cytaty z książek autora "Beata Ostrowicka"
Doba ma za dużo godzin na rozmyślania, a za mało na to, bym mogła zorganizować nam jako tako życie.
Już miałam dość myślenia. Ciągle tylko te same myśli, że z niczym nie daję sobie rady, że wszystko zawalam.
Każdy z nas czasami wybiera niewłaściwie. To oczywiste, nikt nie jest doskonały. I nie ma recepty na dobre decyzje. Chodzi o to, żeby w życiu robić jak najmniej takich rzeczy, których się potem będzie żałować.
On mi zburzył to co sobie poukładałam i teraz nie mogę się pozbierać.
- Przykro mi, to fakt - powiedziałam spokojnie. _ A porozmawiać chciałam, żebyśmy mogły sobie wszystko wyjaśnić.
- Kurde! Co tu jest do wyjaśniania?!- wściekła się i podniosła głos. - Wszystko jest jasne, nie?! Taka tępa chyba nie jesteś.
Zrobiło mi się przykro. Ale tylko na chwilę. Gdzie ja miałam oczy przez te wszystkie lata?
Jak mogłam się tak pomylić?
Zabawodrzewiak mówił, że Nowy to dziwak, bo nie chciał się bawić z nim.
A skoro ktoś nie lubi się bawić,to nie może być dobry.
I mówił, że Nowy jest bardzo silny.
A skoro jest silny, to przecież może komuś zrobić krzywdę.
Czyli Nowy jest niebezpieczny.
A przede wszystkim nie jest ani zwierzęciem, ani drzewiakiem.
Zarozumiałodrzewianka mówiła, że Nowy nie zna się na pięknie.
A skoro nie wie co pięknie, to nie może być dobry.
A skoro tak, to można spodziewać się po nim najgorszego.
Czyli Nowy jest niebezpieczny.
A przede wszystkim nie jest ani zwierzęciem, ani drzewiakiem.
Ale żadne z nich nie powiedziało głośno, że tak naprawdę chodziło to, że Nowy nie chciał tego, czego chciało każde z nich.
Popatrzyła na mnie jak na wariatkę.
- No, a jak inaczej?
- A ty?
- Co ja? Co znowu ja? Ja mogłam mieć to, o czym marzyłam! A nie: "Ja bym przyznała, że to był mój pomysł, że cię namówiłam".
- Dobra. Zbieram się. Czas na mnie - powiedziałam.
Wstałam sięgnęłam po plecak. Marlena nie spuszczała ze mnie wzroku. Wytrzymałam jej spojrzenie.
Moja przyjaciółka.
Moja była przyjaciółka.
Wyrosłam z tej przyjaźni, w której więcej dawałam, niż dostawałam. A może to nie była przyjaźń?
Kiedy babcia Aniela przejęła opiekę nad tym miejscem, kapliczka od razu wypiękniała. Łucja pomagała ją malować, ozdabiać, to ona wymyśliła, żeby kupić solarne znicze. Pojawiły się żywe kwiaty. Tutaj babcia odpoczywała. Nie bolały ją plecy, nie kłuło nic w biodrze.
„Tu mi bardzo dobrze, tu czas płynie wolniej", mawiała.
„Gadamy sobie z Maryjką jak kobieta z kobietą.
Dostałam od niej dar. Najpiękniejsze nocne niebo do podziwiania jest właśnie tutaj".
Łucja odwiedza Drzewo. Jak zawsze na bosaka przytula się do jego pnia, przykłada policzki do szorstkiej kory, słuchając historii o wietrze, ptakach, obłokach. Opowiedziała o swoich bolączkach. Co jakiś czas tak robi, przychodzi i wyrzuca z siebie wszystko, co ją dręczy, a o czym nie może z nikim porozmawiać.
Kiedy odsunięto kołderkę, kiedy zdjęto z mojej łysej łepetynki czapeczkę, tak założoną, że miałam ją dosłownie naciągniętą aż po nos, okazało się, że na moim prawym policzku tkwi czerwona plama. Od oka do kącika ust.
Mama płakała, babcia płakała. Tata był blady. Baba Aka ciężko usiadła na najbliższym krześle. A kiedy już mogła mówić, pochyliła się nade mną i wypowiedziała mniej więcej takie słowa:
- Nie będziesz szczęśliwa.
Stara się codziennie tak spacerować. Raz krócej, raz dłużej. Dziewczyna lubi świat o tej porze. Jego spokój, zapach, światło. To fajny początek dnia. Można bez pośpiechu pooglądać swoje myśli, zrobić plany. Lubi też siebie o tej porze. Jest zdecydowana, asertywna, poukładana wewnętrznie. Pełna jasności.
I nagle zauważyła Drzewo.
To świerk, ale inny od tych, które go otaczają. Tamte, wysokie i smukłe, ciągną w górę do słońca, szukając światła. Ten Łucji jest dziwnie powykręcany, ma jasną korę, która wydaje się mniej chropowata niż normalnie. Dla dziewczyny Drzewo ma swój własny, charakterystyczny zapach. Kiedy przytula do niego nos, wyczuwa delikatną nutkę przypominającą zapach kadzidła.
Dziewczyna zdejmuje trampki i skarpetki. Przymyka oczy, bierze głęboki wdech i opiera czoło o pień Drzewa, obejmując je ramionami. Otacza ją niezwykły zapach, intensywna woń żywicy i liści. Gdy była młodsza, wyobrażała sobie, że w takich chwilach z jej stóp wyrastają cieniutkie, delikatne korzenie, które wrastają w ziemię i docierają do jej głębi. Że słyszy, jak pod jasną korą krążą życiodajne soki, jak śpiewają nowo narodzone igiełki.
- Wkurza mnie, że Baba Aka wtrąca się w moje życie, że mnie zasypuje tymi swoimi produktami i co chwilę powtarza, że nie będę szczęśliwa! - wybucha Łucja.
- A ty w to wierzysz? - Kajka otwiera szeroko oczy ze zdumienia.
Dziewczyna nie odpowiada, tylko zmieszana opuszcza wzrok. Niby nie wierzy, jednak słowa znachorki mają dla niej znaczenie, zapadły w nia głęboko i co jakiś czas się odzywają.
Nie ma ludzi bez skazy. Tacy nie istnieją w prawdziwym świecie. Pojawiają się na okładkach i w kolorowych magazynach, a ich pozorna doskonałość to efekt przeróbek graficznych. To samo dotyczy celebrytów w mediach społecznościowych, którzy pokazują idealne ciała i życie pełne sukcesów, w którym nawet picie kawy z mlekiem sojowym staje się wydarzeniem wartym uwagi. Piękni jak aniołowie, promują nierealne standardy piękna i sukcesu, jednocześnie reklamując różne produkty i usługi. Bo za coś żyć trzeba.
Wszystkie te zabiegi, ból, nadzieje to nie jest życie, jakiego chce. Chce być sobą, nie projektem, nie wieczną pacjentką. Pragnie mieć prawo do swoich wad i niedoskonałości bez nieustannego przypominania sobie, że musi coś poprawić, zmienić, naprawić.
- Muszę być taka, jak inni chcą mnie widzieć. A to pochłania moją energię. Zamiast skupić się na czymś ważnym, martwię się, co ktoś myśli o moim znamieniu!
Myśli o dzieciach i dorosłych, którzy jej dokuczali. Zresztą mamie też. Kiedyś, biedna, usłyszała, że to jej wina. Pewnie podczas ciąży zbliżyła się za bardzo do okna albo za długo patrzyła na ogień. Albo nagle się czegoś przestraszyła i odruchowo dotknęła policzka.
Chce jej się płakać, krzyczeć, wczołgać się do łóżka, narzucić na głowę poduszkę i zostać tak przynajmniej do końca wakacji. Wszystko jednocześnie.
Łucja nie ma siły na ponowne tłumaczenie, dlaczego nie chce kontynuować leczenia. Jest zmęczona opowiadaniem o liczbie dotychczasowych zabiegów i o tych, które jeszcze ją czekają. Jej ciało jest udręczone, tak samo jak dusza, a nadzieja na idealny policzek wydaje się nierealna.
Rodzice nie rozumieją, że każda próba „naprawy" wyglądu przypomina jej, że coś jest z nią nie tak. Że to, kim jest teraz, nie jest wystarczające. Że dla wielu jest inna. A ona chce się nauczyć akceptować siebie taką, jaka jest, jaką się widzi w lustrze, bez potrzeby zmieniania tego dla innych.
Ludzie patrzą na nią, ale jej nie widzą. Nie zastanawiają się nad tym, jaka jest. Miła, niemiła, wesoła, smutna, rozgadana czy raczej milcząca. Widzą tylko zmieniony policzek i poprzez niego jest postrzegana. Jest dziewczyną z malformacją.
I co najgorsze, zaczyna tak sama o sobie myśleć.
Może ta twardość nie jest domeną wyłącznie dorosłych?
Może dzieci też muszą takie być? Jeśli tak, czy to dotyczy również jej, skoro spotyka się z odrzuceniem?
Każdego dnia musi znosić te idiotyczne docinki, głupie żarty albo plotki krążące za jej plecami, wytykanie palcem, niegrzeczne uwagi, niewybredne żarty. Czy umiejętność przetrwania takich codziennych zgrzytów oznacza, że jest twarda?
Łucja zawsze sądziła, że bycie twardym odnosi się jedynie do świata dorosłych.
To oni muszą stawiać czoła codziennym trudnościom, rozwiązywać problemy, dbać o współmałżonków, o dzieci. O to, by im było dobrze, szczęśliwie i bezpiecznie.
A żeby tak było, potrzebne są pieniądze. Na rachunki, na jedzenie, na codzienne potrzeby. Na ubrania, buty, sprawy szkolne.