cytaty z książki "Kraj, w którym umrę"
katalog cytatów
Czy sensem przynoszenia kwiatów ciętych, które tak szybko umierają, nie jest właśnie ich nietrwałość? Czy fakt, że przez chwilę są piękne, a następnie gniją i śmierdzą, nie sprawia, że jak nic innego nadają symbol ludzkiego życia? Mamy tu do czynienia z paradoksem - coś nietrwałego intensyfikuje doświadczenie, podczas gdy coś trwałego zmniejsza poczucie wagi chwili.
Niestety, samotność ma potencjał totalitarny. Według Arendt masy ludzkie, które stanowiły podstawę ruchów totalitarnych, były grupami ludzi wyizolowanych, których nie jednoczyła żadna naturalna siła, żadne wspólne interesy polityczne - to populizm propagandy stworzył więź zastępczą, z której wyrosła negatywna solidarność, oparta na nienawiści do wspólnego wroga. Wyizolowanie i samotność tych ludzi brały się z tego, że normalne kontakty międzyludzkie straciły swoje znaczenie, czego przyczyną z kolei było poczucie zbędności i nieważności wielu z nich.
Trudno być kimś, a jeszcze trudniej być kimś, z kogo jest się zadowolonym, jeśli się nie wie, kim się jest. Dokładnie tak samo, jak trudno być zadowolonym z tego, że się dojechało "gdzieś".
W świecie, w którym wszyscy są non stop połączeni z wszystkimi innymi, ludzie czują się coraz bardziej samotni.
Być może potrzebujemy religii bez religii? To jednak byłoby jak chodzenie na siłownię samemu, bez trenera, czyli bez kogoś, kto doda otuchy i wesprze w chwili słabości. Albo jak odwyk od uzależnienia, który przechodzi się samemu, bez wsparcia grupy czy patrona, do którego można zadzwonić, gdy jest naprawdę źle. Być może musimy podjąć trud zreformowania naszych instytucji religijnych w taki sposób, żeby nie były ostoją nacjonalistycznego zamknięcia na świat, gromadzenia bogactw i utrwalania hierarchii. Być może potrzebujemy nowej reformacji.
Jeśli chce się kogoś trwale zmienić, ewolucja jest lepsza niż rewolucja.
Homo sapiens zamienia się w phono sapiens.
Symulacja rzeczywistości, dostarczona przez media społecznościowe na bardzo wczesnym etapie rozwoju człowieka (a takim jest wiek poniżej trzynastu lat), ma jakiś związek z chorobami duszy, na które cierpi młodzież.
Ideologie uwielbiają zastępować tradycyjne wartości, uwalniać od nich ludzi, bo wtedy łatwiej im tymi ludźmi manipulować. Te tradycyjne wartości nie poddają się tak łatwo manipulacji, bo mają swoją historię, obrońców i funkcje, które wielu z nas dostrzega i ceni.
Obraz łatwo oderwać od tego, kto go pokazuje, i nie trzeba wtedy bawić się w podwójną ocenę: czy wiarygodny jest nadawca i w związku z tym czy wiarygodny jest jego przekaz.
Jedną z kluczowych przyczyn podziałów w naszym społeczeństwie jest stosunek do zmiany. Im bardziej jest ona drastyczna, tym większy opór wywołuje. Pogarda dla zmiany liberalnej, ewolucyjnej, pojawia się i po jednej, i po drugiej stronie barykady - i tej konserwatywnej, i tej lewicowo-progresywnej. Dla konserwatystów jest zbyt daleko idąca, jak każda; dla progresywistów jest zbyt zachowawcza, bo nie rusza z posad bryły świata.
Postmodernizm głosi, że skoro każdy ma inną, skrajnie subiektywną perspektywę, to znaczy, że każdy jest skrajnie inny, a więc nie ma żadnego wspólnego mianownika: wspólnych ideałów, norm ani tradycji. Nie jest to jednak konkluzja możliwa do obrony.
Jeśli z kimś rozmawiamy, to ze sobą - nasi przyjaciele na Facebooku czy followersi na innych platformach są traktowani bardziej jak trofea lub medale potwierdzające rangę naszej popularności niż jak żywi ludzi. A tym kimś, z kim rozmawiamy (lub zdaje się nam, że rozmawiamy), jest wirtualny świat wytworzony przez te media - przy pomocy naszego umysłu.
Tradycja staje się kozłem ofiarnym i trzeba ją wygonić z miasta, aby symbolicznie pozbyć się ciężaru winy i uzyskać poczucie, że teraz już wszystko będzie dobrze.
To właśnie robi technologia: udając, że ułatwia komunikację, zrywa ją.
Kluczowe staje się nie rzetelne opisywanie rzeczywistości, ale to, by znaki zachowały swój radykalizm - zdolność do dzielenia społeczeństwa na dwa obozy.
To, jak populizm rozmywa i wydrąża z treści pojęcia ważne dla życia publicznego, pokazuje najlepiej Ernesto Laclau. Rozumie on populizm jako przede wszystkim sposób komunikowania się (logikę artykulacji), który zmienia treść pojęć ważnych dla debaty publicznej. Populiści nie tyle wyrażają to, co myślą ludzie, czy to, na czym tym ludziom zależy, ile tworzą określone myśli i oczekiwania, następnie wmawiając je ludziom jako ich własne.
W pustkę spowodowaną samotnością wchodzi populistyczna ideologia i mami wspólnotą czarno-białych poglądów.
Postmodernistyczny dylemat języka można rozwiązać. Postmoderniści jednak tego nie chcą, ponieważ niestabilność jest im na rękę.
Mylimy to, co ważne, z tym, co najbardziej pobudza nasze emocje - stąd niefortunne słowo polityka wielu traktuje jako większy skandal niż systemowe niszczenie państwa. To słowo razi, potwierdza osąd, przekonuje przekonanych, że ich niechęć do osoby to słowo wypowiadającej jest całkowicie uzasadniona.
To właśnie dowodzi tezy postmodernizmu, że mówiącemu nie chodzi o porozumienie, lecz o zwycięstwo - o to, aby jego subiektywna wizja rzeczywistości wygrała i została przyjęta przez rozmówcę.
To rozchwianie i traktowanie języka jako pola walki ma dwojakie konsekwencje. Po pierwsze - pogłębiający się relatywizm. Bo jak obiektywnie wyrazić jakiekolwiek normy czy standardy, skoro nie ma obiektywnego znaczenia słów, a każda interpretacja jest równoważna? Po drugie, pojawia się defensywność w rozmowie. Oto rozmówca staje się wrogiem, a słowa jak sztychy szermierza - trzeba umieć je odeprzeć. Każda dyskusja staje się sofistyką, która oprócz próby sił nie ma żadnego innego, głębszego sensu.
Właśnie takiej zmiany dokonują populiści - próbują nas przekonać, że nasze pojęcia są puste, a więc nie mają żadnej ważnej funkcji, następnie zaś chcą je wypełnić własną treścią i ich funkcję zmienić, tak aby realizowały ich cele, nie cele dotychczasowe.
Tymczasem myśl postmodernistyczna jest błędna i groźna bez względu na to, kto ją atakuje. Jest błędna, ponieważ jest głęboko nienaukowa. Jest groźna, ponieważ przenika nasze życie intelektualne i jest jak nieujawnione założenie ideologiczne, wpływające na treści, których naucza się w szkołach, na interpretacje, które szerzy się wśród młodych ludzi, na promowane postawy i zachowania.
Jak święty Tomasz wierzymy, bo zobaczyliśmy, i zapominamy, że czasami mądrzejsi są ci, którzy uwierzyli, choć nie widzieli (obrazu), a tylko słyszeli (słowo).
Jeśli dawny system porównać do zegarka, nie da się go naprawić jednym zdecydowanym uderzeniem młotka - w ten sposób można go co najwyżej rozbić. Aby naprawić złożony system, trzeba precyzyjnie nastawić to, co rozregulowane, zastąpić zużyty trybik nowym, lepszym, i ciągle pilnować, jak zmiana w jednym punkcie wpływa na całość. Problem w tym, że w świecie polityki zbudowanej na emocjach postać zegarmistrza musi przegrać konkurs piękności z rycerzem-rewolucjonistą, który zabija potwory przeszłości. W tej właśnie różnicy spektakularności leży sedno naszego problemu z tym, jak rozumiemy zmianę.
Kultura kasowania zaprzecza oświeceniowemu ideałowi otwartości na inność. Jest groźna, ponieważ stanowi formę cenzury, ale nie takiej, w której fragment tekstu wycina się nożyczkami, jak robili to cenzorzy komunistyczni; raczej takiej, w której wycina się człowieka i stwarza atmosferę lęku, że jeżeli inni nie podporządkują się jednomyślności, ich także spotka wycięcie. A to powoduje efekt mrożący - ludzie ograniczają sami siebie w wypowiedziach, aby nie podpaść inkwizytorom. Skutkuje to autocenzurą, która jest właściwie niewidoczna - dokonuje się w głowie. Ale skutek jest ten sam co w przypadku cenzury tradycyjnej: pozbawienie społeczeństwa różnorodności myśli i wielości idei, jak radzić sobie ze światem.
Na szczęście pracę w stylu modernistycznym można traktować jak zabawę - uczy tego Derrida (nie muszę mieć racji, muszę być zabawny). Jeśli uzyskujesz rozgłos, zapewni ci to sukces, a rozgłos w świecie zdominowanym przez homo affectus zdobywa się, budząc emocje, a nie szukając prawdy. Być może to jest powodem, dla którego większość kadry akademickiej w zakresie nauk społecznych i humanistycznych skłania się w kierunku myślenia postmodernistycznego: łatwiej jest być interesującym niż zainteresowanym prawdą. A do tego jeszcze ta pełna zblazowana ironia. Homo ludens nie traktuje poważnie tego, co robi, bierze to, co robi, w cudzysłów: Jestem ironiczny, bawię się tym, co robię, bo przecież i tak nic nie ma większego sensu.
Umysł długo wystawiony na działanie rolki mediów społecznościowych traci stopniowo możliwość porządkowania rzeczywistości, z racjonalnego umysłu staje się sercomózgiem, które żyje emocjami, a myśli już tylko fragmentami. I coraz trudniej mu przejść na poziom racjonalnych, abstrakcyjnych procesów, które zachodzą w życiu publicznym, na poziomie państwa, w polityce. Masa sercomózgów, gotowych do pobudzenia jednym wezwaniem, to marzenie każdego populisty.
TikTok może stać się w przyszłości głównym narzędziem działania politycznego. To tam będzie się toczyła wojna o emocje homo ludens, który za moment całkowicie wyprze homo faber z roli elektoratu. A najgroźniejszym i najbardziej pozbawionym litości narzędziem tej walki będzie beka - coś, co sprawia pozory kreatywności, ale niczego nie kreuje, bo niszczy, rozrywa jak sarkazm, dekonstruuje. Beka, która w czasach nihilizmu zastąpi prawdziwe tworzenie.
Kształtujemy w naszych dzieciach przekonanie, że świat jest jak czarno-biały film i że ludzie w nim występujący są podobnie jednoznaczni - albo całkowicie źli, albo całkowicie dobrzy.