Gdyby człowiek przestał śnić choć na krótką chwilę, obudziłby się kimś zupełnie innym.
Kobiety mają wszystko: rozum, uczucia, wolę, ale tylko mężczyźni mają intuicję. To dlatego nie ma ważnych rzeczy stworzonych przez kobiety, a nie dlatego, że kobiety ciągle siedziały w kuchni, bo nawet najlepsi kucharze to zawsze mężczyźni. Przykre, ale prawdziwe. Kobiety potrafią tylko jedno, czego nie potrafią mężczyźni, a mianowicie potrafią rodzić mężczyzn. A to już naprawdę coś.
Nieszczęście bezustannie krąży nad ziemią niby jaskółka w chmarze komarów, wykonująca gwałtowne zwroty z szeroko rozdziawionym dziobem
Szczęście to nie jest wolność od jarzma, lecz uwalnianie się od jarzma. Jarzmo jest konieczne do szczęścia!
Każdemu jednak przychodzi pewnego dnia doświadczyć gorzkiej prawdy,(...); życie to zupa, a nasze myślenie to najczęściej widelec: taki zestaw raczej nie pozwala się specjalnie nasycić.
Wiktor już się trochę przyzwyczaił, że nazwiska nie są dopowiadane, choć miał z tym niejakie kłopoty; dawniej zwyczaj ten panował tylko w świecie przestępczym. Widać cały świat zmienia się w świat przestępczy.
Ten, kto nigdy nie był głodny, lepiej będzie umiał rozkoszować się dobrą kuchnią, ale co znaczy jedzenie, nigdy się nie dowie.
Kobiety mają wszystko: rozum, uczucia, wolę, ale tylko mężczyźni mają intuicję. To dlatego nie ma ważnych rzeczy stworzonych przez kobiety, a nie dlatego, że kobiety ciągle siedziły w kuchni, bo nawet najlepsi kucharze to zawsze mężczyźni. Przykre, ale prawdziwe. Kobiety potrafią tylko jedno, czego nie potrafią mężczyźni, a mianowicie potrafią rodzić mężczyzn. A to już naprawdę coś.
Dopiero wtedy, gdy znów zaczną się pojawiać mali Adolfowie, można będzie uznać, że druga wojna światowa należy już do przeszłości.
Wiedziałem, co ma na myśli. Sądził, że to się stało w następstwie strachu. Strach stać na wszystko. Jest czarodziejem jak Apollonios z Thyana, prorokiem jak Izajasz, politycznym mordercą masowym
i większym kochankiem niż Don Juan. Ale przypadek Massuro nie mógł mieć absolutnie nic wspólnego ze strachem.
„Ja znam życie, w głębi lądu lepiej niż pan, doktorze. To mogło się równie dobrze wydarzyć w Amsterdamie, w jakimś biurze albo w ciepły letni wieczór w czasie lektury gazety przy otwartym oknie, obok radia nastawionego na Hilversum".
Moja panika była wówczas całkiem inna niż jego, bledsza, bardziej powściągliwa, ale nie mniej gwałtowna. Powiedziałem mu, że moim zdaniem nie ma to nic wspólnego z samym Massuro. Że mogło się przydarzyć każdemu, jemu, Mondriaanowi, równie dobrze jak mnie
— w każdej chwili.
„Może narasta, rozwija się, trwa już w którymś z nas, doktorze".
Zobaczyłem, że on nie potrafi się z tym pogodzić. Spoglądał dzikim wzrokiem na szczątki Massuro. Szukał jakiejś przyczyny — cóż innego mogło go zaprzątać? A jedyną rzeczą, jaka przy odrobinie (okultystycznej) dobrej woli mogłaby ujść za przyczynę, był strach.
Nigdzie nie ma takiej świadomości klasowej, jak w szkołach; komuniści mogą tego pozazdrościć. Czasem rozmawiałem z nim jednak, a raz, pewnego wieczora, przyszedł nawet popatrzeć przez moją lornetkę na księżyce Jowisza.
„Wszechświat jest wielkim workiem pełnym kamieni i światła".
Dwa lata później poszedłem do gimnazjum, i trafiłem do jego klasy; został na drugi rok. Ale wtedy było już za późno, czas na zawarcie przyjaźni minął bezpowrotnie. Stosowny po temu moment przypada często na jeden tylko miesiąc czy tydzień; a może nawet na jeden dzień albo minutę. Gdybym spotkał moją żonę rok później, nasze małżeństwo byłoby najszczęśliwsze na świecie, a ja nie siedziałbym teraz w Kaukenau na Gwinei. Prawie nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy: pojawiło się między nami coś na kształt wstydu. On miał niewiele zainteresowań, a przez moją głowę przepływały wtedy szerokie rzeki biologii i historii.
Przez kilka sekund wpatrywałem się w jego plecy.
Nagle dotarło to do mojej świadomości: jak bardzo stał się ciężki. Niemożliwie ciężki.
Przełknąłem chyba z dziesięć razy ślinę i na koniec wydobyłem z siebie słowa:
„Sierżancie... wróć do namiotu".
Spojrzał na mnie i pokuśtykał z powrotem. W namiocie stanąłem naprzeciwko niego; ręce mi drżały.
„Posłuchaj, Massuro, jesteś chory, słyszysz, jesteś chory. Natychmiast zwijamy obóz i postaramy się jak najszybciej dotrzeć do Kaukenau".
Popatrzył na mnie, i nie powiedział nic.
„Rozumiesz mnie, Massuro?"
„Tak".
„Zwijamy natychmiast obóz".
Przyglądałem mu się jeszcze przez chwilę, a potem pozostawiłem go samego. Na zewnątrz przywołałem ludzi i powiedziałem najspokojniej jak tylko potrafiłem:
„Chłopcy... sierżant jest chory. Jakaś historia ze stawami... i z ciężarem ciała... nie wiem, co się stało, ale to jest coś przerażającego. Jeśli uda nam się dotrzeć przed zmrokiem do doliny, będziemy mogli jechać dalej w nocy i być jutro po południu w Kaukenau. Zostawiamy wszystko jak jest i ruszamy w drogę przez Oegei. Wyruszamy natychmiast".
Pobiegli do namiotów, a ja zostałem sam. Nie miałem odwagi iść do Massuro. Poszedłem do telegrafisty, wywołałem jeszcze szybko Kaukenau i opowiedziałem pokrótce, że Massuro został dotknięty jakąś nieznaną chorobą i że jesteśmy w drodze. Miałem na linii kapitana; był
dość sceptyczny i dopytywał się
o bliższe szczegóły, ale kazałem radiotelegrafiście wywołać zakłócenie i wyłączyłem nadajnik.
Wiedziałem, że to nie jest żadna choroba. Gwałtowny wzrost wagi nie jest chorobą. Chciałem wrócić do Kaukenau, by znaleźć się wśród łudzi, jakbym wierzył, że wśród ludzi coś takiego nie ma racji bytu.
Odprawiłem go skinieniem ręki i powiedziałem, że mamy ciężko chorego.
Cofnął się trwożliwie; cały szczep zaczął się wycofywać.
Zacisnąłem zęby i zacząłem pomagać Massuro wydostać się z samochodu. Ledwo go dotknąłem, wiedziałem już, że stał się jeszcze cięższy.
Mężczyźni przyglądali się w milczeniu tej scenie. Krok za krokiem podeszliśmy do chaty z pni. Stopnie schodów zaskrzypiały i ugięły się pod jego ciężarem. Jednym szarpnięciem otworzyłem drzwi; jakaś gruba ropucha wyślizgnęła się na zewnątrz. Obejmując go obiema rękami posadziłem na jednym z topornych drewnianych krzeseł. W żaden sposób nie mógł już ugiąć nóg w kolanach. Gdy tylko usiadł, zwalił się ze zdruzgotanego krzesła i uderzył z hukiem o podłogę. Zaczął płakać. „Massuro..." — (...) Oprócz cętek na jego twarzy nie było po nim widać nic szczególnego, ale ważył chyba co najmniej ze trzysta kilo.
(...)
„Co się ze mną dzieje, Loonstijn? Coraz bardziej sztywnieję i przybieram na wadze. Co ja zrobiłem?"
„Może już jutro rano będziemy w Kaukenau, a tam znajdziesz się od razu pod opieką lekarską i w szpitalu na pewno..." Nie mogłem mówić dalej. „Trzymaj się, Massuro — wyszeptałem.
— Połóż się".
Była mu pisana śmierć, on o tym wiedział i ja to wiedziałem. Pozwolił ułożyć się na plecach; miałem wrażenie, że pcham po szynach jakiś wagon. W półmroku chaty unosiło się słodkie, przesycone zapachem drewna powietrze. Gdy popychałem zbyt mocno, jego nogi unosiły się w powietrze z ciężarem fortepianu.
Nagle także i ja zacząłem płakać. Massuro spojrzał na mnie wielkimi oczyma.
„Przecież to niemożliwe, żeby zdarzały się takie rzeczy..." — powiedział.
Z rozpaczą potrząsnąłem głową.
„Nie, Massuro, to niemożliwe".
(...)
„Już prawie nie mogę oddychać — jęknął. — Jakby na mojej piersi siedział Rzymianin".
Massuro stał się tak ciężki, że jego ciało nie podskakiwało już, gdy przejeżdżaliśmy przez jakiś kamień czy jamę; nie słyszałem już nic. Przykucnąłem przy tylnej ścianie kabiny i miotało mną z lewa na prawo. Oczy wylazły mi z orbit i zawisły we wszystkich kątach, i same stały się ciemnością. Raz jeden Massuro powiedział jeszcze coś, po raz ostatni; może był cały czas przytomny.
„Loonstijn?... Jesteś tam?... Połóżcie mnie na polu, będą mogli wtedy połamać sobie na mnie zęby".
(...) życie to niekończące się czytanie.
Nowe jest za razem stare. Wszystko co stare, było kiedyś nowe i wszystko co nowe, będzie kiedyś stare. Najstarsza jest teraźniejszość, ponieważ nigdy nie była czymś innym niż tylko teraźniejszością.Nikt jeszcze nie żył w przeszłości, a w przyszłości jeszcze nikt nie żyje.
[...] Wyrazem nadziei jest ktoś, kto mija cię z instrumentem muzycznym w futerale. Nie wnosi nim nic dla dzieła ucisku, ani dco dzieła wyzwolenia, ale dco tego, co trwa w jednym i drugim[...]