rozwińzwiń

Ordinary Human Failings

Okładka książki Ordinary Human Failings autora Megan Nolan, 0316567787
Okładka książki Ordinary Human Failings
Megan Nolan Wydawnictwo: Little Brown and Company literatura piękna
224 str. 3 godz. 44 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2024-02-06
Data 1. wydania:
2024-02-06
Liczba stron:
224
Czas czytania
3 godz. 44 min.
Język:
angielski
ISBN:
0316567787
Średnia ocen

0,0 0,0 / 10
Ta książka nie została jeszcze oceniona NIE MA JESZCZE DYSKUSJI

Bądź pierwszy - oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Ordinary Human Failings w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Ordinary Human Failings



książek na półce przeczytane 2747 napisanych opinii 962

Oceny książki Ordinary Human Failings

Średnia ocen
0,0 / 10
0 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Ordinary Human Failings

avatar
16712
3163

Na półkach: ,

Druga powieść Megan Nolan, „Zwykłe ludzkie ułomności”, to duszny, osadzony w Londynie lat 90. dramat, który potwierdza, że autorka jest jedną z najciekawszych obserwatorek mrocznych zakamarków ludzkiej psychiki. Nolan odchodzi od autobiograficznego tonu swojego debiutu na rzecz gęstej, niemal dickensowskiej panoramy społecznej, w której tragiczne zdarzenie staje się soczewką skupiającą klasowe uprzedzenia i bezwzględność tabloidowej machiny. Moja ocena to 7/10 – to książka bolesna, precyzyjna i zostawiająca czytelnika z poczuciem głębokiego dyskomfortu.

Punktem wyjścia jest makabryczne odkrycie: na osiedlu socjalnym znalezione zostaje ciało małego dziecka. Podejrzenie pada na dziesięcioletnią Lucy, pochodzącą z rodziny irlandzkich imigrantów, Greenów. To wystarczy, by Tom, ambitny i cyniczny dziennikarz brukowca, zwęszył temat życia. Izoluje rodzinę w tanim hotelu, rzekomo by ich chronić, a w rzeczywistości po to, by wydusić z nich najbardziej intymne i brudne sekrety, które sprzedadzą nakład. Nolan po mistrzowsku kreśli obraz „medialnego hienizmu”, gdzie cudza tragedia staje się towarem, a prawda jest jedynie przeszkodą w budowaniu chwytliwej narracji.
Największą siłą powieści jest jednak portret psychologiczny rodziny Greenów. Nolan cofa się w czasie, by pokazać losy matki Lucy, Carmel, oraz dziadka, Johna. Autorka analizuje mechanizm „zwykłych ułomności” – alkoholizmu, milczenia, emocjonalnego chłodu i wstydu, który przekazywany jest z pokolenia na pokolenie jak genetyczna choroba. Greenowie nie są „złymi” ludźmi; to postacie tragiczne, zmiażdżone przez okoliczności i własną niezdolność do komunikacji. Ich wyobcowanie w brytyjskim społeczeństwie, wzmocnione przez piętno imigrantów, czyni ich idealnymi ofiarami dla kogoś takiego jak Tom.

Dlaczego 7/10?
Mimo niewątpliwego kunsztu, „Zwykłe ludzkie ułomności” to lektura, która momentami staje się wręcz nieznośna w swoim pesymizmie:

Brak odkupienia: Nolan nie daje nadziei. Każda postać jest w jakiś sposób złamana, a finał nie przynosi oczyszczenia, lecz raczej potwierdzenie beznadziei ich położenia.

Jednowymiarowość Toma: Dziennikarz jest postacią tak skrajnie odpychającą i pozbawioną skrupułów, że momentami ociera się o karykaturę „złego redaktora”, co nieco osłabia realizm przedstawionego konfliktu.

Emocjonalny drenaż: To proza, która fizycznie boli. Nolan z chirurgiczną precyzją wbija szpilki w najbardziej czułe punkty, co sprawia, że czytanie książki „jednym tchem” jest praktycznie niemożliwe.

Reasumując, Megan Nolan stworzyła mocny, dojrzały traktat o moralności w czasach pogoni za sensacją. To książka o tym, jak łatwo jest osądzić „ułomności” innych, nie dostrzegając własnej potworności. Siedem punktów za odwagę, genialny styl i bezlitosną diagnozę społeczną, która – mimo osadzenia w latach 90. – wydaje się przerażająco aktualna również dzisiaj. To lektura dla tych, którzy nie boją się patrzeć w otchłań.

Druga powieść Megan Nolan, „Zwykłe ludzkie ułomności”, to duszny, osadzony w Londynie lat 90. dramat, który potwierdza, że autorka jest jedną z najciekawszych obserwatorek mrocznych zakamarków ludzkiej psychiki. Nolan odchodzi od autobiograficznego tonu swojego debiutu na rzecz gęstej, niemal dickensowskiej panoramy społecznej, w której tragiczne zdarzenie staje się...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
221
203

Na półkach:

Czyta się niezwykle lekko. Najbardziej zdumiewa pospolitość bohaterów, przeciętność, w której autorka dostrzega elementy godne uwagi i dostrzeżenia. Jacy jesteśmy obecni w tej historii, możemy się w niej przejrzeć i zobaczyć samych siebie. Tysiące decyzji, małych wyborów, niepostrzeżenie kluczowych elementów, które składają się w naszą banalną rzeczywistość. Bardzo ciekawe.

Czyta się niezwykle lekko. Najbardziej zdumiewa pospolitość bohaterów, przeciętność, w której autorka dostrzega elementy godne uwagi i dostrzeżenia. Jacy jesteśmy obecni w tej historii, możemy się w niej przejrzeć i zobaczyć samych siebie. Tysiące decyzji, małych wyborów, niepostrzeżenie kluczowych elementów, które składają się w naszą banalną rzeczywistość. Bardzo ciekawe.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
130
90

Na półkach:

Przez 3/4 książki dostajemy coraz więcej informacji o wydarzeniach i bohaterach, wyciąganych przez dziennikarza z londyńskiego brukowca. Narracja meandruje, a potem nagle pod koniec zaczyna galopować, a końcówka wygląda jak pisana na kolanie. Bez zachwytu

Przez 3/4 książki dostajemy coraz więcej informacji o wydarzeniach i bohaterach, wyciąganych przez dziennikarza z londyńskiego brukowca. Narracja meandruje, a potem nagle pod koniec zaczyna galopować, a końcówka wygląda jak pisana na kolanie. Bez zachwytu

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

724 użytkowników ma tytuł Ordinary Human Failings na półkach głównych
  • 483
  • 238
  • 3
91 użytkowników ma tytuł Ordinary Human Failings na półkach dodatkowych
  • 44
  • 22
  • 7
  • 6
  • 5
  • 4
  • 3

Inne książki autora

Megan Nolan
Megan Nolan
Megan Nolan to irlandzka dziennikarka i autorka z hrabstwa Waterford. Jej debiutancka powieść "Akty desperacji" (Acts of Desperation) znalazła się na długiej liście nominowanych do nagrody Dylana Thomasa i otrzymała nagrodę Betty Trask Award za debiutancką powieść. Jej ojciec Jim Nolan był reżyserem teatralnym i założycielem zespołu teatralnego Red Kettle z siedzibą w Waterford. Studiowała filmoznawstwo i język francuski w Trinity College w Dublinie, ale porzuciła je przed ukończeniem studiów. Jest autorką esejów i krytyki literackiej dla The New Statesman.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Śpiew ptasich serc Viktoria Lloyd-Barlow
Śpiew ptasich serc
Viktoria Lloyd-Barlow
„Komu głośne dźwięki i sztuczne światło nie sprawiają bólu, ten nie pozna subtelnej ulgi ciszy, szarości. Znam dobrze oba te stany. Nauczyłam się, jak przetrwać chaos i doczekać nagrody bezruchu, bo wiem, że w końcu do mnie przyjdzie.”. „Śpiew ptasich serc” to książka, dzięki której możemy przyjrzeć się doświadczeniom osób neuroróżnorodnych, napisana z perspektywy samotnej matki w spektrum autyzmu. W swoim debiucie powieściowym Viktoria Lloyd-Barlow opisuje niełatwe relacje Sunday z nastoletnią córką Dolly, które komplikują się jeszcze bardziej, kiedy pojawiają się bogaci i ekscentryczni nowi sąsiedzi. Po intrygującym początku dość szybko pojawiło się u mnie znużenie i gdyby nie fakt, że to jedna z 25 książek, które wpisałam na mój tegoroczny tbr i chciałabym go zrealizować, to pewnie porzuciłabym czytanie gdzieś przed połową lektury. Jakże się cieszę, że tego nie zrobiłam, bo później coś kliknęło i odnalazłam w tej książce emocje, których już się nie spodziewałam. Przepięknie nakreślona relacja matka – córka, pełna zmian, które dla jednej z nich są jak powiew świeżego powietrza, a dla drugiej jak stąpanie po kruchym lodzie. To piękna powieść o miłości matki do dziecka, próbie dopasowania się do otoczenia i społecznych konwenansów, ale i potrzebie wolności, zgodzie na zmienność rzeczy i wdzięczności za to, co jest. Bardzo cieszę się, że powstała ta książka, a ja nie zniechęciłam się i poznałam historię Sunday. „Bo myśmy się nawzajem uformowały, ot tak, znikąd. I ja zachowałam stałość, a ona się regularnie przeobrażała i z każdą przemianą, po każdym tanecznym obrocie stawała się coraz bardziej odległa”.
ISavedTheBookToday - awatar ISavedTheBookToday
ocenił na68 miesięcy temu
Uśpione Anthony Passeron
Uśpione
Anthony Passeron
W sielskim, niemal sennym klimacie prowincjonalnego, francuskiego miasteczka, gdzie czas zdaje się odmierzać jedynie rytm otwierania rzeźni i niedzielnych obiadów, Anthony Passeron snuje bolesną sagę swojej rodziny. „Uśpione” to opowieść o milczeniu, które staje się bardziej niszczycielskie niż sama choroba. Autor powraca do lat 80., by przez pryzmat losów swojego stryja Désiré oraz dziadków – właścicieli prosperującego zakładu masarskiego – ukazać, jak epidemia AIDS brutalnie wtargnęła w skostniałe struktury prowincjonalnej społeczności, rozrywając więzi i niszcząc reputację budowaną przez pokolenia. Dla rodziny Passeronów, zakorzenionej w tradycyjnych wartościach południowej Francji, pojawienie się „różowej dżumy” było katastrofą nie tylko medyczną, ale przede wszystkim moralną. Désiré, młody i pełen życia chłopak, staje się „pacjentem zero” w tej mikroskali, przynosząc ze sobą ze świata wielkich miast piętno narkomanii i nieznanej choroby. W miasteczku, gdzie każdy każdego zna, choroba nie jest diagnozą – jest wstydem, który trzeba ukryć za szczelnie zamkniętymi okiennicami. Passeron po mistrzowsku kreśli ten kontrast: z jednej strony zapach świeżych ziół, słońce Prowansji i spokój prowincji, z drugiej – dusząca atmosfera sekretu, strach przed dotykiem i powolne konanie w samotności, o którym nie wolno mówić głośno nawet przy rodzinnym stole. Moja ocena 7/10 wynika z uznania dla niezwykle osobistego, a jednocześnie powściągliwego tonu tej prozy, choć momentami brakuje jej większej siły rażenia w warstwie emocjonalnej. Największą zaletą „Uśpionych” jest połączenie intymnego wspomnienia z rzetelnym reportażem naukowym. Autor przeplata tragedię swojej rodziny z historią wyścigu zbrojeń medycznych w Paryżu, gdzie naukowcy z Instytutu Pasteura próbowali wyprzedzić Amerykanów w odkryciu wirusa HIV. Ta dwutorowość pozwala zrozumieć, dlaczego na prowincji pomoc nadeszła tak późno – gdy nauka błądziła po omacku, społeczeństwo zdążyło już wydać wyrok na „odmieńców”. Książka, choć krótka i zwarta, chwilami wydaje się zbyt chłodna, niemal beznamiętna. Rozumiem, że ten dystans to pancerz ochronny autora, jednak sprawia on, że czytelnik niekiedy czuje się bardziej obserwatorem danych statystycznych niż uczestnikiem rodzinnego dramatu. Ponadto wątki medyczne, choć fascynujące, bywają momentami zbyt suche w zestawieniu z gęstą atmosferą francuskiej wsi. Mimo to, „Uśpione” to lektura ważna i poruszająca. To hołd dla pokolenia, które zniknęło po cichu, bez pożegnań, wymazane z rodzinnych albumów przez strach i ignorancję. Passeron nie tylko rozlicza się z przeszłością, ale też oddaje głos tym, którzy przez dekady pozostawali w uśpieniu, ukryci pod warstwą prowincjonalnego kurzu. To przestroga przed tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy lęk przed osądem sąsiadów wygrywa z miłością do najbliższych. Solidna, mądra i niezwykle estetyczna literacko podróż do serca ciemności ukrytego w blasku słońca Nicei i jej okolic.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na77 dni temu
Kolonia Audrey Magee
Kolonia
Audrey Magee
❓Czym jest kolonializm we współczesnym świecie? Anglik – jeszcze w łodzi rzyga jak kot. Jest malarzem, nie rybakiem, jest usprawiedliwiony. Na miejscu wciąż szuka dobrego światła i nigdzie nie może go znaleźć. Rybitwa ma za małą głowę, a mewa za dużą... James ma lepsze oko, ale to jeszcze dziecko, jest naiwny. Łapanie królika to nie to samo co nie danie się wystrychnąć na dudka Anglikowi, któremu przyświeca jeden cel – by półżona znów stała się żoną, a on znów był na ustach wszystkich znawców sztuki. Francuz – jak to Francuz, ma bzika na punkcie języka, ale tym razem dla odmiany nie własnego. Ma misję, pragnie ocalić przed zapomnieniem język irlandzki, dogląda go jak zatroskany gospodarz i źle reaguje na Irlandczyków, którzy kalają się angielszczyzną. Sacrebleu! Anglicy wyrządzili im tyle krzywd, a oni co?! Doskonale wie, o czym mówi – sam pochodzi z Algierii, z którą Francja zrobiła dokładnie to samo. Dziś przemierza zieloną wyspę z magnetofonem na ramieniu i nagrywa język irlandzki, nim ten zniknie w odmętach morskiej piany, podobnie jak wielu Irlandczyków. Irlandia – w powieści jest nie tylko spokojną, zieloną wyspą. Targają nią wstrząsy i zamachy, a śmierć zbiera swoje żniwo. Echa wielkich wydarzeń wybrzmiewają nawet na maleńkiej wysepce, na której albo jesteś rybakiem, albo nikim. Możesz wyemigrować, ale to oznacza, że przestajesz być wyspiarzem. Możesz też żyć z turystów, ale nikomu to chluby nie przynosi, zwłaszcza gdy trafią się takie elementy jak Anglik i Francuz, którzy nie mogą znieść swojego towarzystwa. Niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Irlandczycy nie gęsi, iż swój język mają – język dumy, odwagi i niezależności. „Kolonia” to gęsta, ironiczna i politycznie czujna powieść o spotkaniu sztuki, języka i przemocy historii, która nigdy nie pozostaje tłem. Autorka z chirurgiczną precyzją pokazuje, jak łatwo zachwyt nad autentycznością przeradza się w zawłaszczenie nawet u tych, którzy uważają się za wrażliwych i postępowych. O sile książki stanowią oszczędny styl i wyraziście skontrastowane postacie. "Kolonia" nie opowiada historii Irlandii, ale zmusza do zastanowienia się, kto i po co ją opowiada.
radoslaw rutkowski - awatar radoslaw rutkowski
ocenił na93 miesiące temu
Wellness Nathan Hill
Wellness
Nathan Hill
Nathan Hill, autor głośnych „Niksów”, powraca z epicką, wielowątkową powieścią, która bierze pod lupę bodaj najtrudniejszy temat w literaturze: długoletnie małżeństwo. „Wellness” to imponująca, licząca setki stron kronika związku Jacka i Elizabeth, która z chirurgiczną precyzją, a zarazem ogromnym współczuciem, rozkłada na czynniki pierwsze mechanizmy miłości, oszustwa i desperackiej pogoni za optymalizacją własnego życia. To książka, która jest jednocześnie satyrą na współczesność i głębokim dramatem psychologicznym. Historia zaczyna się w latach 90. w Chicago. Jack jest aspirującym artystą fotografem, Elizabeth – studentką psychologii z bogatego domu. Ich spotkanie to moment czystej magii, niemal filmowego przeznaczenia. Hill mistrzowsko buduje ten początkowy optymizm, by następnie przeskoczyć dwadzieścia lat do przodu, gdzie magia dawno wyparowała, a jej miejsce zajęła rutyna, niespłacone kredyty i obsesja na punkcie zdrowego stylu życia. Elizabeth pracuje w instytucie zajmującym się efektem placebo, a Jack utknął w martwym punkcie swojej kariery, próbując jednocześnie sprostać wymaganiom ojcostwa w świecie opanowanym przez algorytmy i media społecznościowe. Tytułowe „Wellness” to nie tylko dbanie o dietę czy sen. To metafora współczesnego lęku przed porażką. Hill z niesamowitą błyskotliwością punktuje nasze zbiorowe szaleństwo: od obsesyjnego monitorowania parametrów życiowych, przez wiarę w pseudonaukowe suplementy, aż po desperackie próby „naprawienia” relacji za pomocą technologii. Autor pokazuje, że w świecie, w którym wszystko można zmierzyć i zoptymalizować, najbardziej cierpi to, co nieuchwytne – autentyczna bliskość. Struktura powieści jest gęsta i dygresyjna. Hill nie boi się przerywać głównego nurtu akcji, by zaserwować nam kilkudziesięciostronicowy wykład o historii algorytmów Facebooka, psychologii tłumu czy architekturze przedmieść. Choć dla niektórych czytelników te fragmenty mogą wydać się zbyt obszerne, to właśnie one nadają książce jej unikalny, encyklopedyczny charakter. Hill udowadnia, że losy jednostki są nierozerwalnie splątane z szerokim kontekstem socjologicznym i technologicznym. „Wellness” to lektura wymagająca, ale niezwykle satysfakcjonująca. Największą siłą Hilla jest jego zdolność do empatii – nawet gdy wyśmiewa absurdy współczesności, nigdy nie robi tego z wyższością. Jack i Elizabeth są postaciami z krwi i kości, w których lękach i marzeniach każdy z nas odnajdzie kawałek siebie. To opowieść o tym, jak budujemy narracje na temat własnego życia i jak bolesne, a zarazem wyzwalające, może być ich burzenie. Mimo ogromnej objętości, powieść czyta się z niesłabnącym zainteresowaniem dzięki błyskotliwemu stylowi i poczuciu humoru autora. Hill potrafi przejść od sarkastycznego żartu do wzruszającej refleksji w obrębie jednego akapitu. „Wellness” to ostatecznie książka o nadziei – nie tej naiwnej, z poradników motywacyjnych, ale tej trudnej, wypracowanej w pocie czoła, która polega na akceptacji niedoskonałości drugiego człowieka i samego siebie. To jedna z najważniejszych powieści o współczesności, jaką przeczytacie w tym roku. Nathan Hill potwierdził, że jest jednym z najciekawszych obserwatorów amerykańskiego (i nie tylko) społeczeństwa.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na89 dni temu
Wściekłe suki Dahlia de La Cerda
Wściekłe suki
Dahlia de La Cerda
Ta książka to idealny przykład, że potrzebuję bibliotek, ponieważ nie śledzę różnych literackich nagród, toteż kompletnie ominęła mój radar, dopóki nie spojrzałam na półkę z nowościami w mojej filii. Zbiory opowiadań zawsze są bardzo "hit or miss", zwłaszcza w momencie kulturowym, kiedy zdaje się, że ta forma zaczyna umierać. Teraz wszystko musi być długie i mieć głębokie lore. Nie ma wiele miejsca na niedopowiedzenia, dosadność bez dosłowności, na historie rzucone nam poniekąd luzem. Dahlia de la Cerda to zdecydowanie hit, nie miss. Chociaż nie wszystkie opowiadania są moim zdaniem równie dobre, żadne nie jest złe i wszystkie mają tu swoje miejsce, ponieważ w ten czy inny sposób mierzą się z tematami mizoginii, problemów społecznych oglądanych przez soczewkę na wskroś meksykańską, oraz po prostu kultury, której autorka się nie wstydzi i nie próbuje jej wygładzać z myślą o barierze kulturowej pomiędzy sobą a szerszą publicznością, do której mogłaby dotrzeć. Podobał mi się ogromnie język, który oczywiście jest również zasługą dobrej pracy i wyczucia tłumaczki, ale jednak musiała ona na czymś pracować. Podobało mi się, że chociaż wszystkie teksty są pisane jak monologi do czytelnika, każdy głos narracyjny jest trochę inny, nawet u postaci o podobnym tle, gdyż każda ma inną osobowość. Podobało mi się, że autorka unika prostej dychtomii "kobieta zawsze dobra, mężczyzna zawsze zły", co nie jest łatwym zadaniem w pracy orbitującej wokół kobietobójstwa (khem, "They Never Learn", khem). Podobał mi się nawet skręt ku wątkom paranormalnym, który też miał w sobie coś bardzo folkowego, bardzo ściśle splątanego z kulturą w której się na tak krótko, ale intensywnie mogłam zanurzyć. Myślę, że ogromną zaletą jest również motyw przeplatających się opowieści, który jest dla mnie niczym spłata kredytu zaufania, jaki dałam autorce – bo udowadnia mi, że to nie są losowo wybrane teksty, że to zostało jakoś przemyślane i ułożone według pewnej logiki, że ktoś wie, co robi, zanim mi tę książkę zaserwuje. Podoba mi się również, być może najbardziej, brak oczywistej odpowiedzi, na ile ostatnie opowiadanie w zbiorze jest autentyczną spowiedzią, a na ile fikcją równą reszcie opowieści. Ogólnie to jest książka na max. dwie godziny lektury, jeśli ktoś czyta bardzo wolno – ale cóż to za dwie godziny.
Rosaline - awatar Rosaline
ocenił na830 dni temu
Błahostka Magda Tereszczuk
Błahostka
Magda Tereszczuk
Debiutancka powieść Magdy Tereszczuk, zatytułowana przekornie „Błahostka”, to pozycja, która próbuje uchwycić ulotność codzienności pokolenia trzydziestolatków, zawieszonych między ambicjami a prozą życia w dużym mieście. Choć autorka operuje sprawnym językiem i wykazuje się dużą wrażliwością na detale, ostateczny efekt literacki zasługuje na solidne, ale niepozbawione uwag 6/10. Główna bohaterka, Maria, to postać, w której wielu czytelników odnajdzie cząstkę siebie. Pracuje w korporacji, wynajmuje mieszkanie, które nigdy nie wydaje się w pełni „jej”, i próbuje nawigować w świecie skomplikowanych relacji międzyludzkich. Tereszczuk świetnie radzi sobie z opisem drobnych upierdliwości dnia powszedniego – od niedziałającego ekspresu do kawy po niezręczne milczenie w windzie. To właśnie te tytułowe „błahostki” budują fundament książki, sugerując, że to z nich, a nie z wielkich zrywów, składa się nasze życie. Najmocniejszą stroną powieści jest jej warstwa językowa. Autorka unika zbędnego patosu, stawiając na minimalizm i celne puenty. Dialogi brzmią naturalnie, a wewnętrzne monologi bohaterki bywają autoironiczne, co dodaje całości lekkości. Tereszczuk udaje się stworzyć atmosferę pewnego rodzaju „miejskiego spleenu” – nostalgii za czymś, czego nie potrafimy nazwać, a co uwiera nas pod skórą w trakcie scrollowania mediów społecznościowych. Mimo niewątpliwego talentu autorki, „Błahostka” cierpi na kilka przypadłości typowych dla debiutów: Brak wyraźnej struktury: Powieść momentami przypomina zbiór luźno powiązanych ze sobą felietonów lub wpisów z pamiętnika. Choć życie bywa niespójne, w literaturze brak wyraźnego punktu kulminacyjnego może prowadzić do znużenia. Wtórność tematyczna: Portret zagubionej millenialki był w polskiej literaturze ostatnich lat eksploatowany wielokrotnie. Tereszczuk dodaje do niego świeże obserwacje, ale nie oferuje nowej perspektywy, która pozwoliłaby książce w pełni wyróżnić się na tle konkurencji. Płytkość postaci drugoplanowych: Podczas gdy Maria jest pogłębiona psychologicznie, osoby w jej otoczeniu pełnią często rolę jedynie rekwizytów mających podkreślić jej osamotnienie. Podsumowując, „Błahostka” to obiecujący start, który czyta się szybko i z dużą dozą empatii dla głównej bohaterki. Magda Tereszczuk udowodniła, że potrafi pisać o rzeczach małych w sposób angażujący, jednak do stworzenia dzieła wybitnego zabrakło nieco odważniejszej konstrukcji fabularnej. To idealna lektura na jeden wieczór – refleksyjna, estetyczna, ale być może zbyt szybko ulatująca z pamięci, dokładnie tak jak chwile, o których opowiada.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na69 dni temu

Cytaty z książki Ordinary Human Failings

Więcej
Megan Nolan Zwykłe ludzkie ułomności Zobacz więcej
Megan Nolan Zwykłe ludzkie ułomności Zobacz więcej
Megan Nolan Zwykłe ludzkie ułomności Zobacz więcej
Więcej