Komu wojnę, komu? „Pieśń krwi” Anthony’ego Ryana
Kto jak kto, ale Szkot akurat o bojach z najeźdźcami może powiedzieć całkiem sporo. Zwłaszcza jeśli ma dyplom z historii średniowiecznej. Anthony Ryan posiadł wszystkie narzędzia, żeby zostać pisarzem powieści historycznych, ale… zajął się fantasy. Z korzyścią dla wszystkich.
Materiały wydawnictwa
Wydawać każdy może, jeden lepiej, a Anthony Ryan… jeszcze lepiej. Swój literacki debiut zdecydował się wypuścić własnym sumptem, ale ten nie zdążył zagrzać miejsca na cyfrowych półkach, bo umowę podsunęło mu pod nos Penguin Books, potentat brytyjskiego rynku książkowego. Dość powiedzieć, że powieść, wydana u nas jako „Pieśń krwi”, stanowiąca otwarcie trylogii „Kruczego Cienia”, z miejsca osiągnęła taki sukces, że Ryan, specjalista od mediewistyki i dotychczas etatowy researcher, mógł rzucić starą robotę i zająć się zawodowo tylko i wyłącznie pisaniem fikcji.
I trzeba przyznać, że przeszło czterdziestoletni debiutant prędko nadrobił stracony czas, bo przez kolejną dekadę wydał kilkanaście powieści, rozwijając zarówno uniwersum zapoczątkowane „Pieśnią krwi”, jak i wymyślając zupełnie nowe światy, skacząc przy tym śmiało od fantasy do kryminału noir podlanego sosem science fiction (które to nowelki publikuje samodzielnie). Wydawałoby się przy tym, że facet specjalizujący się w historii średniowiecznej zasiądzie raczej do powieści przynajmniej flirtującej z faktami, a tu niespodzianka.
Chociaż, jak mówi sam Ryan, faktycznie na pewnym etapie rozmyślał o napisaniu czegoś opartego na prawdziwych wydarzeniach albo przynajmniej osadzonego w realiach wieków ciemnych. Uznał jednak, że będzie to dla niego decyzja zbyt ograniczająca artystycznie, chciał bowiem spróbować swoich sił w fantastyce nieprzypadkowo. Dla niego jest to niezagospodarowana przestrzeń, po której może się poruszać swobodnie, rozpisać historię wyimaginowanego świata, nie będąc przywiązanym do tego, co zostało już wyryte w kamieniu. Tyle że Ryan w „Pieśni krwi” jak najbardziej korzysta ze swojej wiedzy i zainteresowań, co przekłada się na jakość jego prozy i wykreowanego w niej świata.
Zresztą już sama perspektywa narracyjna zastosowana przez Ryana jest cokolwiek niekonwencjonalna, a bohater – nietypowy. Vaelinowi bliżej do antybohatera – może i jego kompas moralny działa bez zarzutu, lecz przestawiony nam jest on jako najeźdźca; takich, niejako z definicji, nie lubimy. Ale jesteśmy na niego skazani, obserwując jego życie, relacjonowane przez niego samego historykowi wrogiego państwa, który postrzega Vaelina jako wojownika może i mężnego, lecz bezwzględnego i okrytego niesławą. On sam przedstawia się raczej jako sprawiedliwy mąż i genialny dowódca, nierzadko, co jest ciekawym zabiegiem, będąc na bakier z faktami, koloryzując to i owo i umniejszając znaczenie tego i tamtego. Wiemy to na podstawie biegnącej dwutorowo narracji, jednej teraźniejszej i jednej retrospektywnej.

Tak czy owak, choć Vaelin to facet, jak by nie było, przyzwoity, to kieruje wojskami, którym chodzi jedynie o wojenne łupy i terytorium (przy czym najechany przez niego kraj nie jest bynajmniej królestwem prawych i cnotliwych; nie ma tutaj wyraźnej dychotomii, podziału na tych ewidentnie dobrych i tych absolutnie złych), co z automatu stawia go w pozycji antybohatera. Ryan odpowiada jednak dość szczegółowo, dlaczego ten jest tym, kim jest, i jak stał się tym, kim się stał. Cała biegnąca równolegle retrospektywa to kronika młodzieńczych lat Vaelina, który dorastał pod butem Szóstego Zakonu.
Poznajemy go in medias res, jako skazanego prowadzonego na śmierć, i z czasem dowiadujemy się, dlaczego ma umówione spotkanie z katem. Jako nastolatek Vaelin trafił do rzeczonego zakonu, gdzie wykłada się literę Wiary. Tam szkolono go na jej protektora, choć ta, co jest dla niego szczególnie kłopotliwe, nie akceptuje żadnego przejawu magii, a chłopak potrafi się nią posługiwać. Młody człowiek pnie się w górę społecznej hierarchii, daje się poznać – także czytelnikowi – jako człek szlachetny i honorowy, oddany wyuczonej regule.
Ryan w dużej mierze koncentruje się na dorastaniu i dojrzewaniu Vaelina, nie tylko fizycznym, ale i emocjonalnym i charakterologicznym, bo chociaż jest wiernym poddanym i sługą Wiary, to usiłuje nie zatracić siebie, żyć zgodnie z rzeczonym kompasem moralnym, który trudno mu jednak skalibrować. Dlatego nie raz i nie dwa zmuszony jest postąpić niezgodnie z własnym sumieniem i charakterem, co jest złem koniecznym, ale nie czymś, czego łatwo się się pozbyć i z czego łatwo jest się otrząsnąć. Na tym polega wewnętrzny konflikt Vaelina ze sobą.
Oczywiście „Pieśń krwi” nie skupia się wyłącznie na moralnych dylematach bohatera, to przez cały czas fantastyka na pełnej prędkości, z politycznymi intrygami, spektakularnymi bitwami i domieszką nadprzyrodzonych zjawisk i umiejętności. Przy tym świat stworzony przez Ryana, tu jeszcze miejscami zaledwie liźnięty, rozwijany w każdej powieści, mimo że skrojony według gatunkowego standardu, jest intrygujący, nieprzyjazny, fascynujący i zachęcający do dalszych czytelniczych wyzwań. Szczególnie że cykl z Vaelinem z czasem rozrósł się aż do pięciu powieści (trylogia „Kruczy Cień” oraz dylogia „Krucze Ostrze”). Nie jest wykluczone, że z czasem szkocki autor jeszcze powróci do swojego wojownika, ale teraz ma inne książki na głowie…

O autorze
Anthony Ryan pisał niemalże od zawsze i jak sam mówi, pisanie prac było jedyną rzeczą, w której osiągał dobre wyniki w szkole. Po dwudziestce pomyślał, że mógłby zająć się tym na poważnie i…rozpoczął honorowe kolekcjonowanie kartek z wydawniczymi odmowami.
Zmęczony i rozgoryczony odrzuceniem przez branżę wydawniczą swoją pierwszą powieść Raven’s Shadow wydał w selfpublishingu. I to przyniosło mu upragniony kontrakt wydawniczy. Kolejne książki wydaje we współpracy z wydawnictwem Pinguin. Po podpisaniu kontraktu porzucił karierę w brytyjskiej służbie cywilnej i zajął się pisaniem na pełen etat. Dzięki temu ma możliwość całkowitego oddania się procesowi tworzenia i zdarza się, że spędza na tym cały dzień nie zauważając zupełnie upływu czasu.
W przeciwieństwie do wielu autorów, nie słucha w czasie pisania muzyki. Bo zanurzony w świecie własnej wyobraźni, zwyczajnie jej nie słyszy. Z uporem tworzy konspekty swoich powieści, które później z wirtuozerią ignoruje, bo do głowy przychodzą mu znacznie lepsze pomysły. Interesuje się sztuką, historią, nauką oraz uporczywym poszukiwaniem perfekcyjnej pinty piwa.
Książka „Pieśń krwi” jest już dostępna w sprzedaży online.
Artykuł sponsorowany
Tagi i tematy
komentarze [1]
Zapraszam do dyskusji.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam