-
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać3 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać111 -
Artykuły
Wielkanocna chwila odpoczynku z literaturą – okazje na ebooki do -95% i ranking top tytułów
LubimyCzytać2
forum Oficjalne Akcje i konkursy
[Zakończony] Tajemnicza wyspa - wygraj książkę "Atlas wysp odległych"
Marzyliście w dzieciństwie, żeby być odkrywcą? Podróżować po morzach i lądach, odkrywać nowe miejsca, spotykać nieznane ludy. Wyobraźcie sobie, że udało Wam się spełnić to marzenie i w czasie rejsu statkiem natrafiacie na wyspę, której nie ma na żadnej mapie. Opiszcie ją: jak wygląda? Jest zamieszkana? Jacy są jej ewentualni mieszkańcy? Czekamy na teksty o objętości do 2000 znaków ze spacjami.
Nagrody
Autorów pięciu najciekawszych tekstów nagrodzimy egzemplarzami książki.
Atlas wysp odległych
Autor : Judith Schalansky
Regulamin
- Konkurs trwa od 24 do 30 stycznia włącznie. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
- Odpowiedzi muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie części lub fragmentów tekstów, recenzji innych osób jest zabronione. Teksty nie mogą przekraczać 2000 znaków ze spacjami.
- Każdy użytkownik może zgłosić tylko jedną pracę.
- Zwycięzców wybiera administracja serwisu lubimyczytać.pl. Decyzja jest nieodwołalna.
- Dane adresowe zostaną wykorzystane przez serwis lubimyczytać.pl i Wydawnictwo Dwie siostry.
- Adres zwycięzcy powinien zostać nadesłany do dwóch tygodniu od daty ogłoszenia wyników konkursu. Po tym terminie administracja lubimyczytać.pl dopuszcza wybór kolejnego laureata lub nieprzyznanie nagrody.
odpowiedzi [80]
„Odkrycie Wolnego Woluminium”
Po tysiącach godzin sennych oczekiwań
Dostrzegłam to, czego być nie miało:
Wśród fal łagodnych, uśpionych, pokornych
Ląd dotąd nieznany wyrastał nieśmiało.
Przybiłam do brzegu kroków swych niepewna,
We mgle poranka obudziłam plażę,
Za którą ogromem rozciągał się busz ciemny.
Dostrzec też zdążyłam jeszcze wściekłe twarze.
Kiedy się ocknęłam z bólem głowy silnym,
Płonęło ognisko (był już wieczór chyba),
A nad tym ogniskiem na ruszcie z wikliny
Piekło się potężne cielsko wieloryba.
Dookoła fruwały ptaki rajskie, dziwadła,
lud dziki skakał w majtasach z bambusa.
A nade mną uśmiechnięta stała niczym tęcza
Woolf Virginia z wielkim kwiatem hibiskusa.
Otworzyła książkę w pień drzewa zaklętą,
(Wszystko było książką, wierszem, woluminem)
Wówczas przybył książę na koniu, z karetą
— zadziała się bajka, a ja byłam dżinem.
A później mnie przepraszał Fiodor Dostojewski:
„Jakimż byłem Idiotą, w łeb panią waląc”
Poczem podarował mi trzy małe pieski
I paracetamol, wymownie chrząkając.
Zwiedzałam ową wyspę pieszo i na lianach,
Z Tarzanem podczytując to kwiaty, to drzewa,
Wodospady, nad którymi Konfucjusz zasiada,
I myśli swe do nich z kąpielą wylewa.
Tylko biedny na ruszcie pieczony wieloryb
Nie mógł był opuścić zbolałej mej głowy,
Przeto rzekł Lew Tołstoj znad swej mądrej brody,
Jakoby Moby Dick był całkiem sojowy.
Nad Wolnym Woluminium niebo jest przejrzyste,
Zasnuwa się tylko dla melancholików,
spada deszcz (w miękkich okładkach oczywiście)
na grunt podatny, bez moli i rybików.
Wszystko co się dzieje, dzieje się po myśli,
Pogrzeb przez mózg Dickinson chadza za jej zgodą.
Czasem tylko komuś ból zęba się przyśni
Zostawiony gdzieś kiedyś za wielką wodą.
„Odkrycie Wolnego Woluminium”
Po tysiącach godzin sennych oczekiwań
Dostrzegłam to, czego być nie miało:
Wśród fal łagodnych, uśpionych, pokornych
Ląd dotąd nieznany wyrastał nieśmiało.
Przybiłam do brzegu kroków swych niepewna,
We mgle poranka obudziłam plażę,
Za którą ogromem rozciągał się busz ciemny.
Dostrzec też zdążyłam jeszcze wściekłe twarze.
Kiedy się ocknęłam z...
Pojawiła się przed nami wbrew wszelkim mapom. Absolutnie nie powinna być tam, gdzie była. Podpływaliśmy do niej ostrożnie, jak do groźnego zwierzęcia. Jakby mogła nagle zawirować i zniknąć z powierzchni oceanu. Nie mówiliśmy wiele, tylko patrzyliśmy i czekaliśmy, co z tego wyniknie.
Statek podpłynął w miarę blisko, ale do brzegów nieznanej wyspy przybiliśmy motorówkami. Woda w zatoce była przejrzysta i ciepła. Zaraz za wodą była plaża z piaskiem o lekko czerwonym zabarwieniu. Wyszliśmy na nią ostrożnie. Piasek był drobny, delikatnie łaskotał w podeszwy. Za plażą ciągnęła się łąka. Kiedy zbliżyliśmy się do niej w nasze uszy uderzyły dźwięki, jakie z niej dochodziły: miliony owadów prowadziło na niej swoje hałaśliwe życie. Łąka, skąpana w słońcu, wydała mi się tak piękna, że aż nierealna. Wielkość kwiatów, szmaragdowo-zielone odcienie traw – nie da się opisać rozpasania barw i kształtów, które na niej panowało. Daleko w trawach poruszył się jakiś kształt. Pokazaliśmy go sobie nawzajem. Jakieś zwierzę ze zwinnością kota sunęło w naszą stronę. Gdy podbiegło bliżej zobaczyliśmy, że jest to jakiś rodzaj srebrnowłosego kota wielkości mniej więcej rysia. Patrzyliśmy na siebie nawzajem aż zwierzę straciło zainteresowanie nami i szybkimi ruchami wróciło w wysokie trawy.
Lekki wiatr poruszał roślinami, z daleka słychać było jakieś odgłosy – pewnie tutejszych zwierząt. Wyspa stanowiła zamkniętą, doskonałą całość, na której byliśmy intruzami.
Za łąką był jakiś las, który delikatnie zdawał się piąć w górę. Przyciągał nasz wzrok. Ale nikt nie zrobił jednego kroku w jego kierunku. Wróciliśmy bez słowa na plażę. Ukradkiem zabrałem do kieszeni garść piachu, żeby mieć dowód dla siebie samego, że to miejsce istnieje naprawdę.
Pojawiła się przed nami wbrew wszelkim mapom. Absolutnie nie powinna być tam, gdzie była. Podpływaliśmy do niej ostrożnie, jak do groźnego zwierzęcia. Jakby mogła nagle zawirować i zniknąć z powierzchni oceanu. Nie mówiliśmy wiele, tylko patrzyliśmy i czekaliśmy, co z tego wyniknie.
Statek podpłynął w miarę blisko, ale do brzegów nieznanej wyspy przybiliśmy motorówkami....
A moja wyspa to Wyspa Północy. Przypomina po trochu saamską tundrę z "Tropami rena" M. Wilka, po trochu skandynawskie lasy opisane przez Guldbranssena. I jest też zimne pustkowie z "81:1 Opowieści z Wysp Owczych" M. Michalskiego i M. Wasilewskiego. Na tym pustkowiu wieje wiatr, zupełnie jak kraju farerów. I jest też norweski fiord. Piękny! Unosi się lekka jak wata cukrowa mgła. Nie, wcale nie jest bardzo zimno. Owszem, panuje lekki ziąb. Czuję zapach sosnowych igieł i bardzo czystego powietrza. Jest ono takie przejrzyste w miejscach, gdzie mgła jest porozrywana... Butelkowa zieleń, przenikliwa biel, głęboki granat, czerń, lekko szarawy błękit, trochę lazuru i bardzo nieśmiało przebijająca się z rzadka soczysta zieleń. Słyszę lekki plusk przełamującej się na skałach wody. I cisza. Rozległa cisza. Z oddali tylko dochodzi do mnie głos nawołującego rena. Jestem sama. Absolutnie nikogo nie ma i mam wrażenie, że poza zwierzętami nikogo tu nie będzie. No chyba, że nocą wychodzą tu stwory ze skandynawskich legend albo janssonowskie hatifnaty. W sumie coś w tym jest, bo leśny krajobraz wygląda tak, że buka z pewnością mogłaby zaraz wychynąć zza drzewa. Ale absolutnie niczego się nie boję. Taki spokój tu panuje.
Dlaczego Wyspa Północy? Po co mi ten ziąb, ściegi, ta przeraźliwa cisza i opary mgły, ta niepokojąca surowość fiordów? Żebym w tej przenikliwej samotności i ciszy mogła odnaleźć własne, niezmącone niczym myśli, odetchnąć tym zimnym, ale jakże czystym powietrzem, napawać się krajobrazem tej niezwykle fascynującej krainy.
Abym po powrocie była zadowolona, że wróciłam, osiągnęłam wewnętrzną równowagę i bez zbędnej tęsknoty mogła ruszyć naprzód.
A moja wyspa to Wyspa Północy. Przypomina po trochu saamską tundrę z "Tropami rena" M. Wilka, po trochu skandynawskie lasy opisane przez Guldbranssena. I jest też zimne pustkowie z "81:1 Opowieści z Wysp Owczych" M. Michalskiego i M. Wasilewskiego. Na tym pustkowiu wieje wiatr, zupełnie jak kraju farerów. I jest też norweski fiord. Piękny! Unosi się lekka jak wata cukrowa...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Sztorm szalał od trzech dni. Przez ten czas nie zmrużyłem oka. Łajbą rzucało na wszystkie strony, a ja modliłem się tylko o to, żeby przetrwać do kolejnego świtu.
Tej nocy jednak opuściła mnie wszelka nadzieja. Wiedziałem, że koniec jest blisko. Fale były niezmordowane, a granice między ziemią a niebem przestały istnieć. To musiało się stać nagle, bo jedyne, co pamiętam, to ogłuszający ryk sztormu, przez który przedarł się łoskot uderzenia o skały. Straciłem przytomność.
„Spokój” – była to pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy. Leżałem przez chwilę powoli odzyskując zmysły. Do moich uszu dotarł jakiś dźwięk, jakby dziwna melodia mruczana przez czyjś ciepły, niski głos. Zdecydowałem się otworzyć oczy. Znajdowałem się w czymś w rodzaju obszernej chaty. Wszystko dookoła było białe, choć panował tam przyjemny półmrok . Przez niewielkie otwory w ścianach wpadały smugi światła, dzięki czemu mogłem zobaczyć to niezwykłe, jakby nierealne wnętrze. Zauważyłem, że leżę w jakimś miękkim i wygodnym łożu, a moje ciało przykrywa lekki pled.
- Witaj! – usłyszałem nagle czyjś głos.
Zdumiony odwróciłem głowę i ujrzałem przepiękną, dostojną postać odzianą w białą szatę, która nie wiadomo jak znalazła się nagle tuż przy mnie.
- Witaj. – wydobyło się moich ust, jakby bez mojego udziału - Gdzie ja jestem?
- Wśród przyjaciół – odparła postać. – Czekaliśmy na ciebie.
- Czekaliście? – wyszeptałem, a przez mój umysł przebiegały niezliczone obrazy i myśli, rozpaczliwie próbujące znaleźć jakiś trop.
- Chodź. – powiedziała postać i wyciągnęła do mnie rękę.
Wstałem niepewnie i podążyłem za moim niezwykłym towarzyszem. Kiedy wyszliśmy z chaty, zobaczyłem bezkres szmaragdowej wody i biel skał, na których tu i ówdzie wznosiły się niewielkie, kamienne budowle. Pomiędzy nimi rosły nieznane mi drzewa obsypane białymi kwiatami.
- Gdzie ja jestem? – powtórzyłem cicho rozglądając się dookoła. – Czy to wyspa?
- Tak. To Wyspa Nieśmiertelnych. – odparł mój przewodnik i uśmiechnął się lekko.
Sztorm szalał od trzech dni. Przez ten czas nie zmrużyłem oka. Łajbą rzucało na wszystkie strony, a ja modliłem się tylko o to, żeby przetrwać do kolejnego świtu.
Tej nocy jednak opuściła mnie wszelka nadzieja. Wiedziałem, że koniec jest blisko. Fale były niezmordowane, a granice między ziemią a niebem przestały istnieć. To musiało się stać nagle, bo jedyne, co pamiętam,...
Byliśmy zdziwieni, kiedy zarys wyspy pojawił się na horyzoncie. Zgodnie z mapami znajdowaliśmy się na środku oceanu, a do najbliższego lądu mieliśmy w przybliżeniu dwa dni żeglugi. Zaskoczenie jednak minęło, dość szybko zastąpione przez ekscytację nowym odkryciem. Kiedy się zbliżaliśmy, szukając dogodnego miejsca do rzucenia kotwicy, uważnie obserwowaliśmy skaliste, ostre brzegi, które wydawały się kompletnie niezamieszkałe.
- To pewnie wulkaniczna formacja, która wyłoniła się po podwodnej erupcji – powiedział Misza, nasz pokładowy geolog-hobbysta. – Wątpię, żebyśmy znaleźli tam coś więcej niż kilka kęp rachitycznej trawy.
- Całkiem możliwe. Wydaje się, że wyspa nie ma więcej niż dwa kilometry kwadratowe – odpowiedział kapitan, powoli cumując w niewielkiej, w miarę przystępnie wyglądającej zatoczce.
Na brzeg zeszliśmy w piątkę. Kapitan, Misza, dwóch marynarzy niosących aparaturę pomiarową i ja, jako kronikarz wyprawy. Po przejściu po pokrytej gruboziarnistym, ciemnym piaskiem plaży i wspięciu na się skaliste urwisko wyszliśmy na rozległy płaskowyż, pokryty, zgodnie z przewidywaniami Miszy, kępami żółtobrunatnej trawy i czegoś przypominającego gęsty, zielony mech. Tą szczątkową roślinnością targał porywisty wiatr.
- Przejdźmy do środka wyspy. Spróbuję dokładnie określić jej współrzędne. – Misza wskazał kierunek, w którym następnie podążył z marynarzami niosącymi GPS i resztę sprzętu.
- Nie podoba mi się to miejsce – zwrócił się do mnie kapitan. – Czujesz, jak grunt wibruje pod nogami?
Faktycznie, już od jakiegoś czasu czułem delikatne drganie.
- Tutaj, chodźcie tutaj!
Zwróciliśmy się z kapitanem w stronę wołającego Miszy dokładnie w chwili, kiedy zza jego pleców gwałtownie wzleciał słup spienionej wody. Gejzer? Ale coś było nie tak. Chwilę po tym, jak słup wody opadł, o ziemię zaczęły uderzać odłamki skalne różnej wielkości.
- Szlag by trafił! To nie wyspa tylko cholerny krater wulkanu! – Krzyczał biegnący w naszą stronę Misza. – W dodatku właśnie wybucha!
Byliśmy zdziwieni, kiedy zarys wyspy pojawił się na horyzoncie. Zgodnie z mapami znajdowaliśmy się na środku oceanu, a do najbliższego lądu mieliśmy w przybliżeniu dwa dni żeglugi. Zaskoczenie jednak minęło, dość szybko zastąpione przez ekscytację nowym odkryciem. Kiedy się zbliżaliśmy, szukając dogodnego miejsca do rzucenia kotwicy, uważnie obserwowaliśmy skaliste, ostre...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Jedynie dziób statku był jeszcze widoczny. Wystawał z wody pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Ja na swojej łodzi ratunkowej oddalałem się coraz bardziej od miejsca katastrofy. Silny prąd ciągnął moją łódź jakby był stworzony tylko dla mnie – reszta rozbitków skupiła się w okolicy tonącego statku. Byli dla mnie tylko czarnymi punktami na oceanie. Zaraz stracę ich z oczu, a potem statek. Podczas prób zawrócenia łodzi, mocowania wioseł pękły. Byłem więc zdany na los…
Obudziło mnie słońce. Okropnie parzyło – musiałem zatem znajdować się w pobliżu równika. Prąd morski nie zwalniał i wciąż był silnikiem mojej łodzi ratunkowej. Zastanawiałem się czy to aby na pewno prąd morski. Czy może on być tak stabilnie silny? By uchronić się od słońca, rozebrałem się, zamoczyłem ubrania, położyłem się na dno łodzi i przykryłem ciuchami.
Słońce zaczęło zachodzić, gdy wtem poczułem, że łódź osiadła na mieliźnie. Podniosłem głowę. Znajdowałem się w jaskini, w której panował półmrok. Światło wpadało jedynie przez równe otwory w poszczególnych częściach ścian. Do owej jaskini prowadził długi wodny tunel. Wyszedłem na brzeg. Gdy się rozglądałem, prąd zmienił kierunek na przeciwny. Porwał moją łódź i… ciuchy!
Wnętrze jaskini było kopulaste. Tajemnicze, ale nie mroczne. Idąc w głąb, zobaczyłem, że jedna ściana w pewnym momencie urywa się, a za nią… były schody. Nie mając wyboru, wszedłem na górę. Kiedy wyszedłem na otwartą przestrzeń, musiałem się zatrzymać, by oczy przyzwyczaiły się do jasności. Kształty nabierały ostrości by ostatecznie stać się ludźmi. Otaczali mnie. Wszyscy byli nadzy, tak jak i ja.
-Witaj na wyspie wtajemniczenia – powitali mnie jednogłośnie.
Widząc moje zagubienie, jeden z nich postąpił krok do przodu i przemówił:
-Znajdujesz się w miejscu gdzie czas i przestrzeń się łączą. Jakby raj czy piekło, a raczej coś poza tymi sferami. Nie jesteś tu przypadkiem. Jesteśmy rodziną – płynie w nas krew Atlantydów.
-To… ta wyspa? – zapytałem.
-Tak. Jesteś na Atlantydzie!
Jedynie dziób statku był jeszcze widoczny. Wystawał z wody pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Ja na swojej łodzi ratunkowej oddalałem się coraz bardziej od miejsca katastrofy. Silny prąd ciągnął moją łódź jakby był stworzony tylko dla mnie – reszta rozbitków skupiła się w okolicy tonącego statku. Byli dla mnie tylko czarnymi punktami na oceanie. Zaraz stracę ich z oczu, a...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Kiedy fala wyrzuca mnie na piasek, mam zamknięte oczy. Na moich ustach osadziła się sól, przemoczone ubranie przylega do skóry, ale promienie słońca przyjemnie grzeją odsłonięte fragmenty ciała.
Słyszę łagodny szum wody, miarowo uderzającej o brzeg, krzyki morskich ptaków i kołatanie własnego serca. Poza tym – nic.
Chyba trafiłam do raju.
Otwieram oczy. Leżę na boku, twarzą do wnętrza lądu. Widzę płaską, miękką plażę, nieopodal ścianę wysokich drzew, gdzieś w oddali majaczą górskie szczyty. Jak okiem sięgnąć nie ma ani śladu bytności człowieka, żadnych budowli, nad połacią zieleni nie unosi się ani jedna smużka dymu.
Są tu za to koty. Wylegują się na piasku, w różnych pozach, poza zasięgiem fal, i tak trwają w bezruchu. Są ich dziesiątki, jeśli nie setki.
Nie wiem, skąd niby mogłyby się tu wziąć, jeśli nie przywiezione przez człowieka. Czyżby były potomkami kocich przestępców, wywiezionych na daleki ląd? Bzdura... Tak czy owak, mam nieodparte przeczucie, że nikogo poza mną tu nie ma. Sztorm postanowił ulitować się nade mną i odesłał na bezpieczny ląd, nikomu innemu jednak nie okazał łaski.
Odwracam się na brzuch i staram dźwignąć się na nogi. Przez chwilę półleżę nieruchomo, opierając się na kolanach i łokciach, wreszcie udaje mi się podnieść.
Za mną – niebo styka się z oceanem, przede mną – impresjonistyczny krajobraz złożony z zieleni drzew, złocistego piasku i różnobarwnych plam kocich futerek.
Przypuszczam, że to musi być sen, bo niby jak inaczej? Jeżeli tak, jest piękny. Jeżeli nie, tym lepiej. Zawsze lepiej czułam się we własnym towarzystwie niż wśród ludzi. Wyspa jest duża. Z gór spływa rzeka, a więc znajdę słodką wodę. Las dostarczy mi wszystkiego, czego potrzeba do życia. Koty zapewne żywią się ptakami, więc i ja nie będę głodna.
Kilka dni później, idąc wzdłuż brzegu, natrafiłam na wrak okrętu, pełny połamanych klatek. A więc jednak. Kocie więzienie.
Koty jednak nie narzekały. Ja również nie. Bo przecież nie można narzekać na raj.
Kiedy fala wyrzuca mnie na piasek, mam zamknięte oczy. Na moich ustach osadziła się sól, przemoczone ubranie przylega do skóry, ale promienie słońca przyjemnie grzeją odsłonięte fragmenty ciała.
Słyszę łagodny szum wody, miarowo uderzającej o brzeg, krzyki morskich ptaków i kołatanie własnego serca. Poza tym – nic.
Chyba trafiłam do raju.
Otwieram oczy. Leżę na boku,...
Jest ciemno, pod sobą czuję wilgotny piasek. Co się stało? Powinnam teraz leżeć w swojej kajucie, odpoczywać, kołysana przez fale. Musieliśmy się rozbić. Chcę znaleźć innych pasażerów, ale przeszywający ból głowy nie pozwala mi podnieść się z ziemi. Mimo woli ponownie zasypiam.
*
Otwieram oczy, jest już dość jasno, mogę zobaczyć gdzie się znajduję - jestem na pięknej plaży. Słońce właśnie wschodzi, wyspa budzi się do życia. Budzą się też ludzie, którzy byli ze mną na statku, niektórzy nawet spacerują już po plaży. Chcę się dowiedzieć, co się właściwie wydarzyło. Ból głowy nie jest już tak silny, więc powoli siadam na piasku. Po chwili obok mnie siada ktoś inny. To Piotrek, dość wysoki, sympatyczny brunet.
-Dlaczego nie jesteśmy na statku? Rozbiliśmy się? - pytam go.
-Tak, w nocy nagle rozpętał się sztorm, nikt nie zdążył zareagować w odpowiedni sposób i pomimo wysiłku kapitana i załogi rozbiliśmy się. Przepływaliśmy właśnie obok tej wyspy, dlatego nikt nie utonął. Teoretycznie ta wyspa nie istnieje, nie ma jej na mapie.
-Mamy tu zostać?
-Niedługo, kapitan próbuje skontaktować się z kimś, kto mógłby nam pomóc. Idziemy pozwiedzać?
-Oczywiście! - uśmiecham się.
*
Tego miejsca nie da się po prostu opisać. Jest tam mnóstwo niesamowitych rzeczy. Piasek, po którym idziemy jest miękki - mogłabym codziennie po nim chodzić. W oddali widać niewysokie góry. Powoli wchodzimy w głąb wyspy. Przed nami nie było tu chyba nikogo: nie widać żadnych ściętych drzew, ścieżek. Drzewa są cudwonie zielone, jest na nich mnóstwo owoców, których w życiu nie widzieliśmy. Jest też niezliczona ilość ptaków, które wydają się być bardzo szczęśliwe - śpiewają głośno i niemal tańczą w powietrzu. Pod naszymi stopami znajdują się kwiaty, wydzielające mocny, ale nie duszący zapach. Nieco dalej płynie mały strumyk, patrząc na niego nagle czujemy pragnienie. Woda jest znakomita, najlepsza jaką piliśmy. Nie potrafię opisać wrażenia, jakie wywarła na mnie ta wyspa. Napiszę tylko, że nigdy jej nie zapomnę.
Jest ciemno, pod sobą czuję wilgotny piasek. Co się stało? Powinnam teraz leżeć w swojej kajucie, odpoczywać, kołysana przez fale. Musieliśmy się rozbić. Chcę znaleźć innych pasażerów, ale przeszywający ból głowy nie pozwala mi podnieść się z ziemi. Mimo woli ponownie zasypiam.
*
Otwieram oczy, jest już dość jasno, mogę zobaczyć gdzie się znajduję - jestem na pięknej plaży....
Wyspa.
Wiem jak wygląda wyspa. Jest żółta od piasku i płaska. Ewentualnie wybrzuszona. Taka, jaką się widzi w kreskówkach i grach komputerowych sprzed 10 lat. Zawsze tak wygląda. Oczywiście na środku jest palma - zwężający się pień, cztery albo pięć liści, dwa lub trzy kokosy. Tyle. Dookoła morze, najlepiej niebieskie. Idealnie niebieskie.
Jacy są jej mieszkańcy? To zależy. Jeżeli to postać animowana, to jest nieco zwariowana, z pewnością od tak długiej samotności. Znalazła się tam z jakiegoś konkretnego powodu, odbędzie przygodę i wróci do swojej krainy (chyba że animator to sadysta).
Jeżeli jednak jest to prawdziwa, całkowicie ludzka postać, to następuje kilka faz:
* faza 1.: postać jest zaintrygowana, że w całkowicie niezrozumiały dla niej sposób znalazła się na tak prostej w budowie wyspie,
* faza 2.: postać przemierza miejsce, w którym się znajduje; nie zajmuje jej to dużo czasu, w końcu wyspa jest bardzo mała - od palmy do brzegu jest 10 kroków,
* faza 3.: postać nudzi się,
* faza 4.: postać zaczyna wariować, bo nie wie dlaczego znajduje się na wyspie stworzonej przez animatorów dla przedszkolaków, którzy jeszcze nie używają fantazji, a jedynie wyobraźnię,
* faza 5.: postać umiera z głodu/ cudem ktoś ją ratuje.
Mniej więcej tak to wygląda.
Wyspa.
Wiem jak wygląda wyspa. Jest żółta od piasku i płaska. Ewentualnie wybrzuszona. Taka, jaką się widzi w kreskówkach i grach komputerowych sprzed 10 lat. Zawsze tak wygląda. Oczywiście na środku jest palma - zwężający się pień, cztery albo pięć liści, dwa lub trzy kokosy. Tyle. Dookoła morze, najlepiej niebieskie. Idealnie niebieskie.
Jacy są jej mieszkańcy? To...
Słychać było tylko grzmoty, i ulewę. Dreszcz mnie przebiegł gdy usłyszałam krzyk jakiegoś dziecka. Łódka miała się zaraz przewrócić. Objęłam mojego syna, i zamknęłam oczy. Obudziłam się. Słońce mocno grzało, temperatura była wysoko. Poczułam w dłoni piasek. Otworzyłam oczy. Z wielkim zdenerwowaniem zaczęłam wzrokiem szukać Carlosa. Na szczęście leżał obok mnie, i oddychał. Odetchnęłam z ulgą, i wstałam. Rozejrzałam się po okolicy. Byliśmy sami. Moja torebka, zawieszona na ramieniu, była ocalona. Miałam tam chusteczki nawilżane i cztery bułki. Potrząsnęłam Carlosem. Poszliśmy szukać tubylców. Niestety nie mogliśmy nic znaleźć. Sam piasek. Szliśmy tak parę godzin. Ujrzeliśmy drzewo. Ucieszyliśmy się i zaczęliśmy biec. Nagle poczułam ostrze przy gardle.
- Kim jesteś, i co tutaj robisz? - Zapytał ktoś pięknym głosem.
- Był sztorm i... niech Pan oszczędzi mojego syna!
Człowiek odsunął nóż i na mnie popatrzył. Miał piękne, długie srebrzyste włosy, niebieskie oczy, i skośne uszy. Jego ciuchy zrobione były z liści.
- Jestem wyspowym elfem - Przedstawił się - Przyjmiemy was jako przyjaciół, lecz mamy zasady.
Ucieszyłam się. Elf poprowadził nas do przodu i szepnął:
- Kala Kai.
Nagle, objawił się przed nami wodospad. Elf zaprowadził nas przez wodę. Przed moimi oczami ukazał się wielki piękny świat. Wysoki piękne budowle. Wszędzie elfy, poruszające się z gracją i grające na fletach i harfach. Elf zaprowadził nas ścieżką, do wielkiego zamku z marmuru. Weszliśmy do niego. Podszedł do nas czarno włosy elf z brązowymi oczami. Równie piękny jak ten, który nas znalazł. Miał na głowie coś w kształcie męskiej tiary.
- Królu Elfów! - Nasz przewodnik się skłonił - Ta oto kobieta, oraz jej syn przeżyli sztorm Wróżki Kaurony. To znak!
Król Elfów nas obejrzał, i rzekł:
- Masz rację. To znak, który nie może zostać ignorowany!
Od tego czasu żyliśmy z Elfami. Byliśmy tacy sami jak oni. Carlos poszedł do elfickiej szkoły i zapomniał kim był wcześniej. Brakowało mu tylko wdzięku i pary skośnych uszu.
Słychać było tylko grzmoty, i ulewę. Dreszcz mnie przebiegł gdy usłyszałam krzyk jakiegoś dziecka. Łódka miała się zaraz przewrócić. Objęłam mojego syna, i zamknęłam oczy. Obudziłam się. Słońce mocno grzało, temperatura była wysoko. Poczułam w dłoni piasek. Otworzyłam oczy. Z wielkim zdenerwowaniem zaczęłam wzrokiem szukać Carlosa. Na szczęście leżał obok mnie, i oddychał....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
25.01.2014r.
Od mojego rejsu po Oceanie Atlantyckim minęło już prawie 5 lat. Nie mogę uwierzyć w to, że czas tak szybko płynie. Jeszcze niedawno się pakowałam, wytyczałam trasę, a teraz?
Mija 5 lat a ja nadal boję się komukolwiek powiedzieć o tym co widziałam, co czułam i czego doświadczyłam. To wydaje się takie surrealistyczne, zmyślone, dziwne. Nikt w tych czasach nie uwierzy już, że na świecie są istoty, które do złudzenia przypominają yeti. Może kiedyś, 100, czy 200 lat temu wszyscy rzuciliby się na taką tanią sensację, ale dzisiaj, w epoce, kiedy poznano już cały świat nauka sądzi, że to nie możliwe.
Gorąca wyspa i dwumetrowe, owłosione stworzenia, które hasają od jednej plaży na drugą. Dlaczego się śmiejesz? To wcale mi się nie wydawało, to nie mara, nie złudzenie.Oni tam są, uwierz mi...
Oni chwytają bezbronnych rozbitków i krzyżują się z nimi wydając na świat potwory, pół ludzi, pół małpy. Oślizgłe, wredne stworzenia, które są w stanie zabić Cię bez mrugnięcia okiem. To spotkało Johna, on nie wierzył, był taki ufny, a teraz jego kości walają się pośród atlantyckich piasków.
Ja uciekłam, chce dać świadectwo tego, co widziałam, ale oni mi nie wierzą. Zamknęli mnie w tym domu, który nazywają Ostoją Roztrzepanych, ale ja wiem, że to zakład psychiatryczny. Oni też są jak yeti, zadają ból każdym swoim słowem, każdym gestem ale mozolne leczenie nie sprawia, że wyspa przestaje istnieć. Ona jest nadal, nadal, nadal, Boże, oni są tam nadal...
25.01.2014r.
Od mojego rejsu po Oceanie Atlantyckim minęło już prawie 5 lat. Nie mogę uwierzyć w to, że czas tak szybko płynie. Jeszcze niedawno się pakowałam, wytyczałam trasę, a teraz?
Mija 5 lat a ja nadal boję się komukolwiek powiedzieć o tym co widziałam, co czułam i czego doświadczyłam. To wydaje się takie surrealistyczne, zmyślone, dziwne. Nikt w tych czasach nie...
Sierpień dawał mi już się we znaki. Na każdym rogu oferty najlepszych wakacji za najniższą cenę potęgujące jeszcze bardziej doznanie, że coś mnie omija szerokim łukiem. Jedna oferta wydawała się szczególnie interesująca, a do tego taka tania!Żal nie skorzystać.A co mi tam! Niech się wali i pali, ale ja od życia też coś chcę mieć. Dotyczyła ona rejsu statkiem na wyspę, na której znajduje się kurort "Poznaj przyjaciela". No więc jak postanowiłam, tak też zrobiłam.
Tydzień później
Ocknęłam się. Gdzie jest ten cholerny kurort!Tyle pieniędzy.Ehh...Zamiast poznać przyjaciela, jak na razie poznałam jedynie kilka dziwnie wyglądających małp.Przyniosły mi banany.Miłe zwierzątka, ale muszę zastanowić się jak tu przeżyję?Chyba nie ma co liczyć na pomoc, przynajmniej na razie.Po pobieżnych oględzinach mogę stwierdzić, że da się tu żyć.Jest jeden plus.Myślę,że na diecie złożonej z owoców uda mi się w końcu schudnąć.
Kolejne dni
Nadal myślę i zwiedzam wyspę.Wokoło pełno kwiatów,a ptaszki słodko ćwierkają. Co z tego, że jeden był ogromny i chciał zrobić sobie ze mnie obiad.Kolejne małe niedopatrzenie ze strony biura podróży.
Wyspa nie jest chyba tak bezludna jak wcześniej myślałam.Spotkałam mężczyznę w dziwnym stroju.Raczej tubylec, no bo kto inny?Dał mi słodki owoc (znowu owoce!) i zaprowadził w głąb dżungli.I tak nie miałam nic do stracenia,a opłaciło się.Trafiłam do wioski.Zawsze wydawało mi się, że ubrania już mnie niczym nie zaskoczą.A jednak.Po wielu próbach rozmów na migi zaczynam rozumieć,że stalam się własnością tego oto jegomościa, który mnie tu przytarchał.Nie ma co.Wychodzi na to, że mam wielką szansę stać się jego małżonką.Zamiast przyjaciela poznałam męża.W sumie to nawet przystojnych mają tu mężczyzn,a ja i tak nie mam gdzie uciekać.
Jakiś czas później
Szczerze powiedziawszy dobrze mi się tutaj żyje. Nie mogę narzekać.Z lekkim przerażeniem uświadamiam sobie,że zaczyna mi się tu podobać.Ja w tym wieku, mężatka i do tego w dżungli?!Nigdy bym nie pomyślała.
(1993 zn.)
Sierpień dawał mi już się we znaki. Na każdym rogu oferty najlepszych wakacji za najniższą cenę potęgujące jeszcze bardziej doznanie, że coś mnie omija szerokim łukiem. Jedna oferta wydawała się szczególnie interesująca, a do tego taka tania!Żal nie skorzystać.A co mi tam! Niech się wali i pali, ale ja od życia też coś chcę mieć. Dotyczyła ona rejsu statkiem na wyspę, na...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Kolejny wieczór, a właściwie już północ. Jestem strasznie zmęczona. Kładę się do ciepłego łóżka, przykładam głowę do poduszki i...wypływam w znany mi rejs.
W oddali widzę moją wyspę, chcę znaleźć się tam jak najszybciej. W końcu dotykam bosą stopą ciepłego piasku. Słońce świeci wysoko, błękit nieba i soczysta zieleń tropikalnych drzew już wprawiają mnie w świetny humor. Kładę się w cieniu niedużej palmy i chłonę całą sobą piękno otulającego mnie krajobrazu. Dziś na mojej wyspie jestem tylko ja. To czego potrzebuję, to odpoczynek na łonie tego cudnego miejsca, wokół którego widać tylko zielono-niebieską wodę.
Są dni, gdy wypływam w rejs na wyspę, by spotkać kogoś dla mnie ważnego i bliskiego, kogo nie mogę spotkać będąc gdziekolwiek indziej...Wyspa spełnia marzenia, inspiruje, pozwala spojrzeć na przyziemne sprawy z zupełnie innego punktu widzenia. Kiedy płynę na wyspę, wiem że spotka mnie na niej to, czego akurat w tej chwili potrzebuję. Zawsze! Bez wyjątku!
Gdy wysiadam ze statku po powrocie z wyspy, jestem wypoczęta, natchniona, szczęśliwa, znalazłam na niej wszystko co było mi potrzebne, by z nową energią i pozytywnym nastawieniem wyciągnąć z łóżka prawą nogę i wstać.
Kolejny wieczór, a właściwie już północ. Jestem strasznie zmęczona. Kładę się do ciepłego łóżka, przykładam głowę do poduszki i...wypływam w znany mi rejs.
W oddali widzę moją wyspę, chcę znaleźć się tam jak najszybciej. W końcu dotykam bosą stopą ciepłego piasku. Słońce świeci wysoko, błękit nieba i soczysta zieleń tropikalnych drzew już wprawiają mnie w świetny humor....
Podłoże jest jak pył. Każdy krok powoduje zapadnięcie się ciała, jakbym chodziła po mocno nasączonej gąbce. Ziemia gdzieś w oddali styka się z pomarańczową kreską. Bije od niej światło i przybliża się do mnie. Jest coraz bliżej. Czuję ciepło i jedyne, co wiem, to to, że nie mogę uciec. Światło płaskie jak kreska przechodzi przeze mnie. Zamykam oczy, by nie oślepnąć. Skanuje mnie. Przeszło. Nie otwierając oczu, stoję i czekam. Nagle falą głosów dochodzą do mnie słowa "Witaj w PodWyspie!" Nie wiem, kto to powiedział, bo kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam setki stworzeń, biegających w tę i z powrotem. Unosiły coś, przekładały, zanosiły, przenosiły, wynosiły. Nie mogłam wyglądać na intruza, bo nikt nie spoglądał na mnie z dezaprobatą. - Gdzie ja jestem? - pomyślałam. - Jak to gdzie? W śnie; śni wyspę, która znajduje się pod tym pyłem, co go na górze widziała. - odezwał się jeden z wolunów mową tak zachrypłą i dziwną, że trudno było mi go zrozumieć. Poza tym nie byłam pewna, czy mówi do mnie. - Gdyby nie wy tam, w tym nieśnionym świecie... - Ale ja... - próbowałam. - No pochodź sobie, pochodź, jak już tu przyszłaś. Patrz, co ty tu śnisz. Podziemna wyspa książek niepotrzebnych; tych, które wyrzuciliśmy z domu, tych oddanych, bo my już nie czytamy. Poukładane w wielkich sztolniach według różnych kategorii. Okazało się, że najmniej potrzebny jest „Ulisses”. Jego egzemplarze zajmują aż trzy sztolnie zatytułowane „Wielu próbowało, prawie wszyscy polegli.” - A Harry? - natychmiast przyszedł mi na myśl w kontraście do „Ulissesa”. - Jakichś my tu mamy... No. Ale nie Potterów. Roześmiałam się i nie wiedziałam, czy poczuć ulgę. Podziemna wyspa wyglądała jak zbiór wszystkich bibliotek świata. Chodziłam od sztolni do sztolni i oglądałam ciężkie, dębowe regały z książkami, których już nikt nie chce czytać. Okazało się, że wyspy niepotrzebnych książek nie śnię tylko ja. Woluny miały dużo pracy. Dobrze, że tam były. Dzięki nim we śnie mogłam oglądać prawie wszystkie książki świata.
Podłoże jest jak pył. Każdy krok powoduje zapadnięcie się ciała, jakbym chodziła po mocno nasączonej gąbce. Ziemia gdzieś w oddali styka się z pomarańczową kreską. Bije od niej światło i przybliża się do mnie. Jest coraz bliżej. Czuję ciepło i jedyne, co wiem, to to, że nie mogę uciec. Światło płaskie jak kreska przechodzi przeze mnie. Zamykam oczy, by nie oślepnąć. Skanuje...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Daleko od stałego lądu leży wyspa. Wyspa ta mała jest. Piękna piaszczysta plaża, piękne wysokie palny. Jedno wzgórze. Chyba stary nieczynny wulkan.
Błękitne niebo nad nami. Zawsze!
Na wyspie mieszkają tubylcy. Zdecydowanie homo sapiens. Ale jacyś dziwni ci ludzie. Po pierwsze zupełnie zaniknął u tych ludzi instynkt stadny. Każdy z nich mieszka samotnie. Każdy ma swoją palnę i swój mały, samowystarczalny ogródek i sad. Nie porozumiewają się ze sobą. Nie wymieniają się dobrami. Nie kłócą się, nie śmieją ze swoich kawałów. Tylko siedzą pod swoją palmą, uprawiają swój ogródek i sad. I myślą. Dużą myślą. O czym myślą? Nie wiemy, bo nie wymieniają się tymi myślami.
Oczywiście zadacie pytanie, jak się rozmnażają. Ciekawe pytanie. Ale odpowiedz jest wyłącznie przeznaczona tylko dla dorosłych...
...tylko na priv!
Daleko od stałego lądu leży wyspa. Wyspa ta mała jest. Piękna piaszczysta plaża, piękne wysokie palny. Jedno wzgórze. Chyba stary nieczynny wulkan.
Błękitne niebo nad nami. Zawsze!
Na wyspie mieszkają tubylcy. Zdecydowanie homo sapiens. Ale jacyś dziwni ci ludzie. Po pierwsze zupełnie zaniknął u tych ludzi instynkt stadny. Każdy z nich mieszka samotnie. Każdy ma swoją...
Bezimienna wyspa, do której dotarłam podczas długiego rejsu statkiem dla mnie jako nieśmiałej i aspołecznej nastolatki wyglądała jakby ktoś przerysował ją z moich dalekich od rzeczywistości, aczkolwiek pięknych snów. Stawiając na niej swój pierwszy krok czułam się jak Ewa, która przemierza jako pierwsza nowy i piękny świat daleki od brudu i kłamstw. Niebo było wysłane purpurą i bielą, co nadawało mu nadzwyczajny wygląd. Trawa wyglądała jak pasmo niekończących się chmur, które nie pozwalały mi upaść. Rosły na niej żółte, duże kwiaty, na których osadzał się złoty pyłek. Wyglądały jak słoneczniki, ale odbiegały od rzeczywistości. Nie było tutaj drzew, ale wszędzie można było dostrzec rośliny, które pięły się ku górze jakby chciały sięgnąć ręki Boga. Może tak wygląda życie po śmierci? Nigdy nie dosięgniemy nieba, ale wzniesiemy się ponad piekło na ziemi. Zostawiając za sobą kolejne kroki, dotarłam do ogromnego mostu. Stanęłam na nim i wspięłam się na palce z wrażenia. Przed moimi oczami dostrzegłam różnorodne kolory, które ścigały się w czarnej otchłani. Po chwili ukazał mi się piękny widok wodospadu, który mocno uderzał o podłoże rozlewając się we wszystkie strony tak, że woda znalazła się również pod mostem tworząc rzekę. Ten absurdalnie niezwykły widok przyprawił mnie o dreszcze. To wszystko było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Popatrzyłam ostatni raz na wodospad i ruszyłam w dalszą drogę. Zorientowałam się, że nigdzie nie ma ludzi. Było to dla mnie wielką ulgą, bo wiedziałam, że nie mogę spotkać się tu z nienawiścią, pogardą i bólem. Krocząc dalej po tym enigmatycznym świecie, widziałam jak przed oczami rysuje mi się kolejny obraz. Była to polana usłana bladoróżowymi kwiatami przypominającymi stokrotki. Dalej nie było już nic - tylko czarna otchłań. Ruszyłam w jej kierunku, żeby dostrzec co tam się znajduje i... skoczyłam.
- Sara już pięć minut po dzwonku. Proszę, oddaj rysunek.
Bezimienna wyspa, do której dotarłam podczas długiego rejsu statkiem dla mnie jako nieśmiałej i aspołecznej nastolatki wyglądała jakby ktoś przerysował ją z moich dalekich od rzeczywistości, aczkolwiek pięknych snów. Stawiając na niej swój pierwszy krok czułam się jak Ewa, która przemierza jako pierwsza nowy i piękny świat daleki od brudu i kłamstw. Niebo było wysłane...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Straciłam przytomność. Już nie pamiętam dokładnie w co uderzyłam, ale gdy otworzyłam oczy wiem że biegłam przed siebie wychodząc z wody. Nie wiem jak z głębokiego morza nagle zaczęłam bieg do brzegu, ale to już nie miało znaczenia.
Na powitanie wybiegł zaraz Sergio. To w nim zakochałam się, na pewnych wakacjach za granicą. Zostawiłam go, bo byłam pewna że nigdy tak na prawdę się mną nie interesował. Ale co robił w tym miejscu?
...
Jestem na wyspie już chyba piąty dzień. Teraz mogę trochę więcej napisać o tej wyspie. Może to zdawać się dziwne, ale odkryłam, że ta wyspa znajduje się Galaktyce Trzystu Słońc oddalona o bilion milionów lat świetlnych od mojej planety, którą jest Ziemia. To tutaj mieszkają wszystkie ludzkie pragnienia. Ale tutaj stają się rzeczywistością. Właściwie to dowiedziałam się, że medytując wiele ludzi dociera tutaj, aby zaczerpnąć w źródle dziecięcych marzeń. Jako ludzie dorośli zapominamy o swoich marzeniach. A tutaj proszę. Przychodzę się napić ze źródła i wszystko sobie nagle przypominam. Sergio wyjawił mi w sekrecie, że artyści czerpią tutaj nawet teksty do swoich piosenek, fotografowie uczą się odczuwać światło, muzycy słuchają muzyki powstającej w ich głowach, a autorzy książek zapisują wszystkie swoje przygody, przeżyte tutaj. Niestety większość ludzi dociera tutaj w trakcie mikro-skupienia, którym może być już kilkusekundowy relaks. Większość nawet nie ma pojęcia, że udało im się dostać tak daleko to tej odległej krainy, bo przebywają tutaj na poziomie podświadomości. Sergio dostał się tutaj i gdy dowiedział się, że chcę się z nim spotkać zaaranżował spotkanie. Ciągle jednak nie odkryłam w jaki sposób udało mu się sprowadzić mnie tutaj. Ale się tym nie przejmuję.
Nie powiedziałam wam jeszcze o jednej sprawie. Otóż na ziemi po użyciu kolejnego środku zabijającego owady, zmarły prawie wszystkie pszczoły, co spowodowało wyginięcie wielu roślin, a potem i zwierząt. Na ziemi pozostało tylko kilka zwierząt, które kurczą swoją populację w zastraszającym tempie. Ech... to mnie strasznie boli. W każdym bądź razie tutaj na wyspie żyją wszystkie gatunki zwierząt i roślin. Prawdopodobnie ludzie zawsze się nimi fascynowali i dlatego wyspa mieści ich wszelkie gatunki.
...
Jeśli kiedykolwiek wrócę na Ziemię, będę na pewno siała w ludzie serca nadzieję, że nie warto rezygnować z marzeń. Ale na marzenia trzeba również uważać. Materializm zaczął panować nad złymi mocami ludzkich marzeń.... najwyższy czas, aby...
(tekst zamazany)
Straciłam przytomność. Już nie pamiętam dokładnie w co uderzyłam, ale gdy otworzyłam oczy wiem że biegłam przed siebie wychodząc z wody. Nie wiem jak z głębokiego morza nagle zaczęłam bieg do brzegu, ale to już nie miało znaczenia.
Na powitanie wybiegł zaraz Sergio. To w nim zakochałam się, na pewnych wakacjach za granicą. Zostawiłam go, bo byłam pewna że nigdy tak na...
Wreszcie nadeszła ta chwila. Pomyślałem, że może to ja zostanę zapisany w kartach historii jako odkrywca wyspy a może nawet archipelagu? Jak ją nazwę? Kilka pytań przeszło mi przez głowę, ale postanowiłem skupić się na tym co dzieje się tylko i wyłącznie teraz. Stanąłem przesiąkniętym butem na mokrym piasku, na którym widać było odbite ślady moich kolegów. Po chwili zostały one zmyte przez fale, które wyglądały jakby chciały wdrapać się coraz wyżej, ale jakaś siła ściągała je z powrotem do oceanu. Natomiast zupełnie inna siła przyciągała mnie do drzew wilgotnego lasu równikowego, w którym prawdopodobnie jeszcze nikt nie był.
Z pośpiechem porwałem swój plecak z niezbędnymi do podróży rzeczami i pobiegłem w stronę, gdzie jeszcze nikt nie postawił stopy. Za mną puścił się pędem Oktawian, przyjaciel z czasów szkoły.
Biegłem, i biegłem z uśmiechem na zmęczonej podróżą twarzy. Nagle zorientowałem się, że dookoła mnie są tylko odcienie czerni i zieleni, nie było kolegów ani nawet naukowców, którzy jeszcze około pół godziny temu z ekscytacją rozmawiali o tym, kto pierwszy zobaczy nowe gatunki zwierząt i roślin. Zobaczyłem zielonego węża, który doskonale komponował się z otoczeniem. Patrzył mi się prosto w oczy i chyba nie był zachwycony moją obecnością. Powoli odsunąłem się i zaraz za głową zaśpiewał mi dziwny ptak. Ruszyłem w prawo, bo z tej strony usłyszałem szum wody bijącej o skały. Przez przypadek chwyciłem się gałęzi, która w całości była pokryta kolcami. Nie zważając na to szedłem prosto i w ostatnim momencie zdążyłem zahamować i stanąłem na samym skraju skarpy. Za mną coś się poruszyło, odwróciłem się i zobaczyłem niskiego, dobrze zbudowanego, ciemnego mężczyznę, który trzymał w ręku dzidę i jej ostrze kierował w moją stronę.
Usłyszałem głos mojego przyjaciela i otwarłem oczy, byłem cały spocony, a podekscytowany Oktawian wskazywał ręką w stronę wyspy, którą poszukiwaliśmy od miesięcy.
Wreszcie nadeszła ta chwila. Pomyślałem, że może to ja zostanę zapisany w kartach historii jako odkrywca wyspy a może nawet archipelagu? Jak ją nazwę? Kilka pytań przeszło mi przez głowę, ale postanowiłem skupić się na tym co dzieje się tylko i wyłącznie teraz. Stanąłem przesiąkniętym butem na mokrym piasku, na którym widać było odbite ślady moich kolegów. Po chwili...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejWoda otoczyła całe moje ciało, byłam bardzo słaba, zebrałam siły i wstałam na nogi. Wytarłam twarz z nadmiaru piasku, spojrzałam przed siebie, moje oczy ujrzały soczyście nierealny błękit wody. Pod nogami miałam piasek, również o dziwnie nienaturalnie barwie. Dalej na wprost rosły palmy i inne egzotyczne rośliny. Ta roślinność przypominała mi gęsto porośnięty busz. W oddali wznosiło się lekkie lesiste wzniesienie. Byłam zachwycona tutejszą roślinności, ale i przerażona, moją głowę trapiły następujące pytanie. Co ja tutaj robię? Raptem poczułam jak ktoś mnie klapie po łydce, -Ej, człowiek, co jesteś taka spięta, zaraz łydki ci pękną.- Obejrzałam się na wszystkie strony, nikogo nie było koło mnie. -Człowiek, co jest z Tobą- Znowu klaps w łydkę. Spojrzałam na dół,- No w końcu, cze- człowieku!- Wykrzyknął mały pingwin o zadziornej twarzy. Twarzy, która wydawała mi się bardzo znajoma. Byłam w totalnym szoku. Te małe zwierzątko cały czas do mnie mówiło, choć ja nic nie słyszałam. - Człowiek, nie wahaj się jak w wahadło, bo ci sprężyny pójdą. Choć zemną.- W tym momencie głośno się roześmiałam, rozbawiła mnie ta przemądrzała istota. Wzięłam jego z rękę, a raczej skrzydełko i poszliśmy w głąb puszczy.- Więc jak masz na imię, człowieku? Ania, lekko drżącym głosem odpowiedziałam i w tym momencie, bingo!, -Czy ty nie jesteś tym pingwinem z Madagaskaru? Zadałam pytanie. -Ano człowieku, Szeregowiec jestem. Choć zapoznam Ciebie z resztą ekipy. Szliśmy może z 10 minut, aż dotarliśmy do domu, przypominającego chatko- szałas. -Zobaczcie, kogo znalazłem nad brzegiem, człowieka.- Z chatki wyszedł powolnym krokiem starszy człowiek w akompaniamencie dwóch rozbrykanych pingwinów. -Dzień dobry, jestem Robinson Crusoe. Z moimi nowymi przyjaciółmi spędziłam wiele godzin, poznałam wyspę, która nazywała się „Ucieczka”, dowiedziałam się, iż Robinson na stare lata chciał uciec do zgiełku dzisiejszego życia, a Pingwinom znudziło się być popularnymi celebrytami. Tylko, przed czym ja uciekałam?
Woda otoczyła całe moje ciało, byłam bardzo słaba, zebrałam siły i wstałam na nogi. Wytarłam twarz z nadmiaru piasku, spojrzałam przed siebie, moje oczy ujrzały soczyście nierealny błękit wody. Pod nogami miałam piasek, również o dziwnie nienaturalnie barwie. Dalej na wprost rosły palmy i inne egzotyczne rośliny. Ta roślinność przypominała mi gęsto porośnięty busz. W oddali...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Byłam już przekonana, że wyspa, o której opowiadał mi ojciec istnieje jedynie w jego wyobraźni. Teraz jednak po miesiącach poszukiwań miałam ją przed sobą. Potężną i budzącą grozę.
-Co myślisz? – nie wiadomo skąd pojawił się obok mnie młodszy brat. Na jego twarzy gościł dziwny wyraz. Patrzył przez chwilę w milczeniu po czym odwrócił się na pięcie i ruszył do sterówki. Z każdą sekundą zbliżaliśmy się do wyspy aż w końcu mogłam w końcu postawić stopę na stałym lądzie. Cieszyłam się, że ojciec opowiadał o tym dziwnym miejscu, bo w innym przypadku myślałabym, że znalazłam się w piekle. I nie chodziło o to, że w powietrzu unosił się zapach siarki. Po dwóch godzinach przedzierania się przez splątaną roślinność miałam niejakie pojęcie o tym miejscu. Większą część wyspy zdawały się pokrywać olbrzymie skały. Roślinność była bardzo bujna ale w szaroburych kolorach. Nie potrafiłam nazwać żadnej z rosnących tu roślin. Widziałam olbrzymie grzyby i karłowate drzewa. Przedzieraliśmy się przez bardzo wyrośnięte skupiska traw i bardzo grube liany. Ku naszemu zdziwieniu im głębiej się zapuszczaliśmy tym zimniej było. Ale jednocześnie zaczęło nas męczyć nieznośne pragnienie. Nagle naszą drogę przecięło dziwne stworzenie. Na nasz widok stanęło jak zamurowane. My również. Stworzenie przypominało krokodyla. Ale tylko trochę. Tułów miało rzeczonego gada ale na tym podobieństwo się kończyło. Stworzenie miało łeb olbrzymiej myszy, nietoperze skrzydła i sześć par kaczych nóg. Chwila oszołomienia minęła i dziwoląg śmignął w skupisko olbrzymich stokrotek. Przez chwilę patrzyliśmy skonsternowani po sobie.
-Za nim! – wyrywając maczetę z rąk stojącego obok żołnierza rzuciłam się w szaloną pogoń za stworem.
Po kilku minutach stanęliśmy na dziwnej polanie usłanej śniegiem a raczej czymś co go przypominało. Przez jej środek płynął szemrząc z cicha niewielki potok. Spragnieni rzuciliśmy się do niego.
-Nie uwierzycie! – krzyknął jeden z żołnierzy z anielskim wyrazem twarzy. – To płynne srebro.
Byłam już przekonana, że wyspa, o której opowiadał mi ojciec istnieje jedynie w jego wyobraźni. Teraz jednak po miesiącach poszukiwań miałam ją przed sobą. Potężną i budzącą grozę.
-Co myślisz? – nie wiadomo skąd pojawił się obok mnie młodszy brat. Na jego twarzy gościł dziwny wyraz. Patrzył przez chwilę w milczeniu po czym odwrócił się na pięcie i ruszył do sterówki. Z...
Fale wyrzuciły mnie na plaże żywcem zdartą z plakatów biur podróży, tak chętnie oferujących niezapomniany urlop w dziewiczym raju. Złoty piasek, kokosowe palmy i zachód słońca nad przejrzystymi wodami oceanu. Mimo, że nie wykupiłem żadnej oferty, postanowiłem skorzystać z sytuacji i zwiedzić wyspę, a nuż znajdę jakąś żywą duszę, zdolną udzielić mi pomocy lub informacji.
Postanowiłem kierować się ku widocznemu ponad koronami drzew wzgórzu, z którego jak podejrzewałem wydobywał się strumień, brzegiem którego szedłem. Strumień miał krystalicznie czystą wodę i wśród licznych dużych kamieni, porosłych mchem i porostami, można było dostrzec malutkie rybki w różnobarwnych odcieniach. Do moich uszu nieprzerwanie dobiegał trel fruwających wokół ptaków, o mieniących się w słońcu różnokolorowych piórach.
Podziwiając piękne, rozsiewające cudną woń kwiaty, porastające okoliczne drzewa, nie zauważyłem gdy wyszedłem na polanę. Na skraju polany, gdzie swój początek miał strumień, dostrzegłem rozlewisko ze spienioną przez wodospad wodą o łagodnie opadającym dnie. Spośród spienionej toni wypłynęły dwie nagie i pięknie opalone młode dziewczyny. Mój widok wprawił je w osłupienie. Padły bez słowa na kolana i jakby oddając mi hołd zaczęły nucić melodię, powoli przechodzącą w pieśń, której słów nie potrafiłem zrozumieć, aczkolwiek wydała mi się bardzo piękna.
Po skończonym rytuale dziewczyny zerwały się na nogi i zaczęły mnie ciągnąć za rękę, najwidoczniej chcąc bym się za nimi udał. Nie wiedząc co innego mógłbym z sobą począć udałem się za nimi. Po paru minutach wędrówki, w jakże uroczym towarzystwie, zdałem sobie sprawę, że słyszę znaną mi już melodię. Dopiero gdy dostrzegłem dym zrozumiałem, że zbliżamy się do wioski. Po chwili zaparło mi dech w piersi. Na placu otoczonym bambusowymi chatami, wśród dziesiątek roznegliżowanych, pięknych i młodych dziewcząt, które śpiewały tą samą pieśń, stał dziesięciometrowy posąg przedstawiający w najdrobniejszych szczegółach moją osobę.
Fale wyrzuciły mnie na plaże żywcem zdartą z plakatów biur podróży, tak chętnie oferujących niezapomniany urlop w dziewiczym raju. Złoty piasek, kokosowe palmy i zachód słońca nad przejrzystymi wodami oceanu. Mimo, że nie wykupiłem żadnej oferty, postanowiłem skorzystać z sytuacji i zwiedzić wyspę, a nuż znajdę jakąś żywą duszę, zdolną udzielić mi pomocy lub informacji.
...
Gdyby tak uznać, że potrafię żeglować, a do tego mam własną łajbę...
Przybijam do brzegu. Sama, jeśli nie liczyć wiernych towarzyszy podróży, psa i kota, którzy żyją ze sobą jak pies z kotem, co jest całkiem logiczne, biorąc pod uwagę, że są... Mniejsza o to. Resztę załogi wywiało. Dziwnym trafem po każdym cumowaniu w jakimś egzotycznym porcie, wypływaliśmy już w okrojonym składzie. Uroki kolorowych koktajli.
Nie odbiegając już od tematu: ostrożnie wychodzę na brzeg. W szkole dla zawodowych piratów uczono nas ostrożności w razie zetknięcia z nieznaną wyspą. Uczono nas również, że do pirackiego image'u bardziej pasuje papuga niż kot. Kto by tam jednak słuchał emerytowanych wilków morskich. Ostrożność ostrożnością, ale gorący piasek i delikatny wietrzyk wymuszają chwilę odpoczynku. Wybieram jedną z palm i sadowię się przy niej wygodnie. Pies i kot ganiają za sobą, bawiąc się wybornie. Upływa godzina i rosnące pragnienie zmusza mnie do zbadania terenu. W czasie leniuchowania doszłam do wniosku, że oto odkryłam własną wyspę! Stopniowo zostawiając za plecami brzeg, zastanawiam się nad odpowiednią nazwą. Z takim osiągnięciem umieszczą mnie na ścianie sławnych piratów! Ta doza egoizmu sprawia, że zupełnie nie zwracam uwagi na faunę i florę. A po drodze mijam palmy i tylko palmy. Gdzieniegdzie jeszcze jakieś niskie krzaczki, pod którymi umykają niegroźne (na moje szczęście) węże.
- Witam pierwszą dziś klientkę!
Unoszę zamyślony wzrok i napotykam przed sobą drewnianą ladę. Za nią stoi rozbitek – barman.
- Mogę pani zaproponować mleko kokosowe, mleko kokosowe z dodatkiem słonej wody lub mleko kokosowe ogrzane południowym słońcem. Jak już wspomniałem jest pani pierwszą klientką. Właściwie to pierwszą w tym miesiącu! I roku.
Zmarszczyłam brwi. Ten człowiek musiał tkwić tutaj wieczność! Sam jak palec, w otoczeniu kokosów, na wężowej diecie! Ale z drugiej strony... Czy to nie fantastycznie?! Mam własną wyspę i własnego barmana! Własny złoty piasek i zapas kokosów na całe życie!
Gdyby tak uznać, że potrafię żeglować, a do tego mam własną łajbę...
Przybijam do brzegu. Sama, jeśli nie liczyć wiernych towarzyszy podróży, psa i kota, którzy żyją ze sobą jak pies z kotem, co jest całkiem logiczne, biorąc pod uwagę, że są... Mniejsza o to. Resztę załogi wywiało. Dziwnym trafem po każdym cumowaniu w jakimś egzotycznym porcie, wypływaliśmy już w okrojonym...
Gdzieś jest lecz nie wiadomo gdzie,
świat, w którym wiele dzieje się.
Magiczna wyspa, morski wiatr
co niesie wieści o niej w świat.
Tam zwierząt wiele dzikich jest:
i puma, ryś i lwicy gniew.
Motyli blask i ptaków śpiew,
roznoszą echo pośród drzew.
Słomiane domy, letni szyk,
gałązka trawy, radosny dziecka krzyk.
Błękitne niebo, fali szum
spokojna przystań a w niej ludzi tłum.
Oaza piękna, krasą malowana,
przed szarym światem daleko schowana.
Gości tu uśmiech, życzliwość i dobra zabawa
niekiedy przeciąga się nawet do rana.
Człowiek człowiekowi jest tu przyjacielem
nikt dla nikogo nie jest tu zerem.
Nie ma zazdrości, nie ma przemocy
każdy może liczyć od każdego pomocy.
Zero przepychu, nie ma też nędzy
nikt nie wylicza ile kto ma pieniędzy.
Brak tu pogoni, za władzą, za karierą,
brak wykształcenia, nie jest tu barierą…
Wspólne uprawy, męskie połowy
krzak jagodowy, krzak agrestowy
Klomby kukurydzy pięknie wypiekane,
wraz z ananasem na obiad podane.
Wszystko to z wyspy, wszystko to zdrowe,
smaczne, pachnące i kolorowe.
Zero w nich chemii, zero barwników
tych dla ludzkiego zdrowia szkodników.
Dostać tu się można na czas określony,
przez władcę wyspy, Znachora Ci przydzielony.
Lecz klucz do wyspy tylko ten człowiek posiada,
którego duszą i sercem miłość do bliźniego włada…
Gdzieś jest lecz nie wiadomo gdzie,
świat, w którym wiele dzieje się.
Magiczna wyspa, morski wiatr
co niesie wieści o niej w świat.
Tam zwierząt wiele dzikich jest:
i puma, ryś i lwicy gniew.
Motyli blask i ptaków śpiew,
roznoszą echo pośród drzew.
Słomiane domy, letni szyk,
gałązka trawy, radosny dziecka krzyk.
Błękitne niebo, fali szum
spokojna przystań a w niej ludzi...
Z tych wszystkich wysp , które jak dotąd udało mi się zwiedzić niepokoiła mnie tylko jedna. Z dość prozaicznego powodu jak się zdaje.
Nie pamiętam jak mówiono o niej, jaką nazwą oznaczano na mapie. A może ten zakątek istniał tylko w mojej głowie?
Pamiętam barwnie ubranych ludzi. Migoczące spojrzenia pełne ognia i tego niespożytego daru jakim jest całkowita wolność.
Tam nie czułem się samotny. Wręcz przeciwnie. Co krok napotykałem zwierzęta, co dziwne, najczęściej te dzikie, zadbane , nakarmione i wielce zadowolone. Bo i one cieszyły się nieskrępowaną wolnością.
Przyroda również zachowywała się zupełnie niczym dopieszczony pupil. Wszystko kiełkowało, bulgotało, zieleniło się , szczyciło swą niezrównaną potęgą...
Nadałem jej imię Llanos. Wyobrażałem ją sobie jako płaską przestrzeń , usianą kępami traw i krzewów. Cały ogrom był w zasięgu wzroku, miał swój początek i koniec.
A ja byłem niewidomy. Póki nie spotkałem na tej wyspie tajemniczej kobiety.
-Patrz.- co rusz słyszałem jej nakaz.
I patrzyłem . Zamiast czerni widziałem zieleń.Zamiast smutku dostrzegałem radość. Trawę, siebie...
Z tych wszystkich wysp , które jak dotąd udało mi się zwiedzić niepokoiła mnie tylko jedna. Z dość prozaicznego powodu jak się zdaje.
Nie pamiętam jak mówiono o niej, jaką nazwą oznaczano na mapie. A może ten zakątek istniał tylko w mojej głowie?
Pamiętam barwnie ubranych ludzi. Migoczące spojrzenia pełne ognia i tego niespożytego daru jakim jest całkowita wolność.
Tam nie...
Na wyspie mam polanę oraz swoich najbliższych. Wokół słychać śpiew ptaków i spokojny szum wiatru. Porozrzucane przypadkowo kwiaty dodają uroku temu magicznemu miejscu. Widzę tu przyjaciela uśmiechającego się do mnie szeroko. Idalej tylko po to by spotykać przyjaciółkę, która zdobyła nowy tom naszej ulubionej książki. Przepraszam ją, ale chcę obejżeć resztę wyspy. Mijam ją i wolnym krokiem idę przez trawę, podziwiając mój drugi dom. Przede mną staje moja przyjaciółka, która ma smutną minę i wygłasza mi pretensję, że się do niej nie odzywam. Przepraszam, wręczając jej jej erchideę, znalezioną obok. Całuje mnie w policzek i powoli wchodzi między drzewa wąchając kwiat. Ptaki oraz skaczące nad głową wiewiórki sprawiają, że czuję się bezpiecznie. Rozglądam się w nadziei, że spotkam tą, na której mi zależy. Idąc dalej zauważam w cieniu drzew jakąś postać. Podchodzę szybko do niej szybko, lecz to mój przyjaciel, który czyta opasłe tomiszcze. Pozdrawia mnie ruchem ręki i wraca do lektury. Po środku wyspy rośnie wiekowy dąb, z mnóstwem gałęzi i grubym dachem z liści. Okrążam go i widzę ją siedzącą ze skrzyżowanymi nogami, bawiącą się zdziebełkami trawy. Kurtyna czarnych włosów otacza jej twarz, a jej usta się poruszają nucąc cicho. Podchodzę do niej, ona podnosi wzrok na moją twarz i uśmiecha się szeroko. Jej oczy są błękitne niczym bezchmurne niebo. Siadam po turecku naprzeciwko niej. Zapach lasu uspokaja, a wszechobecna cisza jest wręcz nostalgiczna. Gra słońca pozwala przenieść mi się w inny świat, a światło przebijające się przez liście wprowadza w lekko melancholijny nastrój. Biorę od niej wianek, zakładam go na jej głowę i zgarniam włosy, które opadły jej na twarz. Rozmawiamy chwilę, a potem rozsiadamy się pod dębem opierając się o chropowaty pień, wdychamy najczystsze powietrze o jakim można tylko marzyć. Wieczorna atmosfera ubarwia widok na ogromne drzewa nietknięte ludzką ręką, a świetliki migocą, to dodając, to ujmując nowe gwiazdy na niebie. Czuję, że chcę spędzić tu resztę zycia.
Na wyspie mam polanę oraz swoich najbliższych. Wokół słychać śpiew ptaków i spokojny szum wiatru. Porozrzucane przypadkowo kwiaty dodają uroku temu magicznemu miejscu. Widzę tu przyjaciela uśmiechającego się do mnie szeroko. Idalej tylko po to by spotykać przyjaciółkę, która zdobyła nowy tom naszej ulubionej książki. Przepraszam ją, ale chcę obejżeć resztę wyspy. Mijam ją i...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Zawsze moim marzeniem bylo, jest i bedzie podrozowanie. Pobudzajac swoja wyobraźnie gdzie mialabym wyladować na jakiejś wyspie bylo by czyms cudownym.
Podczas awarii statku natrafiłam na wyspę, była ona niezwyła, sama nie potrafie określić dlaczego, może przez kraobraz albo ludzi ktorych tam spotkałam. Czysta błekitna woda, delikaty piasek po ktorym szłam w strane lądu, troche sie bałam ponieważ miejsce na krtorym sie znajdowałam nie było na mapie. Po kilku minutach zobaczyłam pewna kobiete, nazywała sie Sue, zapytala jak sie tu dostalam i co sie stało, po czym opowiedziałam jej o awarii , kobieta postanowiła mi pomóc. Zaprowadziła mnie do swojej rodziny i powiedziala, ze moge zostac u niej do czasu jak naprawie statek. W dzien pracowalam przy usterce w nocy cała znajdujaca sie tam ludnosc zbierala sie na ognisku. Bardzo smakowały mi tamtejsze owoce. Opowiadalismy o swoich zwyczajach, kulturze, bardzo dobrze porozumiewalismy sie po anglielsku. Spedzilam tam ok dwa tygodnie a czulam sie jakbym byla tam kilka miesiecy, ci ludzie byli pełni miłosci i ciepła, niczym sie nie przejmowali, ciezko bylo z tamtad odplynac. Mala wysepka Niti o ktorej nikt nie wiedzial okazala sie wielka dla duszy człowieka...
Zawsze moim marzeniem bylo, jest i bedzie podrozowanie. Pobudzajac swoja wyobraźnie gdzie mialabym wyladować na jakiejś wyspie bylo by czyms cudownym.
Podczas awarii statku natrafiłam na wyspę, była ona niezwyła, sama nie potrafie określić dlaczego, może przez kraobraz albo ludzi ktorych tam spotkałam. Czysta błekitna woda, delikaty piasek po ktorym szłam w...
U kresu mej podróży leży wyspa. Nie ma jej na żadnej mapie, nikt jej nie zna i nigdy nie pozna. Płynę do niej już długo, wciąż zastanawiając się jak wygląda. Może jest cała z piasku, może cała z kamienia lub porośnięta leśną gęstwiną? Widzę tylko jej zarys - mały czarny punkt na granicy nieba i oceanu. Podróż na nią jest trudna, pełna wyzwań, niebezpieczeństw, ale tak musi być. Nie ma innej drogi na t ą wyspę.
W moich snach to wyspa niewielka, r a j s k a, z piaszczystą plażą z jednej strony i kamienistą z drugiej. Porastają ją rośliny niespotykane nigdzie indziej na Ziemi. Są tam i wodospady, i głębokie jeziora; są też rozległe równiny pokryte dywanami kwiatów i wysokie góry. Z zielonych pagórków oglądam wschody słońca, ze skalistych klifów - zachody. Jest mała, ale mieszczą się na niej widokówki z całego świata. Są tam też i ludzie. Ale nie przypadkowi, nie byle jacy. Czekają tam na mnie moi przyjaciele, moja rodzina. Ludzie, którzy już odeszli, których dawno nie widziałam, których kocham. T a wyspa to miejsce ostateczne, końcowy przystanek w mojej podróży, gdzie jest pięknie, bajkowo i znajduje się wszystko, co kocham. To miejsce, gdzie nie ma już żadnych trosk, zmartwień, nerwów. Jest tam cisza i spokój. Jestem ja, natura i najbliżsi. To magiczna wyspa, niewątpliwie. Jedyna w swoim rodzaju. I nikt mi jej nie odbierze, nigdy nie zniknie, będzie trwać wiecznie. To wyspa, o której wiem tylko ja, do której wciąż płynę... I każdy ma t a k ą wyspę.
U kresu mej podróży leży wyspa. Nie ma jej na żadnej mapie, nikt jej nie zna i nigdy nie pozna. Płynę do niej już długo, wciąż zastanawiając się jak wygląda. Może jest cała z piasku, może cała z kamienia lub porośnięta leśną gęstwiną? Widzę tylko jej zarys - mały czarny punkt na granicy nieba i oceanu. Podróż na nią jest trudna, pełna wyzwań, niebezpieczeństw, ale tak musi...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejZamykam oczy, odkrywam nowy ląd. Łódkę zostawiam przy brzegu i wychodzę na ciepły piasek. W jednej strony jest dzień, z drugiej zaś noc i mimo że to niemożliwe, to moja wyobraźnia jest nieograniczona. Tak po prostu. Jestem tylko ja, szum morza i nieznane dotąd naukowcom gatunki zwierząt, które są niebywale przyjazne. Mogę powrócić tam w każdej chwili. Zrobiąc kilka kroków zobaczyłam motyle ułożone do napisu "Welcome", które zaczęły nucić nieznaną nikomu melodię. Nowy ląd jest w kształcie słońca. Niebywałe. Idąc zauważyłam, że roślinności nie ma dużo, jak przeważnie się myśli o wyspach. Tu pierwsze skrzypce grały trawy i krzewy owocowe. Porzeczki, jagody, maliny, jeżyny...ah, juz kocham ten ląd. Idąc dalej coraz bardziej zanurzałam sie w nowych przepięknych niecodziennych widokach. Tym razem zaciekawił mnie widok świetlików, które jakby na mnie czekały. Tak więc zrobiłam następny krok. Tym razem na coś nadepnęłam. Tak jakbym uruchomiła machinę, gdyż świetliki zaczęły tańczyć wokół mnie. Poczułam się jak w jakiejś oświetlanej kabinie. Cudowne zjawisko. Po przetańczonym "tańcu świetlików" zanurzałam się coraz bardziej na noc. Robiło się coraz ciemniej. Zauważyłam rollercoaster. Jest rollercoaster, a nie ma tu żadnego człowieka. Jak to możliwe ? Zajęłam jedno miejsce, a rollercoaster ruszył. Teraz oglądałam wyspę w różnych pozycjach. Tak jakbym oglądała film. Raz w gwiazdach, raz w słońcu, które nie parzyło, gdy do niego zbliżałam się za pomoca kolejki, raz w wodzie, a niekiedy jeździłam na ziemi. Kolejka się nagle zatrzymała. I o dziwo nie było mi niedobrze. Wręcz przeciwnie, z każdym kolejnym krokiem czułam się bardziej wesoła, a moje iskierki szczęścia mnożyły się w moim sercu. Siedziałam na wyspie już dobrych kilka godzin, ale nie byłam ani trochę głodna. Odkryłam, ze to szczęście sprawia, że człowiek czuję się syty. Jak na dzisiaj koniec atrakcji. Wróciłam na statek, w głowie układając już nazwę bezludnej wyspy. Hmm… może „Gli elementi”? Czyli po prostu żywioły.
Zamykam oczy, odkrywam nowy ląd. Łódkę zostawiam przy brzegu i wychodzę na ciepły piasek. W jednej strony jest dzień, z drugiej zaś noc i mimo że to niemożliwe, to moja wyobraźnia jest nieograniczona. Tak po prostu. Jestem tylko ja, szum morza i nieznane dotąd naukowcom gatunki zwierząt, które są niebywale przyjazne. Mogę powrócić tam w każdej chwili. Zrobiąc kilka kroków...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
-Braciszku, gdzie jesteśmy?
Mała Anja łapie Johna za rękę.
-Nie bój się, jestem przy Tobie.
Chłopiec ściska jej malutką rączkę i patrzy na nią z miłością. Oboje dzielnie kroczą przed siebie, nie wiedząc gdzie są i dokąd zmierzają. Wokół świat wydaje się taki inny – błękitne barwy zlewają się z czerwonymi i dominują nad pozostałymi, znanymi wszystkim kolorami. W oddali przebijają się jakieś figury. Z każdym kolejnym krokiem rodzeństwo widzi je coraz wyraźniej - po lewej stronie białe, po prawej czarne „niby postacie”.
- Kim są Ci ludzie? Dlaczego tak dziwnie wyglądają? Co to za miejsce–zaniepokojona dziewczynka zasypuje braciszka pytaniami. On jednak nie udziela jej odpowiedzi i tylko chroni ją ramieniem przed zbliżającymi się osobami. I oto jedna z nich, czarna postać wyrzuca z siebie masę przekleństw, druga zaś – biała nakazuje jej przestać. Po lewej stronie, gdy czarni zaczynają się bić i jeden z nich upada, pojawia się biała postać i pomaga powstać mu powstać. Anja i John patrzą oszołomione na to wszystko co dzieje się dookoła i nie zauważają nawet kiedy ktoś popchnął chłopca i zabrał dziewczynce misia wystającego z jej z kieszeni.
- Proszę, to dla Ciebie – nie wiadomo skąd pojawia się postać w bieli i malutka Anja ma już nowego, pluszowego przyjaciela. Dalsza część przygody na tajemniczej wyspie dostarcza dzieciom wielu wrażeń. Gdy tło nadal mieni się brawami błękitu i czerwieni, nadal pojawia się mrowie ciemnych i nieskazitelno białych postaci. W połowie wędrówki rodzeństwo (już nawet nie pamiętam kto jako pierwszy) zdało sobie sprawę, że zachowania osób, które mijają nie są im obce. Białe – ukazują to, za co zwykle dostawali pochwałę, czarne to, co poza wyspą było karane.
I dopiero po przebudzeniu przypominam sobie napis wiszący nad bramą, u stóp której rozpoczęłam z bratem, jeszcze jako dziecko, swoją tajemniczą wędrówkę: „Wyspa ukazująca, które uczynki przybliżają nas do raju”.
-Braciszku, gdzie jesteśmy?
Mała Anja łapie Johna za rękę.
-Nie bój się, jestem przy Tobie.
Chłopiec ściska jej malutką rączkę i patrzy na nią z miłością. Oboje dzielnie kroczą przed siebie, nie wiedząc gdzie są i dokąd zmierzają. Wokół świat wydaje się taki inny – błękitne barwy zlewają się z czerwonymi i dominują nad pozostałymi, znanymi wszystkim kolorami. W oddali...
Do statku wsiadłam 11.09 wśród strug deszczu.Nie cierpię kiedy pada,chociaż z drugiej strony dźwięk deszczu mnie usypia.Niestety w tym wypadku za nic nie mogłam zasnąć,dlatego też wyciągnęłam z torby "Robinsona Crusoe" i zaczęłam czytać.Książka była niezwykle interesująca i nie mogłam się od niej oderwać.Z transu czytelniczego* wyrwał mnie niezwykle silny wstrząs,przetarłam zmęczone oczy i rozejrzałam się wokoło.Widać było,że jeszcze przed chwilą większa część osób spała,na pokładzie słychać było nerwowe krzyki marynarzy.Postanowiłam wyjść na pokład.Na morzu panował sztorm.Cały okręt oblepiała gęsta mgła,widoczność była słaba,z mgły wyłaniał się zarys mostka kapitańskiego.Musiałam tam dojść.Każdy krok kosztował mnie wiele energii, moja torba coraz bardziej mi ciążyła,chwyciłam się więc za balustradę i postanowiłam iść małymi kroczkami.Obok mnie przechodziło wielu marynarzy próbujących zapanować nad okrętem.Było mi smutno bo nie mogłam im pomóc postanowiłam więc nie przeszkadzać.Puściłam balustradę i już chciałam wracać do środka gdy nagle,poślizgnęłam się i wpadłam wprost do morza.Nic więcej nie pamiętam.Obecnie przebywam na jakiejś wyspie.Nigdy tu nie byłam a jednocześnie skądś pamiętam to miejsce.-No nic,trzeba się wziąć do roboty,pogoda mi sprzyja,pomyślałam.I rzeczywiście tak było,słońce świeciło ciepłymi promieniami a na niebie nie było żadnej chmurki.Wyspa wyglądała cudownie,no przynajmniej ta część,którą dotychczas zobaczyłam.Morze lśniło w słońcu i nic nie wskazywało,że niedawno było wzburzone.Przy morzu znajdowała się plaża, a za plażą rosła dżungla. W dżungli słychać było śpiew ptaków.Całe szczęście miałam przy sobie moją torbę.-Hmm...zobaczmy co tu mamy:Przemoczony "Robinson Crusoe"(o ironio),nóż i butelka wody.Rozejrzałam się po wyspie raz jeszcze i wtedy mnie olśniło:przecież to ta wyspa o której śniłam w dzieciństwie, wyspa z moich marzeń.A więc powinni być tu gdzieś ludzie.I podążyłam tak jak niegdyś w moich dziecięcych snach, w głąb dżungli.
Do statku wsiadłam 11.09 wśród strug deszczu.Nie cierpię kiedy pada,chociaż z drugiej strony dźwięk deszczu mnie usypia.Niestety w tym wypadku za nic nie mogłam zasnąć,dlatego też wyciągnęłam z torby "Robinsona Crusoe" i zaczęłam czytać.Książka była niezwykle interesująca i nie mogłam się od niej oderwać.Z transu czytelniczego* wyrwał mnie niezwykle silny wstrząs,przetarłam...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej