Zagubiony wątek. Historia starożytności oraz kobiet, które ją tworzyły
Jestem rozczarowana. Wprawdzie książkę dobrze się czyta, jest bardzo sprawnie napisana, rozumiem, ze to tylko pozycja popularnonaukowa, ale mnie tu ewidentnie brakowało konsultacji z kulturoznawcą lub historykiem kultury. Bo jak się na rolę polityczną kobiety popatrzy od strony kulturowej, to wychodzą ciekawsze rzeczy. Mianowicie kultury matriarchalne lub matrylinearne były i są rzadkością ogólnie nie wiadomo dlaczego. Brak w tej książce uwzględnienie niejednolitego stosunku do kobiet wśród bardzo zróżnicowanych kulturowo plemiennie Greków. Czym innym był status kobiety w Starożytnej Sparcie, czym innym w Atenach, a już w ogóle czymś odrębnym w greckich miastach-państwach w Azji mniejszej, gdzie dominowały wpływy perskiej kultury i organizacji społecznej. W sumie nie wiadomo, czy kobiety, które Platon spotykał na dworze tyrana Koryntu na wygnaniu były wysokiej, może najwyższej klasy luksusowymi prostytutkami czy po prostu damami dworu, bo w Atenach tzw. przyzwoite kobiety nie przebywały razem z mężczyznami, nie uczestniczyły w życiu publicznym w ogóle, mieszkały też osobno. Brak też zróżnicowania społecznego w statusie kobiet. Więcej mogły bogate patrycjuszki, a znacznie mniej kobiety wolne z niższych szczebli społecznych. Brak kilku wniosków, o które aż się prosi, żeby je wyprowadzić. Przede wszystkich chodzi o to, że walka o władzę dotyczy również kobiet, nie tylko mężczyzn bez względu na rodzaj organizacji społecznej. Kobiety walczyły o nią i walczą tak samo jak mężczyźni, inaczej natomiast wygląda sposób jej sprawowania. W świecie starożytnych Greków i Rzymian w ogóle nie było stanowiska królowej czy cesarzowej, tak jak nie było królów i cesarzy w naszym rozumieniu. Cesarz nie był boskim pomazańcem, choć bywał najwyższym kapłanem, czasami bogiem, ale zazwyczaj po śmierci. Senat powierzał mu imperium, czyli zgodę na sprawowanie władzy, co nie obejmowało jego żony czy matki. Pozbawione praw obywatelskich Greczynki i Rzymianki musiały mieć opiekuna prawnego, były, jak to ujął był Napoleon Bonaparte "wieczyście" nieletnie". Co nie znaczy, że nie były żądne władzy ani ze jej nie miały. Opiekuna prawnego też można wykorzystać do tego, by za jego pośrednictwem sprawować władzę i to też jest władza. Właśnie o takiej jest mowa w tej książce. Nie wiem, czy to koncepcja autorki czy wątpliwa zasługa tłumacza, skądinąd bardzo dobrego, ale wywodowi się to nie przysłużyło. Uparte szukanie bezpośredniej władzy kobiet wśród systemów, w których nigdy oficjalnie jej nie było jest, moim zdaniem, delikatnie mówiąc pomyłką, Autorka szuka uparcie dowodów na bezpośrednią polityczną władzę kobiet wśród społeczeństw, w których nawet taka władza przyznawana mężczyznom miała spore ograniczenia w postaci parlamentu, zgromadzenia ludowego, wreszcie organizacji wojskowej i społecznej. Władzę w Grecji i Rzymie sprawowali obieralni urzędnicy, a nie było wśród nich kobiet, choć nieliczne kobiece urzędy były. Jak rządziły kobiety? Poprzez mężów, synów i kochanków, choć niekoniecznie niewidoczne publicznie. Niemniej jednak na te, które ośmieliły się zarządzić coś same, jak Agryppina Starsza, choć uczyniły to dobrze, nie spadał deszcz zaszczytów, lecz kar, z ciężką chłostą włącznie jakby miały one zachwiać państwowością rzymską w jej posadach. Jest w ogóle rzeczą zastanawiającą, dlaczego wszystkie właściwie społeczeństwa i państwa zorganizowane są wokół niesamodzielności, bierności i podporządkowania kobiet i to tylko dlatego, że "tak było zawsze". Podobnie władza kobiet nie budzi sprzeciwów dopóki nie jest władzą jawną. Jeśli wsią rządzi żona sołtysa w jego imieniu nikt nie protestuje, ale jeśli sama chce zostać sołtysem może mieć spore problemy. Ten przymus niejawności władzy kobiet, nietolerowania żadnych przejawów samodzielnego jej sprawowania jest ciekawy i zastanawiający, tym bardziej, że objawiał się już w starożytności oskarżeniami o czary oraz procesami o czary.
Niewiele tu odkryć. W zakresie roli kobiet i ich władzy w społecznosci Greków i Rzymian napisano tomy. Polecam pracę Andrzeja Wypustka oraz bardzo ciekawą pozycję: "Wszystkie trupy prowadzą do Rzymu", w której omawia się sytuację kobiet wolnych, ale niebędących damami ze sfer najwyższych cesarstwa. Nie podoba mi się ciągota autorki do wybielania postaci kobiecych, co mnie złości, bo moim zdaniem sytuuje je w jednoznacznej roli ofiary. Bardzo wątpię, czy Liwia, żona Oktawiana Augusta widziała się w roli bezbronnej niewinnej ofiary. To raczej inni mogli być jej ofiarami. Wprawdzie jako żona Princepsa nie miała władzy jako takiej, ale jako jego najbardziej zaufana doradczyni miała olbrzymi wpływ na losy jego i swojej rodziny, a tym samym państwa. Zdobyła sobie wpływ na rozdawnictwo przywilejów i urzędów, decydowała o polityce dynastycznej, czy raczej zręcznie manipulowała Augustem. Naprawdę trudno nie dostrzec, że Livia pozbyła się wszystkich członków rodziny Oktawiana. Ostatecznie na placu boju pozostała ona sama i jej jedynak Tyberiusz. Jedna z najsłynniejszych zasad prawa rzymskiego głosi, iż ten jest winien zbrodni, kto odnosi największą korzyść. A Livia ją odniosła: doprowadziła do tego, że Oktawian praktycznie został sam, po to by Livia mogła sprawować władzę wprawdzie z tylnego siedzenia, ale już bez ograniczeń oraz żeby mogła ją sprawować po śmierci męża manipulując synem. Nie byłabym taka pewna w usprawiedliwianiu jej, że nie stała za zesłaniami obu Julii i Postumusa, a przy okazji i Owidiusza oraz przyspieszeniu zejścia Augusta z tego świata, żeby na przykład nie rozmyślił i nie wyznaczył kogoś innego poza Tyberiuszem na swojego następcę. Tyberiuszem Livia mogłaby w swym zamyśle kierować bez przeszkód, wszak nikt, tak jak matka, nie ma takiej władzy na dzieckiem, władzy absolutnej. Z jakiegoś powodu Tyberiusz paranoicznie bał się matki, nienawidził jej wręcz, podobnie jak wielu innych kobiet ze swojego otoczenia. Wiedział, że dla nich jest tylko narzędziem sprawowania władzy. Być może owe damy ze sfer cesarskich i senatorskich grały w politycznej grze męskimi pionkami, a Tyberiusz takim pionkiem być nie chciał. Jeśli spojrzymy na szaleństwa cesarzy takich jak Kaligula czy Neron, to można dopatrzeć się właśnie ucieczkę w szaleństwo przed żądnym władzy otoczeniem, w którym było niemało kobiet. Odsyłając na bok kołtuńskie i świętoszkowate oburzenie relacjami na temat Tyberiusza i Nerona z ich matkami można się przecież dopatrzyć nie tyle bezwzględnych tyranów, wariatów i matkobójcy, ile synów udręczonych ponad wytrzymałość ich psychiki. Niby autorka deklaruje we wstępie chęć odcięcia się od piszących dla taniej sensacji rzymskich historyków, niemniej jednak poprzestaje na wytyczonych przez nich liniach relacji: mężczyzna jako gnębiciel kobiety i kobieta jako jego ofiara. Nigdy nie dowiemy się jak było na prawdę, jedno jest pewne: kobiety, które brały udział w rozgrywkach politycznych nie były aniołami, były twardymi Rzymiankami zahartowanymi przez życie, wojny, politykę, wysportowanymi, świetnie wykształconymi, bogatymi i bardzo dobrze orientującymi się jaka jest stawka i o co idzie w grze o władzę. Trudno widzieć w nich ofiary. A jeżeli były ofiarami władzy, to trzeba pamiętać, że niekoniecznie oznacza to, że były ofiarami mężczyzn, skoro kobiety też ją sprawowały, choć była to władza innego typu. Historycy napisali sporo na temat władzy kobiet. Autorka "Zagubionego wątku" chyba ich nie przeczytała.
Ogółem. Jest to pozycja godna polecenia, ale jako wprowadzenie dla tych, co dopiero zaczynają swoją przygodę z historią starożytną, co nie znaczy, że jest zła. Natomiast ci, co szukają jakiś głębszych analiz władzy kobiet w tamtym okresie mogą sobie odpuścić, bo tego po prostu w niej nie ma. Autorka po prostu wymienia i omawia dzieje kobiet, które tę władzę sprawowały, niemniej nie jest to pozycja w żadnym wypadku przełomowa, choć rozumiem, że wielu jest takich historyków, nie tylko starożytności, którzy nie uznają ani wpływu kobiet na historię, ani historii na kobiety, jakbyśmy istniały w jakiejś innej bańce czasoprzestrzennej i wydarzenia historyczne zupełnie nas nie dotyczyły, no może poza praniem i cerowaniem wojskowych gaci i onuc. Zamysł był dobry, z realizacją trochę gorzej, ale w sumie może być.
Opinia
Książka (albo raczej Księga!) znakomita i pasjonująca dla 'pasjonatów' historii Polski. Tytuł nie całkiem odzwierciedla zawartość, bo wprawdzie powstania są głównym, jednak niejedynym tematem. Jest to seria wywiadów z historykami: niektóre są pasjonujące, inne mniej ciekawe, ale wszystkie warte przeczytania.
Książka (albo raczej Księga!) znakomita i pasjonująca dla 'pasjonatów' historii Polski. Tytuł nie całkiem odzwierciedla zawartość, bo wprawdzie powstania są głównym, jednak niejedynym tematem. Jest to seria wywiadów z historykami: niektóre są pasjonujące, inne mniej ciekawe, ale wszystkie warte przeczytania.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to