cytaty z książki "Zawracanie statków głupców i inne eseje"
katalog cytatów
Ignorancja pospolita (Ignorantia Vulgaris)
– powszechnie występujący rodzaj szkodliwego chwastu wypierający rośliny o własnościach użytkowych, takie jak Animus czy Sensus. Przystosowuje się do wszelkich warunków bytowych zajmując zupełnie nowe siedliska. Rozmnaża się zarówno generatywnie, jak i wegetatywnie. Całkowicie odporny na środki chwastobójcze i zabiegi ogrodnicze. Od pewnego czasu traktowany jak roślina ozdobna chętnie akceptowana w ogrodach. Pomimo postępującej ekspansji Ignorantia vulgaris mogącej doprowadzić do wyginięcia wielu roślin użytkowych, pojawiają się coraz częściej głosy o objęciu go całkowitą ochroną.
Nauka narodziła się z niezgody człowieka na niewiedzę, z potrzeby zastąpienia przekonania „nie wiemy, nie rozumiemy” przez pewność, że „wiemy i rozumiemy”. Przez stulecia z mozołem zmniejszamy ogromny obszar niewiedzy, misternie układając niewielkie puzzle wiedzy. Kiedy jednak brak wiedzy traktujemy jak wiedzę niejednoznaczną, zacieramy podstawową granicę w nauce, ze szkodą dla tego, co wiemy na pewno i co jest jednoznaczne.
Nauka nie rysuje przed nami czarno-białego obrazu świata, lecz świat dzielący się na ten, który rozumiemy, i ten, którego jeszcze nie poznaliśmy. Ale nazywanie braku wiedzy niejednoznacznością tworzy jedynie jej iluzję.
Kwestię wzajemnych relacji inteligencji i mądrości najlepiej chyba ilustruje stwierdzenie, że inteligentny wie, iż pomidory są owocem, mądry natomiast nie doda ich do sałatki owocowej.
Cóż, zdaję sobie sprawę, że mój głos nie zawróci ludzkości z raz obranej ścieżki w kierunku nowego wspaniałego świata, w którym nie ma miejsca na pełną, dojrzałą samotność i radość z bycia z samym sobą. A ponieważ wizja świata bez izolacji społecznej jest czystą utopią, ludzkość będzie musiała w nieskończoność borykać się ze stworzonym przez siebie potworem samotności, dzień po dniu czekając na… listonosza, który jako jedyny raz na jakiś czas zapuka do jej drzwi, przynosząc wiadomość ze świata i chwilową ulgę w izolacji.
Odporność psychiczna, którą dzisiaj dysponujemy, ukształtowała się w ciągu co najmniej dwóch i pół miliona lat ewolucji rodzaju Homo. Przez te ponad dwa miliony lat nasi przodkowie obrywali na prawo i lewo. Kładąc się spać, ryzykowali życiem. Lęk był wszechobecnym elementem każdego dnia. Czy nie stanę się dziś obiadem dla jakiegoś drapieżnika? Czy nie potknę się, łamiąc nogę i stając się bezradny na długie tygodnie, podczas których nie będę w stanie sprostać codzienności? Czy mojemu potomstwu nic nie grozi, kiedy będę na polowaniu? A przecież to bardzo konkretne przyczyny lęku. Do tego doszły te irracjonalne – gniew bogów, klątwa rzucona przez zawistnego pobratymca. Nawet kiedy stosunkowo niedawno osiedliliśmy się, powodów do odczuwania lęku wciąż nie brakowało. Może nasi przodkowie już nie odczuwali go każdej nocy, ale powodów, dla których sen niekoniecznie był spokojny, nie brakowało. Czy wystarczy pożywienia do wiosny? Czy moja kobieta przeżyje kolejny poród? Ile z moich dzieci dożyje dorosłego wieku? Czy w tym roku mór nie nawiedzi naszej osady? Czy rabusie znowu nie napadną na wioskę? Czy przedstawiciele władzy nie zabiorą mojego najstarszego syna, aby zrobić z niego żołnierza w kolejnej wojnie? Dzień po dniu, przez dwa i pół miliona lat uczyliśmy się radzić sobie z lękiem.
Walka z negatywnymi emocjami przypomina więc nieco sytuację, w której pracownicy departamentu PR w trosce o dobre samopoczucie swojego zwierzchnika odcinają mu dopływ złych wiadomości z otoczenia zewnętrznego. Zapewnia mu to z pewnością dobre samopoczucie, ale już w nieco dłuższej perspektywie uniemożliwia prawidłowe funkcjonowanie.
W codziennych rozmowach często mówimy o „wspaniałej, ładnej, dobrej” lub „okropnej, brzydkiej, złej pogodzie”. W języku polskim posuwamy się nawet do dość absurdalnego stwierdzenia: „Nie ma dzisiaj pogody”, jakby chłodna, deszczowa aura nie zasługiwała w ogóle na takie miano. Przymiotnik „pogodny” również ma w naszym języku tylko jedno, pozytywne znaczenie. Tymczasem „dobra pogoda” może oznaczać suszę i duże straty dla rolnika, zaś „paskudna pogoda”, kiedy wiatr łamie drzewa, jest wyczekiwana przez pasjonatów windsurfingu. Podobnie przywykliśmy mówić o emocjach, choć w przeciwieństwie do pogody, na którą raczej nie próbujemy wywierać wpływu, staramy się je aż nazbyt często poprawiać, co niekoniecznie i nie zawsze kończy się dla nas dobrze.
Rozważając kwestie związane ze stosowaniem placebo i nocebo, warto również pamiętać, że ich efekty, jakkolwiek imponujące, występują wyłącznie w subiektywnych aspektach chorób, takich jak ból, bezsenność, impotencja, nudności i wymioty, lęk, niepokój, zaburzenia nastroju, świąd, problemy żołądkowe i tym podobne. W żadnych badaniach dotychczas nie zanotowano, aby placebo działało wbrew naturze. Po jego podaniu żadnemu pacjentowi nie odrosła amputowana kończyna, nie znikły guzy ani przerzuty nowotworowe, nie powróciły również trwale uszkodzone funkcje organizmu.
A może brak danych jest najważniejszą informacją wśród tych danych? Można to przybliżyć, posługując się spopularyzowaną przez Bertranda Russella historyjką o kurczaku. Ów słynny, za sprawą znanego filozofa, przedstawiciel drobiu był systematycznie i dobrze karmiony codziennie, odkąd sięgała jego pamięć. Wiele miesięcy gromadzenia danych potwierdzało jego indukcyjną wiedzę, że ludzie, którzy o niego dbają, są istotami dobrze mu życzącymi i na podstawie tak sformułowanej wizji świata ufnie patrzył w przyszłość. Niestety, pewnego dnia, zamiast spodziewanego posiłku, ukręcono mu jego mały, próbujący zrozumieć świat, łebek, a on sam skończył w garnku z rosołem. Aby stworzyć sobie rzeczywisty obraz ludzi i ich motywów, wśród setek informacji składających się na jego system wiedzy zabrakło tej jednej jedynej.
Tymczasem antyszczepionkowcy jednoczą się z płaskoziemcami, badaczami reptilian i tropicielami biorobotów. Rosną w siłę. Uginają się przed nimi rządzący, a niektórzy z nich zdobywają miejsca w ławach poselskich. Jednoczy ich lęk. Lęk przed nieznanym, niezrozumiałym, przypadkowym, czasami ślepym i okrutnym. Scala ich tęsknota za autorytetami, które ten lęk pozwolą przezwyciężyć. A co jednoczy zwolenników nauki? Dzisiaj prościej byłoby odpowiedzieć na pytanie o to, co dzieli.
Postmodernizm stworzył swoisty epistemologiczny zamęt, przysparzając konfliktów i zmieniając ich oblicze. Już nie trzeba odwoływać się do logiki i twardych argumentów, aby przekonać adwersarza do swoich poglądów. Wystarczy wykazać, że jego twierdzenia są konstruktami społecznymi, a jako takie są zastępowalne innymi. Twarda, oparta na empirycznych danych, koncepcja może zostać zestawiona z dowolną intelektualną fantazją. Mnogość sprzecznych poglądów stała się normą i zaczęła wymagać dla siebie tolerancji.
Praktyka uważności wykorzystywana jest do przeróżnych celów – od religijnych, poprzez kształcenie empatii, leczenie zaburzeń psychicznych i somatycznych, redukcję bólu, poprawę uwagi i innych zdolności poznawczych, codzienną higienę psychiczną, aż po zwiększenie wydajności pracowników. Dlatego obecna sytuacja przypomina trochę postępowanie niedoświadczonej gospodyni domowej, która odkryła uniwersalną przyprawę typu Vegeta i zafascynowana sypie ją do każdej potrawy. Tyle że niekoniecznie poprawia ona smak wszystkich potraw, a niektóre może popsuć lub nawet uczynić niejadalnymi. Podobnie mindfulness przynosi różne efekty w zależności od celu, w jakim jest stosowany, właściwości tego, kto go praktykuje, i wreszcie od odpowiedniego nadzoru nauczyciela lub terapeuty. Wykorzystywany mądrze może przynieść wiele pozytywnych rezultatów, wykorzystywany bezrefleksyjnie spowoduje takie szkody jak sięganie na chybił trafił do apteczki z lekami.
Depresja celebryty, choć bywa wstrząsająca, jest ładna i dużo bardziej ludzka niż schizofrenia bezdomnego, który nie mył się przez kilka miesięcy, od czasu kiedy odkrył, że prześladujący go ludzie dodają do wody truciznę, i dosłownie walczy o przetrwanie na ulicy. W zmaganiach tego pierwszego chętnie wezmą udział rzesze specjalistów, a na koniec opiszą je kolorowe magazyny, podczas gdy ten drugi będzie stał w kolejce po bezpłatny posiłek wydawany przez siostry zakonne. W ślad za tymi pierwszymi statki głupców zapełnią inni, podczas gdy garstka potrzebujących pomocy, by przetrwać i zachować resztki człowieczeństwa, pozostanie na marginesie naszego zadowolonego z siebie społeczeństwa. A powodów do zadowolenia mamy wiele – wszak z wielką troską pochylamy się nad coraz liczniejszą gromadą ludzi doświadczających problemów psychicznych, otwarcie o tym rozmawiamy i piszemy, jesteśmy pozbawieni uprzedzeń i walczymy ze stygmatyzacją, a nade wszystko jesteśmy głęboko przekonani, że czasy, kiedy szaleńców i głupców wyprawialiśmy w morze, przeszły do zamierzchłej okrutnej historii ludzi bezdusznych.
O ile medycyna dosyć skutecznie oczyszcza się z pseudonaukowych metod, bo dość łatwo wykazać bezpośredni związek pomiędzy zastosowanym lekiem a skutkami ubocznymi, przeprowadzoną operacją i wynikającymi z tego uciążliwościami, o tyle szkodliwe psychoterapie umierają z większym trudem. Tę agonię przedłuża dość niska efektywność psychoterapii, bo tam gdzie efekty są niewielkie, trudno też wykazać jej negatywny wpływ.
Jednak czym byłaby nasza dumna z siebie cywilizacja, gdyby nie zaproponowała absurdalnego w swojej istocie rozwiązania? Przecież człowiek funkcjonujący w warunkach hiperkonkurencji, podobnie jak bolid Formuły 1, potrzebuje pit stopu, aby dokonać niezbędnych napraw. Cóż zatem stoi na przeszkodzie, aby w kolejnym okrążeniu, w którym bierze udział, wpadł po prostu na godzinkę do gabinetu terapeutycznego? Może po jakieś środki psychotropowe do psychiatry? A może do personalnego coacha, który dokona odpowiedniego tuningu?
Dzieciom pozbawionym wspólnych posiłków rodzinnych, rozmów z rodzicami, biegającym z jednych zajęć pozalekcyjnych na drugie, ale również tym doświadczającym przemocy w domu czy w środowisku, w którym żyją, oferujemy terapeutyczne pit stopy. Nie milknie chór głosów nawołujących do zatrudnienia w szkołach rzesz psychologów i terapeutów, do zwiększenia wydatków na psychiatrię dziecięcą. Dzieci niewyrabiające na wirażach wyścigów, w które zostały wepchnięte, odstawia się do gabinetu terapeutycznego, gdzie mają zostać przywrócone do sprawności umożliwiającej dalszy udział w gonitwie. W takim podejściu ukryte jest bardzo niebezpieczne założenie, że problem tkwi w psychice małego pacjenta. W całym tym szaleństwie rzadko kiedy jakiś trzeźwy głos zaproponuje, żeby może naprawić to, co powoduje problemy – otoczenie.