Najlepsze przed nami! Zuzanna i Magdalena Kordel we wspólnym wywiadzie
O tym czy pisanie jest dziedziczone w genach, o korzyściach z mieszkania pod jednym dachem z matką pisarką i o... marzeniach. Rozmawiamy z Zuzanną Kordel, autorką książki „Najlepsze przed nami” i jej mamą, Magdaleną.
[OPIS WYDAWCY] Miłość przychodzi niespodziewanie.
Aniela ma 21 lat, cięty język i ukochaną czerwoną mazdę, którą może uciec, dokąd tylko zechce. I gdy kolejna oschła rozmowa w domu sprawia, że wreszcie coś w niej pęka, dziewczyna nie zastanawia się dwa razy. Wyjeżdża do babci do Warszawy i zaczyna życie na nowo, sama. Ale najpierw, by jak najszybciej stanąć na nogi, robi to, co zawsze wychodziło jej najlepiej. Bierze udział w wyścigach samochodowych. Nielegalnych. I pakuje się w niezłe tarapaty…
Łukaszowi wydaje się, że najgorsze ma już dawno za sobą. Udało mu się wyjść z nałogu i przestać myśleć o Karolinie. W ogóle o dziewczynach. Teraz stawia na siebie: rodzina, praca i wieczorne wyścigi z kumplami. I wtedy los sprawia, że na jego drodze staje… Aniela.
Poza pasją dzieli ich wszystko. Każde skrywa własny sekret.
Czy pozwolą sobie uwierzyć w to, że najlepsze dopiero się wydarzy?
Monika Frankiewicz: Dziewczyny, czy pisanie ma się w genach? Czy jest to jakiś rodzaj przeznaczenia, od którego lepiej nie uciekać?
Zuzanna Kordel: Mam nadzieję! Chciałabym pisać tak dobrze jak mama.
Magdalena Kordel: Pochodzę z rozczytanego, zaczytanego domu, w którym wszyscy lubili czytać, nawet babcia, której edukację przerwała wojna. W naszym domu zawsze było dużo książek, ale nikogo nie ciągnęło do pisania. Ja z kolei, odkąd pamiętam, kochałam nie tylko czytać, słuchać, ale też dopowiadać zakończenia historiom. Pewnego dnia rodzice zapisali mnie do biblioteki, bo czasy były takie, że książki nie były tak szeroko dostępne jak obecnie. Pamiętam moment zachwytu, zachłyśnięcia się półkami pełnymi książek. Kiedy rodzice wypożyczali i czytali mi książki, odkryłam, że nie wszystkie mają takie zakończenia, jak bym chciała, i wtedy zaczęłam wymyślać i „dopisywać” swoje własne. I śmieję się, że chyba właśnie wtedy zaczęłam pisać, nie znając jeszcze żadnej literki – tworzyłam własne historie i kreowałam własną rzeczywistość. Kiedy w szkole pytano mnie, kim zostanę w przyszłości, odpowiadałam, że będę pracowała w zoo albo będę pisała książki.
ZK: Nie wiem, czy wpadłabym na pomysł, żeby pisać, gdyby nie to, że od dziecka obserwowałam mamę przy pracy. I też mam swoją historię! Gdy ukazała się pierwsza książka mamy, 48 tygodni, ja też zaczęłam pisać książkę. Gdzieś ją mam do dziś! To była książka pisana długopisem, odręcznie, a moja koleżanka zrobiła do niej ilustracje. Jej bohaterami były nasze ówczesne zwierzęta.
MK: Dla moich dzieci, to że piszę książki, było po prostu częścią codzienności, czymś zupełnie naturalnym. One nie pamiętają, żebym robiła cokolwiek innego. Myślę, że łatwiej jest sięgnąć po marzenie o pisaniu, kiedy się wie, jak to zrobić. Jeśli masz możliwość obserwowania czyjejś pracy, uczenia się, czerpania wiedzy – jest prościej, także pod względem technicznym.
ZK: Tak! Dzięki obserwowaniu mamy przy pracy nie tylko wiem, że można, ale też wiem jak. Mam wiedzę na temat tego, jak funkcjonuje rynek wydawniczy, jakie są modele wydawania książek, że nie zawsze, żeby spełnić marzenie o pisaniu, można liczyć tylko na self-publishing.
Magda, pamiętasz jeszcze moment, w którym postanowiłaś napisać pierwszą książkę?
MK: U mnie wszystko było trochę na opak. Zawsze marzyłam o tym, żeby pisać, ale kompletnie nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Żeby zdobyć doświadczenie, zatrudniłam się w lokalnej gazecie, „Tygodniku Otwockim”. To był czas, kiedy bardzo popularny stał się „Dziennik Bridget Jones”. Na kanwie popularności tej książki nasz wydawca, za namową starszego kolegi redaktora, zaproponował mi napisanie powieści w odcinkach. Mój redakcyjny kolega doskonale pamiętał czasy, gdy takie cykle były bardzo popularne, chyba marzył mu się trochę taki powrót do przeszłości. Historia miała być lekka, zabawna, a ja stwierdziłam, że to super pomysł. Miałam już wówczas męża i malutką Zuzę, więc postanowiłam pisać o tym, co znam najlepiej – o małżeńskich perypetiach, mimo że na topie były opowieści o singlach. Odcinków pojawiło się sporo. Stwierdziłam, że jeśli połączę wątki, dopiszę kilka odcinków oraz zakończenie, to będę miała, cienką bo cienką, ale jednak pierwszą książkę. Wtedy dotarło do mnie, że to jest moja szansa. I tak powstało 48 tygodni, które… wylądowały w szufladzie. I pewnie książka zostałaby tam na dobre, gdyby nie mój mąż. Wsiadł do autobusu i zawiózł rękopis do dwóch wydawnictw. Nie wierzyłam wtedy, że ktokolwiek to przeczyta. Jedno z wydawnictw tekst odrzuciło, a drugie, Prószyński, zdecydowało się wydać moją książkę. Pamiętam do dziś, jak siedziałam w fotelu i odebrałam telefon od pana redaktora z Prószyńskiego, który powiedział mi, że są zainteresowani współpracą, a ja trzymając słuchawkę przy uchu, kłaniałam się w pas i mówiłam: „dziękuję bardzo, dziękuję bardzo!”.
ZK: Byłam wtedy mała, ale pamiętam, jak mama zaczęła piszczeć i skakać.
MK (śmiech): Ale to było później, jak się już rozłączyłam!
W jednym z wywiadów powiedziałaś: „W moich powieściach chcę przekonać czytelników, że zawsze jeszcze może nas spotkać coś dobrego – niezależnie od tego, ile mamy lat i co już przeszliśmy. Często stawiam na szczęśliwe zakończenia, a moi bohaterowie prędzej czy później wychodzą na prostą”. Przygotowując się do tej rozmowy, przeczytałam wypowiedzi Twoich czytelniczek i wiele z nich mówi o tym, że tak bardzo czekają na każdą kolejną książkę, bo są spragnione emocji, dobrej energii, humoru, Twoje książki dają im nadzieję. Mam wrażenie, że Twoje powieści są trochę takim przyklejonym czułą ręką plasterkiem na zranienia, jakie wszystkim nam funduje życie. Czy książka może być lekiem na smutki?
MK: Myślę, że książki nas bardzo często ratują. Dają nam poczucie tego, że warto o siebie walczyć. Mnie niejednokrotnie pomogły. Miałam bardzo szczęśliwe dzieciństwo do momentu, kiedy żył mój tato. Zmarł, gdy miałam dziesięć lat, i wtedy wszystko się skomplikowało. Gdyby nie to, że w pewnym momencie trafiłam na książki Lucy Maud Montgomery, „Anię z Zielonego Wzgórza” i „Emilkę ze Srebrnego Nowiu”, to trudniej byłoby mi oswoić się z rzeczywistością. A potem „adoptowali” mnie Borejkowie z książek Małgorzaty Musierowicz. W dużej części wychowały mnie książki. Z nich czerpałam przeświadczenie, że jeżeli będę bardzo mocno chcieć, jeżeli będę o siebie walczyć, to bez względu na to, co się wydarzy, kiedyś będę miała taki dom, o jakim marzę. Zależało mi na tym, żeby wokół mnie byli ciepli, dobrzy ludzie. Myślę, że bez tych książek mogłoby nie być mnie w miejscu, w którym jestem. W momencie kiedy zaczęłam się zastanawiać, co chciałabym robić, jakie książki pisać, to wiedziałam już, że chcę pisać powieści, które będą takim podaniem ręki czytelnikowi. Żeby miał poczucie, że nie jest sam. Bo na dobrą sprawę nigdy nie jesteśmy sami. I robię to nadal. Doskonale zdaję sobie sprawę, że moje książki nigdy nie dostaną żadnej nagrody, bo nie ma Polsce większych nagród w kategorii powieści obyczajowej. Moje książki nigdy nie będą „literaturą z wyższej półki”, bo nie takie piszę i robię to całkowicie świadomie. To nie znaczy, że niczego innego nie potrafiłabym napisać. Ja po prostu chciałabym, żeby po przeczytaniu moich książek ludziom robiło się w życiu lepiej. Żeby wiedzieli, że marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Chciałabym, żeby czytelnicy wiedzieli, że zawsze znajdzie się ktoś, kto jest gotowy ich przytulić. Taką mam misję.
Zuza, przez większość swojego świadomego życia podglądałaś mamę przy pisaniu lub zbieraniu materiałów do twórczej pracy. Kiedy pojawił się pomysł, aby napisać własną książkę? Czy to pragnienie było w Tobie od zawsze, czy potrzebowałaś czasu, żeby odkryć w sobie marzenie o pisaniu?
ZK: Odkąd pamiętam, chciałam napisać książkę i zostać pisarką. To od zawsze było moim marzeniem, ale trochę nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Mimo że od wczesnego wieku nastoletniego zachęcali mnie do tego rodzice. Myślę, że musiałam dojrzeć i zrozumieć, jak to zrobić, bo kilka razy zasiadałam, najpierw z zeszytem, a potem z komputerem, i próbowałam pisać. Na początku nawet szło mi gładko, ale potem potykałam się o to, że moi bohaterowie nie mieli własnego charakteru, nie czułam ich. Aż pewnego razu podczas samotnego wieczoru, oglądając jakiś niezbyt mądry program w telewizji, pomyślałam o Łukaszu, przyjacielu moim i mojego narzeczonego. Pomyślałam, że to taka fajna postać do opisania! Łukasz ma ukochanego nissana, zainspirowało mnie to do stworzenia tła powieści. Zrobiłam plan, opisałam postaci, jak mają wyglądać, jak się zachowywać, relacje między nimi. Poczułam, jak to wszystko zaczyna układać się w całość.
Nie buntowałaś się? Nie chciałaś zająć się zupełnie czymś innym niż mama?
ZK: Nie, zupełnie, wręcz przeciwnie. Charakter mam chyba podobny do taty i to z nim częściej się sprzeczałam, chociaż bardzo go kocham i mam z nim super relację! To, czego bym nie chciała, chociaż pewnie nie da się tego uniknąć, to porównywanie tego, co piszę, do twórczości mamy, patrzenie na mnie przez jej pryzmat – tego, o czym piszemy, jak wyglądają światy, które tworzymy. Bardzo się od siebie z mamą różnimy, choć oczywiście mamy pewne wspólne cechy, z których jestem dumna. Wiele nas łączy, ale jesteśmy inne, mamy odmienne doświadczenia, choćby ze względu na wiek.
MK: Myślę, że dość duże znaczenie ma to, że Zuza szybko stała się samodzielna. Chciała na siebie zarabiać, pracowała w wielu miejscach, robiła różne rzeczy. Zawsze lubiła pisać, miała tę iskrę, potencjał, który wydawał mi się bardzo fajny, dlatego zachęcałam ją, aby próbowała. Sądzę, że nie buntowała się, bo wiedziała, że ma wybór, nikt do niczego jej nie przymuszał.
Bohaterów powieści „Najlepsze przed nami”, Anielę i Łukasza, mimo młodego wieku życie nie rozpieszcza. Aniela ma skomplikowane relacje z rodzicami, zwłaszcza z matką, doświadcza przemocy psychicznej. Pochodzi z domu, w którym jest wszystko, a jednocześnie brakuje najważniejszego – miłości. Łukasza otacza kochająca rodzina, ale chłopak zmaga się z rujnującym mu życie nałogiem. Ciebie i Magdę łączy kapitalna więź, myślę, że to coś więcej niż relacja matka – córka, wygląda na to, że też się przyjaźnicie. Czy trudno było Ci pisać o toksycznych, poplątanych relacjach? Skąd czerpałaś wiedzę i inspiracje, aby przeżycia i emocje bohaterów opisać wiarygodnie?
ZK: To jest bardzo przykre, że nie wszyscy mają w życiu tak fajnie jak ja. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jestem uprzywilejowana już na starcie. Na co dzień widzę u różnych osób, które znam, że nie zawsze jest pięknie i kolorowo. To, że ktoś jest czyjąś mamą, nie zawsze oznacza, że będzie kimś bliskim, nie mówię już o przyjaźni, ale o jakimkolwiek wsparciu. Niestety to nie jest jednoznaczne, choć myślę, że byłoby piękne, gdyby było. Obserwuję, słucham, dużo też czytam o relacjach i emocjach.
Aniela jest wrażliwa, ale jest też ryzykantką, przez co często pakuje się w kłopoty, ma cięty język i uwielbia szybkie samochody. Czy Aniela ma coś z Ciebie?
ZK: Trochę na pewno! Myślę, że są dwie opcje: albo świetnie dogadałybyśmy się z Anielą, albo darłybyśmy koty, bo tak bardzo jesteśmy do siebie podobne.
Anielę i Łukasza połączyła pasja motoryzacyjna. Gdy jest źle – Aniela wsiada za kierownicę i rusza przed siebie. Co jest dla Ciebie czerwoną mazdą, która pomaga szybko uciec od problemów? Z czym się ścigasz?
ZK: To jest bardzo trudne pytanie! Myślę, że mam tu jeszcze wiele do odkrycia. Mam niezależną naturę, jest we mnie ogromna potrzeba wolności. Lubię w sobie tę cechę, napędza mnie i mobilizuje do działania. Wydaje mi się, że ścigam się sama ze sobą. Sprawdzam, na co mnie stać, zbieram doświadczenia, jestem ciekawa świata, uczę się. W przyszłości chciałabym pracować na własny rachunek, być swoją własną szefową.

Wszyscy zmagamy się z rzeczywistością pandemiczną. Czego brakuje Wam teraz najbardziej? Za czym tęsknicie?
ZK: Od roku najbardziej marzę o długim wyjeździe, podczas którego nie tylko wypocznę, ale też zdobędę nowe umiejętności i piękne wspomnienia. Brakuje mi też takich bardzo prostych, przyziemnych rzeczy. Często rozmawiamy choćby o tym, jak to będzie pójść do knajpy! Nigdy nie byłam wielką fanką imprezowania w klubach, tymczasem teraz marzę, żeby pójść do klubu, bawić się do rana i być wśród ludzi, których nie znam.
MK: Najbardziej brakuje mi ludzi. Potrzebuję zewnętrza do tego, żeby z niego czerpać. Nie można wyjeżdżać, nie można wychodzić, nie można się spotykać. Świat się zamknął, a dla mnie to zamknięcie jest podwójną traumą. Momentami mam wrażenie, że będę miała kłopoty z ułożeniem nowych historii, bo brakuje mi paliwa, tego wszystkiego, z czego mogłam czerpać. Kiedy wyjechaliśmy zimą na kilka dni, najbardziej chciałam pochodzić po górach, ale też zobaczyć, choćby z daleka, innych ludzi, uwierzyć, że są, istnieją, życie się toczy i jakoś to będzie. Staram się trzymać na powierzchni i nie dawać przygnębiającym myślom, ale czasami jest bardzo trudno.
ZK: Wszystkie aktywności, jakie kiedyś podejmowaliśmy, ostatecznie prowadziły do interakcji, do kontaktów międzyludzkich. Dziś ludzie boją się nawet rozmawiać ze sobą w kolejce.
MK: Brakuje mi też bycia samej w domu! Co może brzmieć absurdalnie w kontekście tego, że przed chwilą narzekałam na zamknięcie. Kiedyś miałam swój czas, sam na sam z komputerem, dziś, w dobie zdalnej nauki i pracy, praktycznie nigdy nie jestem sama w domu. Czasem moje koleżanki mówią: „Pracujesz w domu, dla ciebie nic się nie zmieniło”. To nieprawda, zmieniło się wszystko.

Magda, wyobraźmy sobie, że mamy tu wehikuł czasu. Przenosisz się dwadzieścia lat wstecz i możesz zostać kimkolwiek zechcesz. Co wybierasz? Zmieniasz coś w swoim życiu?
MK: Nic. Pomimo wielu błędów, jakie popełniłam, wielu trudności, jakich można było uniknąć. Nie zmieniłabym nic, ponieważ suma tych wszystkich doświadczeń doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem teraz. Sprawiła, że jestem tym, kim jestem. Myślę, że potrafię wiele zrozumieć, bo doświadczyłam rzeczy, z którymi musiałam się zmierzyć. Nie chciałabym do tego wrócić i wcale nie będę z siebie robić bohaterki, która chętnie wskoczy ponownie do tej lodowatej wody, ale dzięki trudnym przeżyciom odkryłam siłę, którą w sobie noszę. Nie jestem słaba i bezbronna, mimo że czasami tak się czuję. Wiem, że gdy przyjdzie sytuacja kryzysowa, to będę umiała odnaleźć w sobie samozaparcie, siłę i nie poddam się bez walki. Dzięki temu, co przeżyłam, jestem pewniejsza siebie.
Zuza, teraz do naszego wehikułu czasu zapraszam Ciebie. Przesuwamy wajchę o dwadzieścia lat do przodu – kim jesteś? Jak wyobrażasz sobie czterdziestoczteroletnią Zuzannę?
ZK: Chciałabym być pełnoetatową pisarką, to jest moje ogromne marzenie. Chciałabym też angażować się społecznie, mieć czas na to, aby pomagać młodym zagubionym osobom, takim, o jakich piszę w Najlepsze przed nami. Uważam, że takie osoby bardzo potrzebują wsparcia i na nie zasługują. Chciałabym żyć w zgodzie ze sobą, bo to jest dla mnie najważniejsze, i być po prostu szczęśliwa.
Dziewczyny, czego mogę Wam życzyć?
MK: Za dziesięć lat chciałabym mieć domek we Włoszek i wygodny leżak.
ZK: Tak, domek z basenem!
MK: Może być nawet bez basenu! Nie jestem wymagająca. Móc pisać, jeść dobre pomidory z oliwą, nie martwić się o to, że czegoś tam jeszcze brakuje na koncie, i spokojnie sobie żyć. I chodzić bez maseczki!
ZK: I nie martwić się za każdym razem, gdy się spotykamy z kimś starszym. A do tego naszego wymarzonego domku we Włoszech chciałabym jeszcze dodać fioletowe kwiaty – glicynie.
Przeczytaj fragment książki „Najlepsze przed nami”
Najlepsze przed nami
Issuu is a digital publishing platform that makes it simple to publish magazines, catalogs, newspapers, books, and more online. Easily share your publications and get them in front of Issuu's millions of monthly readers.
Książkę Zuzanny Kordel można już kupić w księgarniach online.
Artykuł sponsorowany
komentarze [1]
Zapraszamy do dyskusji.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam