Nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak bardzo "Go Luck Yourself" mi się podobało, o wiele bardziej od pierwszego tomu. Wciągnęłam się praktycznie od samego początku i naprawdę nie mogłam oderwać się od lektury. Czułam ogromny żal i niechęć za każdym razem, gdy musiałam choć na chwilę odłożyć czytnik. Co jest ogromną różnicą w porównaniu do tego, jak częste i długie przerwy robiłam w czytaniu "The Nightmare Before Kissmas."
Zapewne było to głównie spowodowane tym, że już przy pierwszym tomie pokochałam Krisa i jego ponurą osobowość, wręcz ociekającą sarkazmem. A w "Go Luck Yourself" już na samym początku dostajemy nowe elementy do pełnego obrazu tej postaci. Nie mogłam wyjść ze zdziwienia, jak naprawdę wyglądały jego uczucia do Iris (tym bardziej, że wcześniej im kibicowałam), jak w ogóle wygląda sposób jego patrzenia na świat. Kris okazał się niezwykle bogatą postacią, która zasługuje na szczęście.
A czy je ostatecznie dostanie? Cóż, ścieżka jest wyboista, przezabawna, ale też bolesna i absolutnie uwielbiam każdy jej etap.
A sama relacja Krisa z Lochem wywoływała u mnie ogrom wielkich emocji. Absolutnie ich uwielbiam, chociaż bez względu na ogromne napięcie seksualne między nimi, ale też czułość, muszę powiedzieć, że Loch nie zasługuje na Krisa. Ale nikt nie zasługuje na Krisa. A Loch daje mu szczęście, więc musimy wszyscy to zaakceptować (a ta akceptacja wywołuje ogromny uśmiech na mojej twarzy).
W tej książce też często pojawia się problem toksycznych rodzin, ale także ogromnego wsparcia od innych członków rodziny. Bardzo mi się podobało, jak autorka pokazała, jak to wszystko odbija się na bohaterach.
Nie mogę też nie docenić książki, w której pojawia się marzenie o pisaniu. Uczucia Krisa względem literatury mnie urzekły.
Mogłabym się tylko przyczepić do tego, jak szybko do wszystkiego dochodzi, zwłaszcza do scen erotycznych, tym bardziej, że bohaterowie krótko się znają. Ale jestem w stanie przymknąć oko, bo cała relacja tej dwójki to jedno wielkie OCH.
Chyba mogę jeszcze kiedyś wrócić do tej książki.
Nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak bardzo "Go Luck Yourself" mi się podobało, o wiele bardziej od pierwszego tomu. Wciągnęłam się praktycznie od samego początku i naprawdę nie mogłam oderwać się od lektury. Czułam ogromny żal i niechęć za każdym razem, gdy musiałam choć na chwilę odłożyć czytnik. Co jest ogromną różnicą w porównaniu do tego, jak częste i długie przerwy...
Nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak bardzo "Go Luck Yourself" mi się podobało, o wiele bardziej od pierwszego tomu. Wciągnęłam się praktycznie od samego początku i naprawdę nie mogłam oderwać się od lektury. Czułam ogromny żal i niechęć za każdym razem, gdy musiałam choć na chwilę odłożyć czytnik. Co jest ogromną różnicą w porównaniu do tego, jak częste i długie przerwy robiłam w czytaniu "The Nightmare Before Kissmas."
Zapewne było to głównie spowodowane tym, że już przy pierwszym tomie pokochałam Krisa i jego ponurą osobowość, wręcz ociekającą sarkazmem. A w "Go Luck Yourself" już na samym początku dostajemy nowe elementy do pełnego obrazu tej postaci. Nie mogłam wyjść ze zdziwienia, jak naprawdę wyglądały jego uczucia do Iris (tym bardziej, że wcześniej im kibicowałam), jak w ogóle wygląda sposób jego patrzenia na świat. Kris okazał się niezwykle bogatą postacią, która zasługuje na szczęście.
A czy je ostatecznie dostanie? Cóż, ścieżka jest wyboista, przezabawna, ale też bolesna i absolutnie uwielbiam każdy jej etap.
A sama relacja Krisa z Lochem wywoływała u mnie ogrom wielkich emocji. Absolutnie ich uwielbiam, chociaż bez względu na ogromne napięcie seksualne między nimi, ale też czułość, muszę powiedzieć, że Loch nie zasługuje na Krisa. Ale nikt nie zasługuje na Krisa. A Loch daje mu szczęście, więc musimy wszyscy to zaakceptować (a ta akceptacja wywołuje ogromny uśmiech na mojej twarzy).
W tej książce też często pojawia się problem toksycznych rodzin, ale także ogromnego wsparcia od innych członków rodziny. Bardzo mi się podobało, jak autorka pokazała, jak to wszystko odbija się na bohaterach.
Nie mogę też nie docenić książki, w której pojawia się marzenie o pisaniu. Uczucia Krisa względem literatury mnie urzekły.
Mogłabym się tylko przyczepić do tego, jak szybko do wszystkiego dochodzi, zwłaszcza do scen erotycznych, tym bardziej, że bohaterowie krótko się znają. Ale jestem w stanie przymknąć oko, bo cała relacja tej dwójki to jedno wielkie OCH.
Chyba mogę jeszcze kiedyś wrócić do tej książki.
Nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak bardzo "Go Luck Yourself" mi się podobało, o wiele bardziej od pierwszego tomu. Wciągnęłam się praktycznie od samego początku i naprawdę nie mogłam oderwać się od lektury. Czułam ogromny żal i niechęć za każdym razem, gdy musiałam choć na chwilę odłożyć czytnik. Co jest ogromną różnicą w porównaniu do tego, jak częste i długie przerwy...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to