cytaty z książki "Męczennik"
katalog cytatów
Rzeczą piękną było tęsknić za męczeństwem, gdy nic człowiekowi nie groziło, lecz odważne wystawienie się na mękę, gdy człowieka czekała próba, wydawało się czymś zupełnie innym.
Slide był szczupłym mężczyzną ze szczerą, otwartą twarzą, okoloną burzą jasnych loków. Mówiono o nim, że potrafiłby swoim wdziękiem wywabić węgorze z rzeki albo pszczoły z ula. Nawet ci, których zdradził - a było ich całkiem sporo - z trudem przekonywali się, że można go nie lubić.
Drzewa okryły się śnieżną bielą, kiedy Shakespeare wędrował pomiędzy wysokimi domami, w których rozwarto okiennice, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza. Gęsty dym z palonego drewna buchał z każdego komina, dokładając swój swąd do zwykłego w mieście smrodu nieczystości, aż w końcu ta cuchnąca mikstura zatykała ludziom nosy i tamowała dech w piersiach. Najgorzej było latem - zwłaszcza tutaj, u zbiegu rzek Fleet i Tamizy, w pobliżu więzień Fleet i Newgate, gdzie rozkładające się zwłoki więźniów potrafiły leżeć całymi tygodniami; na szczęście o tej porze roku smród był znacznie słabszy.
Niekończąca się procesja wózków, dwukółek do przewożenia piwa i innych pojazdów, wyładowanych produktami pochodzącymi z gospodarstw, beczkami i materiałami budowlanymi, ciągnęła się jak okiem sięgnąć w obydwu kierunkach. Podkute końskie kopyta zmieniały świeżo spadły śnieg w obrzydliwą breję, zwierzęta ślizgały się i potykały na niezliczonych wybojach. Na wąskich uliczkach ledwo starczało miejsca, by konie mogły się minąć, więc często dochodziło do zatorów, co prowokowało woźniców do wrzasków i wymiany soczystych przekleństw.
Oczyma duszy widział przestwór otwartych mórz, kiedy człowiek wie jedynie tyle, że Bóg czuwa w niebiosach i że jest bardzo blisko... W pogodny dzień wspaniałość oceanu zdawała się wręcz przytłaczająca. Skłębione fale, przewyższające swą wysokością bukszpryt „Golden Hind", tłoczyły się wszędzie dookoła, jak tylko okiem sięgnąć na północy, południu, wschodzie i zachodzie. Były ogromne i niesamowite w swojej okazałości. Kiedy „Golden Hind" osuwał się z jednej fali w długą, niekończącą się rynnę, zaraz nadchodziła druga, pojawiając się przed nimi jak ogromna, szara katedra, i statek dzielnie wspinał się na jej grzbiet, żeby po chwili znów opaść w głąb olbrzymiej, spienionej otchłani. Takie dni budziły przerażenie wielu marynarzy, ale Boltfoot je uwielbiał - już zdążył zapomnieć jak bardzo.