Mmmm…! Spotkanie z tą książką, to był uczta.
Może będzie dobrze, gdy powód mojego zachwytu pokażę poprzez kontrast. Żyję w czasach, gdy na pierwszych stronach internetu (kiedyś — gazet) pojawia się i jest sławiony i wzbudza żywe zainteresowanie i sensację ktoś, kto, na przykład: w czasie wielkiego koncertu na skalę światową wyszedł w samych majtkach i… usiłował zaśpiewać; ktoś, kto poprzez swoje konto na YouTube czy Facebook`u, samemu nie tworząc żadnej wartościowej treści, żadnej sztuki w postaci malarstwa, muzyki czy literatury i nie dzieląc się nią, wyśmiewa jednak potknięcia innych, parodiuje ich, o ile nie powiedzieć — ubliża im, a przez to zyskuje nawet miliony oglądających i tysiące „podążających za nim”; ktoś, kto niby przeciera szlaki „kultury i mody”, bo pokazuje taki sposób przerabiania własnego ciała (języka? ucha? nawet gałki ocznej?), jakiego świat jeszcze nie widział. Tymczasem to tylko bezwartościowy kicz, „napompowane balony”, które w kontekście prawdziwych wyzwań życiowych i prawdziwych przejawów piękna i miłości serca ludzkiego, mówiąc językiem psalmu, są „jak plewa, którą wiatr rozmiata, a która nie może się ostać” (por. Ps 1, 4–5).
Czytając relacje, pamiętnik (?) Mariusza Zaruskiego, w wielu miejscach można było czytać z rozdziawioną buzią i zadziwionymi oczami, zdając sobie sprawę, do jakich rzeczy, do jakiego heroizmu był zdolny ten człowiek.
Jako pierwsze czymś wspaniałym na kartach „Na bezdrożach tatrzańskich” jest zachwyt pana Mariusza pięknem Tatr, dowartościowanie ich ponadczasowości. I te jego komentarze, które mówią o spotkania z czymś, co nie tylko przekracza granice geograficzne, ale i ludzkie, a wreszcie jest otarciem się o mistykę! Cytaty na poparcie tego: „Tatry są naszą pustynną świątynią; z nich siła ożywcza promienieje na całą krainę, gdzie mowa polska rozbrzmiewa”; „Wartość Tatr dla naszego społeczeństwa jest niematerialnej natury. Nie lasy, nie hale, nie granit stanowią skarb bezcenny, którego strzec czujnie należy, lecz urok pustynnych tych obszarów, majestat jakiejś wielkiej świątyni przyrody”.
.
Druga perełka, którą odnalazłem w książce, to heroizm jego serca w kontekście odkrywania, badania i opisywania tychże gór. Sądzę, że my, którzy dziś doskonale wiemy: co to Tatrzański Parka Narodowy, którędy wiodą dostępne dla ogółu turystów trasy na Giewont (wchodząc od wschodu albo od zachodu; trzecia możliwa — no strony Czerwonych Wierchów 😊), w których miejscach są schroniska z noclegiem, ciepłymi posiłkami i niekiedy innymi jeszcze atrakcjami, nie tak łatwo zdajemy sobie sprawę, ile heroizmu ducha oraz ile wysiłku fizycznego wymagało udawanie się w miejsca, w których do tamtej pory nikt z turystów nie był, a które pan Zaruski wraz ze swoją kompanią nawiedził jako pierwszy. A co jeszcze bardziej zadziwiające — cześć tych odkryć, tras wycieczek albo miejsc właśnie została przez niego dokonanych zimą! Książka wyraźnie akcentuje, że w tamtych czasach, na początku XX wieku, udanie się na wycieczkę na jakiś szczyt w zimie dla niektórych było wręcz niewyobrażalne! Przez niego. Zaruskiego, zostało odkrytych też wiele jaskiń!
.
Trzecia perełka. Najcenniejsze dla mnie w tej książce było spotkanie się ze świadectwem o człowieku, który nie tylko, że zachwycał się górami jako przepięknym „echem bezkresów wieczności”, człowiekiem, który smakując „pokarm gór”, starał się przybliżać go innym, dzielił się z innymi, ale który wreszcie z niewyobrażalnym wręcz zaparciem się siebie RATOWAŁ LUDZI — niekiedy dziwnych i naiwnych turystów, którzy bez jego i jego kompanii ogromnie ofiarniczej posługi, wypraw (często nocnych i wielodniowych), niechybnie zginęliby. Uważam, że należy to podkreślić szczególnie w kontekście naszych czasów, w których spotykamy zachwyt jakimś napompowanym kiczem pseudokultury, w których wysoki poziom egoistycznej konsumpcji niestety skutecznie zablokował w wielu ludziach zdolność i chęć dzielenia się tym, co piękne i wartościowe, w których przesycenie obrazami okrucieństwa i przemocy stępiło wrażliwość na cierpienie, a nawet zagrożenie życia, którego doświadcza człowiek obok nas będący.
Czy każdemu z nas, który — o ile to możliwe — nawet co roku udajemy się w Tatry jest jasne, że ten trzeci akcent, wielkość serca pana Mariusza, zaowocowała powstaniem GOPR`u, Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego? Czy dziś, słysząc w górach odgłos helikoptera spieszącego komuś na ratunek, wszyscy mamy przed oczyma choćby jedną z wypraw pana Mariusza, która jemu i kompanom groziła nie tylko utratą zdrowia, ale i życia?
Aby wzmocnić wartość jego wkładu w powstanie tego, co dla nas dziś jest oczywiste i może nie wzbudza najmniejszego poczucia sensacji, podzielę się tym, co następuje. Najbardziej wstrząsający w całej książce był dla mnie opis tej wyprawy pana Mariusza dla ratowania nieszczęsnych wycieczkowiczów, w której on i towarzysz doszli do takiego wyczerpania (fizycznego, ale i psychicznego), że omal sami nie umarli. Nota bene! — w niedalekiej odległości od tego, którego przyszli ratować. I wtedy, jak czytamy, zapadła drastyczna decyzja: aby obok martwego turysty nie pozostały jeszcze dwa ciała samych ratowników — konieczny jest odwrót… Wydaje mi się, że każdy, kto czyta takie świadectwo, będzie inaczej myślał o górskich ratownikach czy odgłosie helikoptera, gdyż będzie wiedział, co dzieło się kiedyś, a było doświadczeniem autora książki, i co doprowadziło do powstania wspomnianej służby.
.
Jeszcze jedno. Poprzez lekturę tej książki czytelnik może odnaleźć impuls, którym — dzięki swemu potężnemu doświadczeniu tatrzańskiemu — Mariusz Zaruski zapewne chętnie poruszyłby młode pokolenie, ale także i innych, starszych, a dzięki któremu KSZTAŁTOWAŁBY SIĘ CZŁOWIEK: człowiek zahartowany, odważny, silny duchem i odpowiedzialny. W opowieści autora można zauważyć, że już wtedy ubolewał on nad słabą kondycją (psychiczną, moralną) człowieka. Co powiedziałby w czasach, gdy heroiczności niektórych była i jest kształtowana przez „odwagę” potrzebną do klikania w świecie gry komputerowej, albo przez niby odważne nocne, nie pozwalające innym spać wojaże na motorze przez środek wielkiego miasta? Dla niego nawet sala sportowa jawi się jako coś niewystarczające do formowania człowieka prawdziwie odważnego i zahartowanego duchem. Cytaty: „Istotą taternictwa jest walka. Walka z przeciwnościami i niebezpieczeństwami świata tatrzańskiego; w konkluzji ostatecznej - walka z samym sobą. I z tego też powodu nie jest ono sportem. Albowiem treścią sportu każdego jest wyścig, w zdobycie rekordu, zwyciężenie innego człowieka. Tu zaś idzie o zdobycie turni i zwyciężenie siebie samego”; „Niebezpieczeństwo, grożące życiu, budzi instynktowny opór, powoduje walkę, a ta jest niczym innym jak ćwiczeniem, doprowadzonym do granic doskonałości w odniesieniu, naturalnie, do sił danej jednostki”. Oczywiście nie znaczy to, aby autor książki zachęcał nas do udania się w Tatry i wyszukiwania ekstremalnych sytuacji ku zagrożeniu zdrowia i życia. Chce on raczej powiedzieć, iż prawdziwość i głębokość tatrzańskiego doświadczenia jest szkołą życia o wiele większej wartości niż jakikolwiek sport czy ćwiczenia, których my, w przewadze „miejscy turyści” się chwytamy. Cytat? „...stwierdzam tylko fakt, że alpinizm wszelaki bez porównania dalej sięga w głąb jaźni współczesnego kulturalnego człowieka, niż on sam nieraz przypuszcza, i nie jest ani sportem, ani środkiem pedagogicznym, ale bezpośrednio z bezkresów wieczności wypływa”.
.
Uważam, że dla tych, co choć trochę otarli się o Tatry albo inne góry i doświadczyli tego swoistego „mysterium tremendum et fascinosum” (→ tajemnicy strasznej, ale i fascynującej), książka Mariusza Zaruskiego „Na bezdrożach tatrzańskich” będzie świetną pozycją dla lektury, ale i następujących po niej przemyśleń.
.
Na deser jeszcze jeden cytat. Dla uśmiechu, ale i dla czegoś więcej:
- Kto są ci panowie z grubymi linami, czy to są kominiarze?
- Nie, panie, to są turyści.
- Co robią panowie turyści?
- Chodzą po górach.
- Dlaczego oni chodzą po górach, czy szukają złota lub skarbów?
- Zgadłeś pan. Szukają skarbów, ukrytych w kształtach górskiej przyrody, widokiem tych skarbów napawają swe oczy, niewysłowiony czar ich wchłaniają całą treścią swej duszy do ostatniej kropelki, do dna - zupełnie tak, jak przed chwilą wchłonąłeś pan piwo ze swego kufla. Różnica w tym tylko, że kufel pański teraz już próżny, skarby gór zaś są niewyczerpane: odnawiają się wiecznie, z każdym słońcem wschodzącym powstają do nowego życia jak feniks ze śmiertelnych popiołów, bo one żyją, panie, i góry żyją.
.
ks. Paweł Kamola
Opinia
Troszkę czegoś innego się spodziewałem. Myślałem, że więcej będzie o samych Bieszczadach, natomiast połowa książki to wspomnienia autora z młodości w PRL-u. Ale nie szkodzi. Potocki operuje takim językiem, że aż chce się czytać, a że dodatkowo ma nietuzinkową osobowość, więc jego wspomnienia nie są nudne.
To co dotyczy samych Bieszczadów też jest ciekawe. Reportaże są bardzo zróżnicowane tematycznie. Opowiadają m. in. historię życia mieszkańca jednej z wsi, opisują działania UPA i niechlubne działania Wojska Polskiego w jej zwalczaniu. Są tu też reportaże o bieszczadzkich szlakach Karola Wojtyły, solińskiej „plaży nieboszczyków", czy też historie wyburzonych cerkwi.
Mimo, iż książka jest tematycznie bardzo zróżnicowana, to czytałem ją z zainteresowaniem.
Troszkę czegoś innego się spodziewałem. Myślałem, że więcej będzie o samych Bieszczadach, natomiast połowa książki to wspomnienia autora z młodości w PRL-u. Ale nie szkodzi. Potocki operuje takim językiem, że aż chce się czytać, a że dodatkowo ma nietuzinkową osobowość, więc jego wspomnienia nie są nudne.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo co dotyczy samych Bieszczadów też jest ciekawe. Reportaże są...