rozwiń zwiń

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

Powrót do Missing Abrahama Verghese’a to monumentalna saga rodzinna, w której miłość do jednej kobiety na długo dzieli braci, jednego zmuszając do emigracji do Stanów Zjednoczonych. Ale to także opowieść o osobistych dramatach i pojednaniach w czasach, gdy Etiopia stała na skraju rewolucji.

Głównymi bohaterami powieści są bliźniacy, Marion i Shiva, synowie pięknej hinduskiej zakonnicy i brytyjskiego chirurga. Ich matka zmarła w czasie porodu, a ojciec się ulotnił – wychowują ich więc przybrani rodzice, lekarze ze szpitala misyjnego w Addis Abebie. Ich pełen miłości dom stanowi swego rodzaju tygiel narodowościowy, w którym wychowuje się także młoda Erytrejka, katalizator niemal wszystkich późniejszych konfliktów.

Mocne strony powieści
Marion i Shiva – identyczni pod względem wizualnym – bardzo różnią się od siebie charakterami. Komunikują się ze sobą niemal bez słów, co Shiva przez długi czas wykorzystuje. Nie ma ochoty się odzywać, nie widzi ku temu powodu, więc w rozmowach z przybranymi rodzicami czy rówieśnikami pośredniczy mu Marion. W ogóle można odnieść wrażenie, że ten wycofany, sprawiający nieco dziwne wrażenie chłopak, bardzo często świadomie posługuje się bratem. Nie zważa na jego uczucia, robi to, co chce i na co ma akurat ochotę. Z bliźniaków to Marion jest tym bardziej wrażliwym, usłużnym i współczującym.

To charakterologiczne rozróżnienie między braćmi jest jedną z mocniejszych stron powieści – tworzy wiele konfliktów i dylematów, także tych moralnych. W ogóle emocje u Verghese’a są bardzo intensywne. Dużo miejsca w Powrocie do Missing poświęcił na relacje rodzinne, także te pozornie nieistniejące (z przebywającym gdzieś daleko w świecie Thomasem Stonem, ojcem bliźniaków), spośród innych uczuć mocno wybija się poczucie wykorzenienia, a moralne dylematy lekarzy zostały przedstawione z empatią i wyczuciem.

Walorem powieści jest bogate tło historyczne. Autor z precyzją odmalował tygiel narodowościowy, jakim w tamtych czasach była Etiopia. To jednak też kraj na skraju rewolucji i w Powrocie do Missing to drżenie pod powierzchnią jest bardzo dobrze wyczuwalne – coraz intensywniejsze wraz z dorastaniem Mariona i Shivy.

Co nie zadziałało
Choć szczegółowe opisy medyczne dodają historii autentyczności, miejscami są przytłaczające. Tak samo nadmierna liczba wątków pobocznych – bardzo często jedynie rozpraszają uwagę i osłabiają główną oś fabularną. Sama narracja bywa miejscami zbyt rozwlekła, co spowalnia tempo, osłabia napięcie i gubi uwagę czytelnika. Verghese zastosował kilka melodramatycznych zwrotów akcji, które niestety były zbyt konwencjonalne i przez to przewidywalne.

Podsumowując
Powrót do Missing to opowieść ambitna, pełna detali medycznych i kulturowych, ale też wyraźnie podporządkowana melodramatycznej osi fabularnej. Autor imponuje rozmachem, lecz momentami przytłacza – zarówno długością, jak i nadmiarem wątków. W efekcie to książka, która jest pełna emocji, szczegółów i potrafi zachwycić, ale też zmęczyć, ponieważ wymaga gotowości na dość nierówną podróż.

Jeśli cenisz literaturę epicką, medyczne realia i rodzinne dramaty, znajdziesz tu coś dla siebie. Jeśli jednak szukasz zwartej, dynamicznej narracji – ta książka może okazać się zbyt ciężka.

Recenzja opublikowana na www.magazynliteracki.pl

Powrót do Missing Abrahama Verghese’a to monumentalna saga rodzinna, w której miłość do jednej kobiety na długo dzieli braci, jednego zmuszając do emigracji do Stanów Zjednoczonych. Ale to także opowieść o osobistych dramatach i pojednaniach w czasach, gdy Etiopia stała na skraju rewolucji.

Głównymi bohaterami powieści są bliźniacy, Marion i Shiva, synowie pięknej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Grupa śledcza pod przewodnictwem Balickiej nie ma lekko. Sprawy, które przyciągają ich uwagę tylko się nawarstwiają: dziwne zachowanie Marii, tajemnicze porwanie Olgi, Miestwin Pomorski, dwa trupy w ogrodzie domku letniskowego, morderstwo w domu seniora… A na dodatek do ekipy dołącza nowy kolega, co nie wzbudza w bohaterach zbytniego entuzjazmu. Będą musieli mu jednak zaufać.

Zagęszczenie wątków

Wątków w powieści jest mnóstwo, jednak na główny plan wysuwa się śledztwo prowadzone w sprawie dwóch niezidentyfikowanych ciał, które śledczy znajdują przypadkiem w ogrodzie domku letniskowego, do którego została uprowadzona Olga. Sprawę zagęszcza fakt, że jedne zwłoki zostały przeniesione z innego miejsca pochówku, co podsuwa policjantom pomysł, że być może ktoś chciał, aby je znaleźli… Kto mógł mieć w tym interes i dlaczego?

Katarzyna Wolwowicz umiejętnie buduje atmosferę – mroczną i gęstą. Z każdą stroną niepokój wzrasta, wątki się plączą, ale ostatecznie fragment po fragmencie tworzą logiczną całość. Choć trzeba przyznać, że zupełnie nieoczywistą.

Pogłębienie psychologii bohaterów

Bardzo podobało mi się w tym tomie to, że Autorka nie skupiła się wyłącznie na wartkiej akcji i mrocznej atmosferze, ale dała duże pole bohaterom. Bardzo ciekawie został poprowadzony wątek Jarosława Białego, Maria – choć nieobecna – także sporo tutaj miesza. Olga mierzy się z traumą i nadmiarem obowiązków – ewidentnie życie momentami ją przerasta… I nawet te najbardziej nieskazitelne postaci nagle mają wady: są zazdrosne, małostkowe czy nadopiekuńcze. Każdy mierzy się tu z własną przeszłością i ocenia teraźniejszość przez pryzmat własnych doświadczeń.

Podsumowując

Gen zła to nie jest kryminał na jeden wieczór – niesie ze sobą ciężar emocjonalny, który być może będzie trzeba przepracować lub przemyśleć. To historia zbrodni, ale też próba zastanowienia nad tym, skąd się bierze zło i czy można od niego uciec. Te pogłębione psychologicznie momenty przeplatają się z dynamiczną akcją. Intryga jest dopracowana, tropy mylące, a rozwiązanie powinno usatysfakcjonować nawet najbardziej wybrednych Czytelników.

Recenzja opublikowana także na Writerat.pl

Grupa śledcza pod przewodnictwem Balickiej nie ma lekko. Sprawy, które przyciągają ich uwagę tylko się nawarstwiają: dziwne zachowanie Marii, tajemnicze porwanie Olgi, Miestwin Pomorski, dwa trupy w ogrodzie domku letniskowego, morderstwo w domu seniora… A na dodatek do ekipy dołącza nowy kolega, co nie wzbudza w bohaterach zbytniego entuzjazmu. Będą musieli mu jednak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Zagadka świątecznej zbrodni to nie jest powieść odkrywcza. Mamy tu wszystko, co tak dobrze znamy z kryminałów Agathy Christie: morderstwo, zamknięty, mały krąg podejrzanych, tajemnice z przeszłości i całe mnóstwo rzeczy, które podejrzani próbują przed sobą ukryć.

Świąteczny klimat

Akcja powieści toczy się tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Główna bohaterka wpadła w odwiedziny do przyjaciół i pech chciał, że akurat w tym czasie doszło do morderstwa. Susan Gilruth znakomicie połączyła ciepłą, przedświąteczną atmosferę, gorączkę przygotowań i rosnące napięcie wokół śledztwa.

W poczucie bliskości i swojskości, które panuje w domu doktora Sandysa i jego żony, stopniowo wkrada się niepewność i cień podejrzeń. Na jaw wychodzą kolejne tajemnice – a tych bohaterowie powieści mają całkiem sporo! – i nagle podejrzanym może być każdy. Sędziego Metcalfe'a nikt nie lubił, szczerze mówiąc, lokalna społeczność odetchnęła z ulgą, gdy znaleziono go w ciężkim stanie, w następstwie czego umarł.

Zagadka jak u Agathy Christie

Susan Gilruth oparła intrygę na klasycznym schemacie: grono podejrzanych jest ograniczone – niemal wszyscy się znają od lat (niemal, ponieważ zagadką pozostaje młoda wdowa, która miesza w okolicy od niedawna), każdy ma coś do ukrycia, a drobne tropy rozrzucone po powieści Czytelnik może samodzielnie próbować połączyć.

Choć żeby odkryć mordercę trzeba wykazać się nie lada sprytem i spostrzegawczością – Autorka umiejętnie podsuwa fałszywe tropy i stopniowo odkrywa motywy różnych postaci. W większości wydarzeń Czytelnik nie bierze udziału, a dowiaduje się o nich jedynie poprzez rozmowy bohaterów. Tu nie ma drastycznych, mrocznych scen, choć stawka jest wyraźnie zarysowana, a kilka udanych zwrotów akcji wywraca wszystkie podejrzenia do góry nogami.

Postacie są wyraziste, ale nieprzerysowane, momentami może nawet wręcz zbyt pospolite. Choć każdy z bohaterów coś ukrywa, jednocześnie pozostaje wiarygodny. Dobrze wypada główna bohaterka – jest dociekliwa, ale nie wszechwiedząca, dzięki czemu łatwo się z nią utożsamić.

Podsumowując

Jeśli szukasz mocnego kryminału, Zagadką świątecznej zbrodni będziesz rozczarowany. To raczej powieść z typu cozy, nie ma tu brutalnych scen ani wartkiej akcji. Momentami może nawet trochę irytować to, że o większości wydarzeń dowiadujemy się z rozmów bohaterów, przez co ciężko jest zbierać własne wskazówki – wiemy dokładnie tyle, co główna bohaterka. Jednak fani Agathy Christie na pewno znajdą tu coś dla siebie.


Recenzja opublikowana pierwotnie na Writerat.pl

Zagadka świątecznej zbrodni to nie jest powieść odkrywcza. Mamy tu wszystko, co tak dobrze znamy z kryminałów Agathy Christie: morderstwo, zamknięty, mały krąg podejrzanych, tajemnice z przeszłości i całe mnóstwo rzeczy, które podejrzani próbują przed sobą ukryć.

Świąteczny klimat

Akcja powieści toczy się tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Główna bohaterka wpadła w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Miłosne zawirowania

Ślubny skandal to już ostatni tom o miłosnych perypetiach rodzeństwa Bridgerton. Tym razem na scenę wychodzi Gregory, najmłodszy z braci. Jest świeżo po szkole i cieszy się niezależnością kawalera – jednak na przyjęciu ogrodowym Kate zakochuje się bez pamięci. W zdobyciu względów dziewczyny pomaga mu jej przyjaciółka – Lucinda. Pech chce, że ona zakochuje się w Gregorym. Uważa to jednak za mało istotne, skoro jest już praktycznie zaręczona.

Lucy od dziecka przygotowywana jest do swojej życiowej roli – będzie żoną i powinna urodzić dziedzica. Wuj, który jest jej prawnym opiekunem, wielokrotnie jej o tym przypomina:

WSZYSCY MAMY JAKĄŚ POWINNOŚĆ ŻYCIOWĄ, LUCINDO. TWOJĄ JEST POŚLUBIENIE CZŁOWIEKA WYSOKO URODZONEGO, A TAKŻE URODZENIE MU SYNA.

Lord Davenport pomagał wybrać dla niej szkołę, która miała odpowiednio przygotować ją do bycia żoną lorda oraz do prowadzenia salonu na wysokim poziomie. Na przyjęcie Kate Bridgerton trafia poniekąd przypadkiem, ponieważ jej przyszły teść nie życzy sobie, aby wchodziła do towarzystwa pod panieńskim nazwiskiem – arystokracji ma zostać przedstawiona już jako lady Haselby.

Blaski i cienie wysokiej pozycji społecznej

Dla Lucy poślubienie lorda Haselby jest gwarancją bezpiecznego życia, ale jak się okazuje, dziewczyna jest też kartą przetargową – jeśli ślub się nie odbędzie, świat dowie się, że jej ojciec był zdrajcą. A to zupełnie zrujnowałoby rodzinę, w tym jej brata.

Lord Davenport czuje się na silniejszej pozycji i stawia różne warunku. W czasie obiadu zorganizowanego, by przyszli małżonkowie mogli się lepiej poznać, stawia Lucy w niezbyt przyjemnym położeniu:

ZAŻĄDAŁ, ABY POKAZAŁA MU ZĘBY! TO BYŁO DOPRAWDY UPOKARZAJĄCE.

Ale na tym się nie kończy! Lord Davenport przepytuje Lucy z tabliczki mnożenia, a także zadaje jej szczegółowe pytania o stan zdrowia, w tym także o kwestie intymne, co jest niezgodne z etykietą. Uważa, że przyszła synowa nie musi zbyt wiele myśleć (samodzielnie), ale zależy mu, by była dobrą matką i potrafiła przekazać dzieciom wiedzę.

DAVENPORT OBEJRZAŁ JĄ DOKŁADNIE, NIBY KLACZ ROZPŁODOWĄ, POSUWAJĄC SIĘ NAWET DO OBMACANIA JEJ BIODER, ŻEBY SPRAWDZIĆ, CZY SIĘ NADAJE NA MATKĘ!

Julia Quinn wcale nie demonizuje tej sceny – takie były realia epoki. Kobieta wnosiła do małżeństwa głównie swoją macicę, ponieważ miała zapewnić ciągłość rodu.

Styl i atmosfera

Przy tym wszystkim Quinn pozostaje wierna swojemu stylowi: lekkiemu i inteligentnemu. Dialogi w Ślubnym skandalu skrzą się od humoru, a sceny towarzyskie są tak plastyczne, że łatwo wyobrazić sobie gwar londyńskich salonów.

Chemia między bohaterami jest wiarygodna – uczucie między Gregorym a Lucy rodzi się powoli, niemal niedostrzegalnie. Gdzieś pomiędzy pędem za wyimaginowaną miłością a poczuciem obowiązku. Powieść ani przez chwilę nie nuży, ponieważ każdy rozdział wnosi coś nowego. Jednocześnie jednak Quinn trzyma się dość bezpiecznych schematów – tworzy dzięki temu historię satysfakcjonującą i komfortową emocjonalnie.

Podsumowanie

Ślubny skandal to kolejna udana powieść Julii Quinn. Z pewnością przypadnie do gustu fanom Bridgertonów i wszystkim, którzy cenią sobie romantyczne historie z nutą humoru i elegancji. To książka idealna na wieczór – lekka i wciągająca.

Recenzja pierwotnie została opublikowana na portalu Writerat.pl

Miłosne zawirowania

Ślubny skandal to już ostatni tom o miłosnych perypetiach rodzeństwa Bridgerton. Tym razem na scenę wychodzi Gregory, najmłodszy z braci. Jest świeżo po szkole i cieszy się niezależnością kawalera – jednak na przyjęciu ogrodowym Kate zakochuje się bez pamięci. W zdobyciu względów dziewczyny pomaga mu jej przyjaciółka – Lucinda. Pech chce, że ona...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Kłopotliwa panna na wydaniu

Choć Magia pocałunku to urokliwa i pełna humoru część serii o rodzeństwie Bridgertonów, nie brak w niej także gorzkich przemyśleń. Bohaterki Julii Quinn są zazwyczaj pewne siebie, błyskotliwe i, co najważniejsze, poszukują prawdziwej miłości – takiej, która połączyła ich rodziców. Jednak jeśli Daphne i Franceska są wzorami cnót, Elois może i jest uparta i nazbyt inteligentna (jak na pannę z epoki regencji), tak Hiacynta ma ewidentny problem z odnalezieniem się wśród konwenansów swojego środowiska. Niejednokrotnie można odnieść wrażenie, że szybciej mówi, niż myśli (choć trzeba jej oddać, że zwykle nie żałuje swoich słów) i zawsze wyraża swoje zdanie. Choć wśród rodziny może bywa to irytujące, ale jest zwykle urocze, tak arystokracja, zwłaszcza panowie, mają o tym konkretne zdanie:

INNY STWIERDZIŁ, ŻE TO OKROPNA DZIEWCZYNA. NIKT WPRAWDZIE NIE ŻYWIŁ DO NIEJ WROGICH UCZUĆ, GDYŻ HIACYNTA MIAŁA WIELE UROKU I DAŁA SIĘ LUBIĆ, ALE WSZYSCY TWIERDZILI ZGODNIE, ŻE OBCOWANIE Z NIĄ TO PRZYJEMNOŚĆ, KTÓREJ LEPIEJ KOSZTOWAĆ W NIEWIELKICH DAWKACH.

Matka dziewczyny, Violet, niejednokrotnie ze zgrozą przygląda się poczynaniom córki. Najstarszy brat, wicehrabia Bridgerton, zadręcza się, że Hiacynty nie uda się wydać za mąż, ponieważ żaden kawaler nie weźmie sobie na głowę takiego kłopotu, jakim jest samodzielnie myśląca, a co gorsze, głośno wyrażająca swoją opinię kobieta. Jedynie Gareth St. Clair, sam owiany złą sławą kobieciarza, od lat pokłócony z ojcem i dręczący się swoim nieślubnym pochodzeniem, potrafi dostrzec, co sprawiło, że najmłodsza z panien Bridgerton jest akurat taka, a nie inna:

PRZYWYKŁA WYRAŻAĆ OTWARCIE SWOJE ZDANIE, ŻEBY W OGÓLE ZOSTAĆ DOSTRZEŻONA PRZEZ RESZTĘ RODZINY.

Iskrzy od początku, ale to nie miłość od pierwszego wejrzenia

Napięcie między Hiacyntą a Garethem pojawia się od samego początku, ale oboje są bardzo ostrożni – zbyt wiele mogliby stracić, gdyby wybuchł skandal i zmuszono ich do małżeństwa. Znajdują jednak nić porozumienia i wspólnie poświęcają czas na tłumaczenie starego pamiętnika babci St. Clair. Gdy w końcu znajdują w nim wskazówkę dotyczącą ulokowania rodzinnego skarbu, postanawiają działać – w ten sposób zaczynają się ich skandaliczne nocne przygody.

Błyskotliwa, odważna i nieprzewidywalna Hiacynta napędza całą fabułę. To zwykle ona jest pomysłodawczynią ryzykownych przedsięwzięć, chce wyrwać się spod klosza konwenansów i zakosztować przygody. Gareth zazwyczaj jest bardziej powściągliwy, stara się baczyć na konwenanse, choć pomysłowość towarzyszki napawa go podziwem:

SPOGLĄDAŁ NA PANNĘ BRIDGERTON, ZRĘCZNIE MANEWRUJĄCĄ DRZWIAMI TAK, BY PRAWIE JE ZAMKNĄĆ, POZOSTAWIAJĄC WSZAKŻE DLA PRZYZWOITOŚCI SZPARKĘ. ZDUMIEWAJĄCE, JAK ZNIKOMA MOŻE BYĆ RÓŻNICA MIĘDZY SYTUACJĄ WŁAŚCIWĄ – DRZWI NIEZAMKNIĘTE – A WOŁAJĄCYM O POMSTĘ DO NIEBA CAŁKOWITYM ODOSOBNIENIEM!

Ich relacja opiera się na stopniowym budowaniu zaufania. Choć chemia jest natychmiastowa, nie dają się porwać uczuciu – najpierw próbują się zaprzyjaźnić. Szybko jednak odkrywają, że dwie tak inteligentne i uparte osoby razem po prostu mogą więcej. No i pasują do siebie idealnie!

Julia Quinn w świetnej formie

Autorce udało się utrzymać ciepły i rodzinny klimat serii. Dialogi ponownie są zabawne i błyskotliwe, a emocje szczere i nieprzesadzone. Relacja między Hiacyntą a Garethem rozwija się bardzo naturalnie, a tarcia między nimi dodają powieści głębi.

Magia pocałunku na pewno nie zawiedzie fanów serii, a może być także ciekawym punktem wyjścia do rozpoczęcia przygody z Bridgertonami – dzięki temu, że każda powieść to historia innej pary, można czytać je niezależnie od siebie (powiedzmy sobie szczerze, że drobne wzmianki o miłosnym szczęściu rodzeństwa nie są spojlerami, skoro wiemy, że są to romanse).


Recenzja ukazała się pierwotnie na Writerat.pl

Kłopotliwa panna na wydaniu

Choć Magia pocałunku to urokliwa i pełna humoru część serii o rodzeństwie Bridgertonów, nie brak w niej także gorzkich przemyśleń. Bohaterki Julii Quinn są zazwyczaj pewne siebie, błyskotliwe i, co najważniejsze, poszukują prawdziwej miłości – takiej, która połączyła ich rodziców. Jednak jeśli Daphne i Franceska są wzorami cnót, Elois może i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Powieść „Afera z Austen” opowiada historię Tess Bright, młodej aktorki, która nie może się pozbierać po śmierci matki, w konsekwencji czego traci rolę w popularnym serialu. Musi teraz dać z siebie wszystko, żeby nie wyrzucono jej na dodatek z adaptacji „Opactwa Northanger” – filmu, który albo ją ostatecznie pogrąży, albo wypchnie na szczyty popularności. Pracy nie ułatwia jej partner z planu, który jest jej zupełnym przeciwieństwem. Nie dogadują się niemal od pierwszej chwili, a sceny, w których powinno iskrzyć między Kate Morland a Henrym Tilneyem wychodzą sztywno (a jeśli już iskrzy, to od wstrzymywanej złości, a nie namiętnych porywów serca).

W czasie kręcenia sceny w powozie między bohaterami dochodzi do poważnej awantury, po czym w wyniku nieszczęśliwego wypadku zostają porażeni prądem. Wtedy też budzą się na łące. W tym samym miejscu, ale zdecydowanie w innym czasie. W Anglii czasów regencji.

Czy uda im się odnaleźć pośród sztywnej etykiety i konwenansów? Czy zdążą wrócić do domu, nim ktoś wpadnie na pomysł, żeby połączyć ich świętym węzłem małżeńskim? I czy w ogóle będą chcieli wrócić?

Gdy marzenia się spełniają…

Tess nie ukrywa, że taka podróż to dla niej istny dar. Czuje się, jakby znalazła się bliżej matki, która była ogromną fanką powieści Austen. W ich domu wiecznie leciała któraś z adaptacji, więc Tess zna je na pamięć. Jest to niewątpliwym ułatwieniem przy pracy nad filmem, ale także w XIX wieku. Jej filmowy partner przygotowując się do roli, zrobił porządny research i także wie, jak w czasach regencji powinien zachowywać się dżentelmen. Targa nim jednak strach, że ich obecność może zaburzyć linię czasową…

Każde z nich walczy z własnymi demonami. I choć się nie znoszą, w obecnej sytuacji są na siebie skazani. Relacja między nimi została poprowadzona z wyczuciem, dialogi pełne są przekomarzań i nawiązań do powieści Jane Austen, a rozwój postaci i uczucia między nimi nieodmienne nasuwają na myśl „Dumę i uprzedzenie”.

Dialog z Austen

„Afera z Austen” to niewątpliwa gratka dla wszystkich fanów powieści Jane. Ale co najważniejsze, Madeline Bell nie kopiuje ślepo jej twórczość, ale prowadzi z nią dialog. Historia od pierwszych stron pulsuje energią, ironią i ciepłem, które tak dobrze znamy z powieści Austen. I choć znajdziemy tu mnóstwo nawiązań do znanych motywów, wszystko sprowadza się do tego, by pokazać, jak zmieniło się postrzeganie miłości przez te dwieście lat, które dzielą nas od królowej racjonalnych romansów.

Recenzja opublikowana pierwotnie na Writerat.pl

Powieść „Afera z Austen” opowiada historię Tess Bright, młodej aktorki, która nie może się pozbierać po śmierci matki, w konsekwencji czego traci rolę w popularnym serialu. Musi teraz dać z siebie wszystko, żeby nie wyrzucono jej na dodatek z adaptacji „Opactwa Northanger” – filmu, który albo ją ostatecznie pogrąży, albo wypchnie na szczyty popularności. Pracy nie ułatwia...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Po wydarzeniach z pierwszego tomu Wiktoria wiedzie zwykłe życie na ziemi – studiuje, imprezuje i od kilku miesięcy spotyka się z Piotrkiem (i nic nie pamięta ze swoich piekielnych przygód!). Diabły nie powiedziały jednak jeszcze ostatniego słowa i zamierzają znów namieszać w jej życiu.

Główny wątek

Głównym problemem, z którym tym razem przyjdzie się zmierzyć Wiktorii w drugim tomie cyklu diabelsko-anielskiego, jest odesłanie Beletha i Azazela do nieba. Podstępny diabeł Azazel po nieudanej rewolucji przeciw Lucyferowi ubzdurał sobie, że chciałby zostać archaniołem. Biurokracja w niebie jest jednak niemal równie upierdliwa jak w piekle – w dodatku aniołom nie spieszy się do przyjmowania z powrotem potępionych diabłów. Piętrzą więc przed nimi przeszkody, a główną ma być brak skrzydeł, które odcięto im po powstaniu Lucyfera.

Klimat

Szybko okazuje się, że podróż do nieba, to dopiero początek kłopotów. Być może jest tu bardziej pastelowo i na pierwszy rzut oka wydaj się porządniej… ale anioły mają niemal tak samo dużo za uszami, co diabły. I także są biurokratycznymi i zakochanymi w hierarchii hmm… istotami z wygórowanymi ambicjami.

Katarzyna Berenika Miszczuk utrzymuje klimat z pierwszego tomu. Jest więc absurdalnie i z humorem, a nowe postaci są tak samo charakterystyczne, jak te z „Ja, diablica”, i tak samo mocno osadzone w stereotypach. Stworzony przez autorkę świat jest lekki i przewrotny, a najmocniejszą stroną powieści wciąż pozostają dialogi – naturalne, zabawne i pełne charakteru. Między dobrze znanymi bohaterami tworzą się nowe sojusze, powstają nowe relacje uczuciowe – przy tej książce nie można się nudzić, bo jest jak emocjonalny rollercoaster.

Podsumowanie

Po przeczytaniu „Ja, diablica” nie sądziłam, że kontynuacja może jej choćby dorównać. Szybko jednak okazało się, że jest równie dobra, jeśli nawet nie lepsza. Wiktoria, choć wciąż nieporadna i impulsywna, trochę się zmienia, dojrzewa i zaczyna to w sobie dostrzegać. Z odwagą podejmuje się nowych wyzwań i stawia czoła własnym, pokręconym uczuciom.

„Ja, anielica” czyta się szybko i z dużą przyjemnością. Styl autorki jest młodzieżowy – ale w najlepszym tego słowa znaczeniu. Katarzyna Berenika Miszczuk nie stroni od żartów sytuacyjnych czy ironicznych komentarzy. A to w efekcie daje lekką, pełną humoru fantastykę, przy której można miło spędzić kilka wieczorów.

Recenzja opublikowana także na portalu Writerat.pl

Po wydarzeniach z pierwszego tomu Wiktoria wiedzie zwykłe życie na ziemi – studiuje, imprezuje i od kilku miesięcy spotyka się z Piotrkiem (i nic nie pamięta ze swoich piekielnych przygód!). Diabły nie powiedziały jednak jeszcze ostatniego słowa i zamierzają znów namieszać w jej życiu.

Główny wątek

Głównym problemem, z którym tym razem przyjdzie się zmierzyć Wiktorii w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Ja, diablica” to mieszanka lekkiej powieści obyczajowej z dużą dawką fantastyki i humoru, który jest oparty głównie na zabawie konwencją i absurdzie. Książka opowiada historię Wiktorii Biankowskiej, która umarła w wieku dwudziestu jeden lat i rozpoczęła swoje życie po życiu w… piekle.

Piekło nie jest już miejscem potępienia

W czasach licealnych zawsze żartowałyśmy z koleżankami, że wolimi iść do piekła, bo tam jest cieplej, ciągle trwa zabawa, no i ludzie jacyś tacy ciekawsi. W tym kierunku poszła także Katarzyna Berenika Miszczuk tworząc swoje piekło – można tam spotkać znanych ludzi, pobawić się w egipskim klubie czy obijać całymi dniami (choćby na plaży). To już nie jest miejsce potępienia. Momentami bardziej przypomina korporację lub urząd, zwłaszcza gdy chce się coś załatwić. Wtedy dusz odbija się od absurdalnych procedur, biurokracji i hierarchii stanowisk.

Normalna bohaterka

Wiktoria, choć momentami może irytować swoją impulsywnością czy fajtłapowatością, jest dzięki temu bardzo ludzka. Nie jest jakąś superbohaterką, tylko zagubioną młodą dziewczyną, nieco naiwną i emocjonalną.

Dla równowagi dostała dwóch podstępnych diabłów, Beletha i Azazela. Przy czym Azazel faktycznie jest podstępny i cały czas coś knuje, za to Beleth jest przystojny niczym pustynny dżin lub jakiś arabski książę. W dodatku robi wszystko, by zdobyć serce Wiktorii. Tylko czy jego intencje są szczere, skoro jest diabłem?

W wątku romantycznym Miszczuk gra schematami, ale robi to z przymrużeniem oka.

Prosty świat

Choć wydawać by się mogło, że aby pisać o zaświatach, trzeba stworzyć wielką mitologię – nic bardziej mylnego. Autorka zrobiła z piekła i nieba miejsca niemal zwyczajne, codzienne, dzięki czemu historia skupia się na bohaterach i ich wzajemnych relacjach. Nie ma tu epickiego ciężaru, a do zrozumienia świata przedstawionego wystarczy nam wiedza z lekcji religii (choć diabły niejednokrotnie załamują ręce nad współczesną edukacją i wprowadzają Wiktorię nawet w te, wydawałoby się, prostsze zagadnienia).

To lekka i humorystyczna fantastyka, która poprawia nastrój – potyczki słowne bohaterów to cudo! Można się uśmiać. Jeśli więc szukasz historii, która oferuje sympatycznych bohaterów, potraktowany ironicznie romans i dynamiczną fabułę, łap za „Ja, diablica”.


Cała recenzja została także opublikowana na portalu Writerat.pl

„Ja, diablica” to mieszanka lekkiej powieści obyczajowej z dużą dawką fantastyki i humoru, który jest oparty głównie na zabawie konwencją i absurdzie. Książka opowiada historię Wiktorii Biankowskiej, która umarła w wieku dwudziestu jeden lat i rozpoczęła swoje życie po życiu w… piekle.

Piekło nie jest już miejscem potępienia

W czasach licealnych zawsze żartowałyśmy z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Historia – arena walki

W Igrzyskach dziejów Norman Davies nie skupia się na opowiedzeniu historii, ale próbuje wytłumaczyć, w jaki sposób jest ona konstruowana. Bowiem historia to nie jest neutralny zapis dziejów świata, zawsze jest polem rywalizacji. Czasem chodzi o interesy lub ideologię, czasem o samą próbę wybielenia się w oczach świata i chęć zrzucenia „winy” na kogoś innego. Historia pomaga budować tożsamość narodu, legitymizować władzę lub uzasadnić decyzje polityczne. Zawsze poznajemy ją z perspektywy zwycięzcy – tego, kto krzyczał głośniej i skuteczniej.

Polska w centrum uwagi

Ze względu na swoje zainteresowania i powiązania rodzinne, Davies mnóstwo miejsca w swojej książce poświęca Polsce i Europie Wschodniej. Opisuje nasze dzieje z perspektywy zewnętrznego obserwatora, jednak nie jest zbyt surowy – ma dla nas ogrom sympatii i zrozumienia. Na naszym przykładzie ukazuje, jak w narracji historycznej ścierają się wątki wschodnie i zachodnie oraz jak poznawana przez nas historia ma się do tej, której uczą we wschodnich i w zachodnich szkołach.

Być może (ze względu na poruszany temat) książka mogłaby być nudna, jednak nie, gdy autorem jest Norman Davies. Jego styl jest lekki i błyskotliwy, a akademickie analizy przeplatają się z anegdotami. Dzięki temu nawet o najbardziej trudnych i wymagających sprawach czyta się z przyjemnością.

Dla kogo jest ta książka?

Jeśli jesteś ciekaw(a) nie tylko tego, co się wydarzyło w historii świata, ale przede wszystkim, dlaczego pamiętamy to akurat w taki, a nie inny sposób – to książka dla Ciebie. Znajdziesz tu refleksję, krytyczne spojrzenie i szeroki kontekst, ale nie zostało to podane w nudny, akademicki sposób. Eseje (dokładnie to zapisane wykłady wygłoszone w konkretnych sytuacjach) Daviesa są przystępne i zrozumiałe, nawet gdy poruszają te bardziej skomplikowane zagadnienia.

Igrzyska dziejów przypominają, że historia jest żywym procesem, a nie zamkniętym rozdziałem. To książka ważna i bardzo aktualna, nie tylko poszerzająca wiedzę, ale przede wszystkim – zmuszająca do myślenia.

Recenzja opublikowana także na Writerat.pl

Historia – arena walki

W Igrzyskach dziejów Norman Davies nie skupia się na opowiedzeniu historii, ale próbuje wytłumaczyć, w jaki sposób jest ona konstruowana. Bowiem historia to nie jest neutralny zapis dziejów świata, zawsze jest polem rywalizacji. Czasem chodzi o interesy lub ideologię, czasem o samą próbę wybielenia się w oczach świata i chęć zrzucenia „winy” na kogoś...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Co dziś znaczy dla nas Śródziemie?

To pytanie towarzyszy Nickowi Groomowi przez całą książkę Tolkien w XXI wieku. A odpowiedź na nie wcale nie jest łatwa.

Autor zabiera czytelnika w fascynującą i pobudzającą intelektualnie podróż po wykreowanym przez Tolkiena świecie – a to nie tylko Hobbit czy Władca pierścieni, ale i cały ogrom tekstów osadzonych w Śródziemiu i wokół niego. Mimo to nie tworzy przewodnika po krainach czy mitologii, lecz próbuje zrozumieć, co wpłynęło na to, że proza Tolkiena wciąż tak mocno rezonuje ze współczesnymi czytelnikami.

Współczesne Tolkienowi, aktualne także dziś

Od pierwszego wydania Hobbita minęło już prawie 90 lat, a mimo to powieść, jak i jej kontynuacja – Władca pierścieni – pobudzają wyobraźnię olbrzymiej rzeszy fanów. Przez wszystkie te lata powstawały słuchowiska radiowe, przedstawienia teatralne, animacje, seriale i filmy pełnometrażowe. Twórcy w wywiadach często odżegnywali się od poprzedników, a jednak nie da się ukryć, że jeden garściami czerpał z drugiego – dzięki temu świat Śródziemia zyskał nowy wymiar i niezwykłą głębię.

Groom pokazuje, jak ogromny wpływ miało Śródziemie na kulturę popularną. Twórczość Tolkiena przeniknęła do gier komputerowych, sztuki, filmów i literatury, stając się podwaliną dla współczesnej fantastyki. Czy seria o Harrym Potterze przybrałaby kształt, w którym ją znamy, gdyby nie proza Tolkiena? Awatar mógł powstać (choć scenariusz istniał już w 1994 roku) dopiero po ekranizacji Dwóch wież, a Hobbit dopiero po filmowych osiągnięciach Awatara – dzięki tym produkcjom możliwości filmowców osiągnęły nowe szczyty, powstały nowe techniki montażu i tworzenia efektów specjalnych.

Wracamy do Śródziemia

Świat stworzony przez Tolkiena jest tak wielowarstwowy i uniwersalny, że wciąż do niego powracamy, szukamy w nim sensu, nadziei i porządku w chaotycznej współczesności. Dostrzegamy wciąż nowe rzeczy, adaptujemy archetypy postaci na własne potrzeby. Według Grooma nawet pandemia Covid-19 wycisnęła ze Śródziemia (głównie z Władcy pierścieni) nowe pokłady – dostrzegamy izolacjonizm bohaterów.

Choć rozumiem, dlaczego Nick Groom w pierwszym rozdziale opisał wszystkie dzieła, nad którymi pracował Tolkien, i starał się ukazać zależności między nimi – było to trudne do przebrnięcia. Kilka razy się gubiłam, musiałam wracać do wcześniejszych fragmentów i odnosiłam wrażenie, że autor w kółko pisze o tym samym. Ale później popłynęłam razem z narracją. I choć nie jestem wielką fanką Tolkiena, książka zachwyciła mnie swoją świeżością i wielowymiarowym spojrzeniem. Pokazała, że Śródziemie nie jest światem, który odchodzi w zapomnienie, lecz jest ciągle żywe i rezonuje ze współczesnością.

Recenzja opublikowana także na Writerat.pl

Co dziś znaczy dla nas Śródziemie?

To pytanie towarzyszy Nickowi Groomowi przez całą książkę Tolkien w XXI wieku. A odpowiedź na nie wcale nie jest łatwa.

Autor zabiera czytelnika w fascynującą i pobudzającą intelektualnie podróż po wykreowanym przez Tolkiena świecie – a to nie tylko Hobbit czy Władca pierścieni, ale i cały ogrom tekstów osadzonych w Śródziemiu i wokół...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Powieść Najpierw skandal należy do serii Rodzina Rokesby, która jest prequelem popularnych Bridgertonów. Główną bohaterką jest Georgiana Bridgerton, ciotka szalejących w niektórych scenach po posiadłości Anthony'ego, Benedicta i Colina.

Po skandalu miał być ślub…

Akcja powieści zaczyna się od tragedii. Wiemy co prawda, że Georgiana wróciła bezpiecznie do domu, ale wiemy też, że z niego nie wychodzi, ponieważ stała się obiektem skandalu – jedynym dla niej wyjściem jest poślubienie człowieka, który ją porwał. I choć matka uwierzyła jej, że miedzy nią a Freddiem Oaksem do niczego nie doszło, towarzystwo wie przecież swoje.

ALBO ZA DZIEWIĘĆ MIESIĘCY POJAWI SIĘ Z DZIECKIEM, A WTEDY WSZYSCY POGRATULUJĄ SOBIE TRAFNOŚCI DOMYSŁÓW, ALBO ZACHOWA SMUKŁĄ FIGURĘ, A TOWARZYSTWO UZNA, ŻE TO I TAK O NICZYM NIE ŚWIADCZY. MNÓSTWO KOBIET NIE ZACHODZI W CIĄŻĘ ZA PIERWSZYM RAZEM.

Mimo to Georgiana sprzeciwia się małżeństwu z Freddiem – woli spędzić życie samotnie niż poślubić człowieka, którego nie darzy szacunkiem. Rodzina wspiera ją w tym postanowieniu, a zaprzyjaźnieni Rokesby szukają rozwiązania na własną rękę. Wtedy hrabia wpada na genialny pomysł – jego czwarty syn, który studiuje medycynę w Edynburgu, jest wolny! Wystarczy zmusić go do żeniaczki.

Jednak Nicholas zbytnio się do tego pomysłu nie rwie. Uważa Georgianę niemal za siostrę i pomysł małżeństwa z nią wydaje mu się niemal kazirodztwem. Skoro już jednak ojciec ściągnął go na prowincję, udaje się wraz z rodziną do sąsiadów na kolację. Wtedy też ślub z Georgianą staje się niemal jego misją. Dopiero gdy dziewczyna go odrzuca i się obraża, do Nicholasa dociera, że sytuacja jest niezręczna dla nich obojga… i tym bardziej namawia przyjaciółkę do ślubu z rozsądku. Wtedy żadne z nich jeszcze nie podejrzewa, że przyjaźń może być rewelacyjnym filarem dla miłości.

Mocne akcenty emancypacyjne

Julia Quinn zwykle tworzy bohaterki niezależne i walczące o własne szczęście, nic więc dziwnego, że i Georgiana Bridgerton do nich należy. Najpierw skandal jest jednak pierwszą powieścią Autorki, w której tak wyraźnie pojawiają się pierwsze oznaki nadchodzących zmian społecznych.

W tle mamy rewolucję francuską, a na lokalnym, angielskim podwórku, Georgiana fascynuje się medycyną. Co prawda nie może uczestniczyć w zajęciach na uniwersytecie, ale jej mąż wspomaga ją w zdobywaniu wiedzy, chętnie porusza z nią naukowe tematy – to już jest coś niebywałego! W dodatku młodej mężatce udaje się SAMEJ znaleźć dom do wynajęcia… i, oczywiście, dokumenty musi podpisać Nicholas, ale są to pierwsze kroki do większej niezależności kobiety. Idą zmiany!

Podsumowując

Najpierw skandal, choć to czwarta część cyklu Rodzina Rokesby, świetnie sprawdzi się jako samodzielna lektura. Fabuła jest tak poprowadzona, że nieznajomość pozostałych tomów, czy w ogóle Bridgertonów, w żaden sposób nie zmniejsza przyjemności z czytania.

Julia Quinn jak zawsze zachwyca lekkim i pełnym wdzięku stylem. Narracja jest bardzo naturalna, a dialogi błyskotliwe i niepozbawione dowcipu. To świetna propozycja na odprężający wieczór – lekka, ciepła i pełna uroku.


Recenzja pierwotnie ukazała się na Writerat.pl

Powieść Najpierw skandal należy do serii Rodzina Rokesby, która jest prequelem popularnych Bridgertonów. Główną bohaterką jest Georgiana Bridgerton, ciotka szalejących w niektórych scenach po posiadłości Anthony'ego, Benedicta i Colina.

Po skandalu miał być ślub…

Akcja powieści zaczyna się od tragedii. Wiemy co prawda, że Georgiana wróciła bezpiecznie do domu, ale wiemy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Adrian Pogorzelski to doświadczony przewodnik i popularyzator historii. W swojej książce Amazonki i ludożercy. Opowieści z Prapolski zabiera czytelnika w wyprawę przez tysiące lat, do epok, o których zwykle milczą szkolne podręczniki. To nie suche fakty o Słowianach, Wandalach czy Gotach – bo Prapolska na mapie starożytnego świata nie była białą plamą, a wręcz przeciwnie: tętniła życiem i rytuałami, a nawet przecinały ją szlaki handlowe pomiędzy odległymi cywilizacjami.
Kanibalizm, bumerang i piramidy
Amazonki i ludożercy, choć to książka popularnonaukowa, porywa barwną, obrazową narracją. Czytelnik nie znudzi się nadmiarem dat, a wręcz będzie przewracać kolejne strony z rosnącą ciekawością.
Adrian Pogorzelski w oparciu o najnowsze badania archeologiczne przedstawia zdumiewające odkrycia. Okazuje się, że już nie musimy zazdrościć Egipcjanom piramid, bo mamy własne, w dodatku starsze! A liczący 42 tysiące lat bumerang? To ten znaleziony na Podhalu! Nasi przodkowie budowali ogromne grodziska i sprowadzali do nich wino z antycznej Grecji. A wiele wskazuje także na to, że wśród licznych rytuałów znalazły się także te o rycie kanibalistycznym…
Ogromnym plusem są mapki współczesnej Polski umieszczony przy tytule każdego z rozdziałów – dzięki nim wiadomo, o których rejonach jest akurat mowa. Daje to niesamowite wrażenie obcowania z historią, bo nagle okazuje się ona na wyciągnięcie ręki. Niewątpliwie będą też one pomocą przy planowaniu lokalnych wycieczek w poszukiwaniu śladów przeszłości.
Pradzieje Polski z nowej perspektywy
Amazonki i ludożercy to książka zmieniająca sposób myślenia o przeszłości. Nagle okazuje się, że historia naszego kraju zaczęła się znacznie wcześniej, niż sądziliśmy i nas zawsze uczono. Pogorzelski przedstawia świat pełen rytuałów i kontaktów z wielkimi cywilizacjami – rozbudza ciekawość czytelnika i pozostawia go z uczuciem lekkiego niedosytu. A przy tym pokazuje, że historia nie musi być nudna, pełna dat… bo historia to ludzie i ich emocje.
Jeśli więc lubisz dobrze opowiedziane historie poparte rzetelnymi badaniami – musisz sięgnąć po Opowieści z Prapolski.

Recenzja opublikowana także na Writerat.pl

Adrian Pogorzelski to doświadczony przewodnik i popularyzator historii. W swojej książce Amazonki i ludożercy. Opowieści z Prapolski zabiera czytelnika w wyprawę przez tysiące lat, do epok, o których zwykle milczą szkolne podręczniki. To nie suche fakty o Słowianach, Wandalach czy Gotach – bo Prapolska na mapie starożytnego świata nie była białą plamą, a wręcz przeciwnie:...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Dla Olgi L4 nie istnieje

Olga Balicka jest szalenie nieszczęśliwa. Mąż zmusił ją do odbycia pooperacyjnej rekonwalescencji w nadmorskim kurorcie Fala – i choć towarzyszy jej tam ciężarna koleżanka z pracy, policjantka nudzi się jak mops. Tęskni nie tylko za rodziną, ale (przede wszystkim?) za pracą. Jedynym urozmaiceniem pobytu ma być kolacja u właścicieli pensjonatu. Choć Olga początkowo niechętnie przyjmuje zaproszenie, w apartamencie Pomorskich dostrzega coś, co uruchamia jej policyjny instynkt.

To wszystko jest jednak tylko tłem dla głównego wątku seryjnego mordercy. Tą sprawą zajmują się jednak współpracownicy Olgi, którzy za wszelką cenę próbują wmówić jej, że w Jeleniej Górze nie dzieje się nic ciekawego. Sprawie seryjniaka smaczku dodają fragmenty o pracownicy więzienia, która została wychowawczynią niewinnie osadzonego człowieka. Dopiero po czasie wszystkie wątki splatają się w spójną całość – Wolwowicz nie korzysta z plot twistów, w tej historii każdy szczegół ma znaczenie!

To już 10 tom serii o Oldze Balickiej

Choć seria o Oldze Balickiej to już dziesięć tomów, Katarzyna Wolwowicz wciąż zaskakuje. Prowadzi akcję w taki sposób, że choć początek Fali jest spokojny i wyważony, z biegiem stron nie sposób się nudzić. Atmosfera z każdą chwilą gęstnieje jak mgła w nadmorskim lesie, a akcja przyspiesza. Nie ma tu nadmiaru wątków, ale autorka zręcznie podrzuca tropy, które łatwo mogą zmylić.

Dużą zaletą powieści są wątki prywatne bohaterów. Oldze ciężko usiedzieć na miejscu, a została zmuszona do pobytu nad morzem. W aktywnym spędzaniu czasu przeszkadza jej pogoda, ale jej mózg także się nudzi. Brakuje mu kryminalnych zagadek i buzującej w żyłach adrenaliny. Jeśli dodamy do tego rozterki pani psycholog, jej burzę hormonalną w czasie ciąży, ale i realne obawy… Otrzymujemy mieszankę wybuchową. Tu wystarczy tylko ziarno podejrzenia, by rozpętać prawdziwą burzę.

Czy to możliwe, żeby lokalni oficjele kryli prawdziwego mordercę, a w więzieniu osadzili niewinnego człowieka? Czy pani patolog na pewno jest tym, za kogo się podaje? I czy to możliwe, żeby w poprzednim życiu znała Miestwina Pomorskiego? Pytań jest mnóstwo, a czasu coraz mniej – Hannibal znów zabija.

Recenzja opublikowana także na Writerat.pl

Dla Olgi L4 nie istnieje

Olga Balicka jest szalenie nieszczęśliwa. Mąż zmusił ją do odbycia pooperacyjnej rekonwalescencji w nadmorskim kurorcie Fala – i choć towarzyszy jej tam ciężarna koleżanka z pracy, policjantka nudzi się jak mops. Tęskni nie tylko za rodziną, ale (przede wszystkim?) za pracą. Jedynym urozmaiceniem pobytu ma być kolacja u właścicieli pensjonatu. Choć...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Tymon Hanter zmienił zawód!

Tymon Hanter zrezygnował z pracy w policji i został prywatnym detektywem, co wydaje się logiczną kontynuacją kariery. Jednak pstrykanie zdjęć niewiernym małżonkom strasznie go nudzi. Gdy więc przychodzi do niego Teodor Fiedorowicz i prosi o odnalezienie żony, odzywa się w nim instynkt gliny. Choć wydawać by się mogło, że to kolejna małżeńska zdrada, Tymon od początku czuje, że to będzie coś znacznie bardziej mrocznego.

Czy można jednak odnaleźć zaginioną kobietę, gdy wszyscy dookoła zdają się kłamać? A może to Hanter wszędzie doszukuje się nawiązań do sprawy brata i zamordowanej Jagody? Czy uda mu się zachować obiektywizm i zdrowy rozsądek, gdy podobieństw między sprawami będzie coraz więcej?

Warstwa psychologiczna powieści

W trzecim tomie serii o Tymonie Hanterze Wolwowicz prezentuje różne oblicza zdrady. W Niewiernej ma ona nie tylko wymiar czysto cielesny, gdy Letycja zdradza męża… Tu chodzi też o zdradę pewnych ideałów i wartości. Ale być może od samej zdrady ważniejsze jest pytanie, jak niektóre decyzje wpływają na całe nasze rodziny. Zamordowanie Jagody i ucieczka Wojtka całkowicie zmieniły życie Hantera: porzucił ukochaną policję, bo czuje się już niegodny munduru, wraz z narzeczoną musi się zajmować maleńką Jagodą, zamieszkała z nim matka… A wszystko to ma niewyobrażalny wpływ na jego psychikę.

Tymon to bohater z krwi i kości – ma swoje zasady, których stara się nie łamać, ale sytuacja rodzinna mocno nadwyręża jego kręgosłup moralny. Jest rozdarty: powinien trzymać się prawa i swoich wartości czy jednak ponad wszystko postawić dobro rodziny?

To coś więcej niż kryminał

Dzięki tej dodatkowej warstwie psychologicznej Niewierna to coś więcej niż kryminał na jeden wieczór. Wolwowicz stopniowo buduje napięcie – zarówno to związane ze sprawą, jak i pomiędzy bohaterami. Akcja rozwija się dynamicznie, jednak nie brakuje momentów zatrzymania na ważne rozmowy czy przemyślenia. W tej powieści wszystko ma znaczenie i każda kropka zdaje się być na swoim miejscu.

Recenzja została opublikowana także na portalu Writerat.pl

Tymon Hanter zmienił zawód!

Tymon Hanter zrezygnował z pracy w policji i został prywatnym detektywem, co wydaje się logiczną kontynuacją kariery. Jednak pstrykanie zdjęć niewiernym małżonkom strasznie go nudzi. Gdy więc przychodzi do niego Teodor Fiedorowicz i prosi o odnalezienie żony, odzywa się w nim instynkt gliny. Choć wydawać by się mogło, że to kolejna małżeńska...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Maciej Orłoś karierę telewizyjną zaczynał na początku lat 90. I choć głównie kojarzymy go z Teleexpressem i Wielkimi Testami TVP, na swoim koncie ma wiele programów autorskich oraz prowadzenie takich imprez, jak choćby Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni czy Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. Jak się okazuje, od lat nie stroni także od organizowania szkoleń z autoprezentacji, a ostatnio postanowił swoje doświadczenia opisać w książce Wystąpienia bez stresu. Jak dobrze wypaść na żywo, w mediach i internecie.

Co znajdziemy w środku?

To kompendium wiedzy i praktycznych wskazówek zarówno dla początkujących mówców, jak i dla doświadczonych liderów. Z poradnika dowiadujemy się, jak się przygotować do wystąpienia, ale też i co zrobić, by wypaść lepiej – okazuje się, że nawet najdrobniejszy szczegół ma znaczenie. Trzeba jedynie wiedzieć, jak uniknąć pułapek. A one różnią się w zależności od tego, czy występujemy na żywo, czy przed kamerami (lub kamerką naszego smartfona/laptopa).

Maciej Orłoś krok po kroku uczy, jak oswoić tremę (wystąpienia porównuje do jazdy samochodem – na początku zjada nas stres, a z czasem wszystko staje się coraz bardziej naturalne), w jaki sposób poprawić dykcję (przygotował spis zdań i zbitek liter do przećwiczenia) oraz jak kontrolować mowę ciała. Kilkukrotnie podkreśla, że nie możemy ani nadmiernie gestykulować, ani na siłę gestykulacji ograniczać, ponieważ mogłoby to wyglądać zabawnie. Co ważne, porady są podzielone według rodzaju wystąpień – inaczej powinniśmy się zachowywać na scenie, a inaczej przed kamerą.

Niezależnie jednak od formy wystąpienia zawsze musimy pamiętać, że na zdobycie sympatii odbiorców mamy ledwie kilka sekund. Orłoś na przykładach z życia pokazuje, jak wygląd, ton głosu i postawa wpływają na „pierwsze wrażenie”.

Dla kogo jest ta książka?

Maciej Orłoś nie obiecuje cudów – wielokrotnie powtarza, że aby zwalczyć tremę, należy być zawsze perfekcyjnie przygotowanym. No i oczywiście, że wszystko przychodzi z czasem.

Dużym plusem Wystąpień bez stresu są przygotowane przez autora konkretne ćwiczenia dotyczące gestykulacji, mimiki czy dykcji. Nie bez znaczenia są także porady, jak unikać nerwowych ruchów, jak się ustawić przed kamerą i na co zwrócić największą uwagę.

Jeśli boisz się wystąpień publicznych, ale chcesz popracować nad tremą – to książka w sam raz dla Ciebie. Jeśli czujesz się już profesjonalistą, to także znajdziesz tu coś dla siebie i doszlifujesz warsztat.

Wystąpienia bez stresu to solidny poradnik, który łączy w sobie teorię z praktyką. Dzięki anegdotom i przystępnemu językowi, czyta się go przyjemnie – a to niewątpliwy atut, gdy mamy przyswoić sobie jakąś wiedzę. Książka może być źródłem inspiracji i motywacji, bo jak podkreśla Maciej Orłoś: skuteczne wystąpienia to nie kwestia talentu. To umiejętność, którą każdy może wypracować.

Recenzję można przeczytać także na Writerat.pl

Maciej Orłoś karierę telewizyjną zaczynał na początku lat 90. I choć głównie kojarzymy go z Teleexpressem i Wielkimi Testami TVP, na swoim koncie ma wiele programów autorskich oraz prowadzenie takich imprez, jak choćby Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni czy Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. Jak się okazuje, od lat nie stroni także od organizowania...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

To opowieść o emocjach, które wyrywają się spod kontroli. O marzeniach, szukaniu celu w życiu i próbach odcięcia się od przeszłości. To opowieść, w której każdy może znaleźć coś dla siebie, a kto wie, może dzięki temu znajdzie własną Chwilę?
Polecam!

To opowieść o emocjach, które wyrywają się spod kontroli. O marzeniach, szukaniu celu w życiu i próbach odcięcia się od przeszłości. To opowieść, w której każdy może znaleźć coś dla siebie, a kto wie, może dzięki temu znajdzie własną Chwilę?
Polecam!

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Choć świat stworzony przez Cari Thomas początkowo wydaje się dość normalny, szybko odkrywamy, że jest to alternatywny Londyn – i skrywa w sobie kilka ciekawych sekretów. Tu magia niemal wisi w powietrzu, choć ciotka Vivienne za wszelką cenę stara się temu zaprzeczyć. Według niej magia jest nie tylko surowa, związana z dziedzictwem i emocjami, ale przede wszystkim jest niebezpieczna. Stara się wpoić siostrzenicy surowe zasady Wiążących oraz uczy ją, jak za pomocą sznurka stłumić magię i emocje.

Bo świat Anny głównie do tego się właśnie sprowadza: do szkoły, w której jest nikim (trochę na własne życzenie, bo za wszelką cenę chce stać się niewidzialna), oraz domu, w którym panują surowe zasady. Wszystko opiera się na tłumieniu gwałtownych emocji, ciągłym panowaniu nad sobą oraz próbach zamknięcia magii w schemacie i wąskim rytuale. A jedyną przyszłością, jaka czeka bohaterkę, jest zostanie Wiążącą – czarownicą, której moce zostały spętane.

Cichy bunt wychowanki

Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy do szkoły Anny trafia jej buntownicza kuzynka Effie. Dziewczyna otwarcie posługuje się magią i sieje dookoła zamęt. Robi wszystko, by o niej mówiono – nieważne: dobrze czy źle.

Choć Anna uparcie stara się trzymać z dala od niej, Effie stawia sobie za cel wciągnięcie jej w swoje szalone akcje. Głównym celem dziewczyny jest założenie sabatu i zwiększenie swoich mocy, do tego jednak potrzebuje innych czarownic. Z wybranych przez nią uczennic tylko jedna otwarcie mówi o tym, że nosi w sobie magię. Stopniowo jednak dziewczyny ulegają perswazjom Effie i zwiększają swój potencjał.

Dla Anny oznacza to jednak okłamywanie ciotki, która nie życzy sobie, aby jej wychowanka posługiwała się magią. Tylko czy Vivienne na pewno ma czyste intencje? A co, jeśli sama od lat okłamuje Annę? Zaczyna się walka o niezależność i poszukiwanie własnej tożsamości.

Rozdarcie Anny: wybierze Vivienne czy Effie?

Główna bohaterka powieści, choć zmaga się z wieloma problemami, wydaje się najbardziej bezpłciowa z wszystkich postaci. Przez większość czasu daje się manipulować i niemal bezwolnie podąża za ciotką lub kuzynką. Niby wyraża jakieś protesty, ale od początku wiadomo, że zrobi to, co dany bohater będzie od niej oczekiwał, choć wielokrotnie stawia ją to w opozycji do drugiej strony. Effie i Attis są jak kolorowe ptaki, za to pozostali to już niemal jednowymiarowe tło.

Dużym plusem powieści jest przedstawiony system magiczny – oparty na rytuałach, emocjach i więzach. To praktycznie kolejny osobny świat, ponieważ daje niemal nieograniczone możliwości i każdy może wyrazić magię na swój sposób. Musi jedynie znaleźć do niej coś w rodzaju klucza. Także problemy, które porusza książka, są jej ogromną zaletą. Mamy tu pojęcia takie jak: lojalność, lęk, poszukiwanie własnej tożsamości i pragnienie wolności.

Czy polecam? Jeśli wystarczy Ci samozaparcia, by przetrwać pierwszą połowę, potem akcja się rozkręca i powieść wciąga!

Choć świat stworzony przez Cari Thomas początkowo wydaje się dość normalny, szybko odkrywamy, że jest to alternatywny Londyn – i skrywa w sobie kilka ciekawych sekretów. Tu magia niemal wisi w powietrzu, choć ciotka Vivienne za wszelką cenę stara się temu zaprzeczyć. Według niej magia jest nie tylko surowa, związana z dziedzictwem i emocjami, ale przede wszystkim jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Rozprawa z sentymentalizmem

W Opactwie Northanger Jane Austen z wdziękiem i ironią rozprawia się z tak modnym na przełomie XVIII i XIX wieku sentymentalizmem. Parodiuje styl powieści gotyckiej i wyśmiewa jej bohaterów, przyjmując konwencję literackiej zabawy.

Główna bohaterka powieści, Katarzyna Morland, wychowuje się na prowincjonalnej plebani i zaczytuje popularnymi powieściami. Mamy więc: Italczyka, Kamilę, Zamek Udolpho… A w nich wszystkich bohaterkami są piękne i szalenie nieszczęśliwe (przynajmniej czasowo) heroiny, które trafiają do nawiedzonych zamków, są porywane przez bandytów i omdlewają w ramionach ukochanych, z którymi na samym końcu udaje im się szczęśliwie połączyć. Wszystko to ma wpływ na bujną wyobraźnię młodziutkiej bohaterki.

Gdy więc znajomi z pobliskiego dworu proponują państwu Morland, że zabiorą Katarzynę do Bath, panna nie posiada się z radości, samą podróżą jest jednak rozczarowana, ponieważ na trakcie nie czyhali na nich zbójcy. W pijalni wód szybko zjednuje sobie przyjaźń innej młodej dziewczyny – Izabeli Thorpe – która również zaczytuje się w powieściach gotyckich, ale ma znacznie większe doświadczenie bywania w świecie i wykorzystuje naiwność Katarzyny (oraz podsyca jej sentymentalne rojenia).

Opactwo Northanger

Na szczęście panna Morland poznaje też Henry'ego i Eleonorę Tilneyów. Rodzeństwo ma dużo bardziej zdroworozsądkowe podejście do życia niż Katarzyna i szybciej dostrzega, jakim typem osoby może być Izabela. Gdy kończy się ich pobyt w Bath, zapraszają Katarzynę do siebie – do opactwa Northanger.

Stare opactwo? To woda na młyn dla wyobraźni naszej bohaterki. Od razu produkuje wizje burz, jękliwego zawodzenia w wilgotnych korytarzach, tajnych przejść, magicznych manuskryptów… i całej masy innych rzeczy, o których traktują powieści gotyckie.

Rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej przyziemna.

Portret społeczeństwa

Jane Austen z właściwą sobie przenikliwością portretuje społeczeństwo, relacje międzyludzkie i młodzieńcze rojenia. Choć powieść jest lekka i pełna humoru, stanowi subtelną krytykę społecznych konwenansów i literackich schematów. Jest też przestrogą dla czytelniczek i upomnieniem dla autorów i autorek – tworząc powieść, należy pamiętać, że dla nieobytych w świecie młodziutkich umysłów może to być jedyna wiedza o życiu. W pewnym sensie bierze się więc za te umysły odpowiedzialność.

Recenzja opublikowana pierwotnie na Writerat.pl

Rozprawa z sentymentalizmem

W Opactwie Northanger Jane Austen z wdziękiem i ironią rozprawia się z tak modnym na przełomie XVIII i XIX wieku sentymentalizmem. Parodiuje styl powieści gotyckiej i wyśmiewa jej bohaterów, przyjmując konwencję literackiej zabawy.

Główna bohaterka powieści, Katarzyna Morland, wychowuje się na prowincjonalnej plebani i zaczytuje popularnymi...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Elois odrzuciła sześciu kandydatów do swojej ręki – wszyscy byli nudni i brzydcy albo mieli inne dyskwalifikujące ich wady, a przede wszystkim nie wzbudzili w niej miłości od pierwszego wejrzenia. Pannie Bridgerton marzyło się bowiem wielkie uczucie, takie jak dopadło Dafne czy Anthony'ego: nagłe, niespodziewane, obezwładniające… Po latach od debiutu na arystokratycznych salonach właściwie pogodziła się z tym, że zostanie starą panną, a czas będzie jej upływał na rozmowach z Penelope. Gdy ta jednak wychodzi za mąż, w dodatku za Collina Bridgertona, świat Elois zaczyna chwiać się w posadach.

Szalony listowny eksperyment

Wszystko zaczęło się od śmierci kuzynki Bridgertonów, Mariny. Elois, która uwielbia pisać listy i wykorzystuje do tego każdą okazję, wysłała kondolencje zbolałemu małżonkowi. Oboje szukają potem pretekstu, by podtrzymać korespondencję. W końcu sir Philip proponuje pannie Bridgerton spotkanie – mieliby okazję zapoznać się na żywo i sprawdzić, czy przypadną sobie do gustu (i, oczywiście, czy stworzą udane małżeństwo). Elois początkowo odrzuca ten pomysł, ale nie decyduje się poinformować o tym sir Philipa. Myśl o podróży męczy ją jednak do tego stopnia, że w końcu pakuje część swojego dobytku i po kryjomu wyrusza do siedziby Crane'a. Nie wie, czy się nie rozmyśli w ostatniej chwili, więc nie uprzedza go o swoim pomyśle, w konsekwencji czego sir Philip nie ma szansy na zorganizowanie im przyzwoitki – Elois trafia do domu wdowca z dwójką dzieci (o których „zapomniał” jej wspomnieć), gdzie nad jej cnotą może czuwać jedynie służba. Gdy jej bracia odkrywają prawdę, ciężko się dziwić, że są „zirytowani” i zmuszają parę do ślubu. Czy w tych okolicznościach Elois i Philip mają szansę na relację pełną miłości i swoje własne „żyli długo i szczęśliwie”?

Przecież to Julia Quinn!

Gdyby napisał tę powieść ktoś inny lub gdyby nie była z gatunku „romans”, może moglibyśmy się zastanawiać. W tych okolicznościach wiadomo jednak, że „Oświadczyny”, choć niecodzienne, muszą skończyć się dobrze. Można więc na spokojnie przyjrzeć się otoczeniu, w którym dzieje się akcja powieści. Tu już nie ma Londynu i socjety, bohaterowie nie spędzają czasu na zakupach, plotkach i przyjęciach. Autorka pokazała nam codzienne życie wiejskiego dworu – poluzowaną atmosferę, więc mniej konwenansów i bliższe relacje ze służbą, ale też i rozbrykanie dzieci oraz ich domową edukację.

Nie jest to żadną tajemnicą, że arystokratyczne rody zatrudniały do opieki nad dziećmi cały sztab ludzi: piastunki, mamki, bony, guwernantki lub guwernerów, nauczycieli języków i tańca… Wszystko po to, by choć na trochę uwolnić się od pociech i, oczywiście, zapewnić im dobry start w przyszłość. W powieściach rzadko wspomina się jednak o sposobach, jakie pracownicy (bo to nie byli służący) stosowali wobec swoich podopiecznych. Stawianie w kącie, targanie za uszy czy bicie linijką po rękach – to nie było nic nadzwyczajnego. Młodzi Crane'owie przez swoją guwernantkę traktowani są dużo bardziej okrutnie, co ostatecznie nie spodoba się ani Elois, ani Philipowi. Jednak ciężko założyć, by takie postępowanie opiekunów było normą – być może czasem ważniejsze były efekty…

Plusy i minusy

Dużym plusem powieści są relacje dzieci z Elois. Ich początkowa chęć wykurzenia potencjalnej macochy prowadzi do zacieśnienia więzi między nimi. Okazuje się bowiem, że panna Bridgerton, wychowana z tak licznym rodzeństwem, świetnie umie okiełznać dwa małe diablątka i szybko zaprowadza we dworze porządek.

Minusem jest zaś pewna niekonsekwencja autorki. Sir Philip wspomina, że żadna z okolicznych panien nie chciała nawet słyszeć o małżeństwie i zamieszkaniu w jego posiadłości – właśnie ze względu na dzieci. Z treści „Oświadczyn” wynika jednak, że Crane nie udzielał się towarzysko – w końcu był w żałobie – i nikomu się nie oświadczał. Skąd więc taka pewność co do okolicznych panien na wydaniu?

Moje zdziwienie wywołały też wzmianki o oranżerii. Sir Philip nikogo tam nie zaprasza, ponieważ to jego oaza i nie chce nikogo w niej widzieć. Okazuje się jednak, że czasem ktoś tam musi zaglądać, skoro w innym miejscu powieści Crane wspomina, że gdy ktoś zwiedza oranżerię, szybko się nudzi i nie interesują go egzotyczne rośliny…

Wszystko to jednak nie ma większego wpływu na to, że powieść czyta się przyjemnie i szybko – niemal jednym tchem. Bohaterowie, jak zwykle u Julii Quinn, są wielowymiarowi i kierują nimi różne motywacje, a dialogi wywołują mimowolny uśmiech na twarzy.

Recenzja opublikowana także na Writerat.pl

Elois odrzuciła sześciu kandydatów do swojej ręki – wszyscy byli nudni i brzydcy albo mieli inne dyskwalifikujące ich wady, a przede wszystkim nie wzbudzili w niej miłości od pierwszego wejrzenia. Pannie Bridgerton marzyło się bowiem wielkie uczucie, takie jak dopadło Dafne czy Anthony'ego: nagłe, niespodziewane, obezwładniające… Po latach od debiutu na arystokratycznych...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Rozważna i romantyczna” to historia dwóch sióstr, Eleonory i Marianny, które w podobnym czasie znajdują miłość, przeżywają ją jednak każda na swój sposób. Jane Austen ukazuje dwa światy emocjonalne – jeden oparty na rozsądku, drugi na uczuciowości. W czasach, w których rządziły konwenanse i ograniczenia społeczne, miłosne rozczarowania były niemal codziennością i mogły mieć spory wpływ na dalsze życie dziewczyny.

Eleonora kontra Marianna

Na początku XIX wieku wśród arystokracji małżeństwo było zabezpieczeniem losu kobiety. Damie z wyższych sfer nie wypadało pracować, nie miała więc jak na siebie zarobić. Szczytem możliwości starej panny było zostanie guwernantką lub damą do towarzystwa, a w ten sposób zyskiwała właściwie jedynie kąt do spania w domu gospodarzy i wyżywienie.

Nie powinno więc dziwić, że głównym zadaniem młodej panny było dobre zamążpójście. Bohaterki „Rozważnej i romantycznej” znajdują sobie kawalerów – na pierwszy rzut oka obu dobrze sytuowanych i godnych ich uczuć, wkrótce okazuje się jednak, że żaden z nich nie będzie mógł zaproponować pannom Dashwood małżeństwa.

Eleonora, najstarsza z sióstr, choć miała zaledwie dziewiętnaście lat, potrafiła zachować chłodny osąd i nie afiszować się ani z rodzącym się uczuciem, ani później z rozpaczą po jego stracie. Przestrzegała zasad epoki tak dokładnie, że nawet matka i siostry nie zdawały sobie sprawy z tego, co przeżywa.

„BYŁA TO PANNA OBDARZONA NAJZACNIEJSZYM SERCEM – USPOSOBIENIE MIAŁA CZUŁE, A UCZUCIA SILNE, UMIAŁA JEDNAK NAD NIMI PANOWAĆ”.

Dzięki temu plotki o jej uczuciu do Edwarda szybko ucichły i nie nękano jej dowcipami. Zupełnie inaczej sprawa miała się z siedemnastoletnią Marianną, która wbrew oczekiwaniom towarzystwa mocno afiszowała się ze swoim gorącym afektem do pana Willoughby'ego. Naraziło ją to na kpiny, przytyki, a później, gdy doszło już do zerwania, wyrażane głośno i nie zawsze w odpowiednim momencie współczucie towarzystwa.

„BYŁA WRAŻLIWA I INTELIGENTNA, LECZ WE WSZYSTKIM NADMIERNIE POPĘDLIWA – JEJ SMUTKI I RADOŚCI NIE ZNAŁY UMIARKOWANIA. BYŁA OSOBĄ WIELKODUSZNĄ, MIŁĄ, INTERESUJĄCĄ, BRAKOWAŁO JEJ JEDYNIE ROZTROPNOŚCI”.

Jane Austen nie faworyzuje żadnej z tych postaw – widzi zalety zarówno w gorących uczuciach, jak i powściągliwości. W klarowny i elegancki sposób stara się przekonać czytelnika, że najlepszym rozwiązaniem jest pogodzenie rozumu z uczuciem, tak by nie popadać w skrajności.

„Rozważna i romantyczna” współcześnie

Choć czasy się zmieniły – zmieniły się sposoby dziedziczenia majątku, uniezależniliśmy się od ziemi i mamy więcej możliwości utrzymania i zarobkowania, zmieniła się też rola kobiety w społeczeństwie – myślę, że powieść Jane Austen w pewnym stopniu wciąż pozostaje aktualna. W obliczu różnych oblicz miłości i stojących na jej drodze przeciwności losu, powinniśmy umieć zrównoważyć uczucie z rozsądkiem i zawsze pamiętać, że szczęście nie zawsze przychodzi w formie romantycznych uniesień.

Recenzja opublikowana pierwotnie na Writerat.pl

„Rozważna i romantyczna” to historia dwóch sióstr, Eleonory i Marianny, które w podobnym czasie znajdują miłość, przeżywają ją jednak każda na swój sposób. Jane Austen ukazuje dwa światy emocjonalne – jeden oparty na rozsądku, drugi na uczuciowości. W czasach, w których rządziły konwenanse i ograniczenia społeczne, miłosne rozczarowania były niemal codziennością i mogły...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to