Skromna sztuka pisania fantastycznych opowiadań
Weź garść bohaterów, wrzuć ich do kotła z intrygą, podlej esencją z oryginalnie wykreowanego świata. Dodaj ze dwie szczypty suspensu, a ciekawych konceptów nie żałuj. Twistów i nagłych zwrotów akcji jak kto lubi, do smaku. Przepis na dobre opowiadanie wydaje się klarowny – ale w praktyce nie tak łatwo sprawić, żeby nie wyszedł zakalec.
Jeżdżenie na wszelkiego rodzaju konwenty – jak choćby ostatni Polcon w Bielsku-Białej, o którym niedawno pisał tu mój kolega redakcyjny Marcin Zwierzchowski – oprócz tego, że w przyjemnych okolicznościach przyrody spotyka się dobrych ludzi, ma jeszcze tę zaletę, że można posłuchać mądrzejszych od siebie. I tak na jednym z tegorocznych paneli (bodaj na poznańskim Pyrkonie) można było posłuchać o tym, kto, dlaczego i po co piszesz dziś wciąż opowiadania, głównie te fantastyczne. Jako że zawodowo zajmuję się publikowaniem podobnych tekstów, nietrudno zgadnąć, że odpowiedź na podobne pytania interesowała mnie nie tylko z przyczyn hobbystycznych.
Dla czytelników nie od wczoraj zaznajomionych z science fiction wiadomym jest, że fantastyka XX-wieczna opowiadaniami stała. Początkowo, u zarania stulecia, podyktowane to było hurtowym wysypem czasopism groszowych, które podobną formę wypowiedzi literackiej skupowały na pniu. Ale i później, w drugiej połowie wieku, kiedy sytuacja magazynów nie prezentowała się już tak różowo, autorzy dalej pisali opowiadania i niektórzy z nich, jak Robert Sheckley, uzyskali środowiskową sławę właśnie dzięki nim. To w opowiadaniu bowiem najprecyzyjniej dało się przedstawić oryginalny pomysł, fantastycznonaukowy paradoks, śmiałą ideę skłaniającą do przyjrzenia się pozaliterackiemu światu w nowym, odmiennym kontekście. Napisanie tekstu wciągającego, dynamicznego, zasiedlonego przez wiarygodnych bohaterów i rozbudowanego w tle, ale jednocześnie ograniczonego objętością, stało się sztuką samą w sobie, egzaminem czeladniczym, dopiero po zdaniu którego autor wyruszał na szersze prozatorskie wody.
Podobny kierunek progresu zmienił się dopiero stosunkowo niedawno: dziś często debiutuje się powieścią, autor ma na koncie całą trylogię, zanim spróbuje napisać pierwsze z opowiadań. Zmieniły się zresztą nie tylko zwyczaje pisarzy. Wydawcy też stawiają głownie na powieści, bo to one sprzedają się lepiej. Podobnie czytelnicy – którzy wolą dziś raczej zagłębiać się w ulubione światy na więcej niż kilkanaście stron lektury, jak najdłużej wędrować po krainach magii z przyjaciółmi poznanymi na powieściowych kartkach. Na szczęście wciąż mamy portale i czasopisma literackie (polecam uwadze, rzecz jasna, „Nową Fantastykę”, magazyn z ponad trzydziestoletnim stażem w tej materii) – oraz długie półki w biblioteczkach z tym, co już wydano.
Każdy zapewne ma swoje prywatne podium, na którym figurują opowiadania, jakie zrobiły na nim największe wrażenie, a czasem wręcz przekonały do czytania w ogóle i były pierwszym z nieśmiałych pocałunków w tym długim i owocnym romansie z książkami. Współcześnie na pewno warto zwrócić uwagę na Teda Chianga (zbiór „Historia twojego życia”) – mistrza fantastycznej krótkie formy, który pisze niewiele, ale praktycznie każdy jego tekst zostaje obsypany branżowymi nagrodami. Drugim z autorów, którym literacka zwięzłość wyraźnie służy, jest China Miéville (zbiór „W poszukiwaniu Jake’a”), sztandarowy autor new weird, który w swoich krótszych tekstach często porzuca nieziemskie neverlandy, by opisywać współczesność – z tym że u niego ta współczesność jest niepokojąco wykrzywiona i przełamana niewytłumaczalnymi fenomenami.
#####
Gdybym jednak miał wybierać, na podium autorów zagranicznych znalazłby się:
„Piaseczniki” George’a R.R. Martina – tekst z 1981 roku, kiedy nikt jeszcze nie słyszał o „Pieśni Lodu i Ognia,” a Martin wciąż uważany był za młodego, dobrze zapowiadającego się pisarza science fiction. Opowiadanie regularnie plasuje się w czołówce zestawień z najlepszymi opowiadaniami fantastycznymi ever. Nieprzypadkowo. W tekście znajduje się wszystko, co powinien posiadać dobry horror SF: oryginalny pomysł i niebanalna tematyka, powoli gęstniejący klimat, bohater-socjopata z nietypowym hobby (kolekcjonuje zwierzaki z obcych planet), narastające zagrożenie…
„Nie mam ust, a muszę krzyczeć” Harlana Ellisona – choć w zasadzie tu mógłby się znaleźć każdy z jego wydanych po polsku tekstów (zbiór „Ptak śmierci”). Ten autor ponad 350 (!) opowiadań jak mało kto miał rękę do pisania krótko, zwięźle i szokująco, a już same tytuły tych tekstów to często mini arcydzieła (taki „Ukorz się, pajacu, rzecze Tiktator” na przykład to prawdziwy cymes).
„Wypłata” Philipa K. Dicka – podobnie jak u Ellisona, w zasadzie każde z opowiadań Dicka warte jest uwagi (w Polsce bodaj najwięcej wydał ich Prószyński i S-ka, np. zbiór „Krótki, szczęśliwy żywot brązowego oxforda”, w którym „Wypłata” występuje pod tytułem „Honorarium”; ostatnio wznowił go Rebis w świetnej reedycji „dzieł zebranych” autora). „Wypłata” zaś wyróżnia się nie tylko pomysłem – opowiadania Dicka nimi stoją – ale też precyzyjną konstrukcją fabularną: gdy główny bohater zamiast góry forsy po długoterminowym kontrakcie – w ramach którego wyczyszczono mu też pamięć – otrzymuje jako wynagrodzenie kartę magnetyczną, kwit nadania paczki, kawałek drutu i połowę żetonu do pokera, jest bardziej niż rozczarowany. Nie wie jednak, że właśnie zrobił interes – dosłownie – życia.
Jeśli chodzi o autorów polskich, też byłoby z czego wybierać. Większość zna zapewne świetne opowiadania wiedźmińskie Andrzeja Sapkowskiego (takie „Trochę poświęcenia” można by stawiać w Sèvres jako wzór opowiadania fantasy w ogóle), ale nie mniej wciągające są teksty Anny Brzezińskiej („Wody głębokie jak niebo”), Łukasza Orbitowskiego („Wigilijne psy”), Jarosława Grzędowicza („Księga jesiennych demonów”), Andrzeja Pilipiuka („2586 kroków”), Andrzeja Ziemiańskiego („Zapach szkła”), Marka S. Huberatha (Ostatni, którzy wyszli z raju), czy oczywiście Jacka Dukaja, z czasów gdy jeszcze każdy koncept nie rozrastał mu się w sążnistą cegłę („W kraju niewiernych”). Tu jednak chciałbym przypomnieć teksty autorów nieco mniej popularnych, ale to nie znaczy, że nie wartych poznania.
„Krew i deszcz” Macieja Żerdzińskiego (zbiór „Korporacja Wars’n’Guns”) – to po mistrzowsku napisana opowieść, w której fantasy miesza się z science fiction, a wydarzenia na różnych poziomach rzeczywistości wpływają na siebie nawzajem, stanowiąc przejaw odwiecznej walki przeciwstawnych sobie potęg, toczonej na szerszym planie. Autor popełnił potem jeszcze powieść „Opuścić Los Raques” (też wartą uwagi) i zniknął (to znaczy zajął się zawodowo pracą psychiatry), ale ptaszki ćwierkają, że podobno znów pisze coś nowego…
„Rzym” Janusza Cyran (zbiór „Teoria diabła”) – przewrotna historia Heroda rozgrywająca się w starożytnych scenografiach, z tym że szybko okazuje się, że ani Herod, ani starożytność nie są tu do końca tacy, jak opisują szkolne podręczniki. Opowieść o walce zniewolonego narodu miesza się z futurystką, a los Heroda to gorzka reinterpretacja tego, co dzieje się, kiedy naiwni Dawidowie stają naprzeciw Goliatów tego świata.
„Karnawał” Jakuba Nowaka („Nowa Fantastyka” 7/2007) – wybuchowy miks steampunka, hard SF i energii piosenek z „Powstania Warszawskiego” Lao Che. Co najdziwniejsze – miks, który wspaniale działa. Czego tu nie ma: zniszczonej Warszawy, inwazji obcych, Mickiewicza i Ziemi przekształcanej niezrozumiałymi fenomenami… Absolutny must read dla wszystkich, którzy cenią oryginalność.
***
Na wspomnianym panelu Maciej Parowski, długoletni redaktor „Fantastyki” i „Nowej Fantastyki”, opowiadał, że kiedy podobny tekst trafia na redaktorski ekran, redaktorzy z radości ściągają krawaty i tańczą na biurkach. Z pozycji swojego skromnego doświadczenia mogę potwierdzić, że to najszczersza prawda. Dziś ów dobry obyczaj posunął się zresztą dalej: kręci się wtedy nad głową młynki zrzucanymi koszulami, wystawiając kogucie torsy intelektualistów pod nielitościwy osąd koleżanek, i naprędce przyrządza drinki, obowiązkowo literackie: Gimleta (sączył Marlowe), Daiquiri Papa Doble (spijał Hemingway) czy Martini z wódką (ładował Bond).
Dobrze napisane opowiadania są bowiem jak mroźny cocktail w upalny dzień; uśmiech nieznajomego w pochmurne popołudnie; jak nowiutkie sto złotych znalezione w kieszeni w sobotę o północy, kiedy wydawało się już, że impreza gaśnie. To znaczy może i można się bez nich obejść – ale po co? Z dobrego rezygnować nie warto.
Michał Cetnarowski - prowadzi dział literatury polskiej w „Nowej Fantastyce”. Jest pisarzem, krytykiem i publicystą, a także redaktorem antologii „Głos Lema”. Jego książka "I dusza moja" została wydana pod patronatem lubimyczytać.pl.
komentarze [9]
Jak dla mnie najlepsze opowiadania fantastyczne pisze Neil Gaiman. Zabrakło mi go w zestawieniu pomimo tego, że wydał dwa wspaniałe zbiory: "Dym i lustra" oraz "Rzeczy ulotne" (zbioru "M jak magia" nie liczę, gdyż w większości są to wybrane historie z dwóch poprzednich zbiorów). Lubi bawić się formą; utwory wierszowane są obok tych pisanych prozą, a bardzo długie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej