Na wstępie krótko o kompetencjach autorki.
Zmarła kilka lat temu, bardzo już wówczas sędziwa Uta Ranke-Heinemann w roku 1970 została pierwszą w historii kobietą profesorem teologii katolickiej. Otrzymała katedrę i wykładała starożytną historię kościoła i Nowy Testament. A więc wysoki poziom merytoryczny uczonej jest bezsporny. Następnie, za krytykę pewnych spraw w przedmiocie teologii, została pozbawiona swej funkcji i od 1987 r. sprawowała niezależną od kościoła Katedrę Historii Religii.
Była uczennicą Rudolfa Bultmanna, jednego z najwybitniejszych teologów XX wieku, który zasłynął swym dziełem demitologizacji chrześcijaństwa. Jego uczennica poszła tą samą drogą.
"Nie i amen" to nie jest książka dla kogoś, kto patrzy na sprawy świata i religii przez pryzmat jej dogmatów i zamkniętej furtki dla krytyki "tradycyjnych wartości". Jeśli ktoś z góry i bezpodstawnie zakłada, że to co już "wie", to ostatnie słowo "nauki" (cudzysłów, bo teologia jest w istocie pseudo nauką), to przypuszczalnie czas, jaki poświęci na lekturę tego dzieła, okaże się straconym.
Natomiast dla zainteresowanych stykiem historii religii, historii, teologii i filozofii, praca ta może się w wielu miejscach okazać odkrywcza.
Pani profesor podzieliła ją na kilkanaście problemów. Są to pierwszorzędne zagadnienia dla każdego chrześcijanina. A przynajmniej teoretycznie tak to powinno wyglądać.
Rzecz ta napisana jest w sposób przystępny dla osób, które nie są otrzaskane z językiem naukowym, a w każdym bądź razie powinna być zrozumiała dla ludzi, których interesują szeroko pojęte sprawy kultury.
Autorka ma więc bardzo lekkie pióro, posługuje się sprawnie ironią, nie zanudza zupełnie (chociaż druga połowa książki jest lepsza od pierwszej), a przede wszystkim jest ultra krytyczna wobec przedmiotu swych badań, a to już podstawa do sukcesu.
Jej ogromna wiedza z ww. dziedzin powoduje, że trudno się dziwić, iż, biorąc pod uwagę jej nonkonformistyczne nastawienie do teologii, kościół miał z nią wielki problem, a ostatecznie, nie mogąc jej zakneblować (oj, co by to było w dawniejszych czasach...), wydalił ze swych szeregów.
O co było tak wielkie halo?
Kilka cytatów, aby zobrazować powyższe. Komentarz uczonej do sprzeczności zawartych w Ewangeliach:
"Wierzący po dziś dzień jeszcze kombinują (...). Niewierzący są co do tej sprawy w lepszym położeniu, mogą swój czas poświęcić bardziej pożytecznym kwestiom".
O święcie Wniebowstąpienia:
"Dzisiaj w dniu Wniebowstąpienia nikt już nie spogląda wysoko w niebo, dzisiaj w tym dniu niejeden człowiek zagląda raczej głęboko do kieliszka".
A już na poważniej, w kwestii mitologizacji chrześcijaństwa:
"Pogląd, że wiara chrześcijańska nie jest wiarą w legendy czy bajki, że zawiera znacznie bardziej istotne treści niż dosłowne pojmowanie niektórych nowotestamentowych nadzwyczajnych historii o top - cudach -przez hierarchię katolicką nie jest podzielany i z tego powodu tak zwanym prostym czy zwykłym wierzącym jest zupełnie nieznany. Nierzadko pojawienie się takiego poglądu u prostych wierzących nie jest wcale pożądane po tym, gdy poprzez ciągnące się dwa tysiące lat głoszenie bajek zostali oni zdezinformowani, zdeformowani i uczynieni infantylnymi".
O problemach teologicznych, na przykładzie "trzech osób" jedynego Boga:
"Dla chrześcijan jednak niemożność myślowego rozstrzygnięcia jakiegoś problemu i nierozstrzygalna bezmyślność - to tylko dowody ich większej wiary".
I ostatni cytat, w kontekście Jezusa, jako starego kawalera (słowa rabina z ok. 100 r.n.e. Eleazara Ben Azarji):
"Kto się wyrzeka małżeństwa, ten narusza przykazanie o rozmnażaniu się człowieka i należy uznać go za mordercę, który pomniejsza liczbę istot stworzonych na podobieństwo Boga".
Ta ostatnia sprawa powinna zostać przedmiotem szczególnej refleksji hierarchii katolickiej, bowiem to oni - w myśl tego stwierdzenia - są największymi "mordercami". No i to oni mają także na ustach (a za ich przykładem bezmyślni wyznawcy) słowo "morderca", określając nim osoby przerywające ciążę.
Gdyby ktoś miał wątpliwości - Uta Ranke-Heinemann nie była ateistką. Wręcz przeciwnie, była żarliwą wierzącą, co na łamach książki niejednokrotnie daje się odczuć. Po prostu, jako osoba głęboko wierząca, ogromnie oczytana i wykształcona, a przy tym, w odróżnieniu od większości ludzi kościoła, osobiście uczciwa, wskazywała na to, co jest istotą wiary chrześcijańskiej. Nie cały ten ludowy zabobon, który uprawia się w katolickim światku, tak aby zaspokoić przyziemne instynkty "owieczek", ale i zachować nad nimi dalszą pieczę ich "pasterzy", lecz wartości, których prosta symbolika nie powinna zastępować, aby być ich jedynie możliwym ekwiwalentem.
Autorka w swym optymizmie uważa, że jest to możliwe. Historia chrześcijaństwa niestety temu zaprzecza.
A teraz trochę dziegciu w tej beczułce miodu. Richard Dawkins w swym "Bogu urojonym" użył trafnego sformułowania tłumaczącego swój ateizm. Stwierdził on, że nie wierzy po prostu w kolejną mitologię, która pojawiła się po już tylu wcześniejszych, które w historii zaistniały. A więc wiara w mitologię chrześcijańską nie jest w jego ocenie lepsza, niż wiara w mitologię rzymską, grecką, egipską, itd. Jest ona mitologią, która zastąpiła te poprzednie, a z których de facto została ufundowana (sporo o tym w "Nie i amen").
Uta Ranke-Heinemann nie idzie tak daleko. Nie wyrzeka się wiary w Boga chrześcijańskiego, piętnując zarazem to co zrobił z tą wiarą "jego" kościół.
Od siebie mógłbym dodać kilka uwag.
Po pierwsze uważam, że posługiwanie się przez autorkę zbitką językową "wierzący sceptyk" jest czystym oksymoronem (coś na kształt inteligencji katolickiej, ale to trochę inny problem).
Po drugie metoda poddawania w wątpliwość niektórych aspektów wiary (określonych jako "bajki"), jak robi to uczona, a pozostawianie innych, to tak jakby w samych bajkach usuwać szczegóły opisu jako nieracjonalne, a pozostawiać ogóły - jako do przyjęcia. Obrońcy całej bajki mogliby zarzucić takiemu krytykowi, że wiara w bajkę, z pominięciem jej barwnego opisu, dalej jest wiarą w bajkę. Dzieli się w tym przypadku odbiorców bajki na ludzi o umysłach dzieci, którym potrzebne są barwne szczegóły (jakie zastępują najczęściej ogóły - "wartości", na jakie kładzie nacisk autorka), i na tych "dorosłych", którym już nie jest potrzebna wiara w św. Mikołaja, bo przecież nie da się już w pewnym wieku ukryć, że nie przeciska się on przez komin, aby zostawić pod choinką prezenty. Czym różni się jedno od drugiego, poza ilością szczegółów? Trudno dociec.
Jednak autorka bawi się trochę w kogoś, kto oglądając filmy o Jamesie Bondzie stara się wskazać wszystkim innym sceny, które kłócą się z prawami fizyki. Jej sarkazm przypomina czasem naigrywanie się katolika z wyznawcy innej religii, że wierzy on w jakieś głupoty, bo przecież chrześcijaństwo jest bardziej "racjonalne".
Mimo to warto, aby osoby uważające się za chrześcijan zapoznały się z treścią tej książki. Być może dojdą wtedy do wniosku, że głosy, aby zastąpić lekcje religii w szkołach lekcjami religioznawstwa, nie są jedynie "atakiem na Pana Boga".
Przy okazji przydałby się powrót do nauczania propedeutyki filozofii i logiki (jak to kiedyś bywało), ale to już chyba za daleko posunięte myślenie życzeniowe.
Opinia
Komórka po komórce. Książka przedstawia procesy jakie zachodzą w człowieku od narodzin. Tym samym daje przykład, że od pierwszych godzin życia ciało ulega naturalnej "śmierci". Warto przeczytać,bo książka posiada bardzo ciekawe spostrzeżenia.
Wyrazy szacunku 🕊️
#ZksiążkąCiDoTwarzy
#TwarzKsiążki
#NosWksiążce
Komórka po komórce. Książka przedstawia procesy jakie zachodzą w człowieku od narodzin. Tym samym daje przykład, że od pierwszych godzin życia ciało ulega naturalnej "śmierci". Warto przeczytać,bo książka posiada bardzo ciekawe spostrzeżenia.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWyrazy szacunku 🕊️
#ZksiążkąCiDoTwarzy
#TwarzKsiążki
#NosWksiążce