Komeda. Osobiste życie jazzu
Liczył się tylko jazz
Jazz, stosując duże uproszczenie, zanim jeszcze przybrał formę bluesa, swingu czy ragtime’a i na długo przed pojawieniem się w Nowym Orleanie zespołów dixielandowych, był muzyką przywiezioną z Afryki przez jej zniewolonych mieszkańców - muzyką Niewolników. Rytmiczną, swobodną, pełną improwizacji, angażującą słuchaczy i wykonawców, a co najważniejsze wyrażającą tęsknotę za wolnością. Nie wiem, co bardziej – czy to właśnie te cechy jazzu, czy jego amerykańskie, imperialistyczne pochodzenie, sprawiały, że w pierwszych latach powojennych był szykanowany, a nawet wręcz tępiony. Mimo dużej popularności w latach trzydziestych, po roku 1948 aż do 1957 jazz w Polsce musiał zejść do podziemia - nazwano ten okres „katakumbowym”. Właśnie mniej więcej w tym momencie rozpoczyna się ta niezwykła biografia.
Introwertyk. Mówili o nim: „Najczęściej wydaje się nieobecny. Siedzi w środku samego siebie i nikomu się nie zwierza z tego, co czuje, o czym myśli. Przezywają go Nietoperz, bo wygląda jakby spał w dzień” [1]. Krzysztof Komeda Trzciński – pianista jazzowy, ale przede wszystkim kompozytor utworów jazzowych i muzyki filmowej. Kiedy okazało się, że trudno mu godzić pracę lekarza z pasją muzyczną, zrezygnował z wykonywania zawodu. To kompozycje muzyki filmowej przyniosły mu największą popularność i są rozpoznawane nawet przez osoby, które deklarują, że jazzem się nie interesują. Zilustrował muzycznie przeszło 60 różnych filmów: fabularnych, dokumentalnych, animowanych, w tym ponad 10 w reżyserii Romana Polańskiego. Ze swoim zespołem Komeda Quintet nagrał słynny album „Astigmatic”, uważany za jeden z najlepszych w tzw. polskiej szkole jazzowej.
Kolejna biografia Krzysztofa Komedy Trzcińskiego może nie zainteresowałaby mnie tak bardzo, gdyby nie jej podtytuł: „Osobiste życie jazzu” i nazwisko autorki. Wcześniejsze publikacje Magdaleny Grzebałkowskiej - jej biograficzny debiut „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego” i „Beksińscy. Portret podwójny” - sprawiły, że mniej więcej wiedziałam już, czego się spodziewać i miałam pewność, że w warstwie biograficznej książka mnie nie rozczaruje, ale byłam jednocześnie ciekawa, w jakim stopniu autorka wywiąże się z sugerowanej w tytule obietnicy przedstawienia kulis (skoro „życie osobiste”) polskiej sceny jazzowej. Ani w jednym, ani w drugim aspekcie nie rozczarowała mnie ta biografia i zapewniam, że początki nowoczesnego jazzu w Polsce nie są w niej tylko tłem. Nie wiem, czy już w założeniach miał to być projekt komplementarny, ale taki jest - w mojej ocenie - efekt. Można czytać ją dla Komedy, można również wyłącznie dla jazzu. A czyta się ją jak dobrą powieść. Emocje rosną, a utrzymać uwagę czytelnika na niemal 500 stronach nie jest łatwo. Zakończyłam z przyspieszonym tętnem, mimo że doskonale wiedziałam, w jaki sposób skończy się ta historia - że jej bohater odejdzie przedwcześnie, tragicznie, a jednocześnie chciałoby się powiedzieć bezsensownie i niepotrzebnie (choć w obliczu śmierci brzmi to nieodpowiednio).
Krzysztof Komeda Trzciński urodził się w 1931 roku, a zmarł w 1969, mając zaledwie 38 lat. Jeśli prześledzimy losy jego innych sławnych rówieśników, w tym również wielu przyjaciół, to zauważymy, że i oni odchodzili zadziwiająco szybko, w równie feralnych okolicznościach, w sposób gwałtowny i w podobnym wieku: Zbigniew Cybulski (1927-1967),Bogumił Kobiela (1931-1969),Marek Hłasko (1931-1969),Andrzej Munk (1921-1961). Pojawiały się w związku z tym absurdalne teorie spiskowe tych, którzy w tym zbiegu okoliczności dopatrywali się działania sił nadprzyrodzonych, fatum, wpływu loży masońskiej, klątwy, satanistycznego spisku z udziałem Romana Polańskiego itp. Biografia Komedy również w tej sprawie udziela wielu wskazówek, opisując styl życia w Polsce lat powojennych (50., 60.). W okresie, kiedy muzycy i słuchacze musieli ukrywać się ze swoją pasją, czyli do roku 1956 i również później, kiedy mogli już oficjalnie dawać koncerty, wciąż towarzyszył im alkohol. Piło się często, dużo, a wynikająca z tego nonszalancja prowokowała tak wiele niebezpiecznych sytuacji, że należałoby się raczej dziwić, że nie zebrała jeszcze większego żniwa. Przyczyny bywały więc często prozaiczne, pozbawione ingerencji sił nieczystych, co nie zmienia faktu, że polska kultura u schyłku lat sześćdziesiątych straciła wielu obiecujących artystów, których twórczość mogła się dopiero rozwinąć. W tym miejscu można rozpocząć snucie innych teorii na temat przyczyn takiego zjawiska – pokolenie Kolumbów, ciągłe poczucie nietrwałości, nieposkromiony apetyt na życie ludzi, których młodość i świadome dzieciństwo przypadało na lata wojenne?
Magdalena Grzebałkowska nie miała łatwego zadania. W przeciwieństwie do bohaterów dwóch poprzednich biografii, ten nie tylko odszedł wcześnie, ale był bardzo powściągliwy w wyrażaniu swoich emocji w innej formie niż za pośrednictwem muzyki. Nieliczne widokówki wysyłane z różnych miejsc na świecie, najczęściej do rodziców, oszczędne wywiady, których udzielił – to w zasadzie wszystko. Zostały utwory, nagrania i podkreślana przez wszystkich, wręcz symboliczna, małomówność. Informacje o Komedzie autorka zbierała, osobiście docierając do wszystkich, z którymi łączyły go jakieś prywatne lub zawodowe relacje. Na wstępnie przygotowanej liście zebrała ponad 160 nazwisk. Nie ze wszystkimi udało się przeprowadzić wywiady, ostatecznie, jak podaje, bazowała na około 80 rozmowach. Podróżowała w tym celu po Polsce i nie tylko, bo oprócz kilku bliższych wyjazdów zagranicznych, udała się tropem Komedy do Stanów Zjednoczonych. Dotarła do rodziny, muzyków, aktorów, innych uczestników życia muzycznego i ostatniego żyjącego świadka wypadku, który wydarzył się w Stanach Zjednoczonych. W oparciu o tę relację przedstawiła nową i bardzo wiarygodnie brzmiącą wersję wydarzeń, które stały się bezpośrednią przyczyną śmierci muzyka. Pozostała jeszcze żmudna praca w archiwach w poszukiwaniu dokumentów potwierdzających uzyskane informacje, karierę artystyczną kolejnych zespołów, które tworzył lub z którymi współpracował, oraz tych pokazujących tło – Polskę lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a to wszystko przecież tylko etapy przygotowawcze. Książka ma nie tylko bogatą bibliografię, indeks nazwisk i źródeł. Podzielona jest na 100 zatytułowanych rozdziałów, z których każdy ma przynajmniej kilka podrozdziałów. Bibliografia załącznikowa podana jest na końcu książki, ale podzielona i ponumerowana w obrębie rozdziałów, co dobrze porządkuje informacje i dla mnie było dużym ułatwieniem. Pod względem merytorycznym jest przygotowana niezwykle starannie - dla osób szczególnie interesujących się jazzem, kulturą czy wręcz historią lat powojennych może być prawdziwym „źródłem źródeł” do dalszego zgłębiania tematu. W samej biografii znajdujemy już wiele informacji o życiu codziennym, imprezach towarzyszącym koncertom, lokalach – Piwnicy pod Baranami, słynnym SPATiF-ie, kontaktach towarzyskich, cenach, jakie obowiązywały, problemach, jakie mieli muzycy ze zdobyciem instrumentów, płyt, a nawet ubrań. Pojawiają się tu nie tylko postacie ze świata muzyki jazzowej jak Andrzej Trzaskowski, Tomasz Stańko, Jerzy Milian, Andrzej Kurylewicz, Wojciech Karolak czy Urszula Dudziak, czołówka świata filmowego z Romanem Polańskim, Jerzym Skolimowskim, Witoldem Sobocińskim, również Leopold Tyrmand, Krystyna Sienkiewicz i wiele innych osób – ich indeks zajmuje dwanaście stron drobną czcionką, więc przytaczam tylko tych, którzy zwrócili moją szczególną uwagę. Autorka szczególnie dokładnie relacjonuje pierwszy festiwal jazzowy w Sopocie oraz powstanie (w 1958 r.) i kolejne edycje słynnego Jazz Jamboree. Nie jest to jednocześnie biografia pozbawiona wątków bardzo osobistych, dotykających życia prywatnego artysty - małżeństwa z Zofią, która była jednocześnie jego menadżerką (trzeba przyznać bardzo, jak na te siermiężne czasy, skuteczną i aktywną) - związku trudnego, ze smutnym zakończeniem. Zofia jest dla mnie niemniej ważną bohaterką w tej historii. Pozostaje w tle Krzysztofa Komedy, jest „czarnym charakterem” – dominująca, zaborcza i - jak podkreślają rozmówcy Magdaleny Grzebałkowskiej - przemiła, pod warunkiem, że nie pod wpływem alkoholu. Postać bardzo niejednoznaczna, jak na czasy wczesnego PRL-u niezwykle nowoczesna, która odegrała ważną rolę w życiu muzyka, a jej życiorys mógłby być materiałem do osobnej historii.
Poza świetnym publicystycznym stylem - oszczędnym i skupionym na przedstawieniu tylko dobrze udokumentowanych faktów - bez nadinterpretacji wydarzeń czy luźnych domysłów, biografia Krzysztofa Komedy Trzcińskiego jest jednocześnie przygodą literacką, wycinkiem z historii jazzu w Polsce, zapisem reporterskiego śledztwa i próbą stworzenia portretu psychologicznego postaci w jednym. Jestem pod jej wielkim wrażeniem, cieszę się, że mam ją na swojej półce.
1. Magdalena Grzebałkowska, „Komeda. Osobiste życie jazzu”, Wydawnictwo Znak, 2018, s. 49
Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Świat bez Głowy
Przyjemnie spędzony czas na czytaniu anegdot w odbiorze słodko-gorzkim z przewagą smaku pierwszego.
Przyjemnie spędzony czas na czytaniu anegdot w odbiorze słodko-gorzkim z przewagą smaku pierwszego.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTrochę wspomnienia o wspaniałym człowieku, trochę powrót do kolorytu czasów słusznie minionych. Ja osobiście przy okazji nadrobiłam trochę zaległości kulturalnych z tamtego okresu :))).
Trochę wspomnienia o wspaniałym człowieku, trochę powrót do kolorytu czasów słusznie minionych. Ja osobiście przy okazji nadrobiłam trochę zaległości kulturalnych z tamtego okresu :))).
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka przybliża nam postać Janusza Głowackiego, postaci wybitnej acz mało w Polsce znanej, o czym zresztą traktują niektóre fragmenty. Polecam gorąco, a ze swojej strony spróbuję "dorwać" inne pozycje o "Głowie".
Książka przybliża nam postać Janusza Głowackiego, postaci wybitnej acz mało w Polsce znanej, o czym zresztą traktują niektóre fragmenty. Polecam gorąco, a ze swojej strony spróbuję "dorwać" inne pozycje o "Głowie".
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Myślę, jakże mu wyślę, ukłon głęboki po szerokiej Wiśle". Autorka niewątpliwie kłania się na wspomnienie o Dżanuszu. Zgięta w tymże ukłonie, wspomina jak poczciwa babcia, która odganiając się od złego, idealizuje wszystko, co było dobre. Przy okazji kłania się też trochę sobie, bo przecież otarła się o ramię mistrza. I czy Głowie takie to wspomnienia się należały? A jakże! Z tym, że najbardziej kontent z ich przeczytania będzie ten, który też chętnie by się Dżanuszowi pokłonił.
"Myślę, jakże mu wyślę, ukłon głęboki po szerokiej Wiśle". Autorka niewątpliwie kłania się na wspomnienie o Dżanuszu. Zgięta w tymże ukłonie, wspomina jak poczciwa babcia, która odganiając się od złego, idealizuje wszystko, co było dobre. Przy okazji kłania się też trochę sobie, bo przecież otarła się o ramię mistrza. I czy Głowie takie to wspomnienia się należały? A...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWspomnienia o niedawno zmarłym prozaiku są mało ciekawe, poza tym autorka za dużo pisze o sobie, za mało o Głowackim.
Wspomnienia o niedawno zmarłym prozaiku są mało ciekawe, poza tym autorka za dużo pisze o sobie, za mało o Głowackim.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka tak rewelacyjna jak postać którą opisuje. Nic dodać nic ująć. Świat bez Głowy jest bardzo smutny...no ale chociaż na pocieszenie pozostają takie książki...
Książka tak rewelacyjna jak postać którą opisuje. Nic dodać nic ująć. Świat bez Głowy jest bardzo smutny...no ale chociaż na pocieszenie pozostają takie książki...
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTen facet zawsze miał talent, swój styl. Szkoda że tak mało zostawił. Zawsze mi imponował.
Ten facet zawsze miał talent, swój styl. Szkoda że tak mało zostawił. Zawsze mi imponował.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCo zrobić z pustką, która zostaje po bliskim człowieku znikającym nagle z naszego życia? Co jeśli ten człowiek nie chciałby pieśni żałobnych, czy patosu. Iza Bartosz dokonał rozliczenia z nagłą śmiercią Janusza Głowackiego w wyjątkowy sposób.
Mimo, iż o Głowackim, każdy słyszał to niewiele miało okazję poznać go jako człowieka. Piekielnie inteligentny, skromny i wierny przyjaźniom – taki obraz autorka buduje w książce głosami mu najbliższych Krystyny Kofty, Kazimierza Kutza, Hanny Bakuły i innych. Hołd, swoisty lament po stracie bliskiej osoby w najlepszym wydaniu. Szczerze polecam tę książkę.
Co zrobić z pustką, która zostaje po bliskim człowieku znikającym nagle z naszego życia? Co jeśli ten człowiek nie chciałby pieśni żałobnych, czy patosu. Iza Bartosz dokonał rozliczenia z nagłą śmiercią Janusza Głowackiego w wyjątkowy sposób.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMimo, iż o Głowackim, każdy słyszał to niewiele miało okazję poznać go jako człowieka. Piekielnie inteligentny, skromny i wierny...
O "Głowie" przeczytałam już sporo: w książkach napisanych przez niego, we wspomnieniach różnych ludzi, w rozmowach z nim i o nim. W książce Izy Bartosz nie nalazłam niczego nowego, żadnych nowych informacji, interpretacji, nowych opinii bądź komentarzy. Wszyscy go świetnie znali, mieli z nim relacje 'szczególne", często niby tajemne. Wszyscy go chwalą, zachwycają się, żadnego kontrapunktu. Szkoda. Jednak: książka sprawnie napisana, nieźle się czyta. Kogo interesuje postać Janusz Głowackiego, a wie niewiele o jego życiu - temu polecam.
O "Głowie" przeczytałam już sporo: w książkach napisanych przez niego, we wspomnieniach różnych ludzi, w rozmowach z nim i o nim. W książce Izy Bartosz nie nalazłam niczego nowego, żadnych nowych informacji, interpretacji, nowych opinii bądź komentarzy. Wszyscy go świetnie znali, mieli z nim relacje 'szczególne", często niby tajemne. Wszyscy go chwalą, zachwycają się,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo osobista książka. Zarzuty, że powtórzenia, że za dużo na początku autorka pisze o sobie - nietrafione. Trudno wymyślać wciąż nowe anegdoty o człowieku tak znanym i interesującym, którego w dodatku już z nami nie ma.Poza tym, mimo że czytałam "Z głowy" i inne różne książki, gdzie była mowa o Januszu Głowackim - i tak znalazłam kilka smakowitych historii, dla mnie nowych. Ponadto książka jest właśnie smakowita, w dużej mierze ze względu na język autorki. Jest też czuła, pełna refleksji i pięknie opowiada o niebanalnym człowieku ustami osób, którym nie był obojętny.
Bardzo osobista książka. Zarzuty, że powtórzenia, że za dużo na początku autorka pisze o sobie - nietrafione. Trudno wymyślać wciąż nowe anegdoty o człowieku tak znanym i interesującym, którego w dodatku już z nami nie ma.Poza tym, mimo że czytałam "Z głowy" i inne różne książki, gdzie była mowa o Januszu Głowackim - i tak znalazłam kilka smakowitych historii, dla mnie...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to