Mój mózg wiedział, że nie ma tu mężczyzn, wydał więc polecenie przysadce, żeby nie zajmowała się gruczołami płciowymi.
Wyjaśniła mi, co kobiety mogą robić, kiedy są razem (…).
- Ale w takim razie do czego służyli mężczyźni?
Theę zdumiała moja naiwność. (…) Wówczas wyjaśniła mi wszystko – o mężczyznach, penisie, erekcji, nasieniu i dzieciach. Zajęło to sporo czasu, bo tyle było do nauczenia się, że trzeba było stale wracać do różnych spraw, zapomniałam rozmaite szczegóły.
Myślałam o tym, że kiedyś byli mężczyźni, że ich bliskość była zdolna wywołać te cudowną burzę, a teraz, o nieszczęsna, mogłam jej doznawać tylko za sprawą przypadkowego snu.
Zostaw nas w spokoju, lepsza jest śmierć niż życie wyzbyte nadziei.
Tylko ja jedna mogę powiedzieć, że czas istnieje, ale przeminął wokół mnie tak, ze tego nie poczułam.
Trzymałam w reku najcenniejszy skarb, źródło, z którego będę mogła czerpać wiedzę o nieznanym świecie.
Czy więcej zrozumiałam ze sztuk Szekspira? Albo z historii o don Kichocie z Manczy? Albo z tego, co się dzieje w książkach Dostojewskiego? Nie sądzę. Wszędzie mowa o doświadczeniach, jakich nie znałam.
- Tak mało wiesz o tym, co to jest cel w życiu, że nie potrafisz zrozumieć, jak to jest, kiedy ktoś jest go pozbawiony tak bardzo jak my.
(...) lepsza jest śmierć niż życie wyzbyte nadziei.
W świecie, którego zasad nie znamy, nie da się niczego przewidzieć.
Nie życzyłam jej śmierci, ale jak mogłam życzyć dalszego życia?
O czasie wiem tylko tyle, że po jednym dniu następuje kolejny, jestem senna i zasypiam, jestem głodna i jem. Oczywiście, że liczę, co trzydzieści dni mówię, że minął miesiąc: to tylko słowa, nie ukazują mi naprawdę czasu. Może ktoś, kto jest sam, nie ma wcale czasu? Nabywa go dopiero wtedy, kiedy widzi jego oddziaływanie na innych.
A czy nieposiadanie czegoś, co mają inni, można uznać za przywilej?
Usiadłam i zrozumiałam, że mam dosyć. Przez dwadzieścia lat, odkąd zostałam sama, podtrzymywała mnie na duchu nadzieja, a teraz nagle mnie opuściła.
(...) człowiek musi mówić, bo inaczej traci człowieczeństwo (...).
- Robię, co mi się podoba, nie próbuj ode mnie wyciągać zwierzeń, nie jestem roztrzepanym dzieckiem, które można podejść z zaskoczenia.
Pierwszy raz słuchałam ich uważnie, nadziwić się nie mogłam, ile mają do powiedzenia, z jakim zapałem powtarzają po dziesięć razy tę samą rzecz, tyle że w nieco inny sposób, żeby nie pokazać, że od niepamiętnych czasów nie mają sobie w gruncie rzeczy nic do powiedzenia - ale człowiek musi mówić, bo inaczej traci człowieczeństwo, zrozumiałam to w ostatnich latach.
Może jednak praca pamięci daje zadowolenie, które się karmi samo sobą, a to, co sobie przypominamy, liczy się mniej niż samo wspomnienie?
Umrę naprawdę dopiero wtedy, kiedy się okaże, że nikt się nigdy nie zjawi, kiedy upłyną stulecia, a potem tysiąclecia, i ta planeta, o której już nie myślę, że jest Ziemią, ostatecznie przestanie istnieć. Dopóki na tym stole pozostaną kartki pokryte moim pismem, dopóty w czyimś umyśle będę się mogła stać rzeczywistością. Potem wszystko się zatrze, słońca zgasną i zniknę jak wszechświat.
Człowiek musi mówić, bo inaczej traci człowieczeństwo.
Umarli tkwią nieruchomo, rozkładają się na miejscu i zostają z nich tylko kości, które wystarczy lekko ścisnąć, by pękły.
Bunt jest bezcelowy. Trzeba czekać na śmierć.
Być może ktoś, kto zaznał zrozumiałej codzienności, nigdy nie potrafi przywyknąć do niezwykłego otoczenia, a ja, która wyrosłam w bezsensie, mogę się tego tylko domyślać.
Nie mogę żałować tego, o czym nic nie wiem.
(...) śmierć jest czasem bardzo dyskretna, nadchodzi beż szmeru na krótką chwilę i zabiera swoją zdobycz (...).