cytaty z książek autora "Chisako Wakatake"
Słowa też umierają ze starości. Wszystko się zmienia.
Ja tak sobie myśle, że żyjąc dla kogoś innego, to się jednak cierpi. Przecież każdy z natury pragnie rozwinąć skrzydła. Latać po niebie zupełnie wolny. Tylko jak człowiek ma przed sobą kogoś, kogo strasznie kocha, to składa skrzydła, żeby się dopasować, macha nimi nie szybciej niż druga osoba. Jak to inaczej nazwać, jeżeli nie cierpieniem?
Jak się nad tym teraz zastanowić, młodość to synonim ignorancji. Żeby się czegokolwiek nauczyć, trzeba najpierw tego doświadczyć.
Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo. Są tylko pojedynczy mężczyźni, kobiety i rodziny". Moim zdaniem chodziło jej o to, że społeczeństwo szczęśliwych ludzi stojących ramię w ramię nie jest potrzebne, a rodzina to maksimum, na które można ludziom pozwolić. Dla rządzących to bardzo wygodne. Dla nich lepiej, jeśli będziemy samotni i podzieleni. Bo najbardziej boją się tego, że ludzie połączą siły i stawią opór. Chcą stworzyć garstkę wybranych oraz niepewne siebie, odizolowane, ubogie i pozbawione głosu masy, to ich cel. Dlatego produkują pracowników takich jak ja. Dlatego zostawiają nas samym sobie, choć jesteśmy biedni i cierpimy.
Istnieje smutek, od którego nie sposób uciec.
Noce to jednak dobre są. Ciekawe, kto je wynalazł. Dają schronienie sercu nieżywemu z wyczerpania, głaszczą człowieka po plecach. Noce to niezwykłe są. W nich można pokazać prawdziwe ja. Obnażyć się, a one przyciągną do siebie. Noce to coś wspaniałego.
Ostatnio, kiedy wychodzę z domu, ciągle czuję na sobie spojrzenia. Tak jakby wszyscy patrzyli i śmiali się pod nosem. Coś ze mną nie tak? Mam serce pchły, uważam tak z pełnym przekonaniem. Liche i maleńkie, składające się z niezliczonych warstw.
Wiem, moja wina, że straciłam głowę i walnęłam dzieciaka. Ale czy ludzi naprawdę nie łączy nic poza pieniędzmi? Musimy dla nich pracować, gryząc się w język, pocierając rękami i nogami jak ta mucha, bo błaga o litość? Pensja to chyba właśnie zapłata za to, że się człowiek powstrzymuje.
szczęście to jednak chwila. Chwila, która przydarza się w każdych warunkach.
Nie mogę zawrócić, więc nie będę żałować.
Szczęśliwie nadeszła kolejna pora roku. Aż chciało się dziękować za wszystko z całego serca. Uczucie, o jakie za młodu nigdy by się nie podejrzewała.
Ile by się miało lat, wiedzieć to zawsze frajda - odezwał się cichy głos z jej wnętrza.
Zresztą od kiedy do kiedy rodzic jest rodzicem, a dziecko dzieckiem? Mówiąc o tej parze, wyobrażam sobie dorosłego idącego z małym człowiekiem za rękę, ale tak naprawdę o wiele dłużej trwa etap następujący po tym, kiedy dziecko już dorośnie. Ponoć dawniej rodzice zwykle umierali mniej więcej wtedy, gdy najmłodsza pociecha osiągała dojrzałość, jednak w obecnych czasach są świadkami nie tylko własnej starości, ale i starości własnych potomków. Skoro tyle to trwa, lepiej nie przywiązywać w nieskończoność przesadnej wagi do tego, że jedno to rodzic, a drugie dziecko. Spędzić razem pewien okres, ale później niech każde idzie w swoją stronę.
Nawet gdy dana rzecz nas interesuje, trudno przy niej wytrwać - tego była już boleśnie świadoma, a zarazem zdążyła też zrozumieć, że jeśli coś mimo wszystko tak dalece nie daje nam spokoju, musi być obiektem prawdziwej fascynacji.
Zatopić się w czymś, choćby inni myśleli, że to bez sensu i bez znaczenia. Pani Momoko sądziła, że właśnie wtedy człowiek czuje autentyczną radość.
Kiedy pierwszym odruchem staje się rezygnacja, człowiek zapomina nawet pragnąć.
Pani Momoko uniosła łokcie, ułożyła palce w kółka i przyłożyła dłonie do oczu niczym lornetkę, mrużąc powieki, jakby patrzyła w dal. Tam, w ogromnej rzeszy mężczyzn, którzy wpatrują się przez szybę w maleńka planetę wśród gwiazd wiszącą nad horyzontem Drogi Mlecznej, chce znaleźć ciebie Shŭzõ. A dy odzyskaj mnie, jo też gdzieś tam jestem, oglądam daleką Ziemię i wzdycham z zachwytu. Shŭzõ, tęsknię za tobą.
Była jeszcze słaba, zbyt niezdarna, by sama utrzymać się na nogach, dlatego potrzebowała idola, ideału. Znalazła go i zaczęła wspierać. Nie dlatego, że była silna - właśnie dlatego, że siły jej brakowało. Wspierając go, chciała się upewnić, gdzie są jej kontury. Potrzebowała czasu, by znaleźć w sobie sens.
Shuzo, my wciąż jezdeśmy w pól drogi. Jo to jo, dy to dy, żyjem teraz - od tych ograniczeń nijak nie możemy zie uwolnić, jednak ludzie zie amieniajom. Odrobina po odrobinie. Dlatego wierze, że kiedyś relacja mężczyzny z kobiedom przyjmie forme, jakiej nie potrafimy sobie nawet wyobrazić.
Nawet nie taka zła ta starość, skoro pozwala zaakceptować dzikie i wściekłe takim, jakie jest - pomyślała pani Momoko, maszerując. Miło tak spotkać swoje różne ja w drodze...
Zwykle lubię sobie oglądać wspomnienia z przeszłości, te pokryte kurzem i pajęczynami, przy których serce już tak nie boli, jak się po nie sięga.
Powiedz, żyć to chyba znaczy stale z czegoś rezygnować, prawda? A śmierć to ostateczna rezygnacja.
Czy kiedykolwiek walczyłam choćby prawie do końca? Pani Momoko chciała walczyć, jednakże do tej pory wykształciła w sobie jedynie posłuszeństwo i ugodowość, innymi słowy stale łamała sobie głowę, jak sprawić, by ją kochano. Nigdy nie rozwinęła siły do walki, do wzmacniania samej siebie, do przekraczania swoich granic i dożyła tak aż do dziś, i wciąż tego żałowała.
Bywa tak, że serce pęka i nie pomagają żadne słowa pocieszenia. Człowiek czuje się nie na miejscu we własnym ciele, jest zobojętniały, apatyczny, otępiały. Trudno, tag po prostu bywa. Nic zie nie poradzi. Jo w jagiejś części uznałam, że nie mam szans, zanurzyłam zie w samotności bez kresu, od której trzęsie całym ciałem, zatonęłam w niej po czubek głowy.
Śmierć nie jezd dzieś daleko, ona czeka tuż obok nas ze wstrzymanym oddechem.
ludzie, myszy, karaluchy, wielkiej różnicy nie ma, wszyzdzy my towarzysze w czekaniu bez czekania, robiąc to, tamto... Właźnie tag, jezdeśmy tadzy zami.
No nie idzie tak, jak by się chciało. Piętrzą się te błędy nie do naprawienia, decyzje, których nie da się cofnąć, i tak mija to życie. Tak to już jest.
Często się śmiała. Jej śmiech szedł ramię w ramię ze smutkiem, równym krokiem. Ale to nie wszystko, o nie. Trudno orzec, czy chodziło o desperacką odwagę, czy też o godność, która nie pozwalała jej ustąpić aż do ostatniej chwili, w każdym razie nie pasowały do niej łzy. Gdy przegoniła śmiechem wszystko, razem z samą sobą, poczuła przepływ siły.
Codziennie się do ciebie zwracam, choć prawie zapomniałam, jak wyglądałeś i jak brzmiał twój głos, bo pragnę spotkania z tymi, po których jest już tylko dusza.
To świat tych, którzy osiągnęli mistrzostwo w znoszeniu cierpienia - tylko nie swojego.