[...] dom nie jest miejscem: jest harmonią mnóstwa nieuchwytnych i wciąż zmieniających się treści i rytmów, i porozumień, i wartości pewnej liczby osób żyjących jako rodzina [...].
Dźwięczało mu w uszach: ...trapez go wznosi w przestworza wysokie... Zachwycające i przedziwnie zabawne. Trapez do Boga lub do pustki, lotny trapez do jakiejś wieczności... Najzupełniej spokojnie pomodlił się o siłę na wykonanie z wdziękiem owego lotu.
wiele czasu zabiera człowiekowi pisanie książki, a gdy ją wreszcie napisze, książka ta nic nowego nie wnosi. Nic nie zmienia. Nie sprawia cudów.
Nikt z ludzi nie jest w stanie napisać prozą czy wierszem ,nic takiego, co by zmieniło całą naturę człowieka, jego konkret, jego prawdę, uszlachetniając ją i potęgując.
Jednakże siebie raczej kocham, może dlatego ze nie spotkałem człowieka, który by był choć w połowie tak przyzwoity jak ja. Mimo wszystko dotychczas nie wyrobiłem sobie jasnego pojęcia, kim jestem.
Pozornie mam paskudne obyczaje, w głębi duszy nie lepsze
Diabelnie staram się być uczciwy, ale wysiłek, który muszę w to wkładać, poucza mnie codziennie, ze nie jestem
Jestem człowiekiem zrażonym – powiedział kłamca. – Zraziłem się do samego siebie, do mojej rodziny, do bliźnich, ojczyzny, do mojego świata, do mojej epoki i kultury.
Każdy z nas potrafi urzeczywistnić to, do czego tęsknią ludzkie serca od początku świata.
-Widzisz, bo ja pamiętam świetnie wszystko aż do chwili, kiedy trzeba zacząć pisać, a wtedy okazuje się, że zapomniałem.
- Możemy zawsze dojść dalej, niż przypuszczamy. I możemy obyć się bez większej ilości rzeczy, niż nam się zdaje...
[...] nie ma na ziemi wymarzonych miejsc. Istnieją tylko w wymiarze powstałym z tęsknot jej mieszkańców [...].
Miał go na własność, bo przez pięć minut obserwował tamto zwierze patrzące w dal z obojętnością i dumą – jak to zwykle tygrysy.
Tygrys Tracy’ego rozglądał się czasami, mając nadzieję, że ujrzy jakąś młodą tygrysicę, która przyjmie chętnym sercem wszystko, co mogłoby wyniknąć z ich spotkania; wypatrywał oczy, ale bardzo rzadko spotykał podobne mu istoty. Widywał prawie wyłącznie zdziczałe kotki.
– A więc nazywa pan to zwierzę tygrysem?
– Tak, choć wiem, że jest czarną panterą – odrzekł Tracy – lecz dla mnie to był zawsze tygrys.
– Pański tygrys?
– Tak.
– I pan się go nie boi?
– Nie.
– Ludzie boją się tygrysów.
– Ludzie boją się wielu rzeczy.
Tracy stał przy klatce, obserwując czarną panterę. Patrzył na nią przez całe pięć minut, potem wyrzucił niedopałek papierosa, odchrząknął, splunął i opuścił zoo.
– To jest właśnie mój tygrys – powiedział.
Czas, który przeżyła, niczym jej nie obdarował.
Viola podała Thomasowi pudełko czekoladek, prosząc by się poczęstował, ale jej słowa znaczyły coś więcej.