Mała księgarnia samotnych serc Annie Darling 6,6

ocenił(a) na 65 lata temu Kiedy w sobotni wieczór zaczynałam czytać Małą księgarnię samotnych serc, miałam mieszane uczucia. Zamiast pękać ze śmiechu, przed czym ostrzegał mnie blurb, miałam ochotę zapaść się pod ziemię z zażenowania. Słabe dialogi, nieśmieszne żarty i rażąca nieporadność głównej bohaterki sprawiły, że zastanawiałam się czy w ogóle jest sens kontynuować lekturę. Przeczytałam około 60 stron i poszłam spać. Jakież było moje zdziwienie, kiedy obudziłam się w niedzielny poranek, a moją pierwszą myślą była chęć poznania dalszej części tej historii! W efekcie całą niedzielę spędziłam z książką w ręku, odkładając ją co najwyżej na kilka minut.
Posy to Kobieta przed 30-tką, trochę przypominająca podróbkę Bridget Jones. Samodzielnie wychowuje młodszego brata po tym, jak oboje stracili rodziców w tragicznym wypadku. Mieszkają w małym lokum nad księgarnią, w której pracuje Posy. Po śmierci właścicielki księgarnia i przylegająca do niej herbaciarnia przechodzą w ręce bohaterki, która kompletnie nie zna się na prowadzeniu firmy. Postanawia jednak wypełnić ostatnią wolę staruszki, która przez lata zapewniała jej i jej bratu dach nad głową. Rozpoczyna więc przygotowania do postawienia na nogi upadającej instytucji. Wszystko szłoby doskonale, gdyby nie nagłe pojawienie się najbardziej obcesowego człowieka w Londynie i zarazem jedynego wnuka zmarłej, Sebastiana.
Przyznaję, początkowo totalnie nie mogłam się wczuć w klimat tej historii, jednak z każdą przewracaną kartką było coraz lepiej. Bohaterowie z czasem przestali mnie irytować, dialogi przestały wydawać się denne, a i niektóre żarty unosiły kąciki moich warg w nieśmiałym uśmiechu. Przede wszystkim przepadłam w fabule. Posy ze słonia w składzie porcelany zmieniła się w całkiem zaradną babkę, a fakt, że zaczęła pisać powieść, jeszcze bardziej wzmógł moje zainteresowanie.
Nie należę do miłośników romansów, czy ckliwych historii z happy endem, ale historia młodej kobiety starającej się rozkręcić biznes, próbującej swoich sił w pisaniu, a wszystko w otoczeniu wszechobecnych książek - to zdecydowanie coś dla mnie. Mimo początkowych obaw, zakończenie czytałam z uśmiechem satysfakcji na ustach, a sam fakt, że książkę liczącą prawie 400 stron przeczytałam w kilkanaście godzin, jest chyba doskonałym dowodem na to, że warto było sięgnąć po tę pozycję.