Zagubiony wątek. Historia starożytności oraz kobiet, które ją tworzyły

Okładka książki Zagubiony wątek. Historia starożytności oraz kobiet, które ją tworzyły
Daisy Dunn Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie historia
560 str. 9 godz. 20 min.
Kategoria:
historia
Format:
papier
Tytuł oryginału:
The Missing Thread
Data wydania:
2026-01-28
Data 1. wyd. pol.:
2026-01-28
Liczba stron:
560
Czas czytania
9 godz. 20 min.
Język:
polski
ISBN:
9788308088524
Tłumacz:
Joanna Sugiero
Średnia ocen

                7,7 7,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Zagubiony wątek. Historia starożytności oraz kobiet, które ją tworzyły w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Zagubiony wątek. Historia starożytności oraz kobiet, które ją tworzyły i

Kobiety odnalezione w czeluściach historii



1403 247 12

Oceny książki Zagubiony wątek. Historia starożytności oraz kobiet, które ją tworzyły

Średnia ocen
7,7 / 10
19 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
109
94

Na półkach:

Jestem rozczarowana. Wprawdzie książkę dobrze się czyta, jest bardzo sprawnie napisana, rozumiem, ze to tylko pozycja popularnonaukowa, ale mnie tu ewidentnie brakowało konsultacji z kulturoznawcą lub historykiem kultury. Bo jak się na rolę polityczną kobiety popatrzy od strony kulturowej, to wychodzą ciekawsze rzeczy. Mianowicie kultury matriarchalne lub matrylinearne były i są rzadkością ogólnie nie wiadomo dlaczego. Brak w tej książce uwzględnienie niejednolitego stosunku do kobiet wśród bardzo zróżnicowanych kulturowo plemiennie Greków. Czym innym był status kobiety w Starożytnej Sparcie, czym innym w Atenach, a już w ogóle czymś odrębnym w greckich miastach-państwach w Azji mniejszej, gdzie dominowały wpływy perskiej kultury i organizacji społecznej. W sumie nie wiadomo, czy kobiety, które Platon spotykał na dworze tyrana Koryntu na wygnaniu były wysokiej, może najwyższej klasy luksusowymi prostytutkami czy po prostu damami dworu, bo w Atenach tzw. przyzwoite kobiety nie przebywały razem z mężczyznami, nie uczestniczyły w życiu publicznym w ogóle, mieszkały też osobno. Brak też zróżnicowania społecznego w statusie kobiet. Więcej mogły bogate patrycjuszki, a znacznie mniej kobiety wolne z niższych szczebli społecznych. Brak kilku wniosków, o które aż się prosi, żeby je wyprowadzić. Przede wszystkich chodzi o to, że walka o władzę dotyczy również kobiet, nie tylko mężczyzn bez względu na rodzaj organizacji społecznej. Kobiety walczyły o nią i walczą tak samo jak mężczyźni, inaczej natomiast wygląda sposób jej sprawowania. W świecie starożytnych Greków i Rzymian w ogóle nie było stanowiska królowej czy cesarzowej, tak jak nie było królów i cesarzy w naszym rozumieniu. Cesarz nie był boskim pomazańcem, choć bywał najwyższym kapłanem, czasami bogiem, ale zazwyczaj po śmierci. Senat powierzał mu imperium, czyli zgodę na sprawowanie władzy, co nie obejmowało jego żony czy matki. Pozbawione praw obywatelskich Greczynki i Rzymianki musiały mieć opiekuna prawnego, były, jak to ujął był Napoleon Bonaparte "wieczyście" nieletnie". Co nie znaczy, że nie były żądne władzy ani ze jej nie miały. Opiekuna prawnego też można wykorzystać do tego, by za jego pośrednictwem sprawować władzę i to też jest władza. Właśnie o takiej jest mowa w tej książce. Nie wiem, czy to koncepcja autorki czy wątpliwa zasługa tłumacza, skądinąd bardzo dobrego, ale wywodowi się to nie przysłużyło. Uparte szukanie bezpośredniej władzy kobiet wśród systemów, w których nigdy oficjalnie jej nie było jest, moim zdaniem, delikatnie mówiąc pomyłką, Autorka szuka uparcie dowodów na bezpośrednią polityczną władzę kobiet wśród społeczeństw, w których nawet taka władza przyznawana mężczyznom miała spore ograniczenia w postaci parlamentu, zgromadzenia ludowego, wreszcie organizacji wojskowej i społecznej. Władzę w Grecji i Rzymie sprawowali obieralni urzędnicy, a nie było wśród nich kobiet, choć nieliczne kobiece urzędy były. Jak rządziły kobiety? Poprzez mężów, synów i kochanków, choć niekoniecznie niewidoczne publicznie. Niemniej jednak na te, które ośmieliły się zarządzić coś same, jak Agryppina Starsza, choć uczyniły to dobrze, nie spadał deszcz zaszczytów, lecz kar, z ciężką chłostą włącznie jakby miały one zachwiać państwowością rzymską w jej posadach. Jest w ogóle rzeczą zastanawiającą, dlaczego wszystkie właściwie społeczeństwa i państwa zorganizowane są wokół niesamodzielności, bierności i podporządkowania kobiet i to tylko dlatego, że "tak było zawsze". Podobnie władza kobiet nie budzi sprzeciwów dopóki nie jest władzą jawną. Jeśli wsią rządzi żona sołtysa w jego imieniu nikt nie protestuje, ale jeśli sama chce zostać sołtysem może mieć spore problemy. Ten przymus niejawności władzy kobiet, nietolerowania żadnych przejawów samodzielnego jej sprawowania jest ciekawy i zastanawiający, tym bardziej, że objawiał się już w starożytności oskarżeniami o czary oraz procesami o czary.
Niewiele tu odkryć. W zakresie roli kobiet i ich władzy w społecznosci Greków i Rzymian napisano tomy. Polecam pracę Andrzeja Wypustka oraz bardzo ciekawą pozycję: "Wszystkie trupy prowadzą do Rzymu", w której omawia się sytuację kobiet wolnych, ale niebędących damami ze sfer najwyższych cesarstwa. Nie podoba mi się ciągota autorki do wybielania postaci kobiecych, co mnie złości, bo moim zdaniem sytuuje je w jednoznacznej roli ofiary. Bardzo wątpię, czy Liwia, żona Oktawiana Augusta widziała się w roli bezbronnej niewinnej ofiary. To raczej inni mogli być jej ofiarami. Wprawdzie jako żona Princepsa nie miała władzy jako takiej, ale jako jego najbardziej zaufana doradczyni miała olbrzymi wpływ na losy jego i swojej rodziny, a tym samym państwa. Zdobyła sobie wpływ na rozdawnictwo przywilejów i urzędów, decydowała o polityce dynastycznej, czy raczej zręcznie manipulowała Augustem. Naprawdę trudno nie dostrzec, że Livia pozbyła się wszystkich członków rodziny Oktawiana. Ostatecznie na placu boju pozostała ona sama i jej jedynak Tyberiusz. Jedna z najsłynniejszych zasad prawa rzymskiego głosi, iż ten jest winien zbrodni, kto odnosi największą korzyść. A Livia ją odniosła: doprowadziła do tego, że Oktawian praktycznie został sam, po to by Livia mogła sprawować władzę wprawdzie z tylnego siedzenia, ale już bez ograniczeń oraz żeby mogła ją sprawować po śmierci męża manipulując synem. Nie byłabym taka pewna w usprawiedliwianiu jej, że nie stała za zesłaniami obu Julii i Postumusa, a przy okazji i Owidiusza oraz przyspieszeniu zejścia Augusta z tego świata, żeby na przykład nie rozmyślił i nie wyznaczył kogoś innego poza Tyberiuszem na swojego następcę. Tyberiuszem Livia mogłaby w swym zamyśle kierować bez przeszkód, wszak nikt, tak jak matka, nie ma takiej władzy na dzieckiem, władzy absolutnej. Z jakiegoś powodu Tyberiusz paranoicznie bał się matki, nienawidził jej wręcz, podobnie jak wielu innych kobiet ze swojego otoczenia. Wiedział, że dla nich jest tylko narzędziem sprawowania władzy. Być może owe damy ze sfer cesarskich i senatorskich grały w politycznej grze męskimi pionkami, a Tyberiusz takim pionkiem być nie chciał. Jeśli spojrzymy na szaleństwa cesarzy takich jak Kaligula czy Neron, to można dopatrzeć się właśnie ucieczkę w szaleństwo przed żądnym władzy otoczeniem, w którym było niemało kobiet. Odsyłając na bok kołtuńskie i świętoszkowate oburzenie relacjami na temat Tyberiusza i Nerona z ich matkami można się przecież dopatrzyć nie tyle bezwzględnych tyranów, wariatów i matkobójcy, ile synów udręczonych ponad wytrzymałość ich psychiki. Niby autorka deklaruje we wstępie chęć odcięcia się od piszących dla taniej sensacji rzymskich historyków, niemniej jednak poprzestaje na wytyczonych przez nich liniach relacji: mężczyzna jako gnębiciel kobiety i kobieta jako jego ofiara. Nigdy nie dowiemy się jak było na prawdę, jedno jest pewne: kobiety, które brały udział w rozgrywkach politycznych nie były aniołami, były twardymi Rzymiankami zahartowanymi przez życie, wojny, politykę, wysportowanymi, świetnie wykształconymi, bogatymi i bardzo dobrze orientującymi się jaka jest stawka i o co idzie w grze o władzę. Trudno widzieć w nich ofiary. A jeżeli były ofiarami władzy, to trzeba pamiętać, że niekoniecznie oznacza to, że były ofiarami mężczyzn, skoro kobiety też ją sprawowały, choć była to władza innego typu. Historycy napisali sporo na temat władzy kobiet. Autorka "Zagubionego wątku" chyba ich nie przeczytała.
Ogółem. Jest to pozycja godna polecenia, ale jako wprowadzenie dla tych, co dopiero zaczynają swoją przygodę z historią starożytną, co nie znaczy, że jest zła. Natomiast ci, co szukają jakiś głębszych analiz władzy kobiet w tamtym okresie mogą sobie odpuścić, bo tego po prostu w niej nie ma. Autorka po prostu wymienia i omawia dzieje kobiet, które tę władzę sprawowały, niemniej nie jest to pozycja w żadnym wypadku przełomowa, choć rozumiem, że wielu jest takich historyków, nie tylko starożytności, którzy nie uznają ani wpływu kobiet na historię, ani historii na kobiety, jakbyśmy istniały w jakiejś innej bańce czasoprzestrzennej i wydarzenia historyczne zupełnie nas nie dotyczyły, no może poza praniem i cerowaniem wojskowych gaci i onuc. Zamysł był dobry, z realizacją trochę gorzej, ale w sumie może być.

Jestem rozczarowana. Wprawdzie książkę dobrze się czyta, jest bardzo sprawnie napisana, rozumiem, ze to tylko pozycja popularnonaukowa, ale mnie tu ewidentnie brakowało konsultacji z kulturoznawcą lub historykiem kultury. Bo jak się na rolę polityczną kobiety popatrzy od strony kulturowej, to wychodzą ciekawsze rzeczy. Mianowicie kultury matriarchalne lub matrylinearne były...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

159 użytkowników ma tytuł Zagubiony wątek. Historia starożytności oraz kobiet, które ją tworzyły na półkach głównych
  • 139
  • 20
17 użytkowników ma tytuł Zagubiony wątek. Historia starożytności oraz kobiet, które ją tworzyły na półkach dodatkowych
  • 5
  • 3
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Sprawa Stalina Giles Milton
Sprawa Stalina
Giles Milton
„Ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi kiełbasę i politykę” – mawiał Otto von Bismarck i miał w tym sporo racji, choć pokusa zajrzenia za kuluary wielkich wydarzeń i poznania okoliczności podjęcia przez rządzących takich, a nie innych decyzji, zawsze była wśród „maluczkich” silniejsza. Sposobność zapoznania się z kulisami decyzji, które finalnie doprowadziły do pokonania III Rzeszy przez aliantów, książki Gilesa Miltona pt. „Sprawa Stalina”. Znakiem firmowym brytyjskiego pisarza, historyka i dziennikarza jest przedstawianie wydarzeń historycznych głównie w oparciu o wspomnienia, listy czy osobiste pamiętniki ich uczestników. Taki sam koncept autor wykorzystał w książce przedstawiającej wyboistą drogę do pierwszego spotkania alianckiej Wielkiej Trójki – Churchilla, Roosevelta i Stalina – na przełomie listopada i grudnia 1943 r. w Teheranie, oraz przebiegu samej konferencji. Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu… Ciekawy dobór zdjęć, twarda oprawa, wysokiej jakości papier to najważniejsze wyróżniki wykonanej przez oficynę pracy. Ale nie mniej istotna, jeśli nie ważniejsza, jest praca redaktora i tłumacza książki – wszelkie błędy, nieścisłości lub skróty myślowe popełnione przez autora zostały wyłapane i wyprostowane. Dobra robota! Akcja książki zaczyna się w momencie, kiedy dochodzi do najazdu III Rzeszy na Związek Radziecki. Anglia i Stany Zjednoczone, nie będące formalnie uczestnikiem wojennych zmagań, zgodziły się co do tego, że komuniści sami tej wojny nie wygrają, a naziści nie mogą wyjść z tego konfliktu zwycięsko, bo będzie to oznaczać dla Europy geopolityczną katastrofę. Wymagało to zmiany myślenia i nastawienia, bo przecież jeszcze do 22 czerwca 1941 r. Moskwa i Berlin były sojusznikami dzielącymi Europę Środkowo – Wschodnią według uzgodnionych potrzeb. W Moskwie również zdano sobie sprawę, że Armia Czerwona nie ma większych szans z doskonale zorganizowaną machiną wojenną wojsk niemieckich, co potwierdziły pierwsze dni operacji „Barbarossa”, kiedy radzieccy żołnierze tysiącami byli brani w niewolę, niemiecka artyleria przez nikogo niepokojona nieustannie ostrzeliwała radzieckie miasta i pozycje, a samoloty z czerwonymi gwiazdami na boku nie miały szans w starciu z Luftwaffe, która niszczyła je zanim jeszcze wystartowały z lotnisk. ZSRR potrzebował sprzętu wojskowego, amunicji, surowców i jedzenia – w sumie wszystkiego, co było niezbędne do prowadzenia walk. Za wyjątkiem ludzi do wcielenia w kamasze, bo tych nigdy nad Wołgą nie brakowało. Milton opowiada wielką historię za pomocą postaci. Wyróżniających się indywidualności jest na stronach książki cała masa, ale skupiamy się głównie na dwóch dżentelmenach, na barkach których spoczywała misja dyplomatyczna mająca za zadanie zawarcie sojuszu ze Stalinem i doprowadzenie do wspomnianego spotkania Wielkiej Trójki. Amerykański miliarder Averell Harriman oraz brytyjski ambasador w ZSRR, Archi Clark Kerr, stanęli przed nie lada wyzwaniem, a my poznajemy szczegóły dyplomatycznej „kuchni”, które autor zaserwował – by trzymając się tych gastronomicznych porównań – wyjątkowo smacznie i lekkostrawnie. Ciekawych bohaterów nie brakuje także na drugim planie, gdzie wyróżnia się m.in. córka Harrimana, Kathy, dziennikarka, której prywatne zapiski i listy do rodziny również wykorzystano do stworzenia fabuły. „Opisana w tej książce historia jest prawdziwa – podkreśla Giles Milton. – Wszystko to, co zapisane jest w cudzysłowach, stanowi zrelacjonowany dialog, każdy opis życia codziennego został zaczerpnięty z listów, dzienników i wspomnień. Wiele z tych relacji pisano w pośpiechu i nie zamierzano ich nigdy publikować”. W książce o wykuwaniu nowego porządku w Europie nie mogło zabraknąć polskich wątków. W polityce Wielkiej Trójki jesteśmy traktowani przedmiotowo. Roosevelt macha ręką nad kształtem powojennego rządu nad Wisłą, choć wolałby, aby kluczowe decyzje zapadły po wyborach prezydenckich, ponieważ liczy na głosy amerykańskiej Polonii. Podwójne standardy aliantów uwidoczniły się także po ujawnieniu masowych grobów z ciałami polskich oficerów w Katyniu. Mimo iż na zachodzie zdawano sobie sprawę, że wszystko wskazuje na oczywistą winę Sowietów, to uznano, że dla dobra antyhitlerowskiej koalicji winę należy przerzucić na Niemców. W mistyfikację tzw. komisji Burdenki uwierzyła m.in. Kathy Harriman, która brała udział w wyjeździe akredytowanych w Moskwie zachodnich dziennikarzy do Lasu Katyńskiego. Zaledwie „irytacja i złość” stanowiły reakcję aliantów na odmowę Stalina w wsparciu walczących w Warszawie powstańców. Oczywiście dla radzieckiego genseka to wszystko stanowiło oznakę słabości partnerów z Londynu i Waszyngtonu. Jeśli bohaterowie książki przed konferencją w Teheranie (listopad/grudzień 1943 r.) mieli jeszcze wątpliwości co do rzeczywistych planów Stalina wobec powojennego układu w Europie, to już po spotkaniu Wielkiej Trójki raczej się ich wyzbyli. To ZSRR miał stać się najważniejszym militarnie i politycznie graczem na kontynencie, a jedynym zwycięzcą II wojny światowej chciał zostać „wujaszek Joe”. Z całą pewnością plusem książki Miltona jest fakt, że Czytelnik nie zostaje zarzucony bezbarwnymi w emocjach oficjalnymi dokumentami, dyplomatycznymi depeszami czy ocenzurowanymi wspomnieniami. Wszystkie postacie są jak najbardziej „żywe”, a towarzyszą im prawdziwe emocje. Doświadczamy rodzących się przyjaźni oraz początków nieufności czy wrogości. Jest gniew, ból, zazdrość, smutek, złość i radość – cała paleta ludzkich doznań. Zaglądamy nie tylko za wspomniane kulisy, ale uczestniczymy też w suto zakrapianych przyjęciach i wchodzimy nawet do sypialni, aby poznać pikantne wątki z życia głównych bohaterów (jeśli chcecie wiedzieć, jak wygląda półnagi Churchill na rysunku, to już wiecie, do której książki musicie zajrzeć). Podczas lektury nie złapałem się na ziewaniu. Tempo narracji na to nie pozwala.
mitobrave - awatar mitobrave
ocenił na 7 18 dni temu
Jeszcze słychać tę muzykę. Biłgoraj – sztetl utracony Andrzej Krawczyk
Jeszcze słychać tę muzykę. Biłgoraj – sztetl utracony
Andrzej Krawczyk
Jak tylko zobaczyłam w zapowiedziach wydawniczych książkę Andrzeja Krawczyka Jeszcze słychać tę muzykę to wiedziałam, że choćbym musiała stanąć na rzęsach to ją przeczytam. Od lat fascynuje mnie historia Żydów, ich kultura i zwyczaje, Czytam książki z II wojną światową w tle i odnoszę wrażenie, że rola Żydów została zredukowana do ich udziału w Holokauście i tematyki obozów koncentracyjnych. Spójrzmy tylko na tytułu, bo z Auschwitz jest już dosłownie wszystko; baletnica, pięściarz, orkiestra i można tak wymieniać bez końca. Dlatego też koniecznie chciałam przeczytać książkę Andrzeja Krawczyka, bo czułam podskórnie, że wiele nauczę się z tej książki i nie pomyliłam się w moich przeczuciach. To była niezapomniana podróż przez historię, tę zapomnianą i ę, o której nie mówi się zbyt często. Ta książka to dla mnie prawdziwe źródło wiedzy, a ja uwielbiam jak coś wynoszę z książki i chociaż podejrzewam, że ta wiedza do niczego mi się nie przyda to ja odczuwam niesamowitą satysfakcję i wdzięczność, że wiem i że mogłam przeczytać tę niezwykłą książkę Andrzeja Krawczyka. Biłgoraj to miasto położone w południowo - wschodniej Polsce. To tutaj przed wojną zamieszkiwała ludność Żydowska, która stanowiła ogromną część mieszkańców. To tutaj powstał sztetl. Zapytacie co to jest? To właśnie miasteczko, małe skupisko miejskie zachowujące tradycję i obyczajowość żydowską. Żydzi w takich miasteczkach otrzymywali dożywotnią dzierżawę pod cmentarz, pozwolenie ba budowę synagogi i mykwy. I właśnie do takiego prowincjonalnego miasteczka zabrał mnie Andrzej Krawczyk. To miasteczko było odzwierciedleniem obyczajów i życia społecznego ludności żydowskiej. Po sztetlach obecnie nie pozostało prawie nic, a istniały, toczyło się w nich życie, ludzie rodzili się i umierali. Religia była dla nich esencją życia. jedni byli biedni, a inni opływali w dostatki. Taki świat na kartach swojej książki pokazał mi Andrzej Krawczyk. Jeszcze słychać tę muzykę nie jest opowieścią o ludziach, jest opowieścią o świecie, który istniał, a zniknął prawie bez śladu. To podróż w głąb miasteczka, które żyło i rozwijało się. Biłgoraj poznajemy nie tylko z perspektywy autora, ale także z zachowanych wspomnień mieszkańców. Smaczku książce dodają ilustracje, które przybliżają nam tamten świat. Był i zniknął.....
Biblioteczka Rudej - awatar Biblioteczka Rudej
ocenił na 9 20 dni temu
Zakazany ogród Stalina. Jak naukowcy (nie) uratowali mieszkańców Leningradu Simon Parkin
Zakazany ogród Stalina. Jak naukowcy (nie) uratowali mieszkańców Leningradu
Simon Parkin
Interesująca historia sowieckiego naukowca Nikołaja Wawiłowa, któremu przyszło żyć i działać w stalinowskim Związku Radzieckim. Badacz pracował nad krzyżówkami roślin, jego odkrycia mogły doprowadzić do wyhodowania rośliny odpornej na mrozy, która mogłaby położyć kres głodu na świecie. Co na to władza na Kremlu? Stalin nie doceniał działań instytutu botaniki w Leningradzie. Więcej! Represje sowieckiego aparatu władzy dosięgły również wybitne jednostki. Książka jest bardzo ciekawa. Coś w tym być musi, skoro nawet naziści byli zainteresowani badaniami Wawiłowa. Historia smutna, gdyż wybitne jednostki nie żyją długo, zazwyczaj w nędzy. Nie są doceniani, najwyżej po śmierci. Dodatkowo działania Berii i jego NKWD, które wymierzyło cios przeciwko sowieckiej inteligencji. Książka skłania do zadania pytania, czy warto poświęcić życie w imię nauki? ,,Kolekcja nasion zawierała nie tylko potencjał nowego życia, ale też łączyła teraźniejszość z przeszłością i z historią ziemi. Zjedzenie zbiorów oznaczałoby rezygnację z budowy tego pomostu, definitywne zamknięcie możliwości odzyskania tego, co zostało utracone. Ale do Leningradu przyszła śmierć; chronienie nasion było zdradą wobec ludzi - tych samych ludzi, którym botanicy chcieli służyć. Nadchodziła surowa i okrutna zima". Czy ochrona wyników badań, zachowanie roślin było zdradą Stalina i władzy najwyżej ZSRR? Naukowcy chcieli ocalić swoją pracę. Potencjał miał nie iść na marne. W tle działania operacyjne planu Barbarossa, czyli jak wiadomo niemiecki atak na ZSRR. To między innymi historia błędów dowódczych Hitlera. Co sprawiło, że przegrał wojnę ze Związkiem Radzieckim. Dlaczego nie zdołał zdobyć Leningradu, Stalingradu i Moskwy? Chociaż był blisko celu. ,,Zakazany ogród Stalina" bardzo mi się podobał. To także świadectwo tego, jak krótkowzroczny i głupi był generalissimus. Jego myślenie mówiło: nie ma człowieka, nie ma problemu... Ja jestem zdania, że gdyby człowiek się liczył dla niego i dla rady ZSRR, to ich badania naukowe mogłyby zrewolucjonizować świat! W dobrym tego słowa znaczeniu. Nie mówię o ideologii komunistycznej, ale o rozwoju nauki! To kolejna książka, że ZSRR nie było dobrym miejscem na ziemi. Gorąco polecam!
bARTosz - awatar bARTosz
ocenił na 8 17 dni temu
Złoty Szlak William Dalrymple
Złoty Szlak
William Dalrymple
Szeroko pojęta cywilizacja indyjska (podobnie jak egipska czy chińska) zawsze onieśmielała mnie długością trwania czy bogactwem kultury i sztuki, a powierzchowna wiedza o panujących na Dekanie religiach dodatkowo ograniczała możliwość pełniejszego zanurzenia się w ten świat. Potrzeba było książki Williama Dalrymple, abym zrozumiał, z jakim fenomenem mamy do czynienia i co, jako szeroko pojęty Zachód, zawdzięczamy Indiom. Są książki, które zmieniają postrzeganie i burzą stereotypy jak domki z kart, a „Złoty szlak” bezsprzecznie do nich należy. Szkocki pisarz i historyk podjął się dzieła przedstawienia wpływów starożytnych i średniowiecznych (według naszej miary czasu) Indii jako „imperium idei” na tereny od obecnej Hiszpanii po Chiny i Indonezję, a zrobił to tak, że czapki same spadają z głów. Świetna książka, dzięki której zupełnie inaczej będę patrzył na dziedzictwo indyjskiej nauki, literatury, czy sztuki. Osiągnięcia mieszkańców Dekanu przekraczały granice polityczne nie za pomocą miecza, a siłą swoich idei. W okresie między 250 r. p.n.e. do około 1200 r. Indie były „dumnym eksporterem różnorodnych bogactw własnej cywilizacji” – religii, sztuki, muzyki, tańca, włókiennictwa, technologii, astronomii, matematyki, medycyny, mitologii, języka i literatury. Językiem lingua franca dla tej części Azji, niczym łacina dla Europy, stał się sanskryt – „język bogów w świecie ludzi”. To indyjskim kupcom, pokonującym morski szlak przez Ocean Indyjski i Morze Czerwone, nasza część świata, a zwłaszcza starożytny Rzym, zawdzięczała dostęp do unikalnych dóbr, na długo zanim powstał tzw. Jedwabny Szlak. Tutaj powstało pojęcie zera i kształt liczb, które za pośrednictwem Arabów dotarły do Europy. Indyjscy astronomowie doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że Ziemia jest kulą i obraca się wokół własnej osi, obliczyli również długość roku słonecznego z precyzją do siedmiu miejsc po przecinku. Złoty Szlak, jak nazywa go autor, spajający Indosferę w kulturową całość, wymaga właściwego uznania swojej doniosłej roli. Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem autora, że ówczesne Indie były kluczowym filarem ekonomii i motoru cywilizacji, „siłą napędową globalnego handlu i transmisji kulturowej” dla sporej części świata, nawet jeśli Europejczycy nie zdawali sobie do końca sprawy z ich istnienia. Dzięki lekturze poznajemy początki buddyzmu i jego ekspansji na Tybet, Chiny i Azję Południowo-Wschodnią. Zaglądamy m.in. do jawajskiego Borobudur, największego obiektu buddyjskiego kultu na świecie, oraz do kambodżańskiego Angkor Wat – największej świątyni hinduistycznej i największego ówczesnego miasta na globie. Poznajemy buddyjskiego mnicha Xuanzanga – jednego z największych chińskich uczonych i podróżników, jego protektorkę, pierwszą i jedyną w historii Chin kobietę-cesarz Wu Zetian, czy cesarza Aśokę, który wspierał rozprzestrzenianie nauk Buddy. Wybitnych postaci jest więcej, w tym wiele takich, których próżno szukać w europejskich podręcznikach historii. Czy historia na naszych oczach zatacza koło? Indie znowu zaczynają odgrywać rolę łącznika między Wschodem a Zachodem i wcale nie mam tu na myśli bycia potęgą w usługach call center czy outsourcingu. Gospodarka rośnie, indyjscy inżynierowie to marka sama w sobie, a kraj pozostaje otwarty na nowe idee i innowacje. Czy znowu nadchodzi czas Indii? Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Noir Sur Blanc, które wykonało świetną edytorsko robotę – piękna okładka, wyjątkowo przyjemna dla oka czcionka i liczne ilustracje ułatwiające odbiór treści książki. Brawa także za świetny przekład Bereniki Janczarskiej.
mitobrave - awatar mitobrave
ocenił na 9 24 dni temu
Ludzie Hitlera. Twarze Trzeciej Rzeszy Richard J. Evans
Ludzie Hitlera. Twarze Trzeciej Rzeszy
Richard J. Evans
Dzisiejsza recenzja dotyczy kategorii która naprawdę unikałam lecz ten temat od dawna mnie interesuję. Czytając „Ludzie Hitlera”, miałem wrażenie, że autor prowadzi mnie za rękę przez zawiłe korytarze historii, nie po to, by zasypać datami i suchymi faktami, ale by pokazać, jak skomplikowane i często zwyczajne były ludzkie losy w cieniu jednej z najbardziej przerażających epok XX wieku. Wojna nie była, nie jest i nie będzie czymś przyjemnym do wspominania czy czytania ale trzeba pamiętać i uświadamiać kolejne młodsze pokolenia żeby nigdy nie powtórzyło się coś podobnego. Muszę przyznać że ta książka nie jest kolejną biografią lub suchym zarysem politycznych przemian. To (moim zdaniem) taki „zbiór” ludzkich historii, które razem składają się na obraz Trzeciej Rzeszy jako systemu stworzonego i napędzanego przez konkretne osoby. Evans, jako historyk z ogromnym doświadczeniem i autorytetem, zanurza się głęboko w życie postaci dobrze znanych i zupełnie zapomnianych. Nie przeczytasz tu tylko o Hitlerze, Goebbelsie czy Himmlerze choć ich portrety są fascynujące i obnażają ludzkie słabości, ambicje, sprzeczności i często paradoksy osobowości. Autor wybiera także tych, którzy pozostawali w cieniu wielkiej historii: urzędników biurokracji, szefów propagandy, członków SS, strażniczki obozów i twórców kultury. Dzięki temu zaczynasz rozumieć, że nazistowskie zło nie było dziełem jednej osoby ani zamkniętej grupy „potworów”, lecz systemu, który zyskał swoich wykonawców w ludziach często nie wyróżniających się niczym szczególnym w ich codziennym życiu. To, co najbardziej porusza w tej książce, to fakt, że Evans nie próbuje moralizować czy upraszczać. On raczej mówi: przyjrzyj się dokładnie tym postaciom i sam zastanów się, jak to możliwe, że zwykli ludzie mogli uczynić tak ogromne zło. Widzimy, jak ambicje, karierowiczostwo, lojalność wobec ideologii, strach przed utratą pozycji czy potrzeba przynależności potrafiły przemienić osoby z codziennymi pasjami i upodobaniami w funkcjonariuszy aparatu terroru. To nie jest tylko sucha analiza, to refleksja nad ludzką naturą i mechanizmami, które mogą prowadzić od „normalności” do współuczestnictwa w bezprecedensowej katastrofie moralnej. Co jeszcze wyróżnia tę książkę? Przede wszystkim fakt, że czyta się ją jak opowieść o ludziach, a nie jak encyklopedię bo trzeba przyznać że w rozmiarach przewyższa inne które posiadam w swoim zbiorze. Autor potrafi z pasją opisać człowieka i jego los z wszystkimi sprzecznościami, motywami i błędami. Dzięki temu ta lektura nie pozostaje obojętna. Po jej skończeniu nie tylko więcej wiesz o Trzeciej Rzeszy, ale zaczynasz również zadawać sobie pytania o granice odpowiedzialności, rolę przypadku i wpływ indywidualnych wyborów na bieg historii. „Ludzie Hitlera. Twarze Trzeciej Rzeszy” to książka, którą warto przeczytać, nawet jeśli temat II Wojny Światowej czy historii nazizmu wydaje się już dobrze znany. To inny sposób patrzenia na te same wydarzenia przez pryzmat ludzkich historii i osobistych wyborów. Dzięki temu lektura jest nie tylko wartościowa merytorycznie, ale też głęboko poruszająca i skłaniająca do refleksji. To jedna z tych książek, które zostają z czytelnikiem na długo po przeczytaniu ostatniej strony. Temat nie jest łatwy do czytania ale warto przeczytać żeby pamiętać żeby uczyć, ostrzegać.
Book_matula - awatar Book_matula
oceniła na 10 2 miesiące temu
Amazonki i ludożercy. Opowieści z Prapolski Adrian Pogorzelski
Amazonki i ludożercy. Opowieści z Prapolski
Adrian Pogorzelski
Dla mnie rewelacja. Chciałoby się napisać, cudze chwalicie, a swego nie znacie. Oczywiście na ziemiach polskich nie będziemy mieć budowli typu Koloseum czy Akropol. Autor swoją gawędą zabiera nas jednak w okolice Polski, pokazując, że mamy wiele artefaktów, których mogą nam zazdrościć inni. Jak choćby najstarszy bumerang, odnaleziony przez archeologów. Okazuje się, że bronią tą posługiwali się nie tylko Aborygeni. Obok fascynujących opisów znalezisk archeologicznych, książka wręcz naszpikowana jest ciekawostkami. Mityczne amazonki z całą pewnością istniały i zamieszkiwały ziemie obecnej Polski. Oczywiście wokół kobiet wojowniczek pojawiło się wiele mitów, których produkowali też antyczni podróżnicy, ale z innych źródeł wiemy, że starożytni greccy podróżnicy nie koniecznie przedstawiali fakty, a częściej sięgali po plotki lub sami wyolbrzymiali pewne zjawiska. Dla mnie ciekawostką był tajemny napój, którym raczyli się prehistoryczni wojowie Gotów, których odpowiednie miarki znaleziono na terenach północno-wschodniej Polski. Być może ów napój był magiczną miksturą, którą raczyli się bohaterowie komiksowi Asterix i Obelix. Otrzymuje także sporą dawkę opisów dawnych obyczajów, które za sprawą synkretyzmu kulturowego przeniknęły nawet do chrześcijaństwa, jak choćby tatarak rozkładany na posadzkach w Zielone Świątki, dziś już może zapomniany, ale ja pamiętam wyprawy w dzieciństwie po owe zioło. Napisana w formie gawędy, łatwym i przystępnym językiem, bogato ilustrowana, czyli dosłownie wszystko, czego można oczekiwać od pozycji popularyzującej wiedzę historyczną. Polecam wszystkim, nie tylko miłośnikom historii. Czasem warto wiedzieć, co w naszej okolicy, jest na tyle ciekawe, że można się tym pochwalić przed przyjezdnymi. Gorąco polecam
Dariusz Karbowiak - awatar Dariusz Karbowiak
ocenił na 10 27 dni temu
Między Bogiem a Hitlerem. Kapelani wojskowi w służbie nazizmu Doris L. Bergen
Między Bogiem a Hitlerem. Kapelani wojskowi w służbie nazizmu
Doris L. Bergen
Czy religia – jej instytucje i kapłani – może legitymizować okrucieństwo aparatu państwowego i armii? Dzieje ludzkości dostarczają nam pęczki takich przykładów, które potwierdzają, że odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Nie inaczej było w III Rzeszy, której ideologię co do zasady kojarzymy raczej jako wrogą religii jako takiej. Natomiast nie przeszkadzało to Kościołom i wiernym – z różnych przyczyn – głęboko uwikłać się w zbrodniczy system, a specyficznym potwierdzeniem tego faktu może być postawa kapelanów wojskowych Wehrmachtu wobec zaangażowania niemieckiej armii w orgię przemocy zwłaszcza na terenach Europy Środkowej i Wschodniej. Dotąd niezgłębionemu szerzej tematowi bliżej przyjrzała się Doris L. Bergen, profesorka Uniwersytetu w Toronto, która na co dzień w pracy naukowej zajmuje się badaniami nad Holokaustem – zagadnieniami religii, płci kulturowej i etniczności w dobie Zagłady i II wojny światowej. Pani profesor z gościnnymi wykładami gościła także w naszym kraju, gdzie kilkanaście lat temu wydaną inną jej książkę pod tytułem „Wojna i ludobójstwo. Krótka historia Holokaustu”. Z kolei w 2024 roku książka „Między Bogiem a Hitlerem” otrzymała nagrodę The Yad Vashem International Book Prize for Holocaust Research. Nie licząc kilku artykułów opublikowanych na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku, publikacja Bergen jest bezsprzecznie przełomową. Dotąd historycy nie zajmowali się tematem uwikłania księży katolickich i pastorów protestanckich w niemieckie ludobójstwo na Żydach, Polakach, Rosjanach i innych narodach z podbitych krajów. Bergen korzysta z materiałów źródłowych w postaci prywatnej korespondencji, dokumentów wojskowych, archiwalnych zdjęć oraz relacji osób, które ocalały z wojennych masakr. Publikacja przygotowana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego podzielona jest na siedem chronologicznie ułożonych rozdziałów. Zaczyna się jeszcze w 1933 roku, a więc dwa lata przed założeniem Wehrmachtu, ale nie kończy się na roku 1945, ponieważ wraz z autorką przyglądamy się temu, jak byli kapelani Wehrmachtu radzili sobie w nowej, powojennej rzeczywistości. Wydawca przygotował także zdjęcia, mapy i tabele. Autorką udanego tłumaczenia jest Aleksandra Czwojdrak. Nie można mieć innej opinii o posłudze kapelanów Wehrmachtu – dla porządku dodajmy, że w SS i Luftwaffe kapelanów wojskowych nie było – jak ta, że mamy do czynienia z ich moralną porażką. Duchowni stanęli po stronie sprawców zbrodni, zamiast pozostać strażnikami chrześcijańskich wartości. Choć autorce nie udało się udokumentować przypadku, w którym kapłan był bezpośrednim sprawcą zbrodni, ale obojętność – jak kilka lat temu głośno mówił Marian Turski – też jest grzechem. Kapelani byli częścią – jak nazywa to autorka – „kultury ludobójstwa”. Zanurzyli się w systemie i strukturach, których cechą było niszczenie „podludzi”, a jednocześnie zaprzeczali mu i wymazywali jego ofiary. Choć w ciągu dekady istnienia Wehrmachtu przez jego szeregi przewinęło się około tysiąca kapelanów, to wspomnień pozostawili bardzo niewiele, skrzętnie omijając wątek okupacyjnej i przyfrontowej orgii przemocy, której byli naocznymi świadkami. Stanowiło to dodatkowy problem w pracy badawczej kanadyjskiej historyczki. W nielicznych opublikowanych wspomnieniach wizerunek kapelanów jest kontrolowany. Występują w nich jako osoby nieskażone narodowym socjalizmem i pozostające ponad konfliktami wewnątrzkościelnymi. Nacisk kładziony jest na bezsilność i powinność z pobrzmiewającym w tle echem braku wyboru – jaki był udziałem działających na rozkaz zwykłych żołnierzy – oraz związaniem swoim powołaniem. Stąd jest już o krok do kreowania się w roli ofiar okrutnego konfliktu. W rzeczywistości z reżimem Hitlera kapelani pozostali związani do końca i dopiero ostatnią fazę wojny wykorzystali do odcięcia się od nazizmu. Kapelani byli przy żołnierzach wszędzie tam, gdzie niemiecka armia otwierała kolejne fronty II wojny światowej, towarzysząc im aż do odwrotu do coraz bardziej kurczącego się Vaterlandu oraz w obozach jenieckich. Tak jak kapelani z wszystkich innych armii tego konfliktu, udzielali walczącym sakramentów, pocieszali chorych i rannych, uczestniczyli w pogrzebach poległych. Nikogo do tej funkcji nie zmuszano. Liczba chętnych zawsze przewyższała liczbę mianowanych, mimo iż kapelani musieli się liczyć z wrogim nastawieniem narodowosocjalistycznych ideologów, traktujących zasady wiary jako przeżytek niepotrzebnie nadwątlający moralne siły żołnierzy. Może stąd wynika demonstracyjna lojalność kapłanów w mundurach, przejawiająca się w szczególnych modlitwach i nabożeństwach na przykład z okazji urodzin Adolfa Hitlera. Kościół jako struktura był w III Rzeszy szykanowany, ale nikt nie burzył świątyń i nie prześladował chrześcijan za sam fakt wiary w Boga. Przywódcy kościelni robili wiele, aby dowieść przydatności chrześcijan dla walczącego narodu. Jakże odmiennie kształtowała się sytuacja Kościoła na przykład na ziemiach polskich, wcielonych bądź okupowanych przez nazistowskiego sąsiada... Możemy tylko domyślać się, że podczas kampanii wrześniowej i pierwszych miesięcy okupacji kapelani musieli przeżyć szok na widok przemocy wobec polskich księży i zakonników. Autorka przyznaje jednak, że nie natknęła się na ani jedną wzmiankę na ten temat, nie znalazła też żadnej relacji kapelanów katolickich Wehrmachtu odnośnie kampanii w Polsce. „Autorytet moralny kapelanów Wehrmachtu czynił z nich klucz do kreowania uspokajających wersji wydarzeń dla żołnierzy i ich rodzin, dla których pełnili posługę, a także dla nich samych” – wskazuje Bergen. Narracja, którą wykorzystywali, pozwalała sprytnie przejść do porządku dziennego nad zbrodniami bądź przesłonić je… cierpieniem Niemców. Wstyd, który odczuwali z powodu zbrodni popełnianych nie tylko przez formacje SS, o których pewnie słyszeli, ale także przez samych żołnierzy Wehrmachtu, których byli naocznymi świadkami, maskowali obwinianiem ofiar. Ułatwiała to nazistowska propaganda, według której Żydzi byli śmiertelnym zagrożeniem dla Niemiec, a kolejne podbijane narody stanowiły zagrożenie militarne i rasowe, które trzeba było wyeliminować. Skoro kapelani „byli jak jeden mąż z ludźmi, dla których pełnili posługę, to znaczy, że musieli widzieć i słyszeć to, co ludzie ci robili, i wiedzieć o tym. Jeśli zaś nie wiedzieli, to znaczy, że byli naprawdę oderwani od rzeczywistości” – podkreśla autorka. Ta umiejętność dostosowania się do każdej sytuacji potwierdziła się już po wojnie, w latach 50., kiedy kapelani Wehrmachtu znaleźli sobie miejsce w nowym wojsku Niemiec Zachodnich, w Bundeswehrze. Zimna wojna stała się dla nich czymś na kształt wybawienia, umożliwiając kreowanie się na twarze niezmiennie chrześcijańskiego człowieczeństwa Niemiec. Pomocne w tym procesie było z pewnością zwolnienie ostatnich niemieckich jeńców wojennych przez Związek Radziecki. Praca badawcza, wykonana przez autorkę w sytuacji skąpej liczby źródeł, w tym zwłaszcza wspomnień „bohaterów” książki, zasługuje na uznanie. Lektura prowokuje do zadawania pytań na pograniczu wiary, ideologii i okrutnej codzienności w czasach ekstremalnych, która często weryfikuje nasz moralny kręgosłup. O niewielu książkach historycznych można tak powiedzieć, co z pewnością tę publikację dodatkowo wyróżnia. Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.
mitobrave - awatar mitobrave
ocenił na 7 2 miesiące temu
Czyngis-chan. Architekt nowoczesnego świata Jack Weatherford
Czyngis-chan. Architekt nowoczesnego świata
Jack Weatherford
Postać Temudżyna, założyciela mongolskiego imperium, znanego światu pod budzącym strach imieniem Czyngis-chana, fascynowała i nadal fascynuje badaczy dziejów oraz miłośników historii. Nie można bowiem przejść obojętnie obok osoby, która zainicjowała podboje, które w ciągu zaledwie ćwierćwiecza objęły więcej ziem i ludów, niż podbili Rzymianie w ciągu czterech stuleci. Podobnych dokonań nie miał na koncie nawet Aleksander Wielki – pod względem powierzchni, liczby pokonanych ludów czy zajętych państw, osiągnięcia Mongołów finalnie dwukrotnie przebiły zdobycze słynnego Macedończyka. Nie mogło być inaczej, gdyż mówimy o terenach, które w XIII wieku były najgęściej zaludnionymi na świecie. Gdybyśmy spojrzeli na nie przez pryzmat współczesnej mapy politycznej, to okazałoby się, że Czyngis-chan wraz z synami i wnukami zajęli trzydzieści państw zamieszkanych przez ponad trzy miliardy mieszkańców. Wydana przez krakowski „Znak” książka Jacka Weatherforda, amerykańskiego antropologa kultury, wpisuje się w ciąg publikowanych w ostatnich latach prac, które oddają sprawiedliwość i przywracają istotne miejsce ludom nomadycznym, w tym oczywiście Mongołom, jako współtwórcom współczesnej cywilizacji. Pisali o tym niedawno między innymi Anthony Sattin w „Nomadach” czy Marie Favereau w „Ordzie”. Weatherfordowi należy oddać to, że jego publikacja ukazała się jeszcze w 2004 roku (a pierwsze polskie wydanie w 2006 roku). Otrzymujemy do ręki wydanie w twardej oprawie ze znaczną ilością czarno-białych ilustracji oraz map. Książka podzielona się jest na trzy zasadnicze części oraz stosunkowo długie wprowadzenie, będące relacją z podróży autora do Mongolii oraz wyjaśniające oparcie treści w dużej mierze o „Tajną historię Mongołów”, czyli opis życia i dokonań Czyngis-chana w formie anonimowej kroniki powstałej w połowie XIII wieku. To najstarszy zabytek piśmiennictwa mongolskiego, który powstał prawdopodobnie – bo naukowcy nadal głowią się nad genezą dzieła – na zlecenie rodziny zmarłego już władcy. „Tajna historia…” z całą jednak pewnością jest niezbędnym źródłem do badań nad językiem, kulturą i dziejami Mongołów. Pierwsza część książki opisuje życie Czyngis-chana od narodzin do zjednoczenia wszystkich mongolskich plemion w 1206 roku. Druga część to mongolskie podboje (1211 – 1261) i walka o władzę pomiędzy wnukami wielkiego zdobywcy. I wreszcie trzecia część będąca omówieniem stulecia pokoju, wpływu rządów mongolskich na nowożytne instytucje polityczne, handlowe i militarne oraz współczesną percepcję ich dziedzictwa. Polityczny start Temudżyna nie był łatwy. Nie wdając się nadmiernie w szczegóły zjednoczenia mongolskich plemion, niech symptomatycznym podkreśleniem głębokich podziałów między ludami zamieszkującymi obecną Mongolię będzie fakt, że ich scalenie w jedno państwo zajęło Temudżynowi porównywalnie tyle samo czasu, co stworzenie imperium sięgającego od Morza Wschodniochińskiego po Śródziemne. Co odróżnia Czyngis-chana od innych wybitnych władców? Chociażby to, że większość z nich dorastała w ramach jakiegoś tworu państwowego, który reorganizowali lub odnawiali. Czyngis-chan tymczasem takie państwo stworzył, opierając jego instytucje na nowych zasadach, które oczywiście były zapożyczone z tradycji plemiennych, ale zorganizowane według autorskiego pomysłu. Zaczął od centralizacji armii, która wyniosła go do władzy. Nowe prawa miały zjednoczyć w jeden naród skłócone dotąd plemiona, poprzez ograniczenie przyczyn sporów i plemiennych wojen. „Wielkie prawo” zniosło te dawne praktyki, które utrudniały funkcjonowanie nowego społeczeństwa, jak na przykład porwania kobiet, czy branie w niewolę innych Mongołów, oraz wprowadzały nowe, jak zakaz cudzołóstwa, surowe kary za kradzież zwierząt domowych, tolerancję religijną, czy zwolnienia podatkowe dla lekarzy, prawników i uczonych. Odtąd wybór wielkiego chana był możliwy tylko na kurułtaju – wielkim zjeździe elity nowego państwa z rodziną Czyngis-chana na czele. Nowy system spajający państwo nie był oparty tylko na feudalnych zależnościach, bo przecież te w całości nie mogły zniknąć, ale także na zasługach, lojalności i talentach. Silna, szybka, karna, a przede wszystkim liczna armia była głównym motorem mongolskich sukcesów. „Mongołowie nie przyczynili się do żadnego przełomu technologicznego, nie wykształcili nowej religii, nie stworzyli wielkiej literatury, nie ofiarowali światu nowych roślin użytkowych ani innowacyjnych metod uprawy ziemi – przypomina Weatherford. – Mongolscy rzemieślnicy nie umieli tkać, odlewać metali, posługiwać się kołem garncarskim ani nawet piec chleba. Nie wytwarzali ani porcelany, ani naczyń glinianych, nie malowali obrazów, nie wznosili budowli.” Natomiast ujarzmiając kolejny lud, państwo, kulturę, Mongołowie przejmowali umiejętności pokonanych i przekazywali je dalej. Okres względnego pokoju i objęcia władzy nad najważniejszymi szlakami handlowymi, który historycy nazwali później Pax Mongolica, naturalnie sprzyjał intensywnej wymianie handlowej między Chinami, Azją Środkową, światem islamu, Słowiańszczyzną i zachodnią Europą. Jak pisała wspomniana Marie Favereau, wyrosło wówczas wiele gospodarczych fortun w basenie Morza Śródziemnego, a ludzie po raz pierwszy ludzie mogli bezpiecznie podróżować z Włoch do Chin. Siłą rzeczy Pax Mongolica zaowocował też rozkwitem sztuki, zaawansowanego rzemiosła oraz nauki. Autor „Czyngis-chana” nie jest historykiem, a antropologiem kultury. Czy stanowi to wystarczające wytłumaczenie błędów lub zbyt daleko idących skrótów myślowych, na które natrafiamy w książce? Niestety natrafiamy na sporo „kwiatków”, które powinny doczekać się reakcji redaktora wydania lub tłumacza, a takich niestety zabrakło. Czy innowacyjne techniki wojskowe głównego bohatera położyły kres ciężkozbrojnemu rycerstwu średniowiecznej Europy? Oczywiście wiemy, że jeszcze przez wiele dziesiątek lat ta formacja miała się bardzo dobrze. Czy rozwój technik oblężniczych sprawił, iż budowa murów miejskich przestała mieć sens? Tu również można głęboko westchnąć i pokiwać głową z zaprzeczeniem. Podobnie jak przy stwierdzeniu, iż w Europie Wschodniej Mongołowie zjednoczyli dziesiątki słowiańskich grodów i księstewek w wielkie państwo ruskie. Równie zbyt dużym uproszczeniem jest informacja, że przed Czyngis-chanem nikt nie słyszał w Europie o Chinach, a w Chinach o Europie. Kontakty handlowe między kontynentami istniały znacznie wcześniej. Zupełną aberracją jest chociażby stwierdzenie, że pod Legnicą Mongołowie „starli Niemców w proch”. Podobnie jak komentarz, iż triumf Mongołów na Węgrzech w 1241 roku zwiastował ostateczny kres średniowiecza i feudalizmu w Europie. Na pewno nie będzie przesadą stwierdzenie autora, że rządy Mongołów były okresem stanowiącym pomost między starożytnym Jedwabnym Szlakiem a nowożytną erą wielkich odkryć geograficznych. Rozwojowi na wielu kierunkach sprzyjała tolerancja religijna. Nawet gdy mongolscy chanowie zwrócili się ku islamowi, to nie kontrolowali wierzeń preferowanych przez swoich poddanych, byleby ci regularnie płacili podatki i byli gotowi walczyć za swoich władców. Weatherford zauważa to samo, co Anthony Sattin, iż nomadzi okazali się być sprawnymi zarządcami nie wbrew swojej koczowniczej naturze, a dzięki niej. Z drugiej strony, autor raczej przesadza, rozwodząc się nad istotnym wpływem Mongołów na europejską kulturę, sztukę, rzemiosło czy nawet kulinaria. Nie przekonuje mnie chociażby przeświadczenie autora o wpływach mongolskiego imperium na europejski renesans. Niemniej książka Jacka Weatherforda odkłamuje mit, według którego Mongołowie i inni wojowniczy nomadzi, przynosili wyłącznie zniszczenie, chaos i barbarzyńskie zwyczaje. Powinniśmy oddać im raz na zawsze, że byli twórcami jednego z najbardziej rozległych systemów wymiany handlowej w dziejach, promotorami tolerancji religijnej oraz pośrednikami w przekazywaniu wiedzy, technologii i idei między Wschodem a Zachodem. A to wszystko z całą pewnością znacząco przyczyniło się do cywilizacyjnego rozwoju na wielu płaszczyznach.
mitobrave - awatar mitobrave
ocenił na 6 2 dni temu
Piąte Słońce. Nowa historia Azteków Camilla Townsend
Piąte Słońce. Nowa historia Azteków
Camilla Townsend
Dzieje jednego narodu… Camilla Townsend wzięła na tapet historię Azteków (choć jeśli o chodzi poprawność terminologii to powinniśmy posługiwać się pojęciem ludu Mexica, jak sami o sobie mówili, jednak termin Aztekowie na tyle ‘wrósł’ w terminologię powszechną, że nawet sama autorka od czasu do czasu posługuje się tym pojęciem). Począwszy od samych początków powstania narodu, przez budowanie państwa-miasta Tenochtitlanu aż po najazd Cortésa i życie po podboju. Autorka przedstawia nam historię znaną z innych książek, historię wielokrotnie opisywaną, więc skąd ta nowa historia w podtytule? Ano stąd, że jest to pierwsza publikacja oparta na źródłach azteckich, a nie przedstawiona z punktu widzenia Europejczyków. Stąd też książka obala część mitów, które nadal pokutują w przekonaniach ludzi współczesnych, m. in. krwawy obraz narodu azteckiego, składającego stosy krwawych ofiar. Townsend czerpie z licznych źródeł, co sprawia, że „Piąte słońce” jest dość szczegółową publikacją, a tym samym może być niekiedy przytłaczająca dla odbiorcy nie obeznanego choć trochę z tematem. Imiona, nazewnictwo w języku ludu Mexica (języku nahuatl) są dość specyficzne, więc lektura wymaga uważności i wymusza niejako powolność czytania. Na plus należy zaliczyć słowniczek zamieszczony na początku publikacji, który przybliża znaczenie azteckich i hiszpańskich nazw wykorzystywanych w tekście, co pozwala już na wstępie nieco obeznać się z terminologią. Autorka w odniesieniu do postaci posługuje się zarówno ich imionami w języku nahuatl jak i imionami w tłumaczeniu. I ten zabieg akurat, w moim odczuciu, jest nie do końca trafiony. Bowiem podczas lektury niejednokrotnie łapałam się na tym, że myślałam iż czytam o dwóch różnych osobach, a w rzeczywistości była to historia jednego człowieka w stosunku do którego autorka stosowała zamiennie oba nazewnictwa imienne. Historia, mitologia i wierzenia Azteków interesują mnie od lat (z naciskiem na te dwa ostatnie). Lektura „Piątego słońca” to faktycznie było coś odmiennego na tle innych okołoazteckich książek dostępnych na polskim rynku, które czytałam (chociażby „Aztekowie i tajemnica kalendarza” Jacka Walczaka czy starszych pozycji jak „Mitologia Azteków” Marii Frankowskiej czy „Aztekowie. Naród wybrany przez słońce” Bero i Bojanowskiego). Po pierwsze była to pozycja ściśle skupiona na historii w przeciwieństwie do wyżej wymienionych, które skupiały się przede wszystkim na mitologii, wierzeniach czy sposobach odmierzania czasu (kalendarzu), a historia ludu Mexica stanowiła w nich jedynie niewielki wycinek treści. A dodatkowo w „Piątym słońcu” mamy spojrzenie ‘z pierwszej ręki’ na historię narodu azteckiego. Reasumując, „Piąte słońce” to obszerna publikacja prezentująca historię narodu azteckiego z ich punktu widzenia. Narodu fascynującego tak z punktu widzenia ich mitologii i wierzeń jak i historii. Narodu, który, choć mocno doświadczony przez życie (m. in. zdziesiątkowany przez choroby przywiezione wraz z hiszpańskimi konkwistadorami, np. ospę) to trwał dalej. By przetrwać. I przetrwał. A potomkowie dawnych Azteków nadal zamieszkują teren Meksyku i posługują się swoim rdzennym językiem – językiem nahuatl. Wartościowa pozycja dla zainteresowanych tematem. Za egzemplarz do recenzji dziękuję Domowi Wydawniczemu Rebis. https://www.instagram.com/w_otchlani_wyobrazni
Aleksandra - awatar Aleksandra
oceniła na 7 2 miesiące temu
Imperia Normanów Levi Roach
Imperia Normanów
Levi Roach
Oficjalna recenzja: https://lubimyczytac.pl/aktualnosci/22665/mieczem-i-krzyzem ------------------------------------ Z przesłanego tekstu recenzji redakcja poczyniona przez Lubimy Czytać wycięła dwa początkowe akapity wprowadzające, pozostawiając resztę tekstu bez zmian. Treść recenzji została więc pozbawiona tła historycznego, co kaleczy jego przesłanie. ------------------------------------- Ludzie północy – wikingowie pod wodzą Rollona (Rolofa), grasujący na terenach wzdłuż dolnej Sekwany, w roku 911 nad rzeką Epte stanęli do bitwy, która ukształtowała wczesnośredniowieczną zachodnią Europę. Historia Normanów zaczyna się od nadmorskiego pasa ziem w północnej Francji, między Rouen i Caen. W ciągu stulecia, drogą sojuszy i zbrojnych wypraw, powstaje Księstwo Normandii z ambitnymi rodami, których kolejne pokolenia łakną fortun i zdobyczy. W „Imperiach Normanów” Levi Roach niemal z aptekarską dokładnością opowiada o tym, jak morscy piraci ze Skandynawii stali się władcami licznych ziem i siłą, która przez trzy wieki kształtowała Europę Zachodnią i dała się we znaki bizantyjskiemu mocarstwu. Roach prowadzi swoją opowieść chronologicznie, ale nie jest to jednolity strumień zdarzeń, dat i postaci. Dzieje Normanów poznajemy przez wątki bohaterów, którym autor przypisuje sekwencje zdarzeń lokowane w czasie. „Imperia Normanów” to książka o historii, relacjonowanej w szczegółach opisanych kompetentnie, konkretnie, ale przystępnie. To burzliwa historia potęgi Normanów i kształtowanie się zachodnioeuropejskiej kultury rycerskiej w czasach, kiedy młode Królestwo Piastów stało na krawędzi przetrwania.
reversed - awatar reversed
ocenił na 7 2 miesiące temu

Cytaty z książki Zagubiony wątek. Historia starożytności oraz kobiet, które ją tworzyły

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Zagubiony wątek. Historia starożytności oraz kobiet, które ją tworzyły


Ciekawostki historyczne