cytaty z książek autora "Marcysia Koćwin"
Mitotwór: ,,(...) to ja jestem mitotworem tego/lasu - skarbnicy ludzkich wierzeń i snów".
Czy on naprawdę nie widzi, że mnie to boli? Że tego nie chcę? Bezczelnie wykorzystuje fakt, że czegoś od niego potrzebuję. Śmie to nazywać przysługą. Nienawidzę go, jak wszystkich w Twierdzy. Wszystkich, którzy mnie krzywdzą. On dobrze wie, że siłą powstrzymuję krzyk i płacz. Ale nie zważa na to. Nigdy nie zważał. Jednak dzięki temu aż dwudziestu więźniów umrze w spokoju. Niektórzy w celi, inni w trakcie przesłuchania, jak sami zadecydują. Dam im wolność. Jedyną wolność, którą mogą mieć. Śmierć, jej czas i miejsce będą ich wolnością.
Mimo że robiła to dla innych, mimo że miała dobre intencje, czuła się podle. Zacisnęła wargi, tłumiąc łzy. Czuła się brudna. Iwo nigdy nie interesował się tym, ile ją to kosztuje. Nie obchodziło go, przez co przechodzi. Korzystał z niej, a ona czuła tylko przepełniające ją poczucie winy. Jakbym była zwykłą prostytutką, pomyślała nagle i poczuła, że cierpnie jej skóra. A co, jeśli właśnie nią tutaj jestem?
Patrzę, jak umierasz
mój wzrok podąża za twymi
krwawymi odciskami stóp
Patrzę, jak ludzkie okrucieństwo
Odbiera mi niesprawiedliwie
jedyne dziecko
Moje oczy tak gorące,
jak serce, do którego
pragnęłabym Cię przytulić
Lecz nie mogę,
gdyż rozłączyły nas gwoździe.
Pani Lalaurie
czy mogę spytać
co trzyma pani na strychu?
Pytam, ponieważ
słyszałam krzyki
nocą wprost z górnego okna
Pani Lalaurie
czy te kończyny
są wystarczająco długie?
A to w woreczku
w dotyku jest jak...
Jak obrane winogrona.
Nie ma na świecie miejsca dla
każdego, kto opuścił nas
Niech jego głos rozbrzmiewać będzie
tam, gdzie nie sięga ludzki sen
Niech jego imię znane wszędzie przyćmiewać będzie światła rdzeń
Niech jego kroki będą chwiejne
niech się nadzieje na nasz sztorc
Niech jego postać wnet pochłonie
bagno cuchnące, wieczna noc
Nie ma na świecie miejsca dla
każdego, kto opuścił nas.
To cena dnia
który zanika w oddali
To cena skarg
których nie wypowiedzieli
To cena win
których nikt nie będzie liczył
Przelanej krwi
pośród której ziemia krzyczy
I co powiesz, synu prometejski
gdy dookoła krajobraz dantejski? Wzniosłe idee obrócone w błoto
zalatując tylko mordem hołotom
Jestem dekadentką twego świata moralności twojej i twych starań
Uwolnioną od pierworodnej zmazy
Znaczonej przez twe bezwzględne rozkazy
Ale dość!
Krajobraz od razu się zmienił. Nawet powietrze zdawało się cięższe. Nad tą częścią miasta praktycznie zawsze wisiały ciemne chmury. Odrapane, bure kamienice, wiszące na ostatnim gwoździu szyldy, przegniłe zasłony w oknach z rozbitymi szybami, brudne, wściekłe psy na łańcuchach obszczekujące każdego przechodnia, skrzypiące zawiasy w otwartych na oścież drzwiach, zabite deskami szopy i oczywiście istne kolonie bezdomnych. Okaleczeni, wynędzniali i zaludniający ulice żebracy, których smród sprawiał, że zebrało się jej na wymioty. Setki dzieci rzucające kamieniami do narysowanych kółek. Były chude, brudne i obdarte. Sterty rozbitych butelek przed domostwami, bandy narkomanów ściskające się po kątach i wtłaczające sobie heroinę do żył. To był prawdziwy krajobraz tej części miasta.
- Jesteś... - elfka zawahała się - Rycerzem. Cieszę się, że chcesz zawieść mnie na Euforię – dodała po chwili. – Nie spodziewałam się takiej uprzejmości.
- Niby czemu? - zdziwił się Edward.
- Przecież Rycerze są źli - przypomniała, jakby to było oczywiste. - Są okrutni i bezwzględni, zwłaszcza w stosunku do elfów. Nie muszę ci chyba tłumaczyć, jak jesteśmy traktowani.
- Bo sami na to pozwalacie - przyznał chłopak.
- Słucham? - oburzyła się Morgiana.
- Gdybyście się skuteczniej bronili, to mój ojciec na pewno aż tak okrutnie by was nie eksterminował. Ale pokazujecie mu waszą słabość - wyjaśnił jej Edward.
Elfka spuściła głowę.
- Nie byliśmy przygotowani do wojny. Mieliśmy za małą armię, zbyt niewiele broni - zgodziła się. - Ale to nie znaczy, że jesteśmy słabi! -zaprotestowała z wyrzutem.
- Chciałabym, żeby twoja mama żyła.
- Ja też. Ale nic na to nie poradzimy, kruszynko.
- Moja mama też nie żyje... i tata – wyznała.
- Pamiętasz ich?
- Nie - przyznała. - Pamiętam, że gdy umarli, to zostałam z wujkiem. Ale on mnie oddał temu niedobremu panu. Edward?
-Tak?
- A czy ja mogę tu zostać? Z tobą? - zapytała z nadzieją.
- Czemu pytasz?
- Bo... Bo boję się, że mnie zostawisz. Wszyscy mnie zostawili, nik mnie nie lubi! Nie chcą mnie! - stwierdziła zrozpaczona i rozpłakała się.
Edward się zmieszał. Nie wiedział, co zrobić. Rozejrzał się nerwowo. Podparł się na zgiętym łokciu. Lucy leżała zwinięta w kłębek, łkając w poduszkę dosyć głośno. Dzieci nie ukrywają emocji i nie starają się unormować głosu. Albo mówią bardzo głośno, albo szeptem. Zaobserwował to niedawno.
-Nie płacz, Lucy - zaczął łagodnie. - Nie zostawię cię. Zostaniesz tu tyle, ile zechcesz, nie będę cię wyganiać - obiecał.
-Na pewno?-Spojrzała na niego. - Bo ja chcę zostać już tak na zawsze.
- W takim razie zostaniesz na zawsze.
-Tak? Chcesz, żebym tu była, serio? - Wydawała się przeszczęśliwa.
-Tak-odparł od razu. - Co w tym dziwnego?
- Bo mnie nikt nie lubi - miauknęła.
Morgiana usłyszała, że ktoś wchodzi do pokoju. Przez chwilę, kiedy przeszukiwanie bazy trwało, a one ciągle pozostawały w ukryciu, miała nadzieję, że im się udało i że nieproszeni goście odejdą stąd co najwyżej z artefaktami, jednak teraz zrobiło się niebezpiecznie. Lucy bardzo się wystraszyła, słysząc kroki. Elfka nakazała jej dotykiem być cicho. Dziewczynka jednak zaczęła nieco marudzić. W piwniczce robiło się duszno. Klapa przykryta została grubym dywanem, poza tym siedziały już tam bardzo długo. Jednak szczególnie teraz mała nie mogła się odzywać. Nie mogła się nawet poruszyć. Elfka położyła się w rogu, przytulając ją do siebie, by mieć pewność, że będą trwały w bezruchu.
Rycerz przechadzał się z uwagą po pomieszczeniu, rozglądając na boki, z mieczem w gotowości. Nagle pod stopami wyczuł dziwny fragment podłogi. Jakiś taki trochę inny. Jakby bardziej skrzypiący. Bardziej wiotki. Zdziwił się i zaintrygowany chodził chwilę w tym miejscu. Faktycznie nadepnął na coś innego niż zwyczajna posadzka. Strach elfki wzmagał sie z każda chwilą. Przełknęła ślinę.
- Masz piękną komnate, pani ⁃ zauważył uprzejmie Leśny
⁃ Jestem Astrid. Masz się do mnie zwracać w ten sposób. Twoja uprzejmość jest sztuczna i zakłamana. A ja nienawidzę waszych dworskich kłamstw ⁃ powiedziała to wszystko cicho i spokojnie, ale młodzieniec i tak poczuł, że dreszcz przechodzi mu po krzyżu.
⁃ Co do komnaty, to mój narzeczony mi ją przydzielił.
⁃ Pewnie bardzo cię kocha, Astrid - zauważył ostrożnie. ⁃ Ta komnata jest naprawdę imponujaca
⁃ Och, nie musiat się zbytnio starać. Wystarczyło, że poprosił o nią Einara. Stużacy ja przyszykowali. To oni się tutaj napracowali, nie mój żałosny narzeczony. Widząc niepokój na twarzy Leśnego, kontynuowała: -Czy mnie kocha? Być może - odparła samej sobie. ⁃ Ale w ten sam sposób, w jaki pulchna dziewuszka kocha swojego puchatego kotka ze wstążeczką wokół szyi. Co? Dziwisz się, że mówie tak plynnie? Pewnie masz mnie za niepiśmienną dzikuskę, prawda?
- Nic Z tych rzeczy! Widzę, że jesteś mądra i oczytana..
⁃ Nienawidzę kłamstw ⁃ przerwała mu stanowczo, lecz cicho. - Jestem niepiśmienna. Nie umiem czytać. Jednak uczono mnie rozmawiać i to nie tylko z duchami. Rozmowa z żyjącymi jest dużo trudniejsza
⁃ Czy moge spytać dlaczego?
⁃ Bo duchy nie kłamią - odrzekła poważnie szamanka.
Nie odzywali sie do siebie. Znów jechali w milczeniu. Było zimno, śnieg chrobotał pod kopytami ich dzielnych wierzchowców a księżycowa łuna wskazywała im drogę przez nieprzystępny bór. Po dwóch godzinach dziewczyna zasnęła w ramionach Koriego, który oczywiście posadził ją przed sobą, dzierżąc wodze jedną ręką. Spokojna jazda ukołysała znużoną i zleknioną istotkę.
⁃ Pewnie masz mnie za idiotę - mruknął wreszcie Kori.
⁃ To twoja sprawa, co robisz. Nie mam zamiaru prawić ci kazań - odrzekł sucho Leśny. - Ja bym tak nie zrobił
⁃ Miałeś kiedyś kobietę, Leśny? - spytał po chwili z ciężkim sercem.
⁃ Tak - odpowiedział ostrożnie.
⁃ Właśnie. A myślisz, że ja miałem? - Spojrzał na niego z wyrzutem.
-Pomyślałam to, zanim zdążyłam się głębiej zastanowić Bo przecież zabijasz tylko tych, na których masz zlecenie.
- Dokładnie tak- zgodził się - A na żadną Sigrid nigdy nie miałem zlecenia. Zresztą zabrali mi cały ekwipunek. Nie mam tu ani noża, ani strzał, ani osełki...
-Osełka?- zdziwiła się Sigrid- Co to jest?
- Taki kamyk do ostrzenia broni- wyjaśnił spokojnie Leśny.
- Ach... Myślałam na początku, że to coś od masła- wyznała.
Nie popisuję się, jeśli o to ci chodzi. Po prostu nie jestem w stanie kontrolować emocji i gdy jest ich we mnie za dużo lub gdy stają się zbyt silne, zaczynam płakać. O to ci chodzi? Że jestem beksą? Z pewnością – stwierdziła gorzko. - Ale nie robię tego specjalnie. Nie chcę płakać, ale nie potrafię nad tym panować, to wszystko. Poza tym nie zgadzam się z tym, co powiedziałeś o zostawieniu przeszłości za sobą.
- Uważasz, że to zły pomysł? - zapytał spokojnie, bez złośliwości.
- Pomysł jest dobry - zgodziła się. - Szkoda tylko, że nie da się go zrealizować.
- Planuję ucieczkę.
Alma stała sztywno, słuchając tych słów biernie, w kompletnym milczeniu.
- Ukradłem tamtemu Rycerzowi komunikator. Ukryłem go i wyłączyłem, ale we właściwym momencie wezwę pomoc i uciekniemy stąd razem, we trójkę - szeptał dalej, z zachęcającym uśmiechem.
Zapanowała chwila ciężkiej, przejmującej ciszy, w której słychać było tylko skrzypienie śniegu pod butami Lucy.
- Jesteś obłąkany! - stwierdziła w końcu metyska elfka.
- Masz mi coś do powiedzenia? - Stawius zwrócił się do Kingi, marszcząc brwi. Kobieta ciągle łkała, ale już ciszej. - Słucham. Teraz masz czas, żeby mówić. - Nie doczekał się jednak odpowiedzi. - Zaraz wpadną tu moi ludzie. Moja cierpliwość też nie jest z żelaza - zagroził. - Dlatego odezwij się. Sugerowałbym zacząć od słowa „przepraszam".
Nie dam ci się zamknąć w niebie
by pod ręką być dla ciebie.
Jak możesz siedzieć spokojnie w niebie
i patrzeć jak umieramy dla ciebie?
Głuchy na płacz i błagania
zanoszone od dziejów zarania
Nie powstrzymałeś zła
Nie uciąłeś rogów Diabła
bo za bardzo cię to bawi.
Szklana Góra"
(...)
Przede mną wyrosła olśniewająca Szklana Góra
W niej siedzą setki uwięzionych księżniczek
stukając biernie w zepsute klawiatury.
Eksponat"
Przebija ją szpilką i wiesza na ścianie
Topi ją w wosku i sadza na półce
Wiesza pod sufit i rozpruwa wnętrze
Zamyka w klatce i je na śniadanie.
Panna Młoda"
Zaręczona romantycznemu poecie ze świata żywych
wychynęłam nieśmiało oderwaną od ciała dłoń
podważając wieko przeżartej przez korniki trumny
Zagrzybiałe, porośnięte stęchłą pleśnią wnętrze
pobłogosławione zostało podmuchem świeżego powietrza
Wygrzebawszy się spod ziemi musiałam pozbierać
w całość obluzowane, pozbawione ścięgien kości
by się trzymały ze sobą na słowo honoru.
NIEDOKOŃCZONY SONET
Skomponowałam niedokończony sonet
do samej siebie, żywej i umarłej
aby pozostawić sobie epitafium
na swoim własnym grobie.
- Rozumiem, co chcesz powiedzieć. Nie myśl, że nie jest nam przykro. Ale, Morgiana, codziennie w Galaktyce ktoś jest zabijany. Wojna toczy się cały czas, chociażby na Euforii. Czy z tego powodu mamy cały czas być przybici i nieszczęśliwi? Czy nie lepiej cieszyć się tym czasem, jaki nam pozostał, póki na Calie jest spokój? Względny spokój? Też mnie to boli, nie myśl, że nie. Ale nie możemy zatracić się w żałobie.
Spuściła wzrok, nie odpowiadając.
- Pojedziesz z nami? - spytał Afiryn po chwili ciężkiej ciszy.
- Pojadę - zgodziła się pokornie, mając nadzieję, że któreś z nich się utopi.
Kapłanka twej obłudnej niewinności
unosi dłonie odkrywając to, co ukryte
i śmieje się bezzębnym uśmiechem
by przepowiedzieć twym fałszywym przysięgom Apokalipsę.