Przystanek Bieszczady. Bez cenzury

Okładka książki Przystanek Bieszczady. Bez cenzury
Andrzej Potocki Wydawnictwo: Carpathia publicystyka literacka, eseje
284 str. 4 godz. 44 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Data wydania:
2013-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2008-01-01
Liczba stron:
284
Czas czytania
4 godz. 44 min.
Język:
polski
ISBN:
9788362076529
Średnia ocen

                7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Przystanek Bieszczady. Bez cenzury w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Przystanek Bieszczady. Bez cenzury

Średnia ocen
7,1 / 10
44 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
998
400

Na półkach: , , ,

Troszkę czegoś innego się spodziewałem. Myślałem, że więcej będzie o samych Bieszczadach, natomiast połowa książki to wspomnienia autora z młodości w PRL-u. Ale nie szkodzi. Potocki operuje takim językiem, że aż chce się czytać, a że dodatkowo ma nietuzinkową osobowość, więc jego wspomnienia nie są nudne.
To co dotyczy samych Bieszczadów też jest ciekawe. Reportaże są bardzo zróżnicowane tematycznie. Opowiadają m. in. historię życia mieszkańca jednej z wsi, opisują działania UPA i niechlubne działania Wojska Polskiego w jej zwalczaniu. Są tu też reportaże o bieszczadzkich szlakach Karola Wojtyły, solińskiej „plaży nieboszczyków", czy też historie wyburzonych cerkwi.
Mimo, iż książka jest tematycznie bardzo zróżnicowana, to czytałem ją z zainteresowaniem.

Troszkę czegoś innego się spodziewałem. Myślałem, że więcej będzie o samych Bieszczadach, natomiast połowa książki to wspomnienia autora z młodości w PRL-u. Ale nie szkodzi. Potocki operuje takim językiem, że aż chce się czytać, a że dodatkowo ma nietuzinkową osobowość, więc jego wspomnienia nie są nudne.
To co dotyczy samych Bieszczadów też jest ciekawe. Reportaże są...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

147 użytkowników ma tytuł Przystanek Bieszczady. Bez cenzury na półkach głównych
  • 93
  • 53
  • 1
39 użytkowników ma tytuł Przystanek Bieszczady. Bez cenzury na półkach dodatkowych
  • 22
  • 9
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Przystanek Bieszczady. Bez cenzury

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936 Kazimierz Nowak
Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936
Kazimierz Nowak
Co za wyczerpująca wyprawa. Wyczyn godny podziwu i trochę przerażający. Na pewno Kazimierz Nowak był samotnikiem i trochę dziwakiem, ale dokonał wiele. W imię czego? Sam sobie wyznaczył cel, z ciekawości świata, pokonania nieznanego, poznania Afryki i siebie samego. Długo był sam ze sobą. Jego spostrzeżenia są całkiem dzisiejsze, te o kolonializmie i globalizacji. Niesamowite. Trochę szkoda, że częściej nie dał się uwieść wygodom, nie pozwalał sobie na odpoczynek. Podróż była mordercza. Pod koniec czuć już wielkie zmęczenie, zgorzknienie i niecierpliwość autora. Już parł do domu. Książka słuchana. Trochę taka poszatkowana i brakuje pomysłu na spięcie całości. Zebrał, opracował i wstępem opatrzył Łukasz Wierzbicki. Sam Nowak jej nie zdążył napisać i wydać, nie wybrał swoich tekstów i nie zredagował. Dlatego musiała powstać z tego, co już było. Wielkie ukłony dla Łukasza Wierzbickiego za jego wkład i popularyzację. Tak sobie myślę, że człowiek, który odbywa tak niezwykłą wyprawę, już nigdy by nie zagrzał miejsca. Gdyby nie jego przedwczesna śmierć, wędrowałby po świecie. Gdyby miał taki dryg do gawędy jak Tony Halik, byłby bardzo uznany i sławny. Kiedy wysłuchałam końcowy komentarz, zrobiło się smutno, ale też wzruszająco. Nowak wrócił wyczerpany, tak samo biedny jak wyruszył. Miał serie spotkań i pokazów. Był zmęczony i chory. Po roku zmarł. Mam nadzieję, że ten niepozorny podróżnik zdobędzie większą uwagę i sławę.
lubbe - awatar lubbe
ocenił na 7 21 godzin temu
Na bezdrożach tatrzańskich Mariusz Zaruski
Na bezdrożach tatrzańskich
Mariusz Zaruski
Mmmm…! Spotkanie z tą książką, to był uczta. Może będzie dobrze, gdy powód mojego zachwytu pokażę poprzez kontrast. Żyję w czasach, gdy na pierwszych stronach internetu (kiedyś — gazet) pojawia się i jest sławiony i wzbudza żywe zainteresowanie i sensację ktoś, kto, na przykład: w czasie wielkiego koncertu na skalę światową wyszedł w samych majtkach i… usiłował zaśpiewać; ktoś, kto poprzez swoje konto na YouTube czy Facebook`u, samemu nie tworząc żadnej wartościowej treści, żadnej sztuki w postaci malarstwa, muzyki czy literatury i nie dzieląc się nią, wyśmiewa jednak potknięcia innych, parodiuje ich, o ile nie powiedzieć — ubliża im, a przez to zyskuje nawet miliony oglądających i tysiące „podążających za nim”; ktoś, kto niby przeciera szlaki „kultury i mody”, bo pokazuje taki sposób przerabiania własnego ciała (języka? ucha? nawet gałki ocznej?), jakiego świat jeszcze nie widział. Tymczasem to tylko bezwartościowy kicz, „napompowane balony”, które w kontekście prawdziwych wyzwań życiowych i prawdziwych przejawów piękna i miłości serca ludzkiego, mówiąc językiem psalmu, są „jak plewa, którą wiatr rozmiata, a która nie może się ostać” (por. Ps 1, 4–5). Czytając relacje, pamiętnik (?) Mariusza Zaruskiego, w wielu miejscach można było czytać z rozdziawioną buzią i zadziwionymi oczami, zdając sobie sprawę, do jakich rzeczy, do jakiego heroizmu był zdolny ten człowiek. Jako pierwsze czymś wspaniałym na kartach „Na bezdrożach tatrzańskich” jest zachwyt pana Mariusza pięknem Tatr, dowartościowanie ich ponadczasowości. I te jego komentarze, które mówią o spotkania z czymś, co nie tylko przekracza granice geograficzne, ale i ludzkie, a wreszcie jest otarciem się o mistykę! Cytaty na poparcie tego: „Tatry są naszą pustynną świątynią; z nich siła ożywcza promienieje na całą krainę, gdzie mowa polska rozbrzmiewa”; „Wartość Tatr dla naszego społeczeństwa jest niematerialnej natury. Nie lasy, nie hale, nie granit stanowią skarb bezcenny, którego strzec czujnie należy, lecz urok pustynnych tych obszarów, majestat jakiejś wielkiej świątyni przyrody”. . Druga perełka, którą odnalazłem w książce, to heroizm jego serca w kontekście odkrywania, badania i opisywania tychże gór. Sądzę, że my, którzy dziś doskonale wiemy: co to Tatrzański Parka Narodowy, którędy wiodą dostępne dla ogółu turystów trasy na Giewont (wchodząc od wschodu albo od zachodu; trzecia możliwa — no strony Czerwonych Wierchów 😊), w których miejscach są schroniska z noclegiem, ciepłymi posiłkami i niekiedy innymi jeszcze atrakcjami, nie tak łatwo zdajemy sobie sprawę, ile heroizmu ducha oraz ile wysiłku fizycznego wymagało udawanie się w miejsca, w których do tamtej pory nikt z turystów nie był, a które pan Zaruski wraz ze swoją kompanią nawiedził jako pierwszy. A co jeszcze bardziej zadziwiające — cześć tych odkryć, tras wycieczek albo miejsc właśnie została przez niego dokonanych zimą! Książka wyraźnie akcentuje, że w tamtych czasach, na początku XX wieku, udanie się na wycieczkę na jakiś szczyt w zimie dla niektórych było wręcz niewyobrażalne! Przez niego. Zaruskiego, zostało odkrytych też wiele jaskiń! . Trzecia perełka. Najcenniejsze dla mnie w tej książce było spotkanie się ze świadectwem o człowieku, który nie tylko, że zachwycał się górami jako przepięknym „echem bezkresów wieczności”, człowiekiem, który smakując „pokarm gór”, starał się przybliżać go innym, dzielił się z innymi, ale który wreszcie z niewyobrażalnym wręcz zaparciem się siebie RATOWAŁ LUDZI — niekiedy dziwnych i naiwnych turystów, którzy bez jego i jego kompanii ogromnie ofiarniczej posługi, wypraw (często nocnych i wielodniowych), niechybnie zginęliby. Uważam, że należy to podkreślić szczególnie w kontekście naszych czasów, w których spotykamy zachwyt jakimś napompowanym kiczem pseudokultury, w których wysoki poziom egoistycznej konsumpcji niestety skutecznie zablokował w wielu ludziach zdolność i chęć dzielenia się tym, co piękne i wartościowe, w których przesycenie obrazami okrucieństwa i przemocy stępiło wrażliwość na cierpienie, a nawet zagrożenie życia, którego doświadcza człowiek obok nas będący. Czy każdemu z nas, który — o ile to możliwe — nawet co roku udajemy się w Tatry jest jasne, że ten trzeci akcent, wielkość serca pana Mariusza, zaowocowała powstaniem GOPR`u, Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego? Czy dziś, słysząc w górach odgłos helikoptera spieszącego komuś na ratunek, wszyscy mamy przed oczyma choćby jedną z wypraw pana Mariusza, która jemu i kompanom groziła nie tylko utratą zdrowia, ale i życia? Aby wzmocnić wartość jego wkładu w powstanie tego, co dla nas dziś jest oczywiste i może nie wzbudza najmniejszego poczucia sensacji, podzielę się tym, co następuje. Najbardziej wstrząsający w całej książce był dla mnie opis tej wyprawy pana Mariusza dla ratowania nieszczęsnych wycieczkowiczów, w której on i towarzysz doszli do takiego wyczerpania (fizycznego, ale i psychicznego), że omal sami nie umarli. Nota bene! — w niedalekiej odległości od tego, którego przyszli ratować. I wtedy, jak czytamy, zapadła drastyczna decyzja: aby obok martwego turysty nie pozostały jeszcze dwa ciała samych ratowników — konieczny jest odwrót… Wydaje mi się, że każdy, kto czyta takie świadectwo, będzie inaczej myślał o górskich ratownikach czy odgłosie helikoptera, gdyż będzie wiedział, co dzieło się kiedyś, a było doświadczeniem autora książki, i co doprowadziło do powstania wspomnianej służby. . Jeszcze jedno. Poprzez lekturę tej książki czytelnik może odnaleźć impuls, którym — dzięki swemu potężnemu doświadczeniu tatrzańskiemu — Mariusz Zaruski zapewne chętnie poruszyłby młode pokolenie, ale także i innych, starszych, a dzięki któremu KSZTAŁTOWAŁBY SIĘ CZŁOWIEK: człowiek zahartowany, odważny, silny duchem i odpowiedzialny. W opowieści autora można zauważyć, że już wtedy ubolewał on nad słabą kondycją (psychiczną, moralną) człowieka. Co powiedziałby w czasach, gdy heroiczności niektórych była i jest kształtowana przez „odwagę” potrzebną do klikania w świecie gry komputerowej, albo przez niby odważne nocne, nie pozwalające innym spać wojaże na motorze przez środek wielkiego miasta? Dla niego nawet sala sportowa jawi się jako coś niewystarczające do formowania człowieka prawdziwie odważnego i zahartowanego duchem. Cytaty: „Istotą taternictwa jest walka. Walka z przeciwnościami i niebezpieczeństwami świata tatrzańskiego; w konkluzji ostatecznej - walka z samym sobą. I z tego też powodu nie jest ono sportem. Albowiem treścią sportu każdego jest wyścig, w zdobycie rekordu, zwyciężenie innego człowieka. Tu zaś idzie o zdobycie turni i zwyciężenie siebie samego”; „Niebezpieczeństwo, grożące życiu, budzi instynktowny opór, powoduje walkę, a ta jest niczym innym jak ćwiczeniem, doprowadzonym do granic doskonałości w odniesieniu, naturalnie, do sił danej jednostki”. Oczywiście nie znaczy to, aby autor książki zachęcał nas do udania się w Tatry i wyszukiwania ekstremalnych sytuacji ku zagrożeniu zdrowia i życia. Chce on raczej powiedzieć, iż prawdziwość i głębokość tatrzańskiego doświadczenia jest szkołą życia o wiele większej wartości niż jakikolwiek sport czy ćwiczenia, których my, w przewadze „miejscy turyści” się chwytamy. Cytat? „...stwierdzam tylko fakt, że alpinizm wszelaki bez porównania dalej sięga w głąb jaźni współczesnego kulturalnego człowieka, niż on sam nieraz przypuszcza, i nie jest ani sportem, ani środkiem pedagogicznym, ale bezpośrednio z bezkresów wieczności wypływa”. . Uważam, że dla tych, co choć trochę otarli się o Tatry albo inne góry i doświadczyli tego swoistego „mysterium tremendum et fascinosum” (→ tajemnicy strasznej, ale i fascynującej), książka Mariusza Zaruskiego „Na bezdrożach tatrzańskich” będzie świetną pozycją dla lektury, ale i następujących po niej przemyśleń. . Na deser jeszcze jeden cytat. Dla uśmiechu, ale i dla czegoś więcej: - Kto są ci panowie z grubymi linami, czy to są kominiarze? - Nie, panie, to są turyści. - Co robią panowie turyści? - Chodzą po górach. - Dlaczego oni chodzą po górach, czy szukają złota lub skarbów? - Zgadłeś pan. Szukają skarbów, ukrytych w kształtach górskiej przyrody, widokiem tych skarbów napawają swe oczy, niewysłowiony czar ich wchłaniają całą treścią swej duszy do ostatniej kropelki, do dna - zupełnie tak, jak przed chwilą wchłonąłeś pan piwo ze swego kufla. Różnica w tym tylko, że kufel pański teraz już próżny, skarby gór zaś są niewyczerpane: odnawiają się wiecznie, z każdym słońcem wschodzącym powstają do nowego życia jak feniks ze śmiertelnych popiołów, bo one żyją, panie, i góry żyją. . ks. Paweł Kamola
xPaavils Kamola - awatar xPaavils Kamola
oceniła na 8 11 dni temu
Zielony Konstanty Kira Gałczyńska
Zielony Konstanty
Kira Gałczyńska
"O, zielony Konstanty, o, srebrna Natalio! Cała wasza wieczerza dzbanuszek z konwalią; wokół dzbanuszka skrzacik chodzi z halabardą, broda siwa, lecz dobrze splamiona musztardą, widać, podjadł, a wyście przejedli i fanty - O, Natalio zielona, o, srebrny Konstanty." Od zawsze bardzo lubiłam twórczość Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, mam u siebie pięciotomowy zbiór jego Dzieł, na które składają się: poezje, proza, próby teatralne oraz przekłady (w tym nawet z chińskiego). Bardzo często wracam do tych książek, co zresztą po nich nieco widać. Jednak biografia poety to już zupełnie co innego. A jeszcze biografia napisana przez córkę. Książka jest bardzo ciekawa, pokazuje nam życie niespotykanie wrażliwego poety oraz jego miłości do żony, Natalii. Córka Kira zawarła w niej nie tylko podstawowe elementy z życiorysu ojca, lecz są tu również żartobliwe historie jak również ciekawe spostrzeżenia. Bardzo mądrze i z miłością opowiada nam o tych czasach, w których żył, tworzył, zachwycał, rozśmieszał a także wzbudzał podziw i niejednokrotnie nawet konsternację. Możliwe, że niektórym może się wydawać podejście córki do tematu ojca bardzo subiektywne i zbyt osobiste, to jednak myślę, że opowieść o kimś, kogo się znało osobiście, z którym dzieliło się życie jest z pewnością bardziej jakby to powiedzieć prawdziwe, bardziej szczere, bardziej wiarygodne. Chociaż nie jestem do końca przekonana, czy to właśnie dzieci powinny pisać biografie swoich rodziców, gdyż pisanie o matce ("Srebrna Natalia") lub ojcu może być obarczone ryzykiem właśnie subiektywizmu, bo chcąc oddać chwałę i cześć swoim bliskim, można jednocześnie napisać zbyt dużo pochwalnych słów, wybielając i upiększając a pomijając i przemilczając jednocześnie te niewygodne i trudne zdarzenia i fakty. Kira Gałczyńska moim zdaniem bardzo dobrze spełniła swoje zadanie. Zresztą jako córka miała prawo do napisania takiej a nie innej biografii. Dla mnie Gałczyński do dzisiaj jest jednym z ulubionych poetów, może dlatego, że już w szkole zastałam jakby "zarażona" Teatrzykiem "Zielona Gęś", którego fragmenty przedstawialiśmy na różnego rodzaju akademiach. Zresztą nie tylko te z "Zielonej Gęsi", inne również. Może dla współczesnej młodzieży Gałczyński jest dziwny i niezrozumiały, ale jeżeli ktoś nie jest tylko ciągle zabiegany a mający jakikolwiek kontakt z poezją, naturą oraz z poczuciem humoru to na pewno odnajdzie w twórczości poety coś dla siebie. Zaletą tej książki są fotografie oraz masa cytatów z utworów poety, które mogą potwierdzić jego klasę i wielkość. Warto znać jego twórczość... i życie. Konstanty Gałczyński prowadził barwne życie obfitujące w ciekawe zdarzenia, lepsze i gorsze czasy. Polecam, a dla kompletu myślę, że warto przeczytać również "Srebrną Natalię"
Myszka - awatar Myszka
oceniła na 7 3 lata temu
Humor w genach Hanna Zborowska z Kobuszewskich
Humor w genach
Hanna Zborowska z Kobuszewskich
Hanna Zborowska z Kobuszewskich w zabawny, jak na tytuł książki przystało, opisała swoje dorastanie. Hania to nietuzinkowa osóbka, skora do psot, odkrywania świata, przekraczania granic. To kobieta o niepohamowanej energii i ciekawości życia, niepokorna, uparta w swoich postanowieniach. Hania lubiła empirycznie sprawdzać i doświadczać, co często miało skomplikowane konsekwencje, niemniej nie zrażała się łatwo. Szukająca przygód, ciekawska, poszukująca sensacji w sprawach niezrozumiałych, zwłaszcza kiedy były dla niej zakazane. Zakochana najpierw w swoim młodszym braciszku Jasiu, potem w nauczycielce i wreszcie w Rudym, który będzie przewijał się w jej życiu niejednokrotnie. Z początku urwiska, utrapienie matki, znajduje swoją pasję i misję życiową, kończy studia i staje się stateczną naukowczynią. Życie Hanny przypadło na lata międzywojnia i po II Wojnie Światowej. Przez pryzmat swoich przeżyć poznajemy Warszawę począwszy od Bródna i Śródmieścia, by podczas wojny przenieść się na Pragę. Dowiadujemy się, że na lato jeździło się do Strugi, która to dzisiaj jest częścią Marek pod Warszawą, a kiedyś była miejscem odpoczynku letniego dla Warszawiaków. Autorka napisała swoje wspomnienia z humorem, czułością i miłością do swojej rodziny. Warto zatopić się w ten świat opisany przez autorkę, dać się ponieść jej wybrykom, uroczym wariactwom, urzekającym pomysłom i oddaniu.
Agnieszka - awatar Agnieszka
oceniła na 7 3 lata temu
Marek Grechuta. Portret artysty Wojciech Majewski
Marek Grechuta. Portret artysty
Wojciech Majewski
Moja ocena: 6,4/10 Doskonale pamiętam moment, gdy po raz pierwszy wpadła mi w ucho piosenka jednego z najważniejszych polskich muzyków. Było to podczas kultowej sceny kończącej film Chłopaki nie płaczą. Z czasem poznałem kolejne piękne utwory, jednak kunszt Marka Grechuty w pełni doceniłem dopiero jako dorosły człowiek. Książka Wojciecha Majewskiego — skądinąd również znakomitego muzyka — jest pozycją dość specyficzną. Z racji swojej profesji autor skupia się przede wszystkim na analizie twórczości Marka Grechuty, omawiając kolejne albumy oraz to, jak jego muzyka zmieniała się wraz z upływem lat. Z pewnością jest to książka, która przypadnie do gustu adeptom szkół muzycznych oraz osobom obeznanym z terminologią muzyczną. Czytelnicy nieposiadający takiej wiedzy, zwłaszcza w zakresie warsztatu wokalnego i instrumentalnego, mogą momentami poczuć się nieco zagubieni. Ci natomiast, którzy szukają w tej książce pogłębionej opowieści o samym Marku Grechucie i jego życiu prywatnym, mogą odczuć pewien niedosyt. Nie zmienia to faktu, że pozycja jest bardzo dobrze napisana, a Wojciech Majewski wykonał ogromną pracę badawczą. Skupił się jednak niemal wyłącznie na artystycznym aspekcie działalności Grechuty — i w tym obszarze można śmiało powiedzieć, że czytelnik zostaje w pełni usatysfakcjonowany. Książkę polecam, choć sam z pewnością sięgnę jeszcze po inną biografię Marka Grechuty, bardziej skoncentrowaną na jego życiu prywatnym jako dopełnienie historii tego wybitnego artysty i melorecytatora. zapraszam po inne recenzje i polecajki oraz haul na bookstagram https://www.instagram.com/libroholic87/
Kamil - awatar Kamil
ocenił na 6 2 miesiące temu
Bieszczady w PRL-u. Część 2 Krzysztof Potaczała
Bieszczady w PRL-u. Część 2
Krzysztof Potaczała
Świetne reportaże o moich ukochanych Bieszczadach. Regionalny patriotyzm każe mi twierdzić, że te teksty są rewelacyjne. Większość z nich mówi o czasach, których nie mogę pamiętać, np. o hipisowskiej osadzie i próbach leczenia narkomanów w osadzie Caryńskie lub o budowie Chaty Socjologa. Niektóre opowiadają o tym, co sama pamiętam np. o pociągu z Przemyśla do Zagórza, który przejeżdżał przez teren ZSRR. Kilkakrotnie jechałam tym pociągiem. I było tak, jak pisze autor. Na granicy wchodzili radzieccy żołnierze. Stali na schodach i pilnowali, a pociąg nawet nie zatrzymywał się na żadnej stacji. Pilnowali tak, jakby ktoś chciał do nich uciec! Bardzo ciekawy był też dla mnie reportaż o pomniku Świerczewskiego w Jabłonkach koło Baligrodu. Ile razy ja tam byłam! W PRL-u na szkolnej wycieczce. Gdy jesienią 2017 roku szłam szlakiem na Łopiennik, zdziwiłam się bardzo, że pomnik jeszcze stoi. Tyle lat po zmianie systemu. Ale w 2018 zniknął. Mogłabym tak zachwycać się każdym reportażem, bo znam miejsca, o których autor pisze. Niemal wszędzie byłam i to wielokrotnie. Dlatego tak bardzo mi się ta książka podoba. W mojej bibliotece na półce z napisem: "Regionalne" znajduje się jeszcze kilka książek autora. Zamierzam przeczytać wszystkie. Bardzo polecam książkę, nie tylko tym z Podkarpacia, ale wszystkim miłośnikom Bieszczad i historii.
Anna - awatar Anna
oceniła na 8 3 lata temu

Cytaty z książki Przystanek Bieszczady. Bez cenzury

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Przystanek Bieszczady. Bez cenzury