cytaty z książek autora "Barbara Faron"
Takie jest życie. Ludzie są mili tylko wtedy, kiedy węszą jakąś korzyść.
Żałuję tylko jednego, a mianowicie tego, że jestem mazgajem. W środku oczywiście. Bo na zewnątrz potrafię być twarda. Bardzo twarda. Musiałam. Muszę...
Ludzie świetnie potrafią udawać.
Jestem wkurzona na siebie. To najgorszy rodzaj wkurzenia.
Biała [tj. Śmierć] z wahaniem stanęła na progu, popatrzyła przez okno w te swoje zaświaty i litość ją wzięła tak wielka, że przez kilka dni z założonymi rękami chodziła wokół posłania Tomkowej babiny. Nie wiedziała, co począć. Coś ją uciskało w przezroczystą szyję, coś kłuło w pustych oczyskach i – powiadają ludzie – pognała zaraz do Pana Bozicka, ale co mu rzekła i co On jej mówił, prawdy to nieznane… W każdym razie wkrótce widziano ją we wsi. Jak szła ze spuszczoną głową ku Tomkowej chałupie...
Najgorzej jak w człowieku siedzi taki smutek, że aż boli- tam gdzieś w środku, konkretnie nie wiadomo gdzie.
Miłość to ciężka choroba. Miłość to uzależnienie.
A były historie, od słuchania których niejednemu włosy stawały na głowie. Historie o orszakach pokutujących duchów, widywanych przez piastę od koła; o Białej, przemykającej chyłkiem między opłotkami z kosą na ramieniu; o Czarnym, który w wietrzne noce pomagał samobójcom zarzucać powrózek na gałąź albo o boginkach czyhających po zmroku przy chałupach, w których baby leżały w połogu...
Naiwny ludowy narrator, wespół z tajemniczym wędrownym Dziadem, przypuszczalnie (jako że autorka sama tego nie wie) Żydem Wiecznym Tułaczem, wiodąc czytelnika do zagród skupionych w odgrodzonej od świata dolinie, przedstawia losy prostych ludzi, którym przyszło na¬rodzić się i egzystować w surowych, górskich warunkach. Co istotne – egzystować obok szeregu niematerialnych istot, takich jak śmierć, diabeł, boginki, strzygonie, siodełka, mamuny czy duchy, w których istnienie nikt nie śmiał ówcześnie wątpić, jako że stanowiły one integralną część niezmiennego od pokoleń świata.
I tak odszedł powoli, coraz rzadziej oglądając się na stoki doliny i coraz ciszej postukując kosturem, aż doszedł do mostu na Końcu Wsi i minąwszy go, rozpłynął się w mlecznobiałej mgle.
A nie gadałam? – Triumfowała, zaglądając do naczynia. – Poszły na dno! Wszystkie, co do jednego! Widocznie ktoś urzekł. – Trzykrotnie odmówiła Ojcze nasz i Zdrowaś Mario, trzykrotnie obmyła czoło synowej i trzykrotnie napoiła ją wodą z cebrzyka, wypowiadając właściwe w takich razach zaklęcie: – Jeden cię urzekł, trzech cię uzdrowiło: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty… Amen!
Szczególną moc ochronną przypisywano hałasowi a pogląd, że bicie w kotły, dzwonienie, kołatanie, trąbienie, strzelanie z armat albo broni palnej, a nawet wydawanie głośnych okrzyków może odstraszać wszelkie zło i choroby, utrzymywała się przez wieki.
Innym sposobem na unicestwienie demona, stosowanym również na ziemiach Rzeczpospolitej, miało być jego spalenie.
Figury świętego często stawiano na polach aby czuwał nad przychówkiem, a chłopi jeszcze w XIX wieku w wielu okolicach w dniu św. Rocha (16 sierpnia) spędzali bydło przed kościół, by ksiądz je pobłogosławił dla uproszenia zdrowia i ochrony od chorób zakaźnych za jego wstawiennictwem.
Jeśli któraś została sama, jeśli nie mogła liczyć na krewnych, jeśli owdowiała i miała na utrzymaniu dzieci, najlepszą drogą do poprawienia własnego bytu było znalezienie męża.
Według wierzeń ludowych boginki nie tylko zagrażały tym, kto je zobaczył. Aby uniknąć ryzykownego spotkania z istotą, która mogła rzucić urok albo nawet zabić, unikano wychodzenia nad wodę przed wschodem słońca i po jego zachodzie.
Wiejskie kobiety najczęściej marzyły o władzy nad mlekiem i nabiałem, dlatego za namową czarownicy skłonne były zaryzykować własną duszę.
W powszechnej świadomości Kazimierz funkcjonuje jako miasto żydowskie, tymczasem Żydzi zamieszkiwali niewielką jego część i na długo, zanim się pojawili, istniały tutaj ważne miejsca chrześcijańskiego kultu. Najbardziej rozpoznawalna spośród nich jest oczywiście Skałka, któż bowiem nie słyszał o biskupie Stanisławie ze Szczepanowa zamordowanym z rozkazu Bolesława Śmiałego?
Flegmatyczny Stachowicz, który w towarzystwie kobiet czuł się skrępowany, mocno się zawahał, ale w końcu stwierdził, że może i by się ożenił, gdyby nie trud starania się o przyszłą małżonkę. Wieść o tym, że gotów stanąć na ślubnym kobiercu, obiegła miasto lotem błyskawicy i któregoś dnia zjawiła się w jego domu wyjątkowo pewna siebie osóbka płci żeńskiej, „w wieku już nie najmłodszym” (czytaj: kilka lat starsza od niego), która oświadczyła, że jest gotowa go poślubić.
To głupie nie umieć zapanować nad sobą.
Według legendy miejskiej na powojenną odbudowę murów obronnych miały posłużyć tony średniowiecznych cegieł, pozyskanych z rozbiórek na Ziemiach Odzyskanych, między innymi z Wrocławia.
Mansjonaria jest jednym z nielicznych budynków Starego Miasta, który niemal w całości ocalał ze zniszczeń drugiej wojny światowej.
Kiedyś przypuszczano, że na obszarze placu Zamkowego mogła istnieć osada przedkolacyjna, od której miasto wzięło swoją nazwę. Badania archeologiczne jednak tego nie potwierdziły.
Nagrobek ostatnich książąt jest jedynym zachowanym do naszych czasów pomnikiem władców panujących na Mazowszu i zarazem pierwszym nagrobkiem renesansowym w Warszawie.
Chudzina chichotał i nie wyciągając kciuka z wiecznie uchylonych ust, z których nieprzerwanie ciekła strużka śliny, łapał oswojone króliki czy koty albo zapamiętale dmuchał w gliniane ogony gwiżdżących ptaszków, kupowanych przez ojca na jarmarkach w Łącku. Z czasem zgromadził mnóstwo owych piejących kogucików, kukających kukułek i takich świstawek, co to świergotają niczym pospolite wróble. Roznosił je wszędzie: po podwórku, po stajni, po sieni, toteż nic dziwnego, że babka się o nie potykała. Nieraz też z ich powodu przejechała go laską po grzbiecie, mrucząc, że z takim odmieńcem to tylko śmiech ludzki, wieczne utrapienie i żadnej pociechy. Nie lubił więc wchodzić jej w paradę i najczęściej siadywał cicho na przypiecku albo tulił się do dziewki służebnej, która go wykarmiła i wypiastowała, zastępując umarłą matulę.
Chadzali zawsze oboje, wsparci o siebie nawzajem. Jeśli przykrzyło im się siedzieć w izbie, gdy młodzi poszli w pole, chodzili do sadu i zasiadając pod jabłonią, na ławce sczerniałej od deszczów, śnili na jawie o dolach i niedolach minionej przeszłości.
Osłabły wędrowiec zatoczył się na chruściany płotek i podnosząc z obślizgłego błota worek, który spadł mu z pleców, z trudem się pozbierał i minąwszy budę zziębniętego kundla, ujadającego z cicha, jakby od niechcenia, zastukał do drzwi przydrożnej chałupiny.