunkowych z hrabstwa i całego Śląska. Ku zdziwieniu Franza kurort popularny był w Brandenburgii i Prowincji Poznańskiej.
Wachmistrz powrócił wspomnieniami do 1916 roku. Czyżby Duszniki ominęły te perturbacje, które trafiły resztę hrabstwa? Przez kilka kolejnych lat Kłodzko borykało się z problemami z zaopatrzeniem, a nawet pensjami, nie sądził by reglamentacja kartkowa z tamtego okresu jakimś cudem ominęła Duszniki.
Krótki jest żywot człowieczy i różnym troskom podległy. Rankiem rozkwita, wieczorem słabnie, nocą zachodzi . Czego chcą losy pobożne, to skreśli ludzkie życzenia. Niech tedy będzie w życzeniach, czego chcą losy pobożne.
Nauczyła się, że trudno jest pomóc komuś, kto tej pomocy nie chce przyjąć.
Gazety kłamią. Wbrew reklamom pobyt w tym miasteczku ostatnio nie wychodzi nikomu na zdrowie...
Wie pan, kapitanie... Nasze hrabstwo nazywa się krajem Pana Boga. I ja, przyznam, często przypominałam podopiecznym, żeby pamiętali, że w owym kraju Pana Boga żyją.
Tacy jak ty są na wymarciu, Franz. Może na nagrobku ci napiszą, że tu leży ostatni sprawiedliwy, ale tą sprawiedliwością nie wykarmisz rodziny...
Najpiękniejsza jest walka z samym sobą... bo przecież w każdym z was jest cząstka mnie. I ona prędzej czy później weźmie górę. A ja zwyciężę.
Żeby złapać jednego diabła, trzeba układać się z innym.
- Czytał pan to, Roth? - Richter zazgrzytał zębami, nie poprosił nawet Jurgena, żeby usiadł. Rzucona na biurko gazeta zsunęła się z blatu i z szelestem opadła na podłogę. - Piszą, że Klein dopadł pierwszego z zabójców! Dopadł?! Gdybyśmy to my tak spartaczyli ujęcie mordercy, zmieszaliby nas z błotem za nieudolność... Stalibyśmy się pośmiewiskiem, obrzucano by nas wyzwiskami, a kto wie, czy nie próbowano by nas ukamienować! Ale Klein? Nie, to bożyszcze ogłupiałej gawiedzi. Mają swojego bohatera, zbawcę, który uchroni ich przed całą zgnilizną tego świata!
Cóż, może tak wyglądało teraz nowe pokolenie: rozhukane, bez kompleksów, wyznające zasadę, że trup na drodze nie jest przeszkodą, ważne, żeby drań nie zmartwychwstał i nie pokrzyżował planów.
Komisarz rozgrywał te partie po mistrzowsku. Nie było to trudne. Miał pełną świadomość, że podwładny stał się niewolnikiem stołka, który sam mu zresztą podsunął.
Pełno wokół zdrajców ojczyzny, którzy mogą tę beczkę wysadzić w powietrze.
Myślałem, że w głowie masz mózg, a uszami tylko ci gówno wypływa...
Wreszcie zaczynasz mi się podobać. Myślałem do tej pory, że nie masz jaj, a we łbie same wióry z tartaku...
Jeśli neorenesansowa siedziba kłodzkiego magistratu, w tym policji, miała w zamyśle projektanta przypominać pałac, to twórca osiągnął zamierzony efekt. Ratusz mógł się podobać.
To była przyjemna rozmowa w nieprzyjemnych okolicznościach.
Przeszło mu przez myśl, że dziewczyna jest czarownicą, która potrafi każdego omotać. Nie dziwił się, że takie jak ona wrzucało się kiedyś do nurtu Nysy lub paliło na stosie.
Świętował sześćdziesiąte drugie urodziny. Zaczął kolejny rok długiego życia. Uważał je ze przeżyte uczciwie i z godnością.