Jakoś tak się składa, że podróż samochodem najlepiej opisać będąc w Ameryce. Szczególnie, gdy skręca się na mniej uczęszczane drogi. Takie lokalne, prowadzące do miejscowości, które szeroko znane nie są. Dobrze mieć ze sobą przewodnika, który wzbudzi nasze zaufanie. Piotr Marecki na przykład wzbudza je od pierwszych stron „Ameryczki”. Nie ukrywa, że interesuje go Ameryka niemetropolitalna, a ta mała, pełna przydrożnych moteli i bardzo dziwnych rzeczy jak na przykład olbrzymka zdobiąca okładkę jego książki.
Przestrzegałbym przed naklejaniem na książkę klasyfikujących haseł. Autor o to nie dba, my też nie powinniśmy. W każdym razie zmikoswana została literatura faktu, drogi, esej, rozprawka i co tam jeszcze weszło pod pióro. I dobrze. Niejednorodność stylistyczna odpowiadać ma chaosowi widzianemu oczami narratora. Dobrze to robi myślom, gdyż wymusza na nich niezależność, a konkretniej własny osąd. Są momenty autentycznie zabawne, są i groźne. Ktoś bardziej skory do posługiwania się wznioślejszymi hasłami mógłby powiedzieć, że więcej tu prawdy o Ameryce niż we wszystkich dostępnych analizach prasowych. Może nawet to i prawda jest.
Jakoś tak się składa, że podróż samochodem najlepiej opisać będąc w Ameryce. Szczególnie, gdy skręca się na mniej uczęszczane drogi. Takie lokalne, prowadzące do miejscowości, które szeroko znane nie są. Dobrze mieć ze sobą przewodnika, który wzbudzi nasze zaufanie. Piotr Marecki na przykład wzbudza je od pierwszych stron „Ameryczki”. Nie ukrywa, że interesuje go Ameryka...
Kristo - krótko.
Do książki zasiadałem 2x - najpierw ja pobieżnie przewertowałem, potem zmusiłem się do przeczytania od początku do końca. W tym szaleństwie opisywania banalnych czynności podczas podróży po Ameryce musi być metoda - myślałem. I znalazłem - rozmowa autora na stronie 30 z Lawrencem Giffinem o literaturze konceptualnej, o zapisywaniu czasu, czy aktualnych czynności. Wspomnień o konceptualizmie jest kilka a "Ameryczka" to reportaż konceptualny, niestety nie do końca udany i przekonujący. Z banału i mozołu podróży nie wynikła wciągająca literatura, brak jest też w zasadzie zakończenia, podsumowania, refleksji. Autor z założenia pomija rzeczy wznioślejsze, niepowtarzalne, woli banały, które są nudne w lekturze. Nie dostajemy opisu Yosemite w końcu, wizyta w centrum NASA potraktowana jest jak wizyta w spożywczaku, nawet opis pożarów Kalifornii jest na poziomie relacji jakiegoś przypadkowego robotnika a nie obieżyświata.
Nie dziwią niskie oceny "Ameryczki", mam kłopot jak wysoko ją ocenić. Czy to obraz współczesnej Ameryki? Raczej jakieś cienie w pieczarze. Zastanawiające, że na licznych zdjęciach nie ma żadnych ludzi.
Kristo - krótko.
Do książki zasiadałem 2x - najpierw ja pobieżnie przewertowałem, potem zmusiłem się do przeczytania od początku do końca. W tym szaleństwie opisywania banalnych czynności podczas podróży po Ameryce musi być metoda - myślałem. I znalazłem - rozmowa autora na stronie 30 z Lawrencem Giffinem o literaturze konceptualnej, o zapisywaniu czasu, czy aktualnych...
Absolutnie najgorsza książka o USA, jaką w życiu przeczytałem. Myślę sobie, że nie udało się uchwycić Ameryki Grzegorzowi Musiałowi w swoim dzienniku, nawet Białoszewski chyba poległ pod ciężarem tematu. Jak więc mogłoby się udać Mareckiemu, który przyjął totalnie absurdalną strategię - po prostu sobie pisał, co zobaczył, zjadł, powąchał, dotknął w czasie swojej wędrówki samochodem z punktu A do punktu Z, aby wygłosić pewien wykład. Pomimo tysięcy przejechanych kilometrów, dziesiątków odwiedzonych miejsc i spotkanych ludzi, autorowi nie udaje się napisać niczego nawet odrobinę ciekawego.
Gdybyście jechali obok tego typa w samochodzie, umarlibyście z nudów. Koleś marudziłby, że jest gorąco/zimno, że nie można znaleźć miejsca do parkowania, że można się spocić w metrze, że nie może znaleźć "american pie" tam, gdzie myślał, że będzie...
Żadnej refleksji, namysłu, obserwacji ciekawszej, najmniejszego "folkloru", podsłuchanych rozmówek, scenek rodzajowych. Nie ma niczego... Jest mniej więcej 200 stron zaczernionego papieru.
Jedzie, stoi, parkuje, śpi, męczy się z bluzą, rzuca się na materac, by zasnąć. Nic więcej. Naprawdę.
Nie dajcie się oszukać. Czytanie tej książki przypomina żucie wafla ryżowego - suche to i bez smaku. Albo lepiej - gdy wypije się kawę z papierowego kubka, człowiek bezwiednie sobie gryzie sobie brzeżek tego naczynka.
No właśnie...
PS
Niechlujna korekta też robi swoje.
Absolutnie najgorsza książka o USA, jaką w życiu przeczytałem. Myślę sobie, że nie udało się uchwycić Ameryki Grzegorzowi Musiałowi w swoim dzienniku, nawet Białoszewski chyba poległ pod ciężarem tematu. Jak więc mogłoby się udać Mareckiemu, który przyjął totalnie absurdalną strategię - po prostu sobie pisał, co zobaczył, zjadł, powąchał, dotknął w czasie swojej wędrówki...
Kiedyś w czasach niewinności o przeczytanej książce można było myśleć sobie nawet przez dwa tygodnie. Teraz, gdy bania oblężona jest wielobodźcem, cudem jest, gdy książka lub film przypomną się kilka dni po ich przyjęciu. A gdy tak się stanie, to też nie wiadomo, czy świadczy to o ładunku, który zawiera dana pozycja, czy to ordynarne spięcie w synapsach podsuwa akurat taki gulasz z reminiscencji. A o „Ameryczce” Piotra Mareckiego można pomyśleć trochę dłużej. I nie chodzi tutaj nawet o samą treść – choć w głowie zostaje obraz Stanów jako pustkowia smaganego żywiołami: pożarami lasów, zaćmieniem słońca, huraganem Irma czy kalifornijskimi korkami, przypominającymi spiętrzenie skarabeuszy. W tej zabitej krainie ludzie śpią z otwartymi oczami (i nie jest to American Dream) i wypluwają z siebie kwestie niczym porzucony na pustyni Mohave model językowy. Nawiasem mówiąc, ta książka instaluje w pamięci raczej obrazy zwierząt niż ludzi – lamę, która wbija się na cmentarz, owcę, która postanawia spieprzyć rancherom, szopy, które żują kocią karmę na ganku.
Ale to nie treść „Ameryczki” zawirusowuje umysł na kilka dni, ale sposób, w jaki została napisana. I właściwie nie wiadomo, jak nazwać tę metodę – zapis automatyczny, hiperrealizm, 100% prawdy, 1 do 1, art-dysocjacja? Jest to jakaś taka xanaxowa relacja zza szyby, narrator niczym beznamiętny robot opisuje tylko to, co widzi, słyszy i jaki jest jego aktualny „status” ciała. I długo czytelnik broni się przed tym wirusem narracji – czeka na jakieś liryczne passusy, choćby miały być podszyte mikropatosem niczym w „Lęku i odrazie w Las Vegas”, tak, aby zadziałało ciało, aby coś zaczęło się dziać w brzuchu, we flakach. Gdy wirus powoli infekuje strefę oko–mózg–krwiobieg, czytelnik zaczyna się zastanawiać, czego on sam właściwie wymaga od literatury i dlaczego chce tych emocji i reakcji organizmu – bo tutaj nawet gdy młode gangusy wyjmują broń, to ciało czytelnicze milczy – właśnie przez to opowiadanie zza szyby. Ale gdy już narracja się w pełni załaduje, to pojawia się myśl, że w tym sposobie pisania jest coś z szacunku do odbiorcy – narrator daje nam wafle, a my już sami musimy skombinować sobie dżem; i jak tak bardzo pragniemy np. liryzmu, to możemy go sobie dopowiedzieć już na własną rękę.
Zwykle wywalam książki w kąt po 20 stronach, gdy osoby, które ją wyklepały, bardzo czegoś ode mnie jako od czytelnika w tym tekstach chcą, łapią mnie za rękaw niczym 50-letni heroinista proszący o 20 złotych, pragną pokazać, jacy są zajebiści, jaki mają styl, jakie przygotowali dostojne poletko do interpretacji. A tutaj tego nie ma – Marecki niczego od nas nie chce, a jego „Ameryczką” się możemy bawić w dowolnych odbiorczych konfiguracjach. Też sporą zaletą tego stylu jest to, że narrator nie musi niczym gorący libek korygować poglądów swoich rozmówców. Gdy ci np. lubią Trumpa, nie dostaniemy solennych zapewnień w rodzaju „ohohoho, co za paskudni ludzie, ja oczywiście tak nie uważam”. Jest to po prostu literackie nagranie rzeczywistości sauté, bez specjalnych filtrów, a jeśli w tej – czy innej sprawie – czytelnik potrzebuje tego „ohohoho”, może je sobie przecież dodać sam. Chciałoby się, aby powstało więcej książek przy użyciu tej metody, a niech pisze tak nawet z 300 osób w kraju, choć pewnie wtedy zarżnęliby ten pisarski algorytm w dwa sezony. „Ameryczka” zdecydowanie do zapamiętania.
Kiedyś w czasach niewinności o przeczytanej książce można było myśleć sobie nawet przez dwa tygodnie. Teraz, gdy bania oblężona jest wielobodźcem, cudem jest, gdy książka lub film przypomną się kilka dni po ich przyjęciu. A gdy tak się stanie, to też nie wiadomo, czy świadczy to o ładunku, który zawiera dana pozycja, czy to ordynarne spięcie w synapsach podsuwa akurat taki...
Pojeździł se chłop po Ameryce swoją karą po hajwejach i lokalnych drogach, pojadł w dinerach i pogadał z friendami. O czym? O tym co najbardziej zajmuje prawie każdego obywatela Stanów - o samochodach, korkach na drogach i parkowaniu. Aż dojechał i wrócił. A no i napisał o tym książkę.
Pojeździł se chłop po Ameryce swoją karą po hajwejach i lokalnych drogach, pojadł w dinerach i pogadał z friendami. O czym? O tym co najbardziej zajmuje prawie każdego obywatela Stanów - o samochodach, korkach na drogach i parkowaniu. Aż dojechał i wrócił. A no i napisał o tym książkę.
W swojej relacji z podróży Piotr Marecki opisuje kompletnie inną Amerykę niż ta, o której śnimy, której obraz mamy przed oczami. Cel jego wyprawy od początku został jasno określony, podróżuje ze wschodu na zachód śladem amerykańskich dziwactw spisanych w „Roadside America” – ta publikacja staje się jego biblią na czas pobytu w USA.
Nie spodziewajcie się zatem przewodnika po największych atrakcjach turystycznych, muzeach czy katedrach. Tym bardziej zaś luksusowych rezydencji i restauracji z gwiazdkami Michelina. W zamian otrzymujemy najtańsze motele, zagracone pokoiki na wynajem, jeśli już muzeum to zwyczajnego, polnego ziemniaka, poza tym głównie zapchane ludźmi sieciówki, gdzie stojąc na jednej nodze pijemy kawę parząc sobie wargi z pośpiechu, by nie zwlekając wyruszyć w dalszą drogę, bo czas goni i korki na drogach.
Jeśli już Nowy Jork, to Greenpoint i pączkarnia Peter Pan z kelnerkami posługującymi się łamaną polszczyzną. Później czas na mormońskie miasteczko, gdzie z kolei wszyscy chcą cię nawracać. Dojeżdżając tam Amtrakiem mamy od razu przedsmak mistycznych nawiedzeń i ślepej wiary w zbliżającą się apokalipsę, którą funduje niczego nieświadomym ludziom elita władzy i pieniądza. Podobnie jak u nas, w postępie geometrycznym szerzy się wiara w najbardziej nawet nieprawdopodobne teorie spiskowe.
Świat jest straszny, na każdym kroku czyhają na nas pułapki, zaś w obronie własnej możesz posłużyć się tylko niewielkim nożykiem, podarunkiem od świeżo poznanej dziewczyny, której żal się zrobiło bezbronnego cudzoziemca. Co prawda nie jest on w stanie przeciwdziałać światowym intrygom, ale może wystarczyć do postawienia się kilku kolesiom żądającym haraczu. W niedługim czasie więc plecak wypełnia się prezentami, a te stanowią typowy znak współczesnej Ameryki – obok noża spoczywa jako kaganek oświaty mormońska Księga.
To jest właśnie tytułowa Ameryczka. Pobocza, wąskie, rzadko uczęszczane szlaki, zapyziałe stacje benzynowe, zupełnie jak z powieści Stephena Kinga. Bezdroża prowincji porośnięte kukurydzą. „Wszędzie jest bardzo brudno, wokół leżą śmieci, a z budynków wprost na ulicę leje się woda.” Zrujnowane hale fabryczne straszące powybijanymi szybami, ogrodzenia gęsto pokryte graffiti, a przed nimi pordzewiałe wraki samochodów, których nikomu nie przyjdzie do głowy zezłomować. Gdy jedziemy – przed nami rozpościera się ogromna pusta przestrzeń, za nami podobnie. Odległości w Ameryce są ogromne, trudno z początku do tego przywyknąć.
Ostatnio sporo wydaje się reportaży z prowincji właśnie, polskiej i każdej innej, wręcz z pogranicza, gdzie łączą się wpływy kilku kultur, a mieszkańcy uczą się tolerancji i wspólnego życia na tym terytorium przynależącym trochę tu i trochę gdzie indziej. Ma ono swój własny, osobny charakter i „Ameryczka” jakoś tam, choć niezupełnie do końca, ale wpisuje się w ten nurt.
Autor bardziej rzeczowo relacjonuje niż snuje barwną opowieść, prowadzi swego rodzaju kalendarium, zwraca uwagę na prozaiczne detale, jak choćby drożejąca benzyna w miarę posuwania się ze wschodu na zachód. Uwagę zwraca mentalność Amerykanów spotykanych na prowincji, ich niewielkie zainteresowanie światem, poznaniem reszty własnego, ogromnego kraju. Osiedli i wrośli w te swoje werandy i rutynę, w niezdrowe śniadania w MacDonaldach, które uzależniają niczym narkotyk, psując przy tym figurę i oczywiście zdrowie. W Ameryce nie da się żyć bez samochodu, odległości są zabójcze, ulice niebezpieczne, pogoda też nie rozpieszcza – możemy wybierać miedzy huraganem a morderczym upałem. Czy tak właśnie dzisiaj wygląda ów osławiony american dream? O tym marzymy i tego zazdrościmy mieszkańcom zza oceanu?
Gdyby Piotr Marecki wybrał na swoją ekskursję miejsca leżące tradycyjnie na trasie wycieczek, prawdopodobnie nasze spojrzenie na współczesną Amerykę nie doznałoby takiego wstrząsu po lekturze. Zamiast oszalałego poznawczego oczopląsu zachowalibyśmy cały dotychczasowy romantyczno-wzniosły zachwyt. Tymczasem mamy dowód na to, że prowincja jest wszędzie podobna, chowając się w cieniu blichtru metropolii, przez lata zachowuje swój charakter, nie ulega łatwo zmianom, nie poddaje się modom, wybiera wiarę w nader ortodoksyjnym wydaniu, poglądy zachowawcze, a obywatelską dumę demonstruje strojąc domy i płoty w narodowe barwy.
Autor nosi przy sobie „Listy z podróży do Ameryki” Henryka Sienkiewicza, które kompulsywnie przepisuje przy każdej nadarzającej się okazji. Czemu? Wszak to reportaż sprzed 150 lat, w dodatku zupełnie nie kompatybilny z zapiskami Piotra Mareckiego. Tam poczucie humoru, przygoda, zapierające dech widoki, stale coś się dzieje – tutaj marazm, zaniedbanie, przygnębienie, jakiś rodzaj rezygnacji, odbierający siłę i energię do działania, nie pozwalający człowiekowi już wiele oczekiwać od życia. Może w tym leży „pies pogrzebany”, nawet autor potrzebuje sienkiewiczowskiej odtrutki, by strawić to, co dzień w dzień przełyka – Amerykę drugiej prędkości.
Być może ile podróżujących, tyleż samo Ameryk. Każdy zwraca uwagę na inne aspekty życia i krajobrazu, może też i przyciąga ku sobie odmienne elementy, wybiera różną trasę, czego innego oczekuje. Był Steinbeck i podążający tym samym szlakiem 50 lat później Geert Mak, był Kerouac i Ameryka bitników, a także Amor Towles z „Lincoln Highway”, jest w końcu Maciej Jarkowiec i Piotr Marecki, odkrywający Amerykę nieoczywistą, mniej znaną, daleką od utrwalonych w naszych wyobrażeniach obrazów, a jednak równie prawdziwą. To jedna z wielu jej twarzy tych zaraz po przebudzeniu, jeszcze bez makijażu i olśniewającego, powitalnego uśmiechu.
Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
W swojej relacji z podróży Piotr Marecki opisuje kompletnie inną Amerykę niż ta, o której śnimy, której obraz mamy przed oczami. Cel jego wyprawy od początku został jasno określony, podróżuje ze wschodu na zachód śladem amerykańskich dziwactw spisanych w „Roadside America” – ta publikacja staje się jego biblią na czas pobytu w USA.
Jak "Polska przydrożna" stała się dla mnie chłopcem do bicia, tak "Ameryczka" nie jest aż tak niestrawialna. Czułam się jakbym oglądała czyjegoś Instagrama, ale takiego nawet fajnego i było to spoko.
Jak "Polska przydrożna" stała się dla mnie chłopcem do bicia, tak "Ameryczka" nie jest aż tak niestrawialna. Czułam się jakbym oglądała czyjegoś Instagrama, ale takiego nawet fajnego i było to spoko.
Ta książka nie jest o Ameryce, a o polskiej mentalności ze skłonnością do narzekania.
Na tyle możemy przeczytać, że bohater powieści ,,nie ocenia", podczas gdy z książki zionie jedna wielka przesadna krytyka zblazowanego człowieka.
Nie oceniam.
Ta książka nie jest o Ameryce, a o polskiej mentalności ze skłonnością do narzekania.
Na tyle możemy przeczytać, że bohater powieści ,,nie ocenia", podczas gdy z książki zionie jedna wielka przesadna krytyka zblazowanego człowieka.
Bardzo rzadko porzucam książkę zanim skończę, ale tej pozycji nie udało mi się dociągnąć do końca. Kompletny gniot opisujący w sposób lakoniczny podróż po Stanach. To jest forma pamiętnika spisującego jakieś kompletnie nieistotne dla czytelnika wydarzenia: co autor kupił do jedzenia, gdzie zaparkował, czy kawa była na miejscu czy na wynos, ile powinien jechać czasu w dane miejsce a ile jechał. O samych Stanach czy miejscach które odwiedza,, można przeczytać banały. Szkoda pieniędzy na tą pozycję, a przede wszystkim czasu.
Bardzo rzadko porzucam książkę zanim skończę, ale tej pozycji nie udało mi się dociągnąć do końca. Kompletny gniot opisujący w sposób lakoniczny podróż po Stanach. To jest forma pamiętnika spisującego jakieś kompletnie nieistotne dla czytelnika wydarzenia: co autor kupił do jedzenia, gdzie zaparkował, czy kawa była na miejscu czy na wynos, ile powinien jechać czasu w dane...
Piotr Marecki znowu wyruszył w podróż. Po kawalerskiej podróży po Polsce B w „Polsce przydrożnej” i poślubnej eskapadzie w „Romantice”, której akcja dzieje się w Ukrainie, nasz ulubiony bohater i autor znów wyrusza w samotną podróż po Stanach i opisuje wszystko, a w zasadzie Nic nie opisuje. I taka jest „Ameryczka” – reportaż z podróży po Ameryce, w którym czytelnik nie znajdzie Niczego.
Marecki realizuje w swojej najnowszej książce program wyborczy kandydata na urząd prezydenta Białegostoku, Krzysztofa Kononowicza, który, jak doskonale pamiętamy, miał plan, żeby „nie było niczego” i tym samym otworzył sobie drogę do wielkiej kariery celebryty i influensera. Zbieżność wizji Mareckiego i Kononowicza nie jest przypadkowa – obaj dla odbiorców są samotnymi jeźdźcami, obu fascynuje świat retro i obaj są zafascynowani możliwościami nowych mediów, skwapliwie je wykorzystując do swojego celu – celu ukazania Nicości.
Jedzie sam. Uwolniony. W końcu. Easy Rider przemierza tysiące kilometrów amerykańskich dróg. Zatrzymuje się w barach. Zatrzymuje się w motelach. Nie ma co opisywać tej podróży. Niczego tutaj nie ma. Niczego interesującego. Żadnych interesujących ludzi. Żadnych interesujących rozmów. Robi zdjęcia lomo. Są dowodem, że naprawdę Niczego tutaj nie ma. Dojeżdża. Byle napić się piwa. Byle w końcu położyć się spać.
Nicość jest dla Mareckiego boginią, Ameryka Mareckiego jest królestwem Nicości. Marecki wróci. Do swojej rodziny. Do swoich obowiązków. Do swojego świata. Do Polski. Ale będzie tęsknił. Za Niczym.
I nie będzie Niczego
Piotr Marecki znowu wyruszył w podróż. Po kawalerskiej podróży po Polsce B w „Polsce przydrożnej” i poślubnej eskapadzie w „Romantice”, której akcja dzieje się w Ukrainie, nasz ulubiony bohater i autor znów wyrusza w samotną podróż po Stanach i opisuje wszystko, a w zasadzie Nic nie opisuje. I taka jest „Ameryczka” – reportaż z podróży po Ameryce, w...
Licha - nie polecam.
Szkoda „kasy” - jak pojawi sie w supermarkecie za 3 pln - można sie mocno zastanowić?
Dla uzupełnienia ilosci kartek, autor i wydawca dolaczyli, bazgroły ręcznego pisma - „czegoś”, co ma przypominać pismo odręczne.
Licha - nie polecam.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSzkoda „kasy” - jak pojawi sie w supermarkecie za 3 pln - można sie mocno zastanowić?
Dla uzupełnienia ilosci kartek, autor i wydawca dolaczyli, bazgroły ręcznego pisma - „czegoś”, co ma przypominać pismo odręczne.
Jakoś tak się składa, że podróż samochodem najlepiej opisać będąc w Ameryce. Szczególnie, gdy skręca się na mniej uczęszczane drogi. Takie lokalne, prowadzące do miejscowości, które szeroko znane nie są. Dobrze mieć ze sobą przewodnika, który wzbudzi nasze zaufanie. Piotr Marecki na przykład wzbudza je od pierwszych stron „Ameryczki”. Nie ukrywa, że interesuje go Ameryka niemetropolitalna, a ta mała, pełna przydrożnych moteli i bardzo dziwnych rzeczy jak na przykład olbrzymka zdobiąca okładkę jego książki.
Przestrzegałbym przed naklejaniem na książkę klasyfikujących haseł. Autor o to nie dba, my też nie powinniśmy. W każdym razie zmikoswana została literatura faktu, drogi, esej, rozprawka i co tam jeszcze weszło pod pióro. I dobrze. Niejednorodność stylistyczna odpowiadać ma chaosowi widzianemu oczami narratora. Dobrze to robi myślom, gdyż wymusza na nich niezależność, a konkretniej własny osąd. Są momenty autentycznie zabawne, są i groźne. Ktoś bardziej skory do posługiwania się wznioślejszymi hasłami mógłby powiedzieć, że więcej tu prawdy o Ameryce niż we wszystkich dostępnych analizach prasowych. Może nawet to i prawda jest.
Jakoś tak się składa, że podróż samochodem najlepiej opisać będąc w Ameryce. Szczególnie, gdy skręca się na mniej uczęszczane drogi. Takie lokalne, prowadzące do miejscowości, które szeroko znane nie są. Dobrze mieć ze sobą przewodnika, który wzbudzi nasze zaufanie. Piotr Marecki na przykład wzbudza je od pierwszych stron „Ameryczki”. Nie ukrywa, że interesuje go Ameryka...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKristo - krótko.
Do książki zasiadałem 2x - najpierw ja pobieżnie przewertowałem, potem zmusiłem się do przeczytania od początku do końca. W tym szaleństwie opisywania banalnych czynności podczas podróży po Ameryce musi być metoda - myślałem. I znalazłem - rozmowa autora na stronie 30 z Lawrencem Giffinem o literaturze konceptualnej, o zapisywaniu czasu, czy aktualnych czynności. Wspomnień o konceptualizmie jest kilka a "Ameryczka" to reportaż konceptualny, niestety nie do końca udany i przekonujący. Z banału i mozołu podróży nie wynikła wciągająca literatura, brak jest też w zasadzie zakończenia, podsumowania, refleksji. Autor z założenia pomija rzeczy wznioślejsze, niepowtarzalne, woli banały, które są nudne w lekturze. Nie dostajemy opisu Yosemite w końcu, wizyta w centrum NASA potraktowana jest jak wizyta w spożywczaku, nawet opis pożarów Kalifornii jest na poziomie relacji jakiegoś przypadkowego robotnika a nie obieżyświata.
Nie dziwią niskie oceny "Ameryczki", mam kłopot jak wysoko ją ocenić. Czy to obraz współczesnej Ameryki? Raczej jakieś cienie w pieczarze. Zastanawiające, że na licznych zdjęciach nie ma żadnych ludzi.
Kristo - krótko.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDo książki zasiadałem 2x - najpierw ja pobieżnie przewertowałem, potem zmusiłem się do przeczytania od początku do końca. W tym szaleństwie opisywania banalnych czynności podczas podróży po Ameryce musi być metoda - myślałem. I znalazłem - rozmowa autora na stronie 30 z Lawrencem Giffinem o literaturze konceptualnej, o zapisywaniu czasu, czy aktualnych...
Absolutnie najgorsza książka o USA, jaką w życiu przeczytałem. Myślę sobie, że nie udało się uchwycić Ameryki Grzegorzowi Musiałowi w swoim dzienniku, nawet Białoszewski chyba poległ pod ciężarem tematu. Jak więc mogłoby się udać Mareckiemu, który przyjął totalnie absurdalną strategię - po prostu sobie pisał, co zobaczył, zjadł, powąchał, dotknął w czasie swojej wędrówki samochodem z punktu A do punktu Z, aby wygłosić pewien wykład. Pomimo tysięcy przejechanych kilometrów, dziesiątków odwiedzonych miejsc i spotkanych ludzi, autorowi nie udaje się napisać niczego nawet odrobinę ciekawego.
Gdybyście jechali obok tego typa w samochodzie, umarlibyście z nudów. Koleś marudziłby, że jest gorąco/zimno, że nie można znaleźć miejsca do parkowania, że można się spocić w metrze, że nie może znaleźć "american pie" tam, gdzie myślał, że będzie...
Żadnej refleksji, namysłu, obserwacji ciekawszej, najmniejszego "folkloru", podsłuchanych rozmówek, scenek rodzajowych. Nie ma niczego... Jest mniej więcej 200 stron zaczernionego papieru.
Jedzie, stoi, parkuje, śpi, męczy się z bluzą, rzuca się na materac, by zasnąć. Nic więcej. Naprawdę.
Nie dajcie się oszukać. Czytanie tej książki przypomina żucie wafla ryżowego - suche to i bez smaku. Albo lepiej - gdy wypije się kawę z papierowego kubka, człowiek bezwiednie sobie gryzie sobie brzeżek tego naczynka.
No właśnie...
PS
Niechlujna korekta też robi swoje.
Absolutnie najgorsza książka o USA, jaką w życiu przeczytałem. Myślę sobie, że nie udało się uchwycić Ameryki Grzegorzowi Musiałowi w swoim dzienniku, nawet Białoszewski chyba poległ pod ciężarem tematu. Jak więc mogłoby się udać Mareckiemu, który przyjął totalnie absurdalną strategię - po prostu sobie pisał, co zobaczył, zjadł, powąchał, dotknął w czasie swojej wędrówki...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKiedyś w czasach niewinności o przeczytanej książce można było myśleć sobie nawet przez dwa tygodnie. Teraz, gdy bania oblężona jest wielobodźcem, cudem jest, gdy książka lub film przypomną się kilka dni po ich przyjęciu. A gdy tak się stanie, to też nie wiadomo, czy świadczy to o ładunku, który zawiera dana pozycja, czy to ordynarne spięcie w synapsach podsuwa akurat taki gulasz z reminiscencji. A o „Ameryczce” Piotra Mareckiego można pomyśleć trochę dłużej. I nie chodzi tutaj nawet o samą treść – choć w głowie zostaje obraz Stanów jako pustkowia smaganego żywiołami: pożarami lasów, zaćmieniem słońca, huraganem Irma czy kalifornijskimi korkami, przypominającymi spiętrzenie skarabeuszy. W tej zabitej krainie ludzie śpią z otwartymi oczami (i nie jest to American Dream) i wypluwają z siebie kwestie niczym porzucony na pustyni Mohave model językowy. Nawiasem mówiąc, ta książka instaluje w pamięci raczej obrazy zwierząt niż ludzi – lamę, która wbija się na cmentarz, owcę, która postanawia spieprzyć rancherom, szopy, które żują kocią karmę na ganku.
Ale to nie treść „Ameryczki” zawirusowuje umysł na kilka dni, ale sposób, w jaki została napisana. I właściwie nie wiadomo, jak nazwać tę metodę – zapis automatyczny, hiperrealizm, 100% prawdy, 1 do 1, art-dysocjacja? Jest to jakaś taka xanaxowa relacja zza szyby, narrator niczym beznamiętny robot opisuje tylko to, co widzi, słyszy i jaki jest jego aktualny „status” ciała. I długo czytelnik broni się przed tym wirusem narracji – czeka na jakieś liryczne passusy, choćby miały być podszyte mikropatosem niczym w „Lęku i odrazie w Las Vegas”, tak, aby zadziałało ciało, aby coś zaczęło się dziać w brzuchu, we flakach. Gdy wirus powoli infekuje strefę oko–mózg–krwiobieg, czytelnik zaczyna się zastanawiać, czego on sam właściwie wymaga od literatury i dlaczego chce tych emocji i reakcji organizmu – bo tutaj nawet gdy młode gangusy wyjmują broń, to ciało czytelnicze milczy – właśnie przez to opowiadanie zza szyby. Ale gdy już narracja się w pełni załaduje, to pojawia się myśl, że w tym sposobie pisania jest coś z szacunku do odbiorcy – narrator daje nam wafle, a my już sami musimy skombinować sobie dżem; i jak tak bardzo pragniemy np. liryzmu, to możemy go sobie dopowiedzieć już na własną rękę.
Zwykle wywalam książki w kąt po 20 stronach, gdy osoby, które ją wyklepały, bardzo czegoś ode mnie jako od czytelnika w tym tekstach chcą, łapią mnie za rękaw niczym 50-letni heroinista proszący o 20 złotych, pragną pokazać, jacy są zajebiści, jaki mają styl, jakie przygotowali dostojne poletko do interpretacji. A tutaj tego nie ma – Marecki niczego od nas nie chce, a jego „Ameryczką” się możemy bawić w dowolnych odbiorczych konfiguracjach. Też sporą zaletą tego stylu jest to, że narrator nie musi niczym gorący libek korygować poglądów swoich rozmówców. Gdy ci np. lubią Trumpa, nie dostaniemy solennych zapewnień w rodzaju „ohohoho, co za paskudni ludzie, ja oczywiście tak nie uważam”. Jest to po prostu literackie nagranie rzeczywistości sauté, bez specjalnych filtrów, a jeśli w tej – czy innej sprawie – czytelnik potrzebuje tego „ohohoho”, może je sobie przecież dodać sam. Chciałoby się, aby powstało więcej książek przy użyciu tej metody, a niech pisze tak nawet z 300 osób w kraju, choć pewnie wtedy zarżnęliby ten pisarski algorytm w dwa sezony. „Ameryczka” zdecydowanie do zapamiętania.
Kiedyś w czasach niewinności o przeczytanej książce można było myśleć sobie nawet przez dwa tygodnie. Teraz, gdy bania oblężona jest wielobodźcem, cudem jest, gdy książka lub film przypomną się kilka dni po ich przyjęciu. A gdy tak się stanie, to też nie wiadomo, czy świadczy to o ładunku, który zawiera dana pozycja, czy to ordynarne spięcie w synapsach podsuwa akurat taki...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPojeździł se chłop po Ameryce swoją karą po hajwejach i lokalnych drogach, pojadł w dinerach i pogadał z friendami. O czym? O tym co najbardziej zajmuje prawie każdego obywatela Stanów - o samochodach, korkach na drogach i parkowaniu. Aż dojechał i wrócił. A no i napisał o tym książkę.
Pojeździł se chłop po Ameryce swoją karą po hajwejach i lokalnych drogach, pojadł w dinerach i pogadał z friendami. O czym? O tym co najbardziej zajmuje prawie każdego obywatela Stanów - o samochodach, korkach na drogach i parkowaniu. Aż dojechał i wrócił. A no i napisał o tym książkę.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW swojej relacji z podróży Piotr Marecki opisuje kompletnie inną Amerykę niż ta, o której śnimy, której obraz mamy przed oczami. Cel jego wyprawy od początku został jasno określony, podróżuje ze wschodu na zachód śladem amerykańskich dziwactw spisanych w „Roadside America” – ta publikacja staje się jego biblią na czas pobytu w USA.
Nie spodziewajcie się zatem przewodnika po największych atrakcjach turystycznych, muzeach czy katedrach. Tym bardziej zaś luksusowych rezydencji i restauracji z gwiazdkami Michelina. W zamian otrzymujemy najtańsze motele, zagracone pokoiki na wynajem, jeśli już muzeum to zwyczajnego, polnego ziemniaka, poza tym głównie zapchane ludźmi sieciówki, gdzie stojąc na jednej nodze pijemy kawę parząc sobie wargi z pośpiechu, by nie zwlekając wyruszyć w dalszą drogę, bo czas goni i korki na drogach.
Jeśli już Nowy Jork, to Greenpoint i pączkarnia Peter Pan z kelnerkami posługującymi się łamaną polszczyzną. Później czas na mormońskie miasteczko, gdzie z kolei wszyscy chcą cię nawracać. Dojeżdżając tam Amtrakiem mamy od razu przedsmak mistycznych nawiedzeń i ślepej wiary w zbliżającą się apokalipsę, którą funduje niczego nieświadomym ludziom elita władzy i pieniądza. Podobnie jak u nas, w postępie geometrycznym szerzy się wiara w najbardziej nawet nieprawdopodobne teorie spiskowe.
Świat jest straszny, na każdym kroku czyhają na nas pułapki, zaś w obronie własnej możesz posłużyć się tylko niewielkim nożykiem, podarunkiem od świeżo poznanej dziewczyny, której żal się zrobiło bezbronnego cudzoziemca. Co prawda nie jest on w stanie przeciwdziałać światowym intrygom, ale może wystarczyć do postawienia się kilku kolesiom żądającym haraczu. W niedługim czasie więc plecak wypełnia się prezentami, a te stanowią typowy znak współczesnej Ameryki – obok noża spoczywa jako kaganek oświaty mormońska Księga.
To jest właśnie tytułowa Ameryczka. Pobocza, wąskie, rzadko uczęszczane szlaki, zapyziałe stacje benzynowe, zupełnie jak z powieści Stephena Kinga. Bezdroża prowincji porośnięte kukurydzą. „Wszędzie jest bardzo brudno, wokół leżą śmieci, a z budynków wprost na ulicę leje się woda.” Zrujnowane hale fabryczne straszące powybijanymi szybami, ogrodzenia gęsto pokryte graffiti, a przed nimi pordzewiałe wraki samochodów, których nikomu nie przyjdzie do głowy zezłomować. Gdy jedziemy – przed nami rozpościera się ogromna pusta przestrzeń, za nami podobnie. Odległości w Ameryce są ogromne, trudno z początku do tego przywyknąć.
Ostatnio sporo wydaje się reportaży z prowincji właśnie, polskiej i każdej innej, wręcz z pogranicza, gdzie łączą się wpływy kilku kultur, a mieszkańcy uczą się tolerancji i wspólnego życia na tym terytorium przynależącym trochę tu i trochę gdzie indziej. Ma ono swój własny, osobny charakter i „Ameryczka” jakoś tam, choć niezupełnie do końca, ale wpisuje się w ten nurt.
Autor bardziej rzeczowo relacjonuje niż snuje barwną opowieść, prowadzi swego rodzaju kalendarium, zwraca uwagę na prozaiczne detale, jak choćby drożejąca benzyna w miarę posuwania się ze wschodu na zachód. Uwagę zwraca mentalność Amerykanów spotykanych na prowincji, ich niewielkie zainteresowanie światem, poznaniem reszty własnego, ogromnego kraju. Osiedli i wrośli w te swoje werandy i rutynę, w niezdrowe śniadania w MacDonaldach, które uzależniają niczym narkotyk, psując przy tym figurę i oczywiście zdrowie. W Ameryce nie da się żyć bez samochodu, odległości są zabójcze, ulice niebezpieczne, pogoda też nie rozpieszcza – możemy wybierać miedzy huraganem a morderczym upałem. Czy tak właśnie dzisiaj wygląda ów osławiony american dream? O tym marzymy i tego zazdrościmy mieszkańcom zza oceanu?
Gdyby Piotr Marecki wybrał na swoją ekskursję miejsca leżące tradycyjnie na trasie wycieczek, prawdopodobnie nasze spojrzenie na współczesną Amerykę nie doznałoby takiego wstrząsu po lekturze. Zamiast oszalałego poznawczego oczopląsu zachowalibyśmy cały dotychczasowy romantyczno-wzniosły zachwyt. Tymczasem mamy dowód na to, że prowincja jest wszędzie podobna, chowając się w cieniu blichtru metropolii, przez lata zachowuje swój charakter, nie ulega łatwo zmianom, nie poddaje się modom, wybiera wiarę w nader ortodoksyjnym wydaniu, poglądy zachowawcze, a obywatelską dumę demonstruje strojąc domy i płoty w narodowe barwy.
Autor nosi przy sobie „Listy z podróży do Ameryki” Henryka Sienkiewicza, które kompulsywnie przepisuje przy każdej nadarzającej się okazji. Czemu? Wszak to reportaż sprzed 150 lat, w dodatku zupełnie nie kompatybilny z zapiskami Piotra Mareckiego. Tam poczucie humoru, przygoda, zapierające dech widoki, stale coś się dzieje – tutaj marazm, zaniedbanie, przygnębienie, jakiś rodzaj rezygnacji, odbierający siłę i energię do działania, nie pozwalający człowiekowi już wiele oczekiwać od życia. Może w tym leży „pies pogrzebany”, nawet autor potrzebuje sienkiewiczowskiej odtrutki, by strawić to, co dzień w dzień przełyka – Amerykę drugiej prędkości.
Być może ile podróżujących, tyleż samo Ameryk. Każdy zwraca uwagę na inne aspekty życia i krajobrazu, może też i przyciąga ku sobie odmienne elementy, wybiera różną trasę, czego innego oczekuje. Był Steinbeck i podążający tym samym szlakiem 50 lat później Geert Mak, był Kerouac i Ameryka bitników, a także Amor Towles z „Lincoln Highway”, jest w końcu Maciej Jarkowiec i Piotr Marecki, odkrywający Amerykę nieoczywistą, mniej znaną, daleką od utrwalonych w naszych wyobrażeniach obrazów, a jednak równie prawdziwą. To jedna z wielu jej twarzy tych zaraz po przebudzeniu, jeszcze bez makijażu i olśniewającego, powitalnego uśmiechu.
Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
W swojej relacji z podróży Piotr Marecki opisuje kompletnie inną Amerykę niż ta, o której śnimy, której obraz mamy przed oczami. Cel jego wyprawy od początku został jasno określony, podróżuje ze wschodu na zachód śladem amerykańskich dziwactw spisanych w „Roadside America” – ta publikacja staje się jego biblią na czas pobytu w USA.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie spodziewajcie się zatem przewodnika...
Jak "Polska przydrożna" stała się dla mnie chłopcem do bicia, tak "Ameryczka" nie jest aż tak niestrawialna. Czułam się jakbym oglądała czyjegoś Instagrama, ale takiego nawet fajnego i było to spoko.
Jak "Polska przydrożna" stała się dla mnie chłopcem do bicia, tak "Ameryczka" nie jest aż tak niestrawialna. Czułam się jakbym oglądała czyjegoś Instagrama, ale takiego nawet fajnego i było to spoko.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTa książka nie jest o Ameryce, a o polskiej mentalności ze skłonnością do narzekania.
Na tyle możemy przeczytać, że bohater powieści ,,nie ocenia", podczas gdy z książki zionie jedna wielka przesadna krytyka zblazowanego człowieka.
Nie oceniam.
Ta książka nie jest o Ameryce, a o polskiej mentalności ze skłonnością do narzekania.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNa tyle możemy przeczytać, że bohater powieści ,,nie ocenia", podczas gdy z książki zionie jedna wielka przesadna krytyka zblazowanego człowieka.
Nie oceniam.
Bardzo rzadko porzucam książkę zanim skończę, ale tej pozycji nie udało mi się dociągnąć do końca. Kompletny gniot opisujący w sposób lakoniczny podróż po Stanach. To jest forma pamiętnika spisującego jakieś kompletnie nieistotne dla czytelnika wydarzenia: co autor kupił do jedzenia, gdzie zaparkował, czy kawa była na miejscu czy na wynos, ile powinien jechać czasu w dane miejsce a ile jechał. O samych Stanach czy miejscach które odwiedza,, można przeczytać banały. Szkoda pieniędzy na tą pozycję, a przede wszystkim czasu.
Bardzo rzadko porzucam książkę zanim skończę, ale tej pozycji nie udało mi się dociągnąć do końca. Kompletny gniot opisujący w sposób lakoniczny podróż po Stanach. To jest forma pamiętnika spisującego jakieś kompletnie nieistotne dla czytelnika wydarzenia: co autor kupił do jedzenia, gdzie zaparkował, czy kawa była na miejscu czy na wynos, ile powinien jechać czasu w dane...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toŚwietna.
Świetna.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toI nie będzie Niczego
Piotr Marecki znowu wyruszył w podróż. Po kawalerskiej podróży po Polsce B w „Polsce przydrożnej” i poślubnej eskapadzie w „Romantice”, której akcja dzieje się w Ukrainie, nasz ulubiony bohater i autor znów wyrusza w samotną podróż po Stanach i opisuje wszystko, a w zasadzie Nic nie opisuje. I taka jest „Ameryczka” – reportaż z podróży po Ameryce, w którym czytelnik nie znajdzie Niczego.
Marecki realizuje w swojej najnowszej książce program wyborczy kandydata na urząd prezydenta Białegostoku, Krzysztofa Kononowicza, który, jak doskonale pamiętamy, miał plan, żeby „nie było niczego” i tym samym otworzył sobie drogę do wielkiej kariery celebryty i influensera. Zbieżność wizji Mareckiego i Kononowicza nie jest przypadkowa – obaj dla odbiorców są samotnymi jeźdźcami, obu fascynuje świat retro i obaj są zafascynowani możliwościami nowych mediów, skwapliwie je wykorzystując do swojego celu – celu ukazania Nicości.
Jedzie sam. Uwolniony. W końcu. Easy Rider przemierza tysiące kilometrów amerykańskich dróg. Zatrzymuje się w barach. Zatrzymuje się w motelach. Nie ma co opisywać tej podróży. Niczego tutaj nie ma. Niczego interesującego. Żadnych interesujących ludzi. Żadnych interesujących rozmów. Robi zdjęcia lomo. Są dowodem, że naprawdę Niczego tutaj nie ma. Dojeżdża. Byle napić się piwa. Byle w końcu położyć się spać.
Nicość jest dla Mareckiego boginią, Ameryka Mareckiego jest królestwem Nicości. Marecki wróci. Do swojej rodziny. Do swoich obowiązków. Do swojego świata. Do Polski. Ale będzie tęsknił. Za Niczym.
I nie będzie Niczego
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPiotr Marecki znowu wyruszył w podróż. Po kawalerskiej podróży po Polsce B w „Polsce przydrożnej” i poślubnej eskapadzie w „Romantice”, której akcja dzieje się w Ukrainie, nasz ulubiony bohater i autor znów wyrusza w samotną podróż po Stanach i opisuje wszystko, a w zasadzie Nic nie opisuje. I taka jest „Ameryczka” – reportaż z podróży po Ameryce, w...