I wykończymy wszystkich obrzydliwców

Okładka książki I wykończymy wszystkich obrzydliwców
Boris Vian Wydawnictwo: ALFA literatura piękna
142 str. 2 godz. 22 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Et on tuera tous les affreux
Data wydania:
1990-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1990-01-01
Liczba stron:
142
Czas czytania
2 godz. 22 min.
Język:
polski
ISBN:
8370072744
Tłumacz:
Marek Puszczewicz
Średnia ocen

                6,2 6,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup I wykończymy wszystkich obrzydliwców w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki I wykończymy wszystkich obrzydliwców

Średnia ocen
6,2 / 10
125 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
553
339

Na półkach:

Bardzo widać tu zamiłowanie Viana do lekkiej erotyki. W tej historii nie znajdziemy typowego surrealizmu - to wciągająca powieść sensacyjna, która zaskakuje pomysłem. Jedynie dialogi są czasami nieco odrealnione. Dałabym oczko wyżej gdyby zakończenie mnie tak nie zmieszało. Miałam wrażenie, że autor na siłę stara się być oryginalny, chociaż to, co robią bohaterowie wydaje się nielogiczne biorąc pod uwagę ich funkcje i charakter.

Bardzo widać tu zamiłowanie Viana do lekkiej erotyki. W tej historii nie znajdziemy typowego surrealizmu - to wciągająca powieść sensacyjna, która zaskakuje pomysłem. Jedynie dialogi są czasami nieco odrealnione. Dałabym oczko wyżej gdyby zakończenie mnie tak nie zmieszało. Miałam wrażenie, że autor na siłę stara się być oryginalny, chociaż to, co robią bohaterowie wydaje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

282 użytkowników ma tytuł I wykończymy wszystkich obrzydliwców na półkach głównych
  • 183
  • 94
  • 5
66 użytkowników ma tytuł I wykończymy wszystkich obrzydliwców na półkach dodatkowych
  • 52
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Boris Vian
Boris Vian
Francuski pisarz, muzyk, aktor. Ukończył École Centrale Paris z tytułem inżyniera. Publikował pod własnym nazwiskiem i pod pseudonimem Vernon Sullivan. Książki Viana pełne są surrealizmu, absurdu i humoru niekiedy czarnego humoru. Niektóre jego dzieła wywoływały skandale które miały swój finał w sądzie. Zmarł na atak serca podczas przedpremierowego pokazu filmu na podstawie własnej książki "Napluje na wasze groby"
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Doktorze, lecz się sam Anthony Burgess
Doktorze, lecz się sam
Anthony Burgess
Anthony Burgess, zanim zmarł na raka płuc oczywiście, był całkiem spoko gościem. Współcześni krytycy używają w odniesieniu do niego takich zwrotów jak: „autor wybitny”, „pisarz nietuzinkowy”. Zresztą wszyscy dobrze wiemy, jakim był geniuszem. Któż z nas nie zaczytywał się w ponad dwudziestu powieściach i o wiele większej liczbie innych tekstów uznanego Brytyjczyka? Któż z nas nie przesypiał nocy, by dokończyć kolejne dzieło faceta, który sam o sobie mówił: „kompozytor pisujący książki”? No właśnie, problem polega na tym, że prawie nikt. A już na pewno niewielu, zwłaszcza w naszym kraju. Choć krytyka nie szczędzi pochwał, a czytelnicy na całym świecie zachwycają się prozą Anthony’ego Burgessa, nad Wisłą próżno szukać miłośników jego talentu. Tak naprawdę kojarzony jest (jeśli w ogóle) wyłącznie z ekranizacją najpopularniejszej powieści, a i tak śmietankę z całego tego przedsięwzięcia spija (a raczej spijał) Stanley Kubrick, bo owa ekranizacja to niejaka Mechaniczna pomarańcza powstała na podstawie – i tu nie będzie niespodzianki – książki o tym samym tytule, którą szczęśliwie udało mi się przeczytać i niezdarnie zrecenzować w zeszłym roku. Streszczając tekst wyróżniony powyżej, powiem tak: byłem zachwycony! Minęło kilka miesięcy, a los ponownie się do mnie uśmiechnął, podtykając pod nos – tak dla równowagi – jedno z najmniej popularnych dzieł pisarza z Manchesteru, powieść Doktorze, lecz się sam. W tym momencie, by pobudzić apetyt ewentualnych czytelników, powinienem napisać coś w stylu: „Czy ponowne spotkanie z twórczością Burgessa okazało się równie udane co pierwsze? O tym w poniższej recenzji”. Pojadę jednak po bandzie, postawię kawę na ławę i już na samym starcie zaspoileruję do granic możliwości, pisząc we wstępie: zachwycił jeszcze bardziej niż w przypadku Mechanicznej pomarańczy. Fabuła… fabuła, fabuła, fabuła. Hmm, w przypadku tej książki nie jest łatwo jakkolwiek ją streścić, no ale spróbuję. Głównym bohaterem Doktorze, lecz się sam jest niejaki Edwin Spindrift i, co bardzo ważne, jest on doktorem ze specjalizacją z lingwistyki; warto również dodać, że tym, co odróżnia Edwina od większości londyńczyków, jest czarny kolor skóry. Sama akcja z kolei zaczyna się nagle i bez żadnych zbędnych wstępów w szpitalu, którego jednym z pacjentów jest właśnie nasz doktor. Na co jest leczony? Generalnie „na głowę”, choć nie jest to wcale tak oczywiste, ponieważ ogólnym powodem przyjęcia naszego bohatera na oddział są kłopoty z libido. Innymi słowy – nie potrafi, nie chce, nie może zaspokoić seksualnie żony ani w ogóle jakiejkolwiek kobiety. Po serii dziwnych i nierzadko przykrych badań lekarze orzekają, że problem tkwi w mózgu Edwina i niezbędne jest przeprowadzenie operacji. Już sam początek nazwać można co najmniej obiecującym, jednak najlepsze dopiero przed nami. Otóż okazuje się – a zapomniałem wcześniej dodać, że na co dzień Edwin mieszka na jakiejś zabitej dechami angielskiej prowincji (do szpitala z kolei trafił po wyprawie do Birmy) – że pani Spindrift (na imię jej Sheila) niespecjalnie lubi odwiedzać małżonka w szpitalu, za to niesamowicie spodobały jej się nocne uciechy powojennego Londynu (na dobrą sprawę trudno jest jednak ustalić dokładny czas, w jakim toczy się akcja powieści). Wypełniony różnej maści szumowinami bar „Kotwica” to nowa ulubiona miejscówka Sheili, która w ramach światowych dni dobroci dla zwierząt zaczyna podsyłać – w odwiedziny do szpitala – nowo poznanych w spelunie znajomych. Pewnego jednak dnia pan doktor lingwistyki, zaniepokojony o żonę oraz pewny tego, że nie potrzebuje żadnej operacji, ucieka z ośrodka, rozpoczynając tym samym niezwykle fascynującą podróż po najciemniejszych zakamarkach wielkiego miasta. Zanim przejdę dalej, pozwolę sobie przytoczyć przypadkowo zaznaczony w trakcie lektury cytat, dodając, że na tle całości nie jest on w wielce nadzwyczajny, jednak mimo wszystko… – Uważa pani, że lepiej być specem od radiologii niż poetą? – Oczywiście – w jej głosie pojawiła się nuta zawodowego ożywienia. – W końcu ratujemy ludziom życie, no nie? – Po co? – Jak to po co? – A jaki to ma sens ratować życie? Po co ludzie mają żyć, według pani? – To już nie moja sprawa – odparła powściągliwie. – Tego na kursie nie było. Brzmi dziwnie? Może i brzmi, a może nie; przede wszystkim jest to cytat ze „szpitalnej” części książki, „szpitalnej”, czyli tej grzeczniejszej, mniej surrealistycznej. Nie będę nawet wrzucał cytatów z dalszych stron, ponieważ nie da się tego – mówiąc kolokwialnie – załapać, ot tak, wyrwanego z kontekstu. Po ucieczce z placówki Edwin poznaje m.in. właścicieli „Kotwicy” – dwóch braci (Żydów, co ważne) lubujących się w nielegalnym handlu bimbrem, otyłą Niemkę, której pasje to sprzedawanie ciał własnych córek oraz upijanie się podwójnym ginem (obojętnie w jakiej kolejności), pasera zegarków (sikorów!) zarabiającego jako żywa reklama, gangstera z fetyszem biczowania, któremu nasz bohater wpadł w oko… itd. Czy zdradziłem zbyt wiele z treści tej, bądź co bądź, niedługiej powieści? Uwierzcie, że nie liznąłem nawet jeszcze tematu. Ciężko w kilku, a nawet kilkunastu zdaniach oddać treść książki, która zaskakuje na każdej kolejnej stronie, zwłaszcza gdy od samego początku w głowie czytelnika kłębią się pytania takie jak: Czy to się dzieje naprawdę? A może każde słowo, każda scena to wytwór chorej wyobraźni głównego bohatera? Co jest prawdą, a co fikcją? Jeśli komuś wydaje się w tym momencie, że rozpisuję się właśnie na temat jakiejś dziwacznie urojonej historyjki, szokującej wyłącznie zwrotami akcji, to w większym błędzie być nie może. Burgess naprawdę był geniuszem, o czym świadczyć mogą chociażby zabawy słowem. Edwin (poniekąd alter ego pisarza) co rusz wygłasza pełne pasji monologi na temat znaczenia kolejnych słów czy zwrotów, jest niezwykle spostrzegawczy, wyłapując najmniejsze potknięcia rozmówców – a jest co wyłapywać, bowiem dla kontrastu wszyscy pozostali bohaterowie posługują się nie dość że ulicznym slangiem, to w dodatku łamiąc wszelkie zasady składni. Zabieg to nieco podobny do tego, jaki pisarz zaserwował nam w Mechanicznej pomarańczy, a jednak inny, moim zdaniem ciekawszy i mimo wszystko bardziej przejrzysty. Rzecz jasna nocne eskapady, dzięki którym doktor Spindrift pozna całą gamę intrygujących indywiduów, skłonią bohatera do przemyśleń na temat sensu życia, wartości pieniądza, społecznej hierarchii i wielu, wielu innych. I być może właśnie to przekona kogoś, komu z braku innych zajęć zechciało się przeczytać tę recenzję, do sięgnięcia po dzieła Anthony’ego Burgessa. Możliwe, że kogoś innego zainteresują słowne gierki prowadzone przez autora lub surrealistyczny klimat powieści. Nie mam pojęcia – jednak ja kupuję to w całości i gdy tylko skończę pisać ten tekst, zacznę się rozglądać za kolejną powieścią niedocenianego nad Wisłą Brytyjczyka, ponieważ wart jest uwagi, jak mało który autor. PS Wady powieści nie zostały wymienione z jednego, prostego powodu – ta książka takowych nie posiada. *Recenzja ukazała się pierwotnie na stronie www.gloskultury.pl oraz na http://pisanepopijaku.pl
Stebbins - awatar Stebbins
ocenił na 9 9 lat temu
Jesień w Pekinie Boris Vian
Jesień w Pekinie
Boris Vian
Z „Jesienią w Pekinie” jest tak, że ani to książka o jesieni, ani o Pekinie. A o czym, pytacie zaciekawieni? Ano o budowaniu linii kolejowej na pustyni. W Egzopotamii. Albowiem, jak mówił Vlan, rzeczywistość jest zbyt nudna, by traktować ją dosłownie. Oto literacki surrealizm najwyższych lotów i porywająca przejażdżka rollercoasterem. Starajcie się prędko wyłapywać znaczenia; tu wszystko dzieje się szybko i pozornie bez ładu, a jednak jest w pisarskim szaleństwie Viana metoda, która sprawia, że „Jesień w Pekinie” raz staje się opowieścią o nieszczęśliwej miłości, a raz karykaturą bezdusznego biurokratyzmu. Linię kolejową buduje się tu nie po to, aby dokądś prowadziła, lecz po to aby istniała. Początkowo ogarnia nas chaos osobowo-zdarzeniowy – Amadeusz próbuje dostać się do autobusu. Kiedy wreszcie udaje mu się wejść na jego pokład, dowiaduje się, że nawet konduktor nie wie, gdzie jedzie. Wreszcie kończy na pustyni. Klaudiusz Leonek strzela do rowerzysty, by później w ramach rozgrzeszenia udzielonego mu przez zdziwaczałego księdza (a może diabła? Nie wiem, w każdym razie jeździ karawanem, a jego imię to Małyjanio) również trafić do Egzopotamii. Tu także przyjeżdżają robotnicy, którzy budować będą linię; jest ich chyba ze czterech (sic!). W ogóle na środku tego pustkowia stoi hotel, nieopodal prowadzone są wykopaliska archeologiczne (ich cel jak i liczne odkrycia pozostają niewiadomą), mieszka tu również pustelnik, pojawia się lekarz i asystent - jeden z nich lubi zabijać pacjentów. Jest również przystojny Anna i piękna Rochelle, zakochany Angel, groteska i wiadra czarnego, bardzo czarnego humoru. I tak dalej i „w ten deseń”. Nie jest możliwe przewidzieć, co wydarzy się na kolejnej stronie, a mimo to wątki wspaniale do siebie pasują i całość układa się w spójną, choć wariacką opowieść. Wśród chichotu wywołanego scenami, które ten mają wywoływać, chichotać można także nasycając się zgrabną frazą Vlana, którą tłumaczenie Krystyny Dolatowskiej oddało wyśmienicie. Pełno tu zgrabnie „zmontowanych” zbitek wyrazowych, zdań składanych lekko i zupełnie sprzecznie z logiką „rozumienia” i odczytywania, które początkowo bawią, później układają się w głowie jako coś zupełnie zwyczajnego. „Mniej więcej koło piątej rano Amadeusz Dode wpadł na pomysł, żeby się obudzić, i miał rację; pozwoliło mu to stwierdzić, że leży w okropnie niewygodnej pozycji i że bardzo bolą go plecy”. Przewrotny i pustynny świat Vlana zamienia się w twardą rzeczywistość i to, co dziwiło wcześniej, zaczyna pachnieć normalnością. Bawiłem się doskonale. Jeśli czytaliście „Budowniczych ruin” Herberta Rosendorfera, „Jesień w Pekinie” to must read! Wyśmienita okładka Jerzego Jaworowskiego
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na 7 15 dni temu
Sprzysiężenie osłów John Kennedy Toole
Sprzysiężenie osłów
John Kennedy Toole
„Sprzysiężenie osłów” to powieść, która nie przypomina niczego innego. I całe szczęście :) Nie wiem, czy bardziej się śmiałam, czy kręciłam głową z niedowierzaniem. Bo ta książka jest… dziwna. Dzika. Złośliwa. Momentami przytłaczająca, a chwilę później genialna. I właśnie to sprawia, że trudno ją zapomnieć. Ignacy J. Reilly – główny bohater – to postać, której nie da się lubić. Ale też nie da się przestać go obserwować. Tłusty, rozwrzeszczany, niezdolny do życia, rozdęty od własnego ego i misji zbawiania świata. A jednocześnie: śmieszny, błyskotliwy i bardzo tragiczny. Bo pod tą groteską kryje się samotność i zupełne oderwanie od rzeczywistości. To opowieść o Nowym Orleanie, o Ameryce lat 60., o upadku ideałów, o chaosie, o matkach i synach, o pracy, której nikt nie chce, i o geniuszu, który nie potrafi się odnaleźć w realnym świecie. Ale tak naprawdę to książka o tym, jak trudno być człowiekiem, gdy nie pasujesz do żadnego systemu. Styl? Momentami jazda bez trzymanki. Dialogi są tak dobre, że czasem trzeba je przeczytać dwa razy – raz żeby się śmiać, drugi żeby docenić konstrukcję. Nie zawsze mi było z tą książką wygodnie, ale nie żałuję ani jednej strony. Bo takich powieści się nie czyta dla komfortu. Czyta się je po to, żeby sobie przypomnieć, że świat nie musi być uporządkowany, żeby był genialny. Polecam
Diana - awatar Diana
oceniła na 8 5 miesięcy temu

Cytaty z książki I wykończymy wszystkich obrzydliwców

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki I wykończymy wszystkich obrzydliwców