Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood Andrzej Krakowski 6,4

ocenił(a) na 314 lata temu "Kinematograf wynalazł Polak. Pierwsze kina zakładał Polak! Samuel Goldwyn to Polak! Bracia Warnerowie? - Polacy! Pola Negri - to przecież oczywiste..." I tylko ta oczywistość wydaje się nie być przesadzona. Łatwość z jaką autor szafuje polskością jest wręcz onieśmielająca... Nie rozumiem jak można nazywać Polakami ludzi, którzy nigdy nie utożsamiali się z miejscem (wszyscy opisani bohaterzy urodzili się w Europie Wschodniej, głównie na terenach dzisiejszej Polski, ówcześnie będącej pod zaborami trzech krajów! I wszyscy, poza Negri, wyjechali/uciekli stąd nim osiągnęli pełnoletność...) swojego pochodzenia. No cóż... taka teza, takie założenie Krakowskiego, albo ktoś je kupi, albo, tak jak ja, nie.
Na okładce książki znajduje się podpis wydawnictwa: LITERATURA FAKTU PWN. Dla mnie jest to sugestia, że otrzymam tekst naukowy, niestety wywód autora traktuję bardziej jako prywatną opowieść (notabene Krakowski co jakiś czas wkrada w główną treść rozdziałów swoje prywatne anegdotki o własnym życiu),wypełnioną wątpliwej jakości tezami o historii kina. Na przykład moje "ulubione" zdanie z początku książki: "Bez [Billy'ego przyp.] Wildera nie powstałaby francuska Nowa Fala ani włoski neorealizm." Na marginesie zapisałem sobie, że część poglądów autora jest na styku konfabulacji i śmieszności. W bibliografii przedmiotu możemy znaleźć imponującą liczbę tytułów, niestety brak przypisów, odniesień nie pozwala na poparcie swoich twierdzeń. Ja nie znam 99% książek zawartych w bibliografii (mam nadzieję jednak, że Krakowski przeczytał je wszystkie),ale analizując tytuły, np. "Audrey Hepburn" A. Walker, sądzę, że autor wyciągał z nich pojedyncze zdania i wykorzystywał je w odpowiednich kontekstach.
Niestety te wszystkie opowieści są mało ciekawe, i może to być niesprawiedliwa ocena, zważywszy na moje rozczarowanie profesjonalizmem autora, ale naprawdę, czytając o wielkich pionierach X muzy chciałbym rzetelny opis ich dokonań. A jeśli nie miała to być kolejna encyklopedia, to chciałbym, żeby z każdego słowa kipiała miłość do kina. W tym przypadku mam wrażenie, że przemawia do mnie detektyw (doszukujący się polskości) i gawędziarz.
Irytują również fragmenty, w których autor gubi sens wypowiedzi: z rozdziału o Paulu Muni,"Jestem również przekonany, że gdybym zapytał moich studentów w Stanach lub widzów w Polsce, kim był ten wielki aktor, większość z nich nie wiedziałaby, o kim mówię. Któż z nas nie widział go w rolach Louisa Pasteura, Emila Zoli czy Benito Juareza [...]!".
Lub używa zdań właściwych dla powieści, noweli itd., np.: "Przez następne kilkanaście miesięcy życie toczyło się powoli" - str. 359.
Poza tym, co tyczy się nie tylko tej książki, ale tutaj ten błąd redakcyjny jest bardzo widoczny, przeszkadza mi, jeśli w trakcie czytania rozdziału o Alu Jolsonie pojawia się zbiór zdjęć przedstawiających Polę Negri, braci Warner i innych, odrywając mnie skutecznie od osoby Jolsona...nie można tego umieścić na końcu książki, tak dla podsumowania, lub nawet pomiędzy rozdziałami dla lepszych przejść pomiędzy nimi?!
Książkę polecam tylko tym, którzy lubią historie o Hollywoodzie, a tym którzy kino kochają polecam obejrzenie filmu Wildera, Negri, Goldwyna, Muni...Oni naprawdę nie muszą być Polakami, żebym ich podziwiał.
Jeżeli ktoś ma ochotę poczytać o książce więcej zapraszam do zapoznania się z tekstem Michała Oleszczyka:
http://www.dwutygodnik.com/artykul/3116