Kronika Czarnego Miecza

Okładka książki Kronika Czarnego Miecza
Michael Moorcock Wydawnictwo: Amber Cykl: Elryk Saga (tom 7) Seria: Fantasy fantasy, science fiction
207 str. 3 godz. 27 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Cykl:
Elryk Saga (tom 7)
Seria:
Fantasy
Tytuł oryginału:
The Bane of the Black Sword
Data wydania:
1994-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1994-01-01
Liczba stron:
207
Czas czytania
3 godz. 27 min.
Język:
polski
ISBN:
8370826660
Tłumacz:
Justyna Zandberg
Średnia ocen

                6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Kronika Czarnego Miecza w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Kronika Czarnego Miecza

Średnia ocen
6,5 / 10
51 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
623
242

Na półkach:

Powrót do opowiadań z lat 60. Trzy z nich są całkiem przyjemne w ramach pulpowej konwencji. Są nieco bardziej przyziemne i skupione na sobie. Pierwsze z nich wreszcie zamyka wątek zemsty na pewnym czarnoksiężniku z Tang Pang, drugie - najlepsze, ma nieco mroczniejszy, trochę gotycki klimat, a trzecie mimo, że mało odkrywcze czyta się lekko i przyjemnie. Poziom obniża nieco czwarte opowiadanie, bez Elrykla, gdzie mamy znowu wałkowany, a teraz już mogę to stwierdzić wprost, słabiutki motyw miasta Tanelorn, gdzie stylowo jest to bardziej pobieżna opowiastka niż prawdziwe opowiadanie.

Jak zawsze, gdy proza Moorcocka działa to mamy lekkie, trochę bezmyślne, proste acz przyjemne, hołubiące pulpowe motywy sword & sorcery z interesującym archetypem bohatera. Proza Moorcocka często jednak nie działa i wtedy mamy takie nie wiadomo co jak te ostatnie z opowiadań. Tutaj sumarycznie 6,5/10

Powrót do opowiadań z lat 60. Trzy z nich są całkiem przyjemne w ramach pulpowej konwencji. Są nieco bardziej przyziemne i skupione na sobie. Pierwsze z nich wreszcie zamyka wątek zemsty na pewnym czarnoksiężniku z Tang Pang, drugie - najlepsze, ma nieco mroczniejszy, trochę gotycki klimat, a trzecie mimo, że mało odkrywcze czyta się lekko i przyjemnie. Poziom obniża nieco...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

162 użytkowników ma tytuł Kronika Czarnego Miecza na półkach głównych
  • 87
  • 74
  • 1
44 użytkowników ma tytuł Kronika Czarnego Miecza na półkach dodatkowych
  • 28
  • 7
  • 5
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Kronika Czarnego Miecza

Inne książki autora

Michael Moorcock
Michael Moorcock
Brytyjski pisarz science-fiction oraz fantasy. Laureat Damon Knight Memorial Grand Master Award w 2008 r. oraz wielu innych nagród w dziedzinie fantastyki. Michael Moorcock pisarstwem zajął się już w wieku 15 lat. Wymyślał oraz spisywał historie i wysyłał je do obrazkowego magazynu „Tarzan Adventures”. Wkrótce podjął próbę pisania prozą, udaną, gdyż jego opowiadania opublikowano w wielu liczących się czasopismach o tematyce science-fiction i fantasy. W krótkim czasie stał się znanym i cenionym pisarzem. W 1964 roku otrzymał propozycję pracy w wydawnictwie „New Worlds” na stanowisku redaktora naczelnego, którą przyjął. Jego działalność wyznaczyła drogę rozwoju ówczesnej fantastyce (Nowa Fala). Sukces owych przeobrażeń zapewniały znakomite publikacje oraz oddana współpraca Briana Aldissa i J.G. Ballarda. W latach 80. Moorcock porzucił pisanie opowiadań i powieści fantastycznych, skoncentrował się na historiach wojennych. Do jego najwybitniejszych książek z tego okresu należy zaliczyć „The War Hound” i „World's Pain”, a także nowele z serii „Between Wars” nawiązujące do holocaustu II wojny światowej. Ostatnio Moorcock powrócił do pisania bardziej na gruncie fantastyki, mimo że jak sam mówi, nie przepada za SF i nie lubi środowiska fanów. Pod względem światopoglądowym uważa się za anarchistę.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Przebudzenie kamiennego boga Philip José Farmer
Przebudzenie kamiennego boga
Philip José Farmer
Zaczyna się tak – jesteś w pracy, eksperymentujecie z technologią, która „zamraża” materię i wydaje się, że jest to szansa na hibernację na setki lat i nagle coś idzie nie tak. Przed sekundą może marzysz o kolejnym kubku kawy, a potem budzisz się, trwa bitwa, dokoła ciebie dziwne istoty, mnóstwo dymu, pożar i poczucie, że nie masz pojęcia, gdzie ani kiedy jesteś, ale jedno przeczuwasz – minęło tysiące, a może i miliony lat. Jesteś prawdopodobnie jedynym człowiekiem na tej planecie (bo nawet nie jesteś pewny, czy to nadal Ziemia) i jeśli szybko się nie ogarniesz, to zginiesz. Tak zaczyna się „Przebudzenie kamiennego boga” Philipa J. Farmera – klasyka sci-fi (chociaż za chwilę się z tym trochę pokłócę, nie z klasyką, z tym sci-fi). Kogo ta książka zachwyci? Miłośników powieści sci-fi w vintage’owej wersji (pierwsze wydanie to 1970 rok i to czuć w sposobie pisania) oraz tych, którzy kochają Farmera jako pisarza, a jest ich sporo. Przyjrzyjmy się nieco bliżej fabule, bo dzięki temu będę się mogła kłócić z „tym sci-fi”. Główny bohater nazywa się Ulisses Singing Bear (Śpiewający Niedźwiedź) i dobrze się domyślacie, że ma indiańskie korzenie. Czy to ważne? Hmmm… Ja tej wagi nie zauważyłam. Wypadek podczas badań powoduje, że zostaje „zamrożony” i jako rodzaj kamiennego posągu przetrwa miliony lat. A kiedy się budzi (i od razu zyskuje status boga, bo mieszkańcy czcili ten posąg i wierzyli, że ożyje), to świat jest zupełnie inny i jeden z recenzentów napisał, że to trochę jak biblijny raj połączony z filmem przyrodniczym na sterydach i to określenie jest zaskakująco trafne. Ludzkość wyginęła, ale ewolucja nigdy nie stoi w miejscu, więc pojawiły się inteligentne zwierzęta, mówiące koty, waleczne szopy, sprytne i jakby dwulicowe nietoperzowate. Farmer napisał powieść, w której pokazał, jak Ziemia mogłaby wyglądać, gdyby dostała drugą szansę na istnienie bez nas. I teraz coś, co dla jednych będzie zaletą, a drugich znudzi do zaziewania. Autor umieścił w książce takie ilości opisów roślin i stworzeń, że audiobooka powinna czytać Krystyna Czubówna. I dzięki temu natężeniu „zieleni” Ziemia w powieści nagle jest zupełnie inna, a z drugiej szybko okazuje się, że bohaterowie nie przypominają ludzi z wyglądu, ale zachowania, intencje, kłótnie i wojny wydają się bardzo „ludzkie”. Ale! Co ważne, to nie jest trudna, przesiąknięta naukowymi akapitami opowieść. To mnóstwo opisów świata i jeszcze więcej akcji. Osoby, które lubią klasykę kina przygodowego pewnie poczują, że to ten sam klimat, te same schematy, tak samo kładzione akcenty. I teraz będę się w końcu kłócić z tym sci-fi. Bo jak na ten rodzaj powieści, to tutaj nie ma za dużo technologii, podróży kosmicznych zero, odniesień do nauki niewiele, chociaż w drugiej części powieści pojawia się niesamowicie ciekawy temat „zielonych technologii”. Ja bym raczej powiedziała, że to książka z nurtu postapokaliptycznego, ale przesunięta hen-hen w przyszłość i ludzkość nie próbuje tu przetrwać jako większa lub mniejsza grupa szczęśliwców (przeklętych?), którym się udało. Tutaj jeden przedstawiciel ludzkości próbuje od pierwszej strony nie zginąć i prawie od początku budować ten swój mit boskości, który mu spadł jak z nieba i może być jedyną szansą na przeżycie. Ale ostrzegam lekko, że jeśli styl pisania takich powieści w latach siedemdziesiątych uznajesz za zbyt uproszczony i wręcz staroświecki, a do tego „przydusi” cię ta ilość zieleni i zwierząt, to może być ciężko zachwycić się, a nawet dobrze się bawić z „Przebudzeniem kamiennego boga”. Ciekawostka – Philip J. Farmer i ta jego fascynacja naturą, przyrodą i jej ewolucją nie jest przypadkowa. W wielu swoich powieściach łączył motywy prosto z dziedziny biologii, ekologii, ewolucji środowiskowej, antropologii i religii. W szczególności fascynowało go to, jak biologia może wpływać na religie i kultury. Do tego miał zwyczaj konstruowania monumentalnych, ale niezwykłych światów – tutaj mamy potężne drzewo, w innej powieści niekończącą się rzekę. I zawsze takie niesamowite środowisko to punkt wyjścia do budowania fabuły i jeden z jej głównych bohaterów, bo w „Przebudzeniu kamiennego boga” to nasze drzewo będzie uznawane za inteligentne. Ode mnie powieść dostała mocne 6/10 i jako powrót do czegoś, co czytałam lata temu (nawet nie przyznam się, ile tych lat jest), to było miłe doświadczenie, ale nie poczułam się rzucona na kolana ani pomysłem, ani wykonaniem. WIĘCEJ RECENZJI ZNAJDZIECIE NA www.intensywni.pl
Intensywni - awatar Intensywni
ocenił na 6 9 dni temu
Znikająca Wieża Michael Moorcock
Znikająca Wieża
Michael Moorcock
Powróciłem do sagi po małej przerwie. Ewidentnie działa na jej korzyść czytanie jednego tomu raz na jakiś czas a nie ciągiem. Pozwala to wniknąć lepiej w filozoficzne koncepcje Moorcocka, które działają u niego niezawodnie. Jednak, mniej ciekawie działa przygoda, przedstawienie świata i zakorzenienie czytelnika w wydarzeniach. Postawiłbym śmiałą tezę, po latach od wydania tej książki, stawiając ją pod koniec 2025 roku - kto chce czytać Elryka dla przygody i niezwykłych wydarzeń i światów, niech sobie odpuści. Kto jednak chce czytać dla filozoficznych rozmyślań i badania rodowodu współczesnej fantastyki - niech to robi, po mału i z otwartą głową. Bowiem nie sposób nie zauważyć, jak bardzo Znikająca Wieża wpisuje się w archetypiczne miejsce łączenia światów, do czego później odwoływał się Sapkowski w swojej Wieży Jaskółki. Wieczny Wojownik Moorcocka przybierający różne wydania stał się zapewne również uzasadnieniem dla Geralta, zaś sam czerpał być może z Bohatera o Tysiącu Twarzy Campbella. Gracze Warcrafta z pewnością zauważą inspiracje Elrykiem dla takich postaci jak Arthas i Illidan - ich tragiczne historie walki między porządkiem i chaosem wydają się inspirowane Elrykiem, nawet jeśli pośrednio. A estetyka metalowych bandów zawdzięcza Moorcockowi równie wiele. Każdy z nas zaś może spojrzeć na bohatera z refleksją - czy bohaterowie, których podziwiamy są rzeczywiście szczęśliwymi wybrańcami przygody, czy też rozpaczliwymi wojownikami nie rozumiejącymi swojej roli i siły, z którą się mierzą? Echo tego ostatniego motywu słyszeliśmy nawet przecież chociażby w Imperium Kontratakuje. Tak więc filozoficznie i kulturowo - bogactwo. Przygodowo, emocjonalnie, klarownie - bardzo, bardzo średnio. Daję 7/10, bo jestem zapaleńcem filozoficznych i narracyjnych odniesień.
Bergi_walker - awatar Bergi_walker
ocenił na 7 3 miesiące temu
Zielona perła Jack Vance
Zielona perła
Jack Vance
Bardzo podoba mi się ta seria, chociaż myślę, że na dzisiejsze standardy jest bardzo specyficzna, ale to właśnie czyni ją niezwykłą w moich oczach. Podoba mi się zwłaszcza baśniowość "Lyonesse", której w "Zielonej perle" rzecz jasna nie brakuje. Tęsknię właśnie za tego typu fantastyką i to tęsknię mocno - z jednej strony baśniową, ale jednocześnie nie bardzo naiwną i niezbyt cukierkową. Trylogia Vance'a jest właśnie odpowiedzią na tę tęsknotę i trochę wypełnia lukę w moim sercu. Co prawda "Zielona perła" podobnie jak poprzedni tom cierpi na nadmiar dłużyzn, choć trzeba też uczciwie przyznać, że nie ma ich w niej tyle ile było w jej poprzedniczce. Zwłaszcza druga połowa jest ciekawsza i angażująca. Postaci są raczej proste pod względem ich kreacji, z małymi wyjątkami, ale nie przeszkadza mi to specjalnie. Nie ukrywam, że czytam tę trylogię głównie dla klimatu i inne kwestie są dla mnie raczej drugorzędne, niemniej poczynania postaci śledziło się dobrze. Co do klimatu - moim zdaniem klimat jest niepodrabialny. Gdy czytam opisy świata lub momenty, w których bohaterowie podróżują mam przed oczami mapy z gry Heroes of Might nad Magic 3 - dokładnie tak się czułam podczas lektury, jakbym swoim bohaterem przemierzała tajemniczą i magiczną krainę, pełna kręgów z grzybów, trollowych mostów i chatek czarownic. Dla mnie to było coś cudownego. Z pewnością niedługo sięgnę po trzeci tom - nie tylko po to, żeby odhaczyć kolejną skończoną serię, ale również po to, by poznać koniec tej historii i pobyć jeszcze przez chwilę w tym magicznym świecie.
Lynx - awatar Lynx
ocenił na 7 8 miesięcy temu
Zwiastun Burzy Michael Moorcock
Zwiastun Burzy
Michael Moorcock
Finał sagi o Elryku jest jednocześnie epicki jak i fatalny. Oj nie, nie jest to literatura wysokich lotów ale jednocześnie zawiera prekursorskie motywy, które widać co i rusz we współczesnej fantasy, nie tylko literackiej ale również stanowiącej szeroki segment popkultury. Niestety, tak jak dla mnie literacka pulpowość działa świetnie w kameralnych formach to tutaj w zderzeniu z epickim rozmachem już bardzo mocno zgrzyta. Bawić zaczeła dopiero, gdy w umyśle przeprogramowałem się na czytanie czegoś w stylu mitów Parandowskiego, takiego skrótowego rollercoastera epickiego. Mamy tu bowiem opowieść o końcu świata, zagładzie całej populacji, transformacji i planetarnym resecie. Kojarzycie te kiepskie filmy Rolanda Emmericha typu 2012, Moonfall, czy przed laty Pojutrze? Tu jest to samo. Oceany wyparowują lub zmieniają konsystencję, żywe istoty mutują w amorficzne potwory, wszędzie wyrastają ziejące lawą wulkany, struktura materii się rozciapciuje, po czym wskutek walki aspektów Chaosu i Prawa Ziemia się transformuje w nowy świat. I nie jest to żaden spoiler. Wiemy, że to nastąpi już od pierwszych stron. Umierają nie tylko wszyscy bohaterowie ale po prostu wszyscy. A teraz wyobraźcie sobie, że wszystko to opisane jest skrótowym pulpowym stylem w malutkiej książeczce złączonej z czterech, no takich gazetkowych opowiadanek. Człowieka nie przygotowanego to odrzuci, ale po zrozumieniu konwencji może też i bawić. Na plus trzeb przyznać, że sam koniec Elryka jest nawet satysfakcjonujący. Dodatkowo świadomość, że ten, przywołując pierwszy raz demonicznego lorda Ariocha 8 tomików temu sam uchylił drzwi ku tej apokalipsie, dając przewagę Chaosowi w dostępie do tego wymiaru jeszcze to umila. Niby wybraniec przeznaczenia i awatar Przedwiecznego Czempiona ale tamta decyzja należała do niego. Na minus jest to napisane totalnie skrótowo i po łebkach, napisane słabym, chaotycznym językiem i słabo przetłumaczone (rzekomo pozbawione pewnej, obecnej w oryginale poetyckości), oraz trącące myszką przez sam swój dawny czas powstania. Postacie trudno nazwać postaciami, fabułę trudno nazwać fabułą, szczątkowe dotychczas budowanie świata zupełnie już wzięło w łeb. Jest to rajd pulpowej epickości dla samej pulpowej epickości. 6/10 ale pasjonaci gatunku i jego historii bądź też poszukiwacze źródeł i inspiracji dla popularnych motywów mogą śmiało dodać sobie jeszcze jeden punkcik. Ja sam, będąc nieraz zażenowanym, ostatecznie cieszę się, że to przeczytałem i kto wie, być może sprawdzę jak się ma multiversum Moorcocka z perspektywy innych inkarnacji Elryka, np. Coruma – Księcia w Szkarłatnym Płaszczu czy Hawkmoona. PS. Mogę też teraz jasno to stwierdzić. Elryk z Geraltem nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego - poza włosami, a i to jest naciągane. Trudno mi uwierzyć, że ludzie wskazujący na, czy to plagiaryzmy czy podobieństwa, a nawet większe inspiracje jednego drugim kiedykolwiek przeczytali obie serie w całości. Oczywiście można z pewną manipulacją i naciąganiem zestawiać ich cechy ale większe szukanie powiązań to chyba jedynie na podstawie odpowiednio dobranych obrazków ww. bohaterów z googla.
Szychowaty - awatar Szychowaty
ocenił na 6 2 lata temu
Letnie drzewo Guy Gavriel Kay
Letnie drzewo
Guy Gavriel Kay
Zupełnie nie tego się spodziewałem. A był to istny rollercoaster. Wyjdzie długo ale sam jeszcze nie wiem jak sensownie uzasadnić moją ocenę tej książki. Fionavarski Gobelin miałem na swojej liście już od bardzo dawna. Chciałem poznać tę, bądź co bądź istotną pozycję w historii gatunku choć dobrze wiedziałem też, jakie z tą lekturą wiążą się ryzyka, I tak, wiedziałem, że nie jest to reprezentatywna książka dla Guya Gavriela Kaya (czytaj: jest najsłabsza). Tak, zdawałem sobie sprawę, że był to jego debiut. Że tonie w tolkienowskich formułach i kliszach (Autor wcześniej pomagał synowi Tolkiena redagować Silmarillion i był nim przesiąknięty). Że może trącić myszką ze względu na swój wiek. I przede wszystkim, że jest to portal fantasy (sic!), który to motyw zawsze mnie wyjątkowo drażnił. Faktycznie też masa ludzi po zetknięciu się z tą książką rollowała oczy, pisząc w komentarzach, że w ogóle co to jest za pretensjonalny bełkot. Z drugiej strony istnieje też całkiem spora i interesująca grupa jej wielkich entuzjastów. A sam Autor jest dość kultowy wśród tego twardszego fandomu fantasy. Wiele jego późniejszych książek było wręcz nazywanych arcydziełami. Ale co ciekawe także jego najwięksi fani odradzają aby nie zaczynać poznawania jego twórczości właśnie od Letniego Drzewa. A ja na to, a co tam. I tak zrobię po swojemu. Książka zaczęła się bardzo źle. Gorzej nawet niż typowo generyczne portal fantasy. Bo tutaj nasza gromadka studenciaków z Toronto trafia (bardzo pretekstowo) do magicznego świata (najważniejszego ze wszystkich światów – via ewidentna inspiracja Amberem Zelaznego, w ogóle moim zdaniem więcej tu czuć właśnie Zelaznego niż Tolkiena) bardzo szybko i zdawałoby się, że w ogóle nie zwraca na to uwagi. W zasadzie zupełnie nie są zdziwieni, pogubieni, ani przestraszeni. Spoko, fajna wycieczka. Do tego zaraz po tym miałem wrażenie jakbym oglądał tę kreskówkę Dungeons & Dragons z 1983 r. Gdzie mistrz gry w podobnej sytuacji zawołał coś w stylu: hej ty masz czapkę, będziesz magiem. Ty łap topór, A ty łap gitarę będziesz bardem, huzza na wielkiego złego itp. Wiecie o co chodzi. Rollowanie oczu. Potem okazuje się, że mieszkańcy Fionavaru nie bardzo mają głowę do ogarniania przybyszy i bardziej zajmują się raczej swoim sprawami, a wy goście radźcie sobie, może tam poobczajajcie te swoje nowe mechaniki. Za to w dziwnym kontraście do tego dziecinnego startu okazało się, że tutejsze damy dworu są wyjątkowo napalone i przepadają za zaciąganiem facetów do łóżek jak na wyścigach. Generalnie atmosfera mocno wolnej miłości, nieco kłócąca się zarówno ze średniowiecznymi standardami jak i tolkienowską konserwatywnością w tych sprawach. Na koniec wszystko to opisywane jest pięknym, stylizowanym poetycko językiem, pełnym patosu, wspaniałym ale tak bardzo nieprzystającym do postaci o imionach Kevin, Kimberly czy Paul, studentów z Kanady. W tym momencie (15%, może 20% książki), zaczynałem się już zastanawiać czy to nie jest aby przypadkiem tak złe, że aż fascynujące, coś jak te dziwactwa u Goodkinda itp.). A potem zacząłem się zakochiwać w lekturze. Bo dalej mamy kolejny skręt. Nasi studenci przestają być sednem tej historii, a tylko jednym z jej elementów. Na pierwszy plan wychodzą mieszkańcy tego świata. Nawet perspektywy naszych studentów przestają dominować, a dostajemy „povy” całej masy osadzonych w tej baśni postaci, także drugo i trzecio planowych. Ba, dostajemy nawet punkty widzenia tutejszych bogów czy mocy. Cały motyw portal fantasy w ogólnym rozumieniu bierze przez to w łeb. Wtedy też ta magiczna, oblana patosem proza zaczyna nabierać swojej mocy. I działać. Nie tylko sam język, budowane zdania, ale i kompozycja opisywania scen. Zmiany wątków i kolejność przedstawiania poszczególnych momentów. Proza tutaj wymiata! Worldbuilding jest fantastyczny i niesamowicie płynny oraz organiczny. W zasadzie to sam Fionavar staje się tutaj główny bohaterem, czy może raczej spinający go gobelin. Ogromnie polubiłem jego mieszkańców i styl opisujący ich perypetie. Jakiś urok na mnie padł ale i wyglądające zewsząd klisze zaczęły mnie wówczas cieszyć. I ten wybrzmiewający z nich potok legend i podań wprost z mitologii celtyckich, walijskich i innych. A w międzyczasie historia stała się jeszcze bardziej dojrzała i głębsza. Bowiem okazało się, że nasi studenci mają pewne poważne traumy. Tutaj w głowie już miałem, chyba nie bez podstawy, wyrobioną teorię, że ten magiczny świat tak na nich wpływa, że jakoś tajemniczo blokuje im w dużym stopniu „ziemsko-kanadyjską” mentalności, niwelując szok i niedowierzanie. Powodując, że naturalnie przejmują przypisane im magiczne przeznaczenia. Być może na mnie również Fionavar wpłyną w podobny sposób, tak że zaakceptowałem ich zachowania. Ich traumy nie tylko są świetnie, subtelnie rysowane ale i wspaniale wybrzmiewa tu ich przezwyciężanie. Niesamowite, że tak przecież infantylnie zaczynająca się powieść jednocześnie tak bardzo subtelnie porusza motywy: depresji, żalu, straty, samobójstwa, poczucia winy, toksycznego dzieciństwa. Relacje jakie tutaj opisuje nierzadko są bardzo zniuansowane i ciekawe. Styl Autora wybrzmiewa w tych elementach doskonale, a niektóre sekwencje są pisarsko wręcz wstrząsająco dobre i mocne. W ogóle nigdy nie czytałem książki, w której jednocześnie miałem sceny gdzie myślałem: rany ale to jest fatalne, a także takie gdzie byłem zachwycony i porażony talentem pisarza. Mimo tolkienowskiego języka i aury książka posiada bardzo szybkie tempo. Dzieje się tu bardzo wiele w zasadzie przez cały czas, a oryginalne zabiegi kompozycyjne i przeskoki fabularne tę dynamikę tylko jeszcze dodatkowo potęgują. No byłem pod wrażeniem. Przecież jest to klasyczna fantasy (portal eh), z niesamowicie generycznym punktem startowym, z wielkim złym uwięzionym pod górą i masą mankamentów. Ale tak zalana pięknym stylem, tak dodająca masę niespodziewanych motywów, momentami wręcz onirycznie baśniowa i wspaniale skomponowana, że nie mogę jej nie polecić. Pod warunkiem niezbędnego zaciskania zębów przez jakiś czas oraz posiadania pewnego specyficznego pociągu do baśni. I tak dochodzimy do podsumowania. To co wiem na pewno, to że będę czytać więcej tego Autora. Jeżeli to jest tylko jego amatorsko-debiutancka próbka możliwości to nie mogę się doczekać tej twórczości bardziej dojrzałej. I gdybym czysto matematycznie miał zestawiać jej plusy i minusy, ważyć je obiektywnie, porównać ze współczesną konkurencją gatunkową i tak wyciągnąć z tego ocenę, to pewnie byłoby to jakieś 5-6/10. Jednakże ja jestem zmuszony (tajemniczy czar chyba dalej jeszcze działa) oprzeć swój werdykt jedynie o swój szeroki uśmiech jaki mam po przeczytaniu tej pozycji. Dlatego 8/10 ode mnie. I nie wiem jak to się stało.
Szychowaty - awatar Szychowaty
ocenił na 8 1 rok temu

Cytaty z książki Kronika Czarnego Miecza

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Kronika Czarnego Miecza