Najpierw książka później film: „451° Fahrenheita“
Uwspółcześnianie dystopijnych historii wymaga wyczucia. Tragiczne wizje przyszłości, które wyrastają na gruncie czasów aktualnych autorom, mogą być ciekawym wglądem w ówczesną sytuację społeczną, w obawy targające nimi samymi. To, co niedawno udało się w przypadku „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood, średni efekt przyniosło „451 stopniom Fahrenheita”. Główny problem leży moim zdaniem w pierwowzorze. Fahrenheit się zestarzał.
Ray Bradbury bije na alarm, wskazując medium, które sprawia, że ludzie porzucają czytelnictwo i głupieją. Tymczasem, historia mediów pokazuje, że każdy ze środków przekazu znajduje swoją niszę i problemem jest brak kompetencji użytkowników do krytycznej analizy nadawanych treści – nie samo korzystanie z urządzenia. Dlatego przerażająca wizja, jaką ma być porzucanie słowa pisanego na rzecz życia w otoczeniu ekranów, idea samoistnego zatracenia czytelnictwa przez społeczeństwo, wydają się być infantylne w obliczu znanych nam schematów. Obserwacja autora dotyczy powojennego boomu z początku lat 50., gdy telewizja zyskiwała niebywałą popularność w społeczeństwie amerykańskim. Trudno, by w coraz bardziej dynamizującej się dziedzinie technologii, spostrzeżenia z połowy ubiegłego stulecia mielibyśmy nadal uznawać za aktualne.
Twórcy najnowszej interpretacji filmowej postanowili wiernie wykorzystać założenia świata z powieści. Przesuwają akcję w nieokreśloną przyszłość, wyciągając palec w oskarżającym geście w stronę social mediów. Film Ramina Bahraniego ma jedną przewagę nad materiałem źródłowym – operując obrazem może pokazać otoczenie, które tak skąpo opisuje Bradbury. O funkcjonującym świecie „451 stopni Fahrenhaita” czytelnik dowiaduje się w najbardziej łopatologiczny sposób, odbierający cały sens obcowania z dystopią, czyli z dialogów. Z drugiej strony, to co proponuje Bahrani jest połączeniem dwóch odcinków „Czarnego Lustra”, „Fifteen Million Merits” z pierwszego sezonu i „Nosedive” z trzeciego. Wszechobecne ekrany, życie na pograniczu świata rzeczywistego, reagowanie emoji na wydarzenia oczywiście nie są zarezerwowane na wyłączny użytek brytyjskiego serialu, ale powielanie opatrzonej wizji wymaga zaoferowania widzowi ciekawej historii, bohatera, którego wybory przeżywa się rwąc włosy z głowy. Tymczasem, motywacje filmowego Guya Montaga są bardzo mgliste.
Bohater książki zmienia swoje zachowanie pod wpływem silnych bodźców. Ziarno wątpliwości zasiewa w nim młoda dziewczyna, Clarisse, zadając proste egzystencjalne pytania, nad którymi ludzie pochłonięci rozrywką już nie rozmyślają. Później przychodzi mu się zmierzyć ze śmiercią – żona, obok której żyje, nieświadomie przedawkowuje leki, a podczas jednej z rutynowych akcji, właścicielka książek dokonuje aktu samospalenia na oczach strażaków. W filmie mocno wybrzmiewa ta ostatnia scena, pominięto postać żony, a Clarisse przejmuje rolę mentora głównego bohatera i love interest w jednym, a miłość Montaga do niej ma stanowić wyraźną motywację do buntu. Chyba. Bo Bahrani decyduje się dodać do linearnej narracji flashbacki z dzieciństwa, żeby umocnić późniejsze decyzje bohatera. Chyba. Skoro po wymazaniu tego wątku fabuła nadal ma ciąg logiczny to nie widzę innego powodu, dla którego miałby być potrzebny.
W mojej ocenie zaletą filmu jest uszczegółowienie świata, pokazanie jak funkcjonują różne kasty społeczne. Natomiast powieść, skupiająca się na relacjach między bohaterami, lepiej prowadzi bohatera od momentu zwątpienia do buntu. Próba stworzenia w adaptacji skomplikowanej postaci rozmywa jej motywacje – widz nie ma czasu na kibicowanie rodzącej się miłości, ani w pełne uwierzenie w nienawiść wobec kapitana. Warto jednak przeczytać książkę, a później obejrzeć film, żeby wyrobić sobie własną opinię. W końcu o to walczył Guy Montag, o możliwość posiadania własnych przemyśleń, zamiast bezrefleksyjnego przyjmowania opinii prezentowanych w mediach.
Tagi i tematy
komentarze [9]
Niestety, ale najnowsza ekranizacja prozy Raya Bradbury jest pod każdym względem nieudana, niepotrzebna i należy o niej jak najszybciej zapomnieć... Kto po przeczytaniu książki ma ochotę zobaczyć film, powinien sięgnąć po wersję w reżyserii François Truffaut z 1966 roku.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam