cytaty z książek autora "Zacheusz Pawlak"
Ulicami podążali żołnierze niemieccy, pędziły olbrzymie ciężarówki transportowe. Najwięcej było ich w okolicy Instytutu Rolniczego. Tu Niemcy pospiesznie ładowali wyposażenie Instytutu. Rabowali też urządzenie poczty, meble ze starostwa, wszystko, co wartościowsze, urządzenia stoczni rzecznej, a nawet elektryczne przewody miedziane ze słupów telefonicznych na ulicach miasta [s. 97].
Lekarz przygotował się już do zabiegu, wyjaśniając jednocześnie, że musi naciąć w kilku miejscach pośladki, gdyż potworzyły się skrzepy krwi i ropa. Niewykonanie tego zabiegu groziło wygniciem mięśni razem ze skórą […] Lekarz martwił się, że nie ma środków znieczulających, ale to już było dla mnie nieistotne po tym wszystkim, co przeszedłem. Nie zgodziłem się na przywiązanie rąk i nóg. Przygotowano pole operacyjne, obmyto i zlano jodyną. Uczułem ucisk i piekący ból, trysnęła fontanna krwi, ropy wraz z kawałkami skrzepów [s. 110–111].
Znowu powtórzono wlewanie do nosa. Trudno było przetrwać. Usiłowałem odsunąć się w bok o tyle, o ile pozwalały krępujące ciało więzy. Każda obrona przychodziła jednak z trudem, gdyż oprawca trzymający głowę między swoimi kolanami utrudniał jakikolwiek manewr. Próbowałem rozchylić szczęki, chwytałem powietrze, ale, niestety, z powietrzem i wodę. Ból wynikły z dławienia się rozpierał klatkę piersiową. Atak kaszlu jeden, drugi, trzeci. Ustami i nosem oprócz wody trysnęła krew, poczułem jej smak w ustach. Zwolniono ucisk. Krew płynęła obficiej, także ustami, chlustając na ubranie i posadzkę podczas bolesnego kaszlu i kichania. Zwolniono bloczek. Leżałem zwinięty w kłębek na mokrej posadzce. Kaszel nie ustawał. Myślałem, że może nadejdzie koniec, może krew zaleje płuca. Błagałem: „Boże, dziękuję Ci za wszystko, ale zabierz mnie już z tego świata” [s. 91–92].
Na oddziale kryminalnym panoszyły się pluskwy. W dzień nie widziało się ich, za to nocą wychodziły na żer. Dziwne te stworzenia nie maszerowały po podłodze, ale po prostu właziły na sufit i stąd „bombardowały” śpiących. Zmysł „nawigacyjny” posiadały nadzwyczaj rozwinięty. Spadały zawsze na odkryte części ciała, przede wszystkim na twarze. Nocą w czasie kontrolnego zapalania światła przez strażników więźniowie mogli zobaczyć sufit pokryty rojem pluskiew. Rano każda twarz była pokryta krwistymi smugami i plamami. Pochodziły one ze zgniecionych pluskiew w czasie snu. Byliśmy bezradni wobec insektów gnieżdżących się w szczelinach ścian, drzwi i sufitu. Jeden ze współtowarzyszy zdjął krzyż wiszący nad drzwiami. Zdumienie ogarnęło wszystkich. Po zdjęciu krzyża ze ściany, w miejscu, gdzie wisiał, czerniała masa pluskiew w kształcie krzyża. Na oddziale kryminalnym w zapluskwionej celi mieszkaliśmy trzy dni [s. 123–124].
Więzień ten był nieludzko torturowany przez gestapo w Radomiu. Poza różnymi stale powtarzającymi się i znanymi już metodami badań miał jeszcze wbijane szpilki pod paznokcie obu rąk, przygniatane palce w drzwiach oraz gniecione dłonie z włożonymi między palce ołówkami [s. 130–131].
W rogach, przy wrotach wejściowych zamkniętych, stały zamiast kibli drewniane skrzynie z uchwytami, zwane kalifaksami, służące do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Wnoszono je na noc do baraku, a że skrzynie były nieszczelne, zawartość ich wyciekała na podłogę, stąd smród niesamowity [s. 153].
A więc w obozie spacerów nie ma! Tu obowiązuje tempo biegu. Tak przy pracy, jak i poza nią. Na 10 kroków przed każdym SS-manem należy zdjąć czapkę i nałożyć ją wolno dopiero po 10 krokach za nim. Więzień wezwany przez SS-mana czy kapo biegnie, zatrzymuje się w odległości 5 kroków przed wzywającym i z obnażoną głową staje na baczność [s. 161].
Na polu, wśród grupy funkcyjnych kręcił się stale młody, czternastoletni chłopiec, Żyd warszawski, zwany popularnie Bubi. Miał na sobie jak wszyscy inni wyżsi funkcyjni kolorowy strój – niebieski mundur z żółtymi wyłogami i czerwone spodnie. Na lewym rękawie nosił opaskę lagerjüngster*. Chodził zawsze z długim pejczem. Nad więźniami miał władzę nieograniczoną. Był pupilem lagerältestera na polu III, często przebywał w jego towarzystwie. Władzę w obozie otrzymał, wieszając osobiście rodziców (tak mówili więźniowie) [s. 164–165].
* Lagerjüngster – młodszy obozu; funkcja taka istniała tylko na Majdanku.
Żydzi wywarli na nas przygnębiające wrażenie. Podobni raczej do ludzkich szkieletów, obciągniętych ściemniałą skórą, brudni, ubrani w drelichowe pasiaki i nieco grubsze płaszcze. Swetrów lub ciepłej bielizny nie posiadali. Spod brudnych, podartych pasiaków niektórym wystawały kawałki papieru z worków po cemencie. U pasa mieli przywiązane blaszane puszki po konserwach lub zardzewiałe, poobijane miski. Na nogach mieli drewniane holenderki. Niedopasowane do nóg, kaleczyły je, powodując nieraz długotrwałe rany, co przy braku zwykłych środków opatrunkowych i warunków higienicznych sprzyjało powstawaniu zakażeń skóry. Trudno było uwierzyć, że te istoty żyły, poruszały się i pracowały [s. 174–175].
Funkcyjni różnili się bardzo od całej grupy. Dobrze odżywieni, w swetrach, z opaskami z napisem: Kapo, Vorarbeiter, Blockältester, uzbrojeni w baty, a często w grube kije; dobrze znali kryjówki swoich podwładnych. Trudno wprost uwierzyć i zrozumieć, dlaczego z taką wściekłością i nienawiścią znęcali się ludzie nad ludźmi. Niejednokrotnie widziałem, jak siedzących na belce spychano wprost do głębokiego dołu kloacznego. Nie było już dla nich ratunku. Przed apelem wieczornym wyciągano ich bosakami, wleczono przez pole do macierzystego bloku, gdyż stan liczbowy więźniów musiał się zgadzać [s. 175].
W dalszym ciągu obserwowaliśmy więźniów naszego pola, ich prace, rozdział żywności, apele. Spotkania miały miejsce wciąż w latrynie. Tu mogliśmy się im przyjrzeć bliżej. Mieli podbite oczy, nieopatrzone rany. Skrzepy krwi, najczęściej na twarzy, rękach i nogach. Zgłodniali, zziębnięci kręcili się koło nas, żebrząc o cokolwiek do jedzenia. Nie mogli zrozumieć, że nasze zapasy z więzienia dawno się skończyły. Bezmyślne, smutne, starcze ich twarze przypominały tragiczne maski teatralne, niemogące zdobyć się na najmniejszy i najprostszy grymas czy mimikę. Głos mieli monotonny, płaczliwy. Ktoś w obozie porównał go do beczenia kozy [s. 176].
Żydzi polscy byli najbardziej potępiani nawet przez swych współwyznawców z innych krajów. Stwierdziliśmy, że Żydów polskich nienawidzili pozostali Żydzi. Słyszało się często na Majdanku, jak ci ostatni, chcąc obrazić jakiegoś więźnia, nawet nie-Żyda, mówili „Ty Żydzie polski”. Polacy, Rosjanie i inni mieli podstawy do nienawidzenia Żydów polskich, gdyż ci byli bardzo posłuszni Niemcom, zarówno SS-manom, jak i innym funkcyjnym i wykonywali ich polecenia i rozkazy, najczęściej niepomyślne i niemiłe dla więźniów, aż nadto dokładnie. Zresztą władze obozowe wykorzystywały tę okoliczność. Chodziło im przecież o to, aby wszystkich więźniów skłócić ze sobą, i w tym wypadku w znacznej części im się to udawało [s. 193].
Ustawieni pod prysznicami, marzyliśmy o ciepłej, prawdziwej kąpieli. Puszczano na nas na przemian raz zimną, raz gorącą wodę. Stanowiło to niewyczerpane źródło radości i zabawy dla Niemców. Po kąpieli rozdano ubrania. Odbywało się to niesłychanie szybko. Koszule, kalesony, spodnie, bluzy i płaszcze oraz buty płócienne na drewnianych podeszwach musiały być natychmiast odebrane bez względu na rozmiar. Ubieraliśmy się bez wycierania, na dworze, przy kilkunastostopniowym mrozie. Koszule były na ogół małe, krótkie i podarte, często bez rękawów i guzików. Zamiast kalesonów niektórzy otrzymali majtki damskie. Spodnie dano jednym za długie, innym za krótkie, ciasne, niedopinające się. Niektórzy więźniowie trzymali więc je w garści. Buty często nie do pary, a nawet po dwa z jednej nogi [s. 195].
Po komendzie „Mützen ab” na rozkaz lagerältestera więźniowie wszystkich bloków (a było ich nieraz kilka tysięcy) jak jeden mąż wykonywali komendę; głuche, jednolite echo uderzeń rąk o uda rozlegało się w obozie i okolicy. Feldführer dumnie wodził oczyma po morzu wystrzyżonych głów. Niechby ktoś w tym czasie poruszył się, drgnął lub odwrócił głowę. Porachowano by mu kości. Apel był świętością, ceremoniałem, a jednocześnie upokorzeniem tysięcy ludzi. Feldführer zachłystywał się władzą, więźniowie – swoją hańbą [s. 204].
Więźniowie rzucali się na trupy jeszcze ubrane, przeglądali ich kieszenie i badali, czy przypadkiem nie znajdą czegoś do jedzenia. Ściągali lepsze buty, spodnie, marynarki i płaszcze. Szczęściem było, jeżeli więzień znalazł coś cieplejszego, na przykład sweter lub kalesony. Zdarzało się czasem, że rozbierali jeszcze żyjącego, który nie mógł się bronić, a którego chwile życia były już policzone. Przecież i tak zginie – usprawiedliwiali się – i tak to nie jest mu potrzebne.
Stępienie uczuć? Zezwierzęcenie? Nie, to twarde prawo obozu. Za parę dni dzisiejsi zdobywcy stawali się łupem dla innych [s. 205].
Specyficzny zapach i swąd wypełniał przestrzeń wokół krematorium.
A nad Majdankiem kłębił się czarny, ciężki dym – symbol obozowego piekła.
Wolno, ociężale dym wydostawał się z komina, by zaraz opaść na dół i napełnić przestrzenie międzybarakowe oraz plac apelowy; cuchnący, kłębiasty, wnikający w każdą szparę, przenikający ubrania, ciało, nawet oddech. Przypominał o niepewności naszego losu, o znikomości życia [s. 207].
Byliśmy stale głodni, niewyspani, zmarznięci i przemęczeni. Wyszukiwaliśmy kawałki papieru z worków po cemencie i owijaliśmy się nimi pod pasiakami. Częste rewizje osobiste prowadzone przez SS-manów i funkcyjnych ujawniały nasze przestępstwa poczytywane nawet za sabotaż, jako że niszczyliśmy mienie niemieckie. Po „wypłacie” w formie 10–15 biczów, a czasami i więcej, zabierano nam owo cenne mienie niemieckie [s. 210].
Według założeń hitlerowców czas życia więźnia w obozie miał być nie dłuższy niż 100 dni. Stworzono w obozach wiele sposobów na wykonanie tego zadania: nieludzkie warunki bytowania, ciężka, ponad siły, mordercza praca, często w pierwszym okresie bezcelowa. Apele, terror, bicie, choroby, karanie do śmierci włącznie za „przestępstwa” obozowe. Odpowiedzialność zbiorowa. Stałe napięcie nerwowe, lęk, brak snu, stały widok dymiącego krematorium, widok bestialskiego traktowania więźniów, a przede wszystkim głód. Za mało, aby żyć, za dużo, aby umrzeć. Pożywienie wartości poniżej 1000 kalorii dziennie [s. 212].
Nie sądziłem nigdy, że człowiek może być doprowadzony do takiego stanu. Ściemniała, sucha, łuszcząca się skóra o barwie szaroziemistej, przechodząca w granat na twarzy, a nieraz nawet i na brzuchu (prześwit treści jelitowej poprzez pergaminową skórę). Ludzie ci nie mieli prawie mięśni. Obwód uda w pobliżu stawu biodrowego równał się grubości nadgarstka, gdzie kolana były nieco grubsze, a właściwie prawie wystające. Na podudziach przez napiętą skórę rysowały się wyraźnie kości z każdym ich zagłębieniem, wyniosłością czy ostrym grzbietem. U tych chorych po złączeniu nóg i dociśnięciu kolan (tak jak w pozycji na baczność) wytwarzał się między udami trójkąt, którego dwa boki stanowiły kości udowe, a trzeci poprzeczny spojenie łonowe i kości miednicy małej. Pośladki prawie zanikły, pozostały z nich tylko wachlarze kości miednicy dużej, obciągnięte skórą. Brzuch zapadnięty zupełnie, skóra przylegała nieomal do kręgosłupa. Nad brzuchem unosiła się wysoko klatka piersiowa i żebra; dalej ostro rysowała się obręcz barkowa z doskonale widocznymi kośćmi, obojczykiem i łopatką. Ramiona były niewiele grubsze od dwóch palców dorosłego mężczyzny. Zwisające ręce wydawały się bardzo długie, część ręki od łokcia do dłoni była szersza od ramion, gdyż odstęp między dwiema kośćmi przedramienia nie zmniejszył się przez wychudzenie. Dłonie długie z palcami wychudzonymi i najczęściej nieobcinanymi od dawna paznokciami przypominały rysunek dłoni śmierci trzymającej kosę. Szyja cienka, prawie bez mięśni i bez tkanki tłuszczowej, na niej osadzona czaszka, na głowie przerzedzone, odrastające włosy, twarz starcza, wiek trudny do określenia, otwarte, rozszerzone, błyszczące i głęboko zapadnięte oczy, wystające kości jarzmowe, wydłużony nadmiernie nos, zapadnięte policzki, odstające uszy, nieproporcjonalnie wielkie usta wysmarowane białą glinką i brudne pożółkłe zęby, często z przodu wybite przez funkcyjnych [s. 240–242].
Kiedyś myślałem, że śmierć jest pełna dostojeństwa. Myliłem się. Tu, w tych warunkach, nic nie miała ze swej godności i powagi. To była śmierć straszna, pełna hańby i upodlenia [s. 219].
W dniu, w którym SS-mani zabierali chorych do komory gazowej, lekarz obowiązany był czas śmierci wszystkich zagazowanych rozłożyć na całe 24 godziny, wypisując różne przyczyny zgonów, najczęściej zapalenia płuc, zaburzenia krążenia, biegunkę, gruźlicę. Nigdy natomiast nie podawano, że więzień zmarł na skutek pobicia, zagłodzenia czy zagazowania. Władze obozowe zabroniły również podawać tyfus jako przyczynę zgonu [s. 275].
Na łóżkach nie było żadnej bielizny pościelowej, jedynie sienniki papierowe i takie same zagłówki wypchane wiórami drzewnymi. Na każdym łóżku leżał jeden koc. Sienniki, zagłówki, koce nie były prane ani dezynfekowane, jak również nie zmieniano ich po zmarłych czy chorych na choroby zakaźne; były one niesamowicie brudne.
Na te same łóżka kładziono następnych chorych. Czasem po durze plamistym na skutek interwencji lekarzy zezwalano zanieść koce do dezynfekcji. Nic dziwnego, że więźniowie, przychodząc na rewir z jakimkolwiek schorzeniem, z reguły zakażali się panującą tam wówczas chorobą zakaźną [s. 286–287].
W okresie rekonwalescencji Greków zwrócił naszą uwagę fakt, że chcieli zajmować prycze wyżej położone. Zaskoczyło nas także, że nawet po dwóch w jednej koi chętnie zajmowali miejsce. Tajemnicę odkrył Janusz w czasie pełnienia dyżuru nocnego. W przeważającej liczbie Grecy byli homoseksualistami [s. 308].
W obozie panował swoisty humor, krążyły tragikomiczne dowcipy w rodzaju:
– Kolego, czy wiecie, kiedy nas zwolnią z obozu?
– Za dwie niedziele.
– Tak? To przetrzymamy?
– Za dwie niedziele, ale palmowe!
A oto inny:
Więźniowie maszerują piątkami do komory gazowej.
Jeden z nich nerwowo polewa się wodą kolońską. Kolega pyta go:
– Czemu się perfumujesz? Przecież i tak idziesz na mydło.
– Tak, ale ja chcę być mydłem toaletowym [s. 313].
Dzieci wrzucano siłą do rowów, ciężko chorych z rewiru na noszach wynoszono z baraków i także wrzucano do rowów. Słychać było jęki niedobitych, szczególnie w górnych warstwach. Na ostatnią z nich kładziono niewiele ziemi i posypywano wapnem. Robiła to grupa Żydów, którzy w końcu też zostali zlikwidowani. 4 listopada ziemia w zasypanych rowach uniosła się o kilkanaście centymetrów. Słychać było jeszcze jęki [s. 356].
Skarb Rzeszy czerpał również zyski ze sprzedaży prochów pomordowanych, które na życzenie rodzin odsyłano za odpłatnością 1000 złotych. Ładowano je do blaszanych urn i wysyłano pocztą. Prochy te, które rodzina otrzymywała, nie były oczywiście prochami więźnia, o którego chodziło. Zanim wysłano zawiadomienie o śmierci i zanim nadeszła akceptacja kupna prochów, prochy po bliskim rodzinie więźniu były już dawno rozsypane po polu lub zmagazynowane w workach. Brano więc garść popiołu resztek aktualnie palonych zwłok, ładowano do blaszanej urny i wysyłano rodzinom [s. 359].
Powszechnie wiadomo było na rewirze, że Mußfeldt, który wspólnie z Laurichem i innymi wykonywał egzekucje w krematorium, wrzucił do pieca żywcem kobietę, gdy ta nie spełniła jego rozkazu zdjęcia ubrania. Leichenträgerzy opowiadali mi, że Mußfeldt zastrzelił ciężarną kobietę, która w czasie spalania tuż po egzekucji w piecu urodziła dziecko [s. 386].
Pragnienie było tak wielkie, że nie robiło różnicy, w czym woda zostanie przyniesiona. Wiadra po odchodach były brudne, pomazane wewnątrz kałem. Pragnienie jest silniejsze niż wstręt [s. 446].
Powoli rozwidniało się, pociąg mknął dalej, nie zatrzymując się od kilku godzin. Minęło południe, godziny wlokły się, nadchodził wieczór. Niesamowite pragnienie trawiło wnętrzności. Więźniowie z pierwszych rzędów prosili, błagali o kroplę wody do zwilżenia ust. Na próżno. Widziałem, jak niektórzy z nich pili własny mocz, oddawany do ręki nad wiadrem. Nie do opisania jest uczucie pragnienia, głód jest niczym w porównaniu z pragnieniem. Głód m.in. powoduje osłabienie organizmu, a po jakimś czasie otępienie. Natomiast pragnienie mobilizuje człowieka do zdobycia za wszelką cenę choć kilku kropli wody [s. 444].
W czasie budowy baraków na rozległej łące przeciętej wartkim strumykiem Francuzi zbierali żaby i ślimaki. W obozie przygotowywali z nich potrawy. Nie sposób zapomnieć o pewnym obrazku z tego czasu. Jeden z więźniów, Rosjanin, złapał dużego ślimaka o lśniącej, twardej, brązowej skórze, mówiąc: „Francuzi mogą zjadać ślimaki, to ja również”.
Na placu budowy paliło się ognisko, gdzie podgrzewano beczki z lepikiem do polewania dachów. Więzień ten zbliżył się do ognia, ułożył ślimaka na łyżce i wsunął w płomień. Okopconego ułożył na kawałku chleba, nagniótł łyżką w celu rozsmarowania na chlebie. Pod naciskiem ślimak wystawił długie rogi. „Żyje” – zauważył Rosjanin i ze złością włożył ślimaka znów do ognia. Osmalił nieco i z powrotem począł dusić na pajdce chleba. I znów ślimak wystawił rogi. Więzień po raz trzeci wsunął do ognia stworzenie, potrzymał chwilę, po czym pajdkę chleba przepołowił, ślimaka ułożył między dwoma kromkami i z apetytem konsumował, mówiąc: „Pokazuj teraz rogi, pokazuj!” [s. 470–471].