cytaty z książki "O niedogodności narodzin"
katalog cytatów
Gdziekolwiek się ruszę — to samo uczucie nieprzynależności, bezużytecznej gry. Udaję zainteresowanie czymś, co mnie zupełnie nie obchodzi, kręcę się tu i tam, ale nigdy nie jestem "w środku", w żadnym określonym miejscu. To, co mnie przyciąga, znajduje się gdzieś indziej, czym zaś owo "gdzie indziej" jest — nie wiem
- Co pan robi od rana do wieczora? | - Znoszę siebie.
Jeśli przeznaczona ci jest samoudręka, nic ci w tym nie przeszkodzi: drobnostka będzie tu motywem równie dobrym jak duże zmartwienie. Pogódź się z tym, że będziesz się gryzł przy każdej okazji; taki twój los.
Mam wszystkie przywary innych ludzi, a jednak wszystko to, co oni robią, wydaje mi się niepojęte.
Nie warto się zabijać, skoro zabijamy się zawsze za późno.
Postrzeganie przemijalności wszystkiego - oto moja specjalność, cierpię na nią. Dziwaczne mistrzostwo, które z pewnością popsuje mi wszystkie radości, ba, wręcz wszystkie doznania.
Są noce, których nie wymyśliłby nawet najbieglejszy specjalista od tortur. Wychodzimy z nich pogruchotani, ogłupiali, zagubieni, wyżęci ze wspomnień i przeczuć, nie wiedzący nawet, kim jesteśmy. Wówczas dzień wydaje się czymś niepotrzebnym, światło - czymś zgubnym i jeszcze bardziej uciążliwym od ciemności.
Sarkazm to za mało, aby zapewnić sobie zbawienie i pomóc innym je osiągnąć. Sarkazm pozwala ledwie zamaskować własne rany, w najlepszym wypadku - obrzydzenie.
Wstać z łóżka, zrobić toaletę, a potem czekać na jakąś niespodziewaną odmianę chandry bądź lęku. Za odrobinę zobojętnienia oddałbym cały Wszechświat i całego Szekspira.
Powinniśmy być zwolnieni z obowiązku dźwigania ciała. Brzemię Ja wystarczyłoby.
W świetlne dnia człowiek się pilnuje, w ciemności mówi wszystko. Nieważne są następstwa - zbawienne bądź zgubne - tego, co myśli ktoś zadający sobie pytania w porze, kiedy inni padają łupem snu. (...) Po północy przychodzi upojenie prawdami złowrogimi.
Zmasakrowane drzewa. Wyrastają domy. Gęby, wszędzie gęby. Człowiek rozprzestrzenia się. Człowiek jest rakiem dla ziemi.
Po pewnych doświadczeniach należałoby właściwie zmieniać nazwisko, bo i my nie jesteśmy już tacy jak przedtem. Wszystko wówczas zmienia wygląd, poczynając od śmierci. Zdaje się ona bliska i pożądana, jednamy się z nią, w końcu zaczynamy ją uważać za "najlepszą przyjaciółkę człowieka", jak nazywa ją Mozart w liście do umierającego ojca.
Jeśli, jak dotąd, jakoś sobie radzę, to dlatego, że po każdym załamaniu, które wydawało mi się nie do zniesienia, następowało drugie, jeszcze okropniejsze, potem trzecie i tak dalej. Gdybym był w piekle, chciałbym, żeby jego kręgi się mnożyły, bo wówczas mógłbym liczyć na nowe, płodniejsze od poprzednich próby. Taktyka to zbawienna, przynajmniej w kwestii udręk.
Ta oto sekunda znikła na zawsze, przepadła w bezimiennej masie nieodwracalności. Nie powróci nigdy. Cierpię z tego powodu i nie cierpię. Wszystko jest jedyne - i nic nie jest znaczące.
Całkiem też jak Makbet, najbardziej potrzebuję modlitwy, i całkiem jak on nie potrafię wyrzec "Amen".
Chciałoby się niekiedy być kanibalem - nie tyle gwoli przyjemności pożarcia kogoś, ile raczej zwymiotowania go.
Zabić się, ponieważ jestem tym, kim jestem - zgoda; ale nie dlatego, że, dajmy na to, cała ludzkość napluła mi w twarz.
Ten, kto obawia się śmieszności, nie zajdzie daleko ani w dobrym, ani w złym, nie dorośnie do swoich talentów. Nawet gdyby miał szczyptę geniuszu, i tak byłby skazany na przeciętność.
Wieczorami ojciec zwykle czytywał głośno mojej matce. Chociaż był duchownym, czytał wszystko bez wyboru sądząc zapewne, że z racji wieku i tak nie rozumiem. Na ogół nie słuchałem i zasypiałem, chyba że lektura była zajmująca.
Którejś nocy nadstawiłem uszu; była to scena z biografii Rasputina, gdy ojciec, już na łożu śmierci, każe przyprowadzić syna, aby mu powiedzieć: "Jedź do Petersburga, opanuj miasto i nie cofaj się przed niczym. Nie bój się nikogo, bo BÓG TO STARA ŚWINIA".
Coś tak potwornego w ustach mojego ojca, dla którego kapłaństwo to nie były żarty, podziałało na mnie jak pożar albo trzęsienie ziemi. Ale pamiętam też bardzo wyraźnie - po upływie półwiecza z okładem - że tej mojej emocji towarzyszyła dziwna, by nie powiedzieć perwersyjna, przyjemność.
Jestem poruszony, nawet zbulwersowany, ilekroć natykam się na kogoś "niewinnego". Skąd się wziął? Czego szuka? Czy jego pojawienie się nie zapowiada czegoś złowieszczego? Jest to niepokój specyficzny, odczuwany wobec kogoś, kogo żadną miarą nie moglibyśmy nazwać naszym bliźnim.
Pomyliłeś się stawiając na mnie.” Kto mógłby się tak wyrazić? – Bóg i Nieudacznik.
Nie zaznałem ani jednej chwili pełni, prawdziwego szczęścia, w której nie pomyślałbym, że to moment, aby zniknąć na zawsze - teraz albo nigdy.
Na moje: "Jak tam sprawy?", leciwa pokojówka odpowiada, nie zatrzymując się: "Po staremu". Ta superbanalna odpowiedź poruszyła mnie prawie do łez.
Jeśliby samo tylko zbrzydzenie światem zapewniało świętość - trudna rada, nie wymigałbym się od kanonizacji.
Gdy spotykamy się z kimś znów po wielu latach, powinniśmy usiąść naprzeciw siebie twarzą w twarz i przez kilka godzin z rzędu nic nie mówić, tak by obustronne zakłopotanie mogło w milczeniu rozkoszować się samym sobą.
Namiętność do muzyki sama w sobie jest już
w y z n a n i e m. Więcej wiemy o nieznajomym, który się jej oddaje, niż o kimś na nią niewrażliwym, z kim obcujemy na co dzień.
Kręcą, powtarzają tę samą scenę bez końca. Przechodzień, najwidoczniej ktoś z prowincji, nie może się nadziwić. "Po czymś takim nigdy już nie pójdę do kina" - mówi.
Podobnie można by zareagować na cokolwiek,czego kulisy zdarzyło nam się oglądać, a sekret - uchwycić. A jednak mocą jakiegoś zakrawającego na cud omroczenia umysłu ginekolodzy durzą się w swych klientkach, grabarze płodzą dzieci, nieuleczalnie chorzy snuja mnóstwo planów, sceptycy piszą...
(...) samotność, nawet w nikczemności, zakłada coś pozytywnego, wybraństwo trochę specjalne, ale jednak wybraństwo.
O ile pytanie "i na cóż mu było się rodzić?" zadawałem ongiś, widząc umarłego, o tyle obecnie stawiam je na widok pierwszego z brzegu żyjącego.