cytaty z książki "Niewypowiedziane"
katalog cytatów
To była ona – depresja. Jedno słowo, w którym mieści się tyle różnych historii.Słowo, które gasi blask w oczach. Oplata ciało ciężkimi łańcuchami. Wkłada ciemne okulary. Wysysa całą energię. Zabija marzenia. Zdmuchuje zapaloną świecę. Zabiera ciepło promieniom słońca. Kradnie nocy sen. Słowo, które odbiera życiu życie.
Przeczytałam kiedyś, że depresja to życie w ciele, które walczy, żeby przetrwać, z umysłem, który robi wszystko, żeby umrzeć. Nie wyobrażam sobie większego konfliktu wewnętrznego. A kto nigdy nie próbował żyć w takim rozdarciu, nie jest w stanie wyobrazić sobie, jaki to ogromny ból.
Jest wszędzie. Jest ze mną. Jest mną.
Najgorszy z możliwych – krzyk ciszy.
– Dlaczego nie mówicie mi, że mnie kochacie?
– Bo to zbyt ważne słowa, żeby je często powtarzać.
Odpowiedź padła natychmiast. Tata nie musiał już wyłączać światła. Mimo że wokół było jasno, Isię zalała ciemność. Zrozumiała. Wszystko zrozumiała. Nie jest wystarczająco ważna, żeby ją kochać.
Od lat dążę wciąż w tym samym kierunku – zniszczyć siebie. Nie powinnam żyć. Nigdy. Od dawna różnymi działaniami zabijam siebie. Po kawałku. Nie zasługuję na miłość. Na życie. Nie mogę. Nie potrafię. Nie chcę. Nie powinnam.
To tak, jakbym do życia była przywiązana różnymi linkami. A teraz po kolei odcinam te linki.
(...) w jakimś wymiarze w szpitalu jest bezpiecznie. Czuję się chroniona przed złym światem. Tu nie muszę żyć. Wystarczy, że jestem.
Nie płakała. Nie wolno płakać. Uśmiechała się, bo tak trzeba. Nie mogła być smutna. Nikt nie mógł widzieć, że jest smutna. Zaciskała więc oczy, zaciskała pięści i tylko czasem, w nocy, kilka łez, których nie mogła już powstrzymać, spływało po twarzy.
A każda łza była jej porażką.
Dla mnie przyszłość do czarna dziura.
Przeszłość męczy. Teraźniejszość boli. Przyszłość przeraża.
To mogłam być ja. Mogłam stać się jedynie imieniem, nazwiskiem i datą. Mogłam tu leżeć przykryta kamienną płytą i już nigdy nie poznać jesiennego słońca na twarzy. Nie usłyszeć szelestu liści pod stopami. Nie przeczytać książki. Nie napić się herbaty. Nie tęsknić. Nie płakać. Nie czuć. A jednak jestem. Żyję.
Po policzkach spływają jej łzy. Łzy, na które tak długo nie mogła sobie pozwolić. Ja też płaczę. Płaczę nad sobą i nad nią. Płaczę z lęku i niemocy. Płaczę z samotności. Opłakuję zabite marzenia i niespełnione plany. Łzy wypłukują wstyd, rozpuszczają złość, obmywają ból.
Trwać rozbitym na milion kawałków i udawać, że jest się całością – to nie do wytrzymania.
Jestem zamknięta.
We własnym wnętrzu.
Chcąc uniknąć lęku, bólu i rozczarowania, zaczęłam odgradzać się od świata. Nie zauważyła, że zamykając się na świat, odgradzam się nie tylko od tego, co jest złe, ale również od tego, co dobre.
Wciąż tkwię w pułapce własnego lęku - muszę umrzeć, bo boję się życia, muszę żyć, bo boję się śmierci.
Co ja mam? Co osiągnęłam? Jak odpowiedzieć na pytanie, co tam u mnie słychać? Wstydzę się. Siebie. Tego, jaka jestem. Albo jaka nie jestem. Tego, jak wygląda moje życie. I tego, że moim jedynym partnerem, który wiernie mi towarzyszy, jest obezwładniający lęk.
Mój traktor jest zepsuty. – Plastikowa zabawka ląduje na moich kolanach.
– Oj, to poważna sprawa. Musimy jak najszybciej zabrać go do mechanika – odpowiadam, bo przecież zepsuty traktor to nie byle co.
– Nie, ciociu! Przecież wystarczy go tylko przytulić!
(...)
Wystarczy przytulić. Rozpaczliwie potrzebuję przytulenia. Dotyku, który opatrzy wszystkie rany. Dotyku, który zaakceptuje. Dotyku, który sprawi, że poczuję się bezpiecznie.
Pozwolić się sobie rozsypać – to niełatwe. Pozbierać się – to jeszcze trudniejsze.
Egoizmem jest kazać żyć człowiekowi, którego w całości wypełnia ciemność. Który latami trwa zanurzony w pustce. Którego, dzień w dzień, pierwszą myślą po obudzeniu i ostatnią przed zaśnięciem jest to, że nie może żyć. Który nienawidzi siebie tak bardzo, że nie może na siebie patrzeć. Że objada się, głodzi, kaleczy. Egoizmem jest kazać żyć człowiekowi, którego wstyd bywa tak wielki, że nie pozwala mu oddychać. Którego lęk sprawia, że nie może się poruszać. Którego zmęczenie przygniata do ziemi. Dla którego każdy kolejny dzień to droga pod górę. Droga, którą musi przebyć sam, w upale, idąc boso po szkle tylko po to, by przekonać się, że za tą górą wznosi się kolejna. I następna. I jeszcze jedna. Każda coraz wyższa i coraz trudniejsza do zdobycia. A na szczycie każdej z nich czeka na niego tylko mgła zwątpienia. Oblepiająca ciało. Odbierająca siły. Egoizmem jest kazać żyć człowiekowi, który każdego dnia dźwiga przekonanie, że dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby nigdy się nie urodził.