Śladami wszechmogących

Okładka książki Śladami wszechmogących
Erich von Däniken Wydawnictwo: Świat Książki popularnonaukowa
192 str. 3 godz. 12 min.
Kategoria:
popularnonaukowa
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Auf den Spuren der Allmächtigen
Data wydania:
1994-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1994-01-01
Liczba stron:
192
Czas czytania
3 godz. 12 min.
Język:
polski
ISBN:
83-7129-016-0
Tłumacz:
Andrzej Dworak
Średnia ocen

                6,3 6,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Śladami wszechmogących w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Śladami wszechmogących

Średnia ocen
6,3 / 10
59 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
523
34

Na półkach: , ,

Erich von Daeniken - dawno temu, gdy byłem mały, w moje ręce wpadła seria komiksów "Bogowie z kosmosu/Ekspedycja" oparta luźno o jego pomysły. Wtedy pierwszy raz spotkałem się z jego nazwiskiem. Seria bardzo mi się podobała, natomiast z Daenikenem nie miałem styczności przez kolejne lata. Zupełnym przypadkiem odziedziczyłem jakiś czas temu "Śladami wszechmogących". Po "uleżeniu się" na półce, przyszedł czas na przeczytanie i tej książki.
Autor ciekawie opisuje różne cuda i dziwy istniejące na naszej planecie, które jakoby zostały sporządzone ręką inteligentnych przybyszów z kosmosu lub pod ich kierownictwem i nadzorem. Jak się okazuje, na całej planecie znajdują się niesamowite miejsca, których rozmach i zaawansowanie powodują, że ciężko uwierzyć by wykonali je żyjący przed tysiącami lat nasi przodkowie. Daeniken opisuje również związki pomiędzy wieloma starożytnymi miejscami, ich przedziwne położenie względem siebie, a także ich obecność po dziś dzień w wierzeniach religijnych. Jest to wszystko bardzo interesujące, chociaż czy oznacza, że bogowie z kosmosu mieli wpływ na stworzenie tych "śladów wszechmogących"? Nie wiem. Natomiast wiem, że zawsze warto dowiedzieć się czegoś o świecie, w którym żyjemy, więc zachęcam do przeczytania tej książki.

Erich von Daeniken - dawno temu, gdy byłem mały, w moje ręce wpadła seria komiksów "Bogowie z kosmosu/Ekspedycja" oparta luźno o jego pomysły. Wtedy pierwszy raz spotkałem się z jego nazwiskiem. Seria bardzo mi się podobała, natomiast z Daenikenem nie miałem styczności przez kolejne lata. Zupełnym przypadkiem odziedziczyłem jakiś czas temu "Śladami wszechmogących". Po...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

124 użytkowników ma tytuł Śladami wszechmogących na półkach głównych
  • 86
  • 37
  • 1
34 użytkowników ma tytuł Śladami wszechmogących na półkach dodatkowych
  • 27
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Śladami wszechmogących

Inne książki autora

Erich von Däniken
Erich von Däniken
Däniken uczył się w Kolegium św. Michała we Fryburgu, gdzie jako student poznawał starożytne źródła pisane. Następnie pracował jako dyrektor hotelu, w wolnych chwilach poświęcając się swojej pasji. Od 1968 roku wydawał książki (ogółem ponad 30 pozycji), w których sugerował, że Ziemia była wcześniej odwiedzana przez kosmitów, po których ciągle pozostały ślady. Autor sugerował, że wiele budowli i znalezisk, pochodzących z dawnych epok, nie mogło być wykonanych przy znanej ówcześnie technice, co sugeruje, że wykonała je cywilizacja pozaziemska. Przykładami, wg Dänikena, są Stonehenge, piramidy w Egipcie itp.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

100 postaci, które miały największy wpływ na dzieje ludzkości Michael H. Hart
100 postaci, które miały największy wpływ na dzieje ludzkości
Michael H. Hart
Jedna z moich ulubionych książek. Już sam pomysł na taki ranking jest świetny (mimo pewnej absurdalności, bo zawsze można powiedzieć, że rodzice danej osoby mieli większy wpływ niż ona sama), bardzo pobudza wyobraźnię, dziwne, że nie powstało więcej takich list, a przynajmniej o tym nie słyszałem (poza analogiczną książką o 100 kobietach autorstwa Deborah G. Felder, która jednak niestety nie dorasta do pięt tej pozycji, oraz "kontynuacją” od tego samego autora, w której tworzy on taki ranking z perspektywy... roku 3000, a ponad połowę listy zajmują fikcyjne postaci “z przyszłości” – szkoda, że nie została ona wydana po polsku, a i po angielsku trudno ją znaleźć, pomysł jest tak szalony, że z wielką chęcią sprawdziłbym, jak to wyszło). Wykonanie jest może dość dalekie od ideału, lecz wciąż naprawdę dobre. Książka jest przede wszystkim napisana znakomitym językiem - opisy poszczególnych postaci to nie są jakieś suche notki biograficzne, lecz są wzbogacone przez autora różnymi ciekawostkami oraz jego rozważaniami i wtrąceniami w taki sposób, że nawet o tak nieciekawych z perspektywy współczesnego Europejczyka osobach, jak Asioka albo Zaratustra chce się czytać. Niektóre fragmenty mocno zapadają w pamięć, jak choćby zakończenie tekstu o Lavoisierze: “Podczas rozprawy do sądu został przesłany apel wzywający do oszczędzenia Lavoisiera z uwagi na liczne usługi, jakie oddał on krajowi i nauce. Sędzia odrzucił prośbę z krótką uwagą: “Rewolucja nie potrzebuje geniuszy”. Nieco bliższa prawdy była uwaga kolegi Lavoisiera, wielkiego matematyka Lagrange’a: “Potrzeba jedynie chwili, by ściąć tę głowę, ale żeby pojawiła się taka druga, może nie starczyć i stu lat“.” Można nie zgadzać się z opiniami autora, ale nie można mu odmówić merytorycznego podejścia do tematu (tak przynajmniej twierdziłem, zanim trafiłem na tutejsze, pożal się Boże, recenzje...). Należy mu się również szacunek za to, że nie zrobił z tego jakiegoś rankingu popularności i nie zamieścił osobistości pokroju The Beatles czy Billa Gatesa, o których obecnie jest głośno, ale za kilka(naście) wieków zapewne mało kto będzie o nich pamiętał. Mimo wszystko, miałbym autorowi trochę do zarzucenia, jeśli chodzi o skład i kolejność rankingu: 1. Co prawda już po lekturze dowiedziałem się, że autor jest Amerykaninem, ale gdybym tego nie wiedział, to zarzuciłbym mu anglocentryzm. O ile 2. miejsce Newtona jest jak najbardziej zasłużone (chociaż autor trochę poszedł na łatwiznę, przypisując odkrycie rachunku całkowego wyłącznie Newtonowi i pomijając osobę Gottfrieda Wilhelma Leibniza, jest jedynie wspomniane, że Newton “wdał się z Leibnizem w zaciekły spór”), o tyle już 31. pozycja Szekspira wzbudza pewien sprzeciw (bardzo ciekawe są natomiast dywagacje autora nad tym, komu powinno być przypisywane autorstwo jego dzieł, przedstawiona argumentacja na korzyść osoby Edwarda de Vere’a jest dość przekonująca - mimo że jest to teoria odrzucana przez większość badaczy - ale też zachęca do zagłębienia się w temat). Jak sam autor słusznie zauważa, sztuka ma stosunkowo niewielki wpływ na nasze życie i nawet biorąc pod uwagę trwałość jego dzieł, nie sądzę, by wywarł on większy wpływ od Hitlera, Napoleona lub Aleksandra Wielkiego. Znalezienie miejsca w głównej części rankingu dla Francisa Bacona to dość kontrowersyjny wybór, biorąc pod uwagę, że spośród filozofów autor nie umieścił w pierwszej setce choćby Kanta. Najbardziej dyskusyjnym wyborem tego rodzaju jest jednak umieszczenie Johna Locke’a i Olivera Cromwella w górnej połowie listy - osobiście wątpię, czy w ogóle powinni się oni na niej znaleźć. 2. W niektórych miejscach autor nie uzasadnia wystarczająco swoich twierdzeń np. stwierdza bez podania dodatkowych argumentów, że więcej książek powstałoby przy użyciu papieru i druku blokowego niż przy użyciu papirusu i ruchomej czcionki Gutenberga, a ja bym się z tym raczej nie zgodził. 3. Pominięcie wynalazku filmu. Wiadomo, że w dużej mierze było to po prostu rozwinięcie wynalazku fotografii i tak jak w większości przypadków nie dokonała tego jedna osoba, ale wciąż było na tyle przełomowe, że powinno zostać w jakiś sposób uwzględnione. 4. Stawianie wpływu świętego Piotra niemal na równi z Jezusem. Zgadzam się, że gdyby Jezus nie pozostawił po sobie naśladowców, to chrześcijaństwo nie stałoby się z pewnością największą religią w historii, ale zasługę jego rozkrzewienia należałoby raczej przypisać wszystkim apostołom (chociaż nie po równi, oczywiście), a tymczasem autor pisze niemal tak, jakby św. Paweł był jedynym uczniem Chrystusa. 5. W paru miejscach osoby porównywane przez autora są rozdzielone o jedną pozycję, co sprawia nieco sztuczne wrażenie. Jeśli autor stwierdza (jak najbardziej słusznie), że “Cortés przyspieszył bieg historii, Pizarro, być może, zmienił jej bieg”, to różnica między nimi w rankingu powinna być zdecydowanie większa. Podobnie z Shi Huangdi i Oktawianem Augustem oraz Cai Lunem i Gutenbergiem. 6. Pominięcie osoby Nikoli Tesli. Daleko mi do popularnego obecnie punktu widzenia, według którego to „największy geniusz w historii”, ale z pewnością zasłużył na wspomnienie w tekście o Edisonie i/lub Marconim. Jak widać, mam sporo uwag, pewnie mógłbym coś jeszcze dorzucić, ale są to głównie zarzuty dotyczące pojedynczych pozycji, wciąż jako całość oceniam tę książkę zdecydowanie pozytywnie. Zarzuty z recenzji użytkownika Piratka (i innych recenzji cytowanych w tej recenzji) są na tyle żenujące i ignoranckie, że stwierdziłem, iż muszę na nie odpowiedzieć. Dobrze, że chociaż na stronie Goodreads użytkownicy potrafili docenić tę książkę i średnia ocen wynosi tam prawie 4/5. “„krytycy zarzucali Autorowi, że ośmielił się nie tylko rozstrzygać które osobistości wywarły największy wpływ na dzieje świata, lecz i subiektywnie je klasyfikować. Wbrew zastrzeżeniom krytyków książka odniosła ogromny sukces; sprzedano dziesiątki tysięcy egzemplarzy.” To o wartości książki nie musi świadczyć. Po za tym książka kupiona nie musiała zostać przeczytana, a przeczytana nie musiała się spodobać.” I nigdzie nie jest to stwierdzone, nie musisz sobie dopowiadać, zresztą wystarczy poczytać w Internecie, żeby zobaczyć, że recenzje czytelników w zdecydowanej większości są pozytywne. “Obawiam się, że jest to wiedza z gatunku SF.” Bez komentarza, dużo więcej wspólnego z SF ma większość twoich zarzutów. Od siebie mogę co najwyżej dodać, że wiedza pozyskana dzięki przeczytaniu tej książki pozwoliła mi kilkukrotnie zabłysnąć w różnych sytuacjach odpowiedziami na takie pytania, jak “który papież zapoczątkował krucjaty?” albo “kto wynalazł papier?”. “Do tego Hart wyliczył postacie nie alfabetycznie, chronologicznie czy rzeczowo, lecz tak, jak sobie uważa.” I bardzo dobrze, gdyby nie to, to książka byłaby tylko nudną stertą biografii, bo przynajmniej połowa osób jest dość oczywistym wyborem. Dzięki uszeregowaniu postaci i wzbogaceniu całości o uzasadnienie dokonanych wyborów jest ona zdecydowanie ciekawsza. „Mimo swojej obszerności traktuje tematykę bardzo powierzchownie. Merytorycznie słabo, brak źródeł, autorów ilustracji, zawiera wiele błędów gramatycznych.” Wręcz przeciwnie, analizuje skrupulatnie życiorysy i dokonania poszczególnych osób, rozważa ich wpływ nie tylko do dnia dzisiejszego, ale stara się też spojrzeć w przyszłość. Co do źródeł, to chciałbym tylko zauważyć, że to literatura popularnonaukowa, a nie praca naukowa. Błędów gramatycznych nie dostrzegłem, nawet jeśli jakieś występują, to nie uważam, żeby znacząco wpływały na przyjemność z czytania. “We wstępie autor napomina, że stara się pomijać osoby, co do których nie ma pewności, że kiedykolwiek żyły, po czym czytamy o wielu wątpliwych "osobistościach".” Przy każdej takiej osobie, autor tłumaczy swój punkt widzenia oraz podaje niezbędne argumenty. No, może zabrakło mi tego trochę przy kilku postaciach religijnych (na czele z wiadomymi postaciami z miejsc pierwszego i trzeciego), ale mogłoby to wywołać zbędne kontrowersje, więc może i dobrze, że zostały one dołączone “z automatu”. “Najczęściej pojawia się słowo "prawdopodobnie".“ Trudno, żeby się nie pojawiało, skoro są rozważane hipotetyczne skutki. Autor miał przenieść się do alternatywnego wszechświata, żeby sprawdzić, co by się wydarzyło, gdyby nie narodziły się dane osoby? Naprawdę wyssane z palca te zarzuty. “Jest wiele ciekawszych i poważniej traktujących czytelnika cegiełek.” Szkoda, że nie podałaś żadnych przykładów, chętnie poczytam, mam nadzieję, że nie masz na myśli wspomnianej książki o 100 kobietach, której rzeczywiście można zarzucić powierzchowność i kiepski poziom merytoryczny. “Najważniejszą postacią jest tu Mahomet, drugą Newton.” I słusznie, można z tym polemizować, ale główne argumenty o wyższości Mahometa nad Chrystusem (po pierwsze Mahomet odegrał dużo większą rolę w rozwoju islamu niż Jezus w rozwoju chrześcijaństwa, a po drugie Mahomet był także przywódcą wojskowym, a nie tylko religijnym) są jak najbardziej przekonujące. Dodatkowo można stwierdzić, że wpływ Mahometa będzie prawdopodobnie trwalszy od wpływu twórców pozostałych religii: https://www.pewresearch.org/religion/2015/04/02/religious-projections-2010-2050/ A co do Newtona, to już w ogóle nie wiem, co masz przeciwko, jest bezkonkurencyjnie najbardziej wpływową postacią w historii nauki, popchnął ją swymi dokonaniami do przodu o co najmniej kilka wieków. “znaczenie tego dzieła dla rozwoju ludzkości przewyższa rolę wszystkich innych - może z wyjątkiem Biblii” Czyli niby kodeks Justyniana jest najbardziej znaczącym dziełem w historii? Bardziej niż wszystkie księgi religijne, wszystkie przełomowe prace naukowe i wszystkie traktaty filozoficzne? Mocno powątpiewam w to, raczej dużo bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że mediewista może przeceniać znaczenie dzieł wydanych w okresie, w którym się specjalizuje. “Bez urazy, jakiż wywarł on wpływ na dzieje świata ?” Gdybyś przeczytała uważnie tekst o Mahawirze, to wiedziałabyś. Dżinizm wyróżnia się spośród innych religii tym, że “jest doskonałym przykładem tego, w jak drastyczny sposób doktryny religijne mogą oddziaływać na sposób życia całej społeczności”. Jako przykład podano stosunek wierzących do zwierząt: “Bardzo ważną cechą dżinizmu jest przywiązywanie wagi do zasady ahimsy, czyli niestosowania przemocy, niewyrządzania krzywdy. Dżiniści uważają, że zasada ahimsy dotyczy nie tylko ludzi, lecz obowiązuje również w stosunku do zwierząt. Jednym z następstw tej zasady jest zakaz spożywania mięsa. Głęboko wierzący dżinista rozciąga zasadę ahimsy znacznie dalej; na przykłada nie zabija much i nie je po ciemku, bo mógłby przypadkowo połknąć jakiegoś owada, a więc spowodować jego śmierć. Zdarza się, że naprawdę pobożny, a przy tym wystarczająco zamożny dżinista wynajmuje kogoś do zamiatania przed nim ulicy, ponieważ idąc mógłby przypadkowo nastąpić na jakiegoś owada czy robaka i go zabić”. Poza tym autor wspomina też, że “dżiniści stanowią zamożną grupę społeczną, a w proporcji do liczebności ich udział w życiu intelektualnym i artystycznym Indii jest bardzo duży”. Do tego dochodzi wpływ filozofii Mahawiry na praktyki religijne hinduizmu: “Obowiązujący w dżinizmie zakaz składania ofiar ze zwierząt i spożywania mięsa w znaczący sposób wpłynął na praktyki religijne hinduizmu. Zasada niekrzywdzenia i niestosowania przemocy wywiera stały wpływ na filozofię hinduską, nawet obecnie.” Moim zdaniem Mahawira powinien nawet być w rankingu wyżej od Justyniana. Ten drugi nie ma już od wieków żadnego realnego wpływu na obecne prawodawstwo, a Mahawira wciąż wywiera znaczący wpływ na życie około 5 milionów ludzi. “Lord D’Abernon uznał pokonanie Czerwonej Armii nad Wisłą w 1920 r. za 18 decydującą bitwę świata” Żaden z wodzów z tej listy nie znalazł się na liście (nie licząc ludzi pokroju Napoleona, których wpływ sięga dużo dalej niż tej jednej potyczki), bo jedna bitwa to po prostu za mało. Zresztą nawet gdyby Polacy ją przegrali, to prawdopodobnie zaważyłoby to jedynie na niepodległości Polski (określanie tego wydarzenia mianem “bitwy, która odmieniła losy świata” na podstawie książki jednej osoby, która też nie była jakimś wielkim autorytetem i mogła mieć swój interes w wyolbrzymieniu jej znaczenia, jest strasznie naciągane, Armia Czerwona była zbyt słabo zaopatrzona, żeby kontynuować ofensywę na zachód, poleciłbym ci przeczytanie książki “Polska bez cudów. Historia dla dorosłych”, jednak widzę, że już to zrobiłaś i niestety nie wyciągnęłaś z tego żadnej refleksji, twoja recenzja tej książki to taki bezsensowny słowotok, że trudno to nawet sensownie skomentować), no, ale widzę, że u niektórych zaślepienie patriotyzmem wywołuje dość skrajny polonocentryzm. Stalin i Lenin “załapali się” dopiero na 66. i 84. miejsce, a Piłsudski miałby zmieścić się w setce? Już prędzej przyczepiłbym się o pominięcie Karola Młota, który mógłby znaleźć się chociażby na liście honorowej za powstrzymanie podboju Europy przez Arabów, choć to też można łatwo uzasadnić - tym, że obrona Konstantynopola miała zapewne większe znaczenie w tej kwestii od bitwy pod Poitiers. “Abraham Lincoln trzeci od końca w liście dodatkowej” Nie żeby to miało jakieś wielkie znaczenie, ale jeśli ktoś nawet nie zauważył, że wymienione na końcu osoby są podane w kolejności alfabetycznej (zresztą autor wprost pisze, że “nie oznacza to, że gdyby wydłużyć listę zasadniczą, to te dziesięć osób (w nieokreślonej jeszcze kolejności) zajmowałoby pozycje 101-110, ani też, że wymienione niżej osoby znalazłyby się na liście z numerami 101-200"), to chyba sporo mówi to o jego skupieniu podczas czytania tudzież inteligencji. “Jak napisał ktoś na forum historycy.org” Po pierwsze, fajne źródło xD Nie wiem, gdzie tu dostrzegasz lekceważący ton, zresztą trzeba być zaiste bezczelnym, żeby zarzucać lekceważący ton autorowi na koniec recenzji, którą samemu napisało się bardzo lekceważącym tonem. Autor wyraźnie pisze, że to przecież wybór Lincolna na prezydenta wywołał secesję Południa, więc trudno mu przypisać dodatkowy wpływ za powstrzymanie czegoś, co w gruncie rzeczy sam spowodował. Poza tym Południe nie miało praktycznie szans wygrać wojny secesyjnej i utrzymać niezależności, bo zdecydowanie ustępowało Północy pod względem przemysłowym i demograficznym. Pewności oczywiście nie ma, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby Stany Zjednoczone pozostały rozbite na dłuższą metę, kiedy Północ i Południe były ze sobą tak mocno związane językowo, kulturowo, religijnie i handlowo. Może jedynie z zarzutami dotyczącymi części o Konstantynie Wielkim bym się zgodził. Swoją drogą, jestem ciekaw, jak wyglądałby twój ranking.
Janusz Luczak - awatar Janusz Luczak
ocenił na 8 9 miesięcy temu
Księga tajemnic i rzeczy niezwykłych Thomas de Jean
Księga tajemnic i rzeczy niezwykłych
Thomas de Jean
Są na świecie rzeczy, które w tradycyjny/ racjonalny sposób wyjaśnić niełatwo ... Kogóż z nas nie pociągają różnego rodzaju sekrety i tajemnice, czy też zjawiska niezwykłe, a nawet niesamowite...? Szczególnie zaś te, które tak naprawdę nigdy do końca nie zostały wyjaśnione. Mimo, iż wszelkiej maści znawcy co i rusz prezentują nowe ich rozwiązania, ponoć (tym razem) te "jedynie słuszne". Choć, oczywiście, na ogół tylko ich własnym zdaniem ... O wielu takich zdarzeniach poczytamy w niniejszej książce. Nie mogło więc w niej zabraknąć tematyki UFO. Od dawien dawna bowiem spore rzesze ludzi interesują się latającymi obiektami, których pochodzenie owiane jest tajemnicą, i niełatwo je określić. Pojawiają się więc rozmaite spekulacje. Czy na ten przykład - są to maszyny przedstawicieli innych kosmicznych ras, co pewien czas doglądający Ziemi i jej mieszkańców ? Czy też może "produkty" prastarej cywilizacji, która (ponoć) od lat "ukrywa się"/ funcjonuje wewnątrz naszej planety, i wcale nie jest zainteresowana nawiązaniem bliższego kontaktu z ...nami ? Teoretycznie za tym drugim aspektem przemawiałaby kwestia, że na Ziemi jest kilka szczególnych miejsc, gdzie owe "statki kosmiczne", chętnie i popularnie nazywane "UFO" - pojawiają się znacznie częściej, niż gdziekolwiek indziej... Znajdziemy tu też rozdział poświęcony gigantom. Któż z nas nie słyszał, że kiedyś po naszej planecie chodzili prawdziwi olbrzymi ?... Starożytne pisma w przeróżny sposób tłumaczą ich pochodzenie. Np. w Biblii przeważa teza, iż były to dzieci ziemskich kobiet z ...przybyszami z nieba/kosmosu. Ale oprócz mitów z wielu zakątków świata - co jakiś czas znajdywane są też grobowce/ szczątki owych gigantów sugerujące, że w (dalekiej) przeszłości "coś mogło być na rzeczy". Jednak ta tematyka jest niezbyt chętnie rozwijana przez tak zwaną "oficjalną naukę"... W książce tej poczytamy także o przeróżnych miejscach, które cieszą się "złą sławą", i których po prostu tak naprawdę lepiej jest unikać. Gdyż "negatywna" energia, mająca tam swoje siedlisko, osobom, powiedzmy - "postronnym, nieobeznanym z tematem" - może sprawić sporo (głównie psycho- fizycznych) problemów... Są także inne, niekonwencjonalne i ciekawe tematy. Pewnie każdy znajdzie jakiś interesujący dla siebie. Wierzyć we wszystko nie trzeba, ale poczytać i zapoznać się - warto...
Robwier - awatar Robwier
ocenił na 6 4 lata temu
Terminator 2 Dzień Sądu Randall Frakes
Terminator 2 Dzień Sądu
Randall Frakes
Lata 90-te to ostatnia dekada przed wkroczeniem ludzkości w nowe Millenium. Ten piękny i specyficzny okres czasu, to nie tylko moda na bycie zbuntowanym nastolatkiem, pogrążonym we własnym świecie, zagubionym człowiekiem. To nie tylko długie godziny spędzone na graniu we Flippery przy osiedlowych kioskach czy zbieranie kolorowych naklejek z gum do żucia i wsypywanie sobie do budzi tony oranżadki w proszku, przeznaczonej raczej do przyrządzania z wodą. To również okres wysypu, jak „grzyby po deszczu”, różnej gamy filmów z gatunku i podgatunków pośród niego, o fantastyczno-naukowej tematyce - ze składową proroczej wizji, namaszczeniem swego rodzaju prekognicji czegoś nadchodzącego i nieuchronnego: z nadchodzącą apokalipsą końca świata, i ewentualną adaptacją takiego ,,końca" do formy przedstawienia życia po takiej apokalipsie. A wszystko, co, do takiego ruchu w materii gatunku kinematografii doprowadziło, zaczęło się od pojawienia się w eterze kultury popularnej jednego z najważniejszych filmów dekady lat 90-tych, "Terminator 2: Dzień Sądu" z Arnoldem Schwarzeneggerem i Lindą Hamilton w rolach głównych. Sequel filmu Jamesa Camerona, który debiutując w 1984 roku od razu zyskuje aprobatę krytyków i przede wszystkim miłośników kina z ogólnej gałęzi fantasy, którzy po serii filmów, takich jak "Indiana Jones: Poszukiwacze zaginionej Arki (1981)", czy "Obcy. Ósmy pasażer Nostromo (1979)" lub "trylogia Gwiezdnych Wojen (1977-83)", zapragnęli chłonąć więcej i więcej, rzeczywiście okazał się strzałem w dziesiątkę. Mówi się, że "Dzień Sądu" - szczególnie gdy hordy głodnych fantastyczno-naukowej rozrywki nerdów zdołało obejrzeć film, odpowiednio go omówić i zanalizować - już jakiś czas po premierze wiele wskazywało na to, że był on o wiele lepszy, staranniej i płynniej skomponowany, nawet bardziej przełomowy w wielu aspektach kinematografii, od swojego poprzednika, tak naprawdę pierwowzoru: i jako pojedynczy, zwykły film, i jako jeden obrazów z cyklu Terminatora. Ów sequel, za którego reżyserię ponownie odpowiadał James Cameron, to aż nadto specyficzna, pełna paradoksów podróży w czasie produkcja. Dzieło to naznaczyło i wprowadziło światowe społeczeństwo w kolejne 10 lat, które miały zakończyć się nastaniem jak przewidywali ,,sekciarze”: albo końca świata albo wspaniałych chwil poprzetykanych tą niezmierzoną cudowną idyllą cywilizacyjnego dobrobytu. Cybernetyczni zabójcy wysyłani w przeszłość przez niezwykle potężne samoświadome zbiorowe jestestwo, tworzące rój inteligentnych mechanicznych zabójców o niesłychanych możliwościach bojowych. A wszystko tylko dla jednego celu: podtrzymać przez ,,rój" swoje istnienie i zabić jedynego człowieka, który teraz w przyszłości mógłby owemu roju inteligencji, Skynetowi, zagrozić wymazaniem jego ,,ostatecznej dominacji” nad człowiekiem w rzeczywistości, w której to on Skynet jest bytem naczelnym, absolutnym. Mimo wielu wad konstrukcyjnych fabuły obrazu związanych z zapętlonym motywem podróży w czasie, ba, z samym ,,psuciem czasu” w ogóle, oraz naginaniem płynności funkcjonowania Wszechświata pod każdym względem w wyniku takich ,,wycieczek w Czasie", "Dzień Sądu" okazał się filmem kompletnym z gatunku tak specyficznego nurtu fantastycznego, któremu, jak na początek lat 90-tych, w których miał on swoją premierę, niczego nie brakowało. A wizjonersko tu zastosowane wizualizacje graficzne, wydajność efektów dostosowujących się do środowiska obrazu filmu i go śledzącego, szybki, w odpowiednich miejscach filmu tnący i przyspieszający go montaż, tak aby w odpowiedniej ,,stagnacji” fabuły dzieła znalazło się miejsce na linię dramatu zazębioną wokół postaci Sary Connor i jej syna Johna, okazały się niezwykłą zaletą, o niezwykłej mocy, dla "Terminatora 2", oraz przepustką dzieła i jego twórców do hollywoodzkiego dreamlandu. A co by było, gdyby coś takiego, co uogólniając miało miejsce w "Dniu Sądu", wydarzyło się nie tylko na ekranach kin, lecz w normalnej, zajętej przez byt ludzki, rzeczywistości, i to w bardziej nieprzewidywalnym, opłakanym w skutkach stylu? Sequel "Terminatora", możliwe że nie powstał jako prosty, schematyczny i flagowy środek, dla ,,pogłaskania” spragnionych fantastycznych popkulturowych ,,chleba i igrzysk” entuzjastów, i zaspokojenia ich olbrzymiego głodu rozrywki, który im się udziela i zdaje się nigdy nie gasnąć. Jego drugim znaczącym celem, który wynika z głębszego podejścia do tego, co jako film przedstawia, jaki koncept zawiera i jakie wartości przesyła, jest przekazywanie ludziom – jako ogółowi Cywilizacji – swego rodzaju przestrogi, uwagi, pouczenia wobec tego, jak cienka granica dzieli globalny organizm ludzki od chęci ulepszenia świata, czy transhumanistycznego ulepszenia człowieka do realnej ,,zabawy w Boga", gdzie – nieważne czy na polu zbiorowości, czy na tkance dokonań jednostki – wszystko zaczyna ulegać odwróceniu, destabilizacji i, w nawiązaniu do pewnego fenomenu popkultury, przejścia na Ciemną Stronę Mocy. "Terminator 2: Dzień Sądu" miał postraszyć i nauczyć Cywilizację Ziemian, niedługo wchodzącą w nowe tysiąclecie, że nowe technologie i zarzewie dla nauk pojawią się, i to na pewno, a to jak je wykorzystamy, i czy stworzymy w końcu ,,samoświadomego" robota, cyborga, czy androida naśladującego swym konstruktem sylwetkę człowieka, zależy od nas samych. Bo widowisko, które przygotował dla nas James Cameron, i wypuścił w eter kin w 1991 roku, ujmując to w tym bardziej refleksyjnym i metafizycznym polu rozważań, zrealizowało ono swe zamierzenia bardzo dobrze. Bez zająknięcia wytłuściło odważną, dychotomiczną m.in. do serii filmów "Podróż do przyszłości" interpretację i adaptację nurtu ,,podróży w czasie”, które w kulturze masowej istnieją od dziesiątek lat. Na samym filmie, "Terminator 2" się nie kończy. Produkcja ma swoją adaptację książkową, której należy się dosadniej przyjrzeć, jako rozszerzeniu scenariusza obraz kinowego, jednakże na nim do końca niebazującego. Szok, postrach, panika, początkowo również niedowierzanie, ale i typowo geekowska radocha i zakłopotanie. Tak wyglądały moje reakcje na wieść o tym, że sequel "Terminatora" z 1984 roku doczekał się swojej książki. Jeszcze dziwniej, jeszcze bardziej odrębnie czułem się, gdy z dozą zaangażowania wprawionego entuzjasty popkultury i poświęcającego się swej pasji czytelnika, przysiadłem do owej nowelizacji, i z strony na stronę, od początku aż do końca tytułu, oddałem się klimatowi i specyfice pozycji, pogrążając się w lekturze na dobre. Po pierwszych kilkunastu stronach ,,upowieściowienia” sequela - choć bardziej bym powiedział, że beletrystyka przyjmuje znamiona rozwiniętego pisarsko scenariusza - autorstwa Randalla Frakesa, wprawiony w Uniwersum Terminatora czytelnik powinien być mocno zadowolony. I w takim spektrum emocjonalnych reakcji znalazłem się i ja, reagując na powieść jak najbardziej na plus, jednakże nie aż tak wylewnie czy ekspresyjnie w stylu ,,hulajdusza". Beletrystyka ta zdecydowanie przeznaczona jest dla widzów i wnikliwych fanów, którzy widzieli "Dzień Sądu" nieraz, znają film od ujęcia do ujęcia, a najlepiej, jakby byli świeżo po jego seansie. Dużą część pierwszej części powieści poświęca się post-apokaliptycznej, zdeptanej przez Skynet przyszłości: jest to kilkadziesiąt stron niezwykle realnych, barwnych, porażających faktem przelania realizmu z filmu na nowelizację opisów rzeczywistości - do czego należy zaliczyć nastroje i nastawienie członków Ruchu Oporu i ,,zwyczajnych" ludzi do obecnej sytuacji, w której ,,ludzkie ogryzki i ochłapy apokalipsy” się znajdują. Ten zabieg, ta mocna choć czasami zbyt dosadna i szczegółowa, a co za tym idzie i gubiąca się, uwypuklona rzeczywistość – to wszystko wkręca w czytelniku solidną śrubę, zaskakując go aż miło skalą takich wydatnych kreacji skynetowskiej spalonej na czarny gęsty popiół przyszłości. Przykładowo, albo tłumacz wydania, którego stałem się posiadaczem, albo sam autor w oryginalnym języku powieści to wprowadził, Terminator określany jest tu jako ,,Terminator endoszkieletowy" bądź ,,wysokiej technologii kostucha przychodząca po duszę człowieka". Co istotne, i nie można o tym nie wspomnieć na łamach recenzji nowelizacji, trzeba przyznać autorowi, czy wydawnictwu i ichniejszemu tłumaczowi, iż bardzo ciekawie prezentują się w tej formie całej treści "Dnia Sądu" takowe ,,słowne zaskoczenia”; jest to namacalną główną cechą każdej ,,powieści po filmie" – bez względu na pierwowzór, który ona, na macierz literacką, zmienia. Dla geeka i entuzjasty Terminatora i, tak dynamicznej, podobnej gałęzi tematycznej z świata fantastyki naukowej, zawsze będzie to wyjątkowym dla ,,fanowskiego serducha” smaczkiem, rozszerzeniem, czy dodatkiem, który o wiele bardziej pogłębi znajomość Uniwersum. A mamy tu multum tejże sposobności, elementów: od podania, jak na tacy dla fana – czego w filmie nie doświadczymy: począwszy od całego procesu funkcjonowania i budowy od skali mikro do makro modelu T-1000 a.k.a. ,,policjant Austin”, przez wątek Milesa Dysona, drugoplanowej, lecz ,,pośrednio-istotnej" postaci, naukowca pracującego nad pewnym elementem obwodu elektronicznego i zespołu procesorów, zdobytych z niezwykłej wysoko zaawansowanej sztucznej kończyny jakiegoś mechanizmu wiele lat temu odnalezionego, co poskutkuje w przyszłości stworzeniem Skynetu, a skończywszy na nakreślaniu wyglądu i odbioru poszczególnych scen z punktu widzenia określonych postaci, np. scena dramatyczno-dynamiczna w szpitalu w Pesadero w Kalifornii, gdzie starli się po raz pierwszy T-1000 z T-800, została rozpisana z pozycji widzenia tej sytuacji przez Sarę Connor a.k.a. ,,pacjentkę nr 82”. Randall Frakes nie jest nader znanym autorem; to nie Alan Dean Foster, czy Jason Fry, którzy w ,,zabiegach nowelizacyjnych” odnajdują się dość dobrze. Frakes ofiarował społeczności fanów coś specjalnie dla nich – coś, co z punktu widzenia funkcjonowania tego literackiego bytu, jako płynnej powieści, nie ma tego konkretnego zastosowania i przeznaczenia. Po przeczytaniu "Dnia Sądu" osoba niezaznajomiona z Uniwersum Terminatora będzie w konsternacji i w kropce. Cóż, tytuł ten, to coś tylko dla fanów ,,książki po filmie”, dla geeków szanujących ten rodzaj kina, tą wizję Jamesa Camerona czy dla entuzjastów gustujących w rolach aktorskich Arnolda Schwarzeneggera bądź Lindy Hamilton. Beletrystyczny sequel "Terminatora" finiszuje w stylu filmu, nic bardziej szczególnego, jednak dla fanów ,,cybernetycznego killera" znajdzie się tu coś naprawdę bardzo, ale to bardzo wytwornego, okalającego dość znacznie i utrzymującego w ciągłym rytmie ich typ zainteresowań.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 7 6 lat temu
Templariusze. Tajemni strażnicy tożsamości Chrystusa Lynn Picknett
Templariusze. Tajemni strażnicy tożsamości Chrystusa
Lynn Picknett Clive Prince
Idąc za ciosem postanowiłem przeczytać kolejną książkę związaną z kościołem katolickim i jego tajemnicami. Na "Templariuszy..." Natrafiłem dość przypadkowo na tą książkę, jednak nie mogłem się jej oprzeć po przeczytaniu opisu. Niezwykle mnie zaintrygował, a sam fakt, iż książka ta była bezpośrednią inspiracją dla Dana Browna tylko dopomogła. Uwielbiam film "Kod da Vinci". Więc zasiadłem do lektury. Początek był niezwykle ciekawy, gdy badacze analizują dzieła Leonarda da Vinci i ujawniają coraz to więcej wniosków, które pokazują nam, że z pewnością artysta nie jest osobą, za którą ją braliśmy. Byłem zaskoczony na całej linii gdy nowe fakty wychodziły na jaw. Ja jestem dość osobiście zainteresowany sztuką renesansową, zarówno malarstwem, literaturą i architekturą, więc stanowiło to dla mnie dodatkową przyjemność. Nudziły mnie natomiast wiadomości o templariuszach i kolejne rozdziały, czego nie będzie można powiedzieć o następnych. Ale o tym za chwilę. Ta część, która bezpośrednio dotyczyła zakonu wydała mi się niezwykle... sucha. Brakowało atrakcyjnych faktów oraz czegoś, co mogłoby mnie zaciekawić. Mimo, że interesuje się trochę tamtejszymi czasami, tytułowi templariusze nie wywarli na mnie olbrzymiego wrażenia. No i ostatnia część książki niezwykle szokująca. Dotycząca mianowicie Marii Magdaleny, Jezusa oraz Jana Chrzciciela. Tu byłem dogłębnie zaskoczony. Nie jestem katolikiem, więc faktu te nie bolały mnie zbytnio, ale dla katolika byłoby to coś niewiarygodnego. Cały ciąg kontrowersyjnych faktów, popartych oczywiście długimi badaniami jest fascynujący, ale i zarazem zaskakujący. Czasami ciężko mi było uwierzyć w to, co jest napisane. Książka jak najbardziej godna uwagi i dająca do myślenia. Pamiętam, jak rozmyślałem, jakie konsekwencje by wynikły, gdyby sam kościół potwierdził badania naukowców. Czy rzeczywiście dzieje kościoła opierają się na skandalicznym kłamstwie? Gorąco polecam! Piotr Drwiega
Piotr Drwięga - awatar Piotr Drwięga
oceniła na 7 4 lata temu

Cytaty z książki Śladami wszechmogących

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Śladami wszechmogących


Ciekawostki historyczne