-
Artykuły
Czytamy w święta. 3 kwietnia 2026
LubimyCzytać325 -
Artykuły
Weź udział w konkursie i wygraj pakiet książek Callie Hart!
LubimyCzytać24 -
Artykuły
„Odpowiedź kryje się w tobie” – Katarzyna Wolwowicz zdradza, jak ją odnaleźć
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nowa karkonoska powieść Sławka Gortycha! „ŚWIĘTO KARKONOSZY”- już wkrótce! KONKURS
LubimyCzytać131
forum Oficjalne Akcje i konkursy
[Zakończony] Dom o magicznych mocach - wygraj "Dom tajemnic"
Stare domy na pewno wiele widziały i skrywają niejedną tajemnicę. Stare domy mogą być zamieszkiwane przez istoty o magicznych mocach. Niekoniecznie przyjazne. Stare domy same w sobie mogą mieć niezwykłe moce. Taki właśnie jest dom z powieści Columbusa i Vizziniego - przenosi bohaterów w różne światy, w których wszystko jest możliwe. Wyobraź sobie, że przenosisz się (choć niekoniecznie tego chcesz) do świata z wybranej książki. Jaka to książka i jaką przygodę tam przeżywasz? Czekamy na teksty o objętości do 2000 znaków ze spacjami.
Nagrody
Autorów pięciu najlepszych tekstów nagrodzimy egzemplarzami książki.
Dom tajemnic
Autorzy: Ned Vizzini, Chris Columbus
Regulamin
- Konkurs trwa od 15 do 21 stycznia włącznie. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
- Odpowiedzi muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie części lub fragmentów tekstów, recenzji innych osób jest zabronione. Teksty nie mogą przekraczać 2000 znaków ze spacjami.
- Każdy użytkownik może zgłosić tylko jedną pracę.
- Zwycięzców wybiera administracja serwisu lubimyczytać.pl. Decyzja jest nieodwołalna.
- Dane adresowe zostaną wykorzystane przez serwis lubimyczytać.pl i Wydawnictwo Znak Emotikon.
- Adres zwycięzcy powinien zostać nadesłany do dwóch tygodniu od daty ogłoszenia wyników konkursu. Po tym terminie administracja lubimyczytać.pl dopuszcza wybór kolejnego laureata lub nieprzyznanie nagrody.
odpowiedzi [78]
Obudziłam się na soczyście zielonej trawie, miałam na sobie nie wiedzieć skąd, skórzane odzienie. Gdy rozejrzałam się uważnie po okolicy która wydawała mi się dziwnie znana, postanowiłam przyjrzeć się jej uważniej. Z bijącym mocno sercem, zatrzymałam się dopiero po dwóch dniach wędrówki, w mieście zwanym Carvahall. Wiedziałam już gdzie jestem... byłam w Alagaësii. Aby upewnić się tego, pobiegłam jakieś dziesięć mil od miasteczka. Przede mną, pojawiła się niemal całkowicie spalona chata. Domyśliłam się oczywiście czyja ona była, wkroczyłam do niej powoli uważnie rozglądając się i dotykając, pomniejszych nie spalonych przedmiotów. Wtedy coś uderzyło o ziemię i wiatr z potężnym świstem wleciał do chaty, niemal automatycznie padłam na podłogę. Odważyłam się spojrzeć w stronę wejścia, gdy usłyszałam kroki. W drzwiach stał nie kto inny jak Eragon. Posłałam mu słaby uśmiech i niemal automatycznie zaczęłam się tłumaczyć, przerwałam jednak gdy ciemność spowiła chatkę, wielkie szafirowe oko zerknęło do środka, wiedziałam że to Saphira, posłałam więc uśmiech i w jej stronę. Chłopak, nie był agresywnie nastawiony tak, jakby wiedział skąd przybywam. Wyciągnął do mnie dłoń i pomógł wstać z dość brudnej od sadzy ziemi. Tłumaczył mi że zostałam tu zesłana z pewnych przyczyn, których nie potrafi mi wytłumaczyć. Gdy wyszliśmy z chatki mogłam podziwiać majestat smoczycy, nawet ukłoniłam się jej delikatnie. Wtedy to spełniło się moje marzenie, leciałam na smoku i to nie byle jakim. Zatrzymaliśmy się dopiero w Ellesmérze stolicy elfów, gdzie poznałam Aryę we własnej osobie. Mogłam podziwiać budownictwo elfów, strzelać z ich lekkich łuków i uczyć się ich języka. Po trzech dniach pobytu u elfów, wraz z Eragonem ruszyłam w stronę najstarszej sosny Menoi, tam miała czekać moja "przyczyna przybycia". Chłopak całą drogę nie dawał mi choć najmniejszego sygnału, do tego bym mogła się domyśleć czemu idziemy właśnie tam. Moje zaskoczenie było ogromnie, gdy zobaczyłam na ziemi piękne duże złote smocze jajo, nie mogłam uwierzyć gdy Eragon powiedział że to właśnie ja jestem kolejnym smoczym jeźdźcem a on będzie moim nauczycielem. Bez wahania dotknęłam więc jaja, czemu towarzyszył ból i błysk. Na mej dłoni pojawił się znak smoka. Czyli to była prawda, jestem smoczym jeźdźcem...
Obudziłam się na soczyście zielonej trawie, miałam na sobie nie wiedzieć skąd, skórzane odzienie. Gdy rozejrzałam się uważnie po okolicy która wydawała mi się dziwnie znana, postanowiłam przyjrzeć się jej uważniej. Z bijącym mocno sercem, zatrzymałam się dopiero po dwóch dniach wędrówki, w mieście zwanym Carvahall. Wiedziałam już gdzie jestem... byłam w Alagaësii. Aby...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Otworzyłam oczy i zamrugałam energicznie.Oślepiło mnie światło.Gdzie ja jestem?Co to za miejsce i kim jest ten chłopak,który siedzi przy moim łóżku?To pomieszczenie wdaje mi się dziwnie znajome,ale jestem tu pierwszy raz.Duże strzeliste okna wychodzące na łąki i las.I jeszcze ten chłopak.Skądś go chyba znam.
-Obudziłaś się.-powiedział czarnowłosy.Teraz go poznałam.Przydługie czarne włosy,okrągłe okulary i mundurek Hogwartu.Prawie nie widoczna spod włosów blizna w kształcie błyskawicy.Jeśli to jest Harry Potter, to znaczy że jestem w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart.Kiedy uświadomiłam sobie te wszystkie rewelacje zdałam sobie sprawę,że się na niego gapię.
-Harry Potter.Jestem w Hogwarcie?-zadałam pytanie zresztą jedno z wielu,które cisnęły mi się na usta.
-Tak,jesteśmy w Hogwarcie,a dokładnie w skrzydle szpitalnym.Jak się nazywasz?-zapytał z zainteresowaniem.
-Jestem Zuzanna Nowak.-chciałam powiedzieć coś jeszcze w stylu jesteś wspaniały albo uwielbiam cię.W tedy jednak dołączyła do nas profesor McGonagall. Ubrana w to co,zawsze sobie wyobrażałam.Długa do ziemi szmaragdowa szata i szpiczasty kapelusz przechylony lekko na bok.
-Obudziłaś się.Dobrze.Mam odprowadzić cię do profesora Dumbledora.-oznajmiła służbowym,surowym tonem.W jej oczach jednak widziałam troskę i niepokój.
-Oczywiście pani profesor,a czy Harry może iść z nami?-odważyłam się zapytać.
-Zgoda.Panie Potter,Pani Nowak idziemy.-powiedziała bez wahania w głosie i ruszyła przed siebie.
Szliśmy korytarzami Hogwartu. Wyglądały tak, jak wyglądać powinny.Obwieszone obrazami na których postacie się ruszały.Po drodze mijaliśmy grupki uczniów z różnych domów.Rzucali mi zaciekawione spojrzenia.Po kilku minutach doszliśmy do celu.Staliśmy przed wielkim,kamiennym gargulcem.Harry powiedział "czekoladowe pączki" i przejście się otworzyło.Gdy weszliśmy po schodach,profesor McGonagall zapukała w ogromne,błyszczące drzwi.Odczekaliśmy chwilkę i weszliśmy.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to to,że jest tam nie skończenie wiele portretów i obrazów.W drugiej kolejności zaskoczył mnie wygląd samego profesora Dumbledora. Miał na sobie długą,srebrną szatę.Oprócz tego siwą brodę i okulary połówki.Uśmiechnął się do mnie.
-Zuzanno,przepraszam nie powinnaś teraz tutaj być.To moja wina,mój błąd.-mówiąc to dał mi pióro swojego Feniksa.-To jeszcze nie twój czas.Mogę ci obiecać jednak,że się jeszcze spotkamy.Odegrasz ważną rolę w świecie książek.
Kiedy to powiedział wszystko zaczęło mi się rozmazywać.Po chwili znów siedziałam na huśtawce i patrzyłam w księżyc.Pomyślałam sobie,że to musiał być sen.W tedy jednak zauważyłam ,że w ręce nadal trzymam pióro Feniksa.
(Harry Potter J.K.Rowling)
Otworzyłam oczy i zamrugałam energicznie.Oślepiło mnie światło.Gdzie ja jestem?Co to za miejsce i kim jest ten chłopak,który siedzi przy moim łóżku?To pomieszczenie wdaje mi się dziwnie znajome,ale jestem tu pierwszy raz.Duże strzeliste okna wychodzące na łąki i las.I jeszcze ten chłopak.Skądś go chyba znam.
-Obudziłaś się.-powiedział czarnowłosy.Teraz go...
"Jak byłoby cudownie żyć w XIX wiecznej Anglii. Te bale! Etykieta! Dżentelmeni!" – myślę, odkładam książkę i zasypiam.
Budzi mnie hałas. Siadam na łóżku.
-Ale co to za miejsce?- mówię do siebie- I co tak strasznie śmierdzi?! –wstając niefortunnie stawiam nogę do ohydnego nocnika z uryną.– Kurwa! –krzyczę. Szarobura, brudna suknia, którą z niewiadomego powodu mam na sobie, u dołu teraz dodatkowo ocieka moczem i lepi się do moich nóg przy każdym kroku. Otwieram okno. Stoję jak wryta. Po zabłoconej ulicy szwendają się bardzo biednie wyglądający ludzie. Gdzieniegdzie przemykają młode kobiety ubrane w niezbyt pokaźne suknie, a kiedy tylko mijają mężczyzn znacznie unoszą kreację i uśmiechają wyzywająco. Dokładnie tak wyobrażałam sobie najgorsze londyńskie dzielnice, czytając powieść Fabera. Zastanawiam się, czy to możliwe, że zostałam zabrana na jakiś wyjątkowy spektakl pt. „Szkarłatny płatek i biały”. Tylko jak komuś udało się przenieść mnie w nocy do tego dziwnego miejsca. Musiałby mi podać silny środek nasenny! Ogarnia mnie panika. Rzucam się do drzwi, zbiegam schodami w dół, łzy przerażenia i wściekłości zamazują mi wszystko. „Ktokolwiek mi zgotował taki żart, gorzko tego pożałuję!”. Stoję na ulicy. Podchodzę do jakiejś staruchy od której śmierdzi na kilometr.
-Przepraszam.- zaczynam, ale kobieta po angielsku odpowiada, że nie rozumie. –Przepraszam- mówię po angielsku. Ona podnosi twarz. Przeszywa mnie dreszcz. „Czy najlepszy aktor wszechczasów potrafiłby w oczach pokazać taki ból istnienia jak ta kobieta?”
-Czego!? – pyta starucha.
- Czy… Czy to jest przedstawienie? – wybąkuję. Kobieta patrzy na mnie zaskoczona tym co powiedziałam.- Jak stąd uciec!? – wykrzykuję.
- Stąd? – pyta i ku mojemu zdumieniu zaczyna chichotać! – Toś ty jeszcze jedna od tych, które wierzą, że zmienią swój los?– wbija we mnie spojrzenie– Głupia! Stąd nie ma ucieczki!
Odchodzi. Zostaję sama, przerażona, w brudnej sukni, na ulicy w XIX-wiecznej Anglii, o której jeszcze wczoraj marzyłam.
"Jak byłoby cudownie żyć w XIX wiecznej Anglii. Te bale! Etykieta! Dżentelmeni!" – myślę, odkładam książkę i zasypiam.
Budzi mnie hałas. Siadam na łóżku.
-Ale co to za miejsce?- mówię do siebie- I co tak strasznie śmierdzi?! –wstając niefortunnie stawiam nogę do ohydnego nocnika z uryną.– Kurwa! –krzyczę. Szarobura, brudna suknia, którą z niewiadomego powodu mam na sobie, u...
Otwieram oczy i od razu je zamykam.Nie, nadal muszę śnić, bo to, co widzę w niczym nie przypomina intensywnie pomarańczowego sufitu mojego pokoju.Otwieram oczy jeszcze raz...I od nowa powtarzam sekwencję:zamykam, otwieram, zamykam, otwieram...Aż do znudzenia.Wreszcie zaczynam rozumieć, że to nie sen, ale mój umysł nie potrafi tego przyjąć do wiadomości.Na karku czuję gęsią skórkę.Wreszcie jestem na tyle przytomna, by usiąść na niewygodnym łóżku.Znam to miejsce, choć nigdy tutaj nie byłam.Z trudem zbieram myśli i łączę ze sobą wszystkie fakty.Skromne warunki, brak okien, szafka, dwa tapczany...Już wiem.To Trzynasty Dystrykt.Jestem w Panem.
Wstaję i podsuwam rękę do czytnika, który nadrukowuje harmonogram dnia.Jestem na tyle przytłoczona, że nawet nie próbuję dostać się do stołówki.Zostaję w komorze.Z uwagą przyglądam się sufitowi i zastanawiam się, ile czasu minie, zanim się zawali.Nie wygląda ani stabilnie, ani specjalnie bezpiecznie.Wydaje mi się, że byle uderzenie mogłoby go zniszczyć.Zaczynam się dusić:brak okien, świeżego powietrza, ciągle odczuwane niebezpieczeństwo...Muszę mieć klaustrofobię.Staram sobie znaleźć miejsce na łóżku, pod łóżkiem, w łazience.W końcu nie wytrzymuję, muszę wyjść.Postanawiam zrealizować, choć w części swój harmonogram.Następny punkt to Dowództwo.A więc spotkam tą głupią babę, Coin.Idę trasą wąskich i dusznych korytarzyków.Każdy jest zachowany w nienagannym stanie, ale to wcale nie sprawia dobrego wrażenia.Zbyt są podobne do pomieszczeń szpitalnych.Widzę szarych, zmęczonych ludzi, którzy nie zwracają na mnie uwagi.Z pewnością zawdzięczam to bransoletce z napisem:,,Dezorientacja psychiczna".Cały czas zastanawiam się, jak oni tu wytrzymują.Tu, pod ziemią, bez światła, słońca, księżyca, jak krety.Otwieram drzwi Dowództwa i widzę Coin.Sztywna i opanowana przemawia przez chwilę,przedstawia plan rebelii, analizuje sytuację w dystryktach, w końcu zwraca się do mnie.
-Żołnierzu Everdeen, czy zgadzasz się zostać Kosogłosem?
Nie zastanawiam się nawet przez chwilę.Słyszę swój głos.
-Nie.
Otwieram oczy i od razu je zamykam.Nie, nadal muszę śnić, bo to, co widzę w niczym nie przypomina intensywnie pomarańczowego sufitu mojego pokoju.Otwieram oczy jeszcze raz...I od nowa powtarzam sekwencję:zamykam, otwieram, zamykam, otwieram...Aż do znudzenia.Wreszcie zaczynam rozumieć, że to nie sen, ale mój umysł nie potrafi tego przyjąć do wiadomości.Na karku czuję gęsią...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Drogi pamiętniku!
Dzisiaj stało się coś bardzo dziwnego.
Jak zawsze wyszłam na spacer z Gogim, moją świnką morską. Kiedy mijaliśmy cukiernię Marcy's, Gogi przystanął i zaczął się rozglądać, a potem pociągnął mnie do parku, o tej porze pełnego psów i ich właścicieli. Zagłębialiśmy się coraz dalej, aż otoczeni byliśmy drzewami, z dala od ludzi. Nagle Gogi stanął na tylnych łapkach, a następnie zaczął syczeć! Myślałam, że zwariował, ale potem zobaczyłam...
No cóż, to co zobaczyłam było naprawdę dziwne.
Alejką biegła para nastolatków. On, ciemnowłosy, o oczach koloru morza, i ona, blondynka, której oczy wyglądały niczym małe burze. Oboje byli ubrani w pomarańczowe koszulki z napisem "Obóz Herosów". W dłoniach mieli piankowe pałki, których używa się na basenie do nauki pływania.
Gonił ich mały, niezwykle uroczy, biały mops.
Nie wiedziałam co się dzieje.
- Uciekaj! - krzyknął brunet, gdy tylko mnie zauważył.
Chwyciłam Gogiego w ramiona, ale zamiast wziąć nogi na pas (przecież to był tylko szalony mopsik!) zrobiłam pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy: wyciągnęłam z torebki gaz pieprzowy i psiknęłam nim prosto w spłaszczony pyszczek psa.
Wszyscy zastygli. Mops wyglądał na niezwykle zaskoczonego, jakby pytał "Co ten człowiek?" W następnej chwili blondynka machnęła na niego piankową pałką, a on cichutko zaskomlał i znikł między drzewami. Zapadła cisza. Popatrzyłam na dwójkę, w pytającym geście unosząc brwi do góry.
- No, dzięki. - bąknął chłopak, jednak po chwili się uśmiechnął. - Uratowałaś nam życie.
Szarooka stuknęła chłopaka w ramię, "Percy, to nie koniec."
Pomachali mi, a następnie powrócili na ścieżkę i szybkim krokiem oddalili się ode mnie.
- Ale... Nie ma za co! - krzyknęłam jeszcze za nimi. Nie wiem, czy mnie usłyszeli.
Minęło już kilka godzin, a ja wciąż zastanawiam się, czy ta szalona sytuacja naprawdę się wydarzyła? Muszę iść spać. Jutro na pierwszej lekcji czeka mnie kartkówka z Mitologii. Nuda.
"Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy"
Drogi pamiętniku!
Dzisiaj stało się coś bardzo dziwnego.
Jak zawsze wyszłam na spacer z Gogim, moją świnką morską. Kiedy mijaliśmy cukiernię Marcy's, Gogi przystanął i zaczął się rozglądać, a potem pociągnął mnie do parku, o tej porze pełnego psów i ich właścicieli. Zagłębialiśmy się coraz dalej, aż otoczeni byliśmy drzewami, z dala od ludzi. Nagle Gogi stanął na tylnych...
Przeszłam się po pokoju po raz piąty. To nie miało sensu. Nic! Byłam w jakimś obcym miejscu, w jakimś dziwnym ubraniu, najwyraźniej spałam z kimś w jednym łóżku, a gdy spojrzałam w lustro byłam dużo starsza, niż wczoraj wieczorem, a mimo wszystko po głowie chodziło mi tylko „mama mnie zabije”.
-Mary!- krzyknął przyjemny męski głos tuż za drzwiami.
Moje ciało momentalnie zareagowało. „Och, bardzo ciekawe… Czyli mam na imię Mary?”. Zanim jednak sama sobie odpowiedziałam, weszłam do salonu ,gdzie czekał na mnie wysoki, wychudzony mężczyzna w ciekawym ,trochę za dużym płaszczu:
-Mary- spojrzał w moją stronę i krzyknął- Na miłość Boską! Ubierz się!- zgorszony odwrócił wzrok.
Znów wpadłam do tamtego już dokładnie przejrzanego pokoju. Sukienka powinna być w szafie. Była. Ale jak ja miałam w nią wejść?
Po chwili do głosu wysokiego mężczyzny doszedł inny głos, a ja wreszcie mogłam do nich wyjść , ubrana w jakąś średniowieczną suknie:
- Watson, nie bądź głupcem, to wielka szansa.
-Nie, nie, nie. Ryzykuj sobie swoje życie Sherlocku, a nie mojej żony. Mary się na to nie zgodzi, prawda?- spojrzał na mnie bardzo przystojny blondyn średniego wzrostu.
„Mary? Mary Watson? Czyżbym była żoną cudownego doktora Watsona?”
- A na co miałabym się nie zgodzić?- odparłam uroczyście , próbując usiąść w tej dziwnej sukience.
- Pociągowy morderca- powiedział oschle Sherlock- Od kilku tygodni w pociągach giną kobiety, w drodze do Londynu. Ich wspólną cechą jest to, że są bogato ubrane i mają ze sobą poręczne walizki, które potem zostają skradzione. Chcę abyś to ty, była moją kolejną kobietą z walizeczką- uśmiechnął się szeroko- oraz jego kolejną ofiarą.
Rozejrzałam się po pokoju. Najpierw spotkałam zrezygnowane, a jednak wściekłe spojrzenie Watsona, a później zuchwałe spojrzenie Sherlocka. „To jedyny sposób, żeby wrócić do domu” podpowiedziało mi coś w środku.
Przełknęłam ślinę:
-Chyba nie mam żadnej drogiej sukienki na taką podróż.
Przeszłam się po pokoju po raz piąty. To nie miało sensu. Nic! Byłam w jakimś obcym miejscu, w jakimś dziwnym ubraniu, najwyraźniej spałam z kimś w jednym łóżku, a gdy spojrzałam w lustro byłam dużo starsza, niż wczoraj wieczorem, a mimo wszystko po głowie chodziło mi tylko „mama mnie zabije”.
-Mary!- krzyknął przyjemny męski głos tuż za drzwiami.
Moje ciało momentalnie...
Poczułam ból z tyłu głowy. Obróciłam się na plecy, gorączkowo masując bolące miejsce. Rozglądnęłam się. Przede mną stała grupa ludzi ubranych w dziwne, długie odzienie. Pomyślałam: „Gdzie ja jestem?” Nagle zobaczyłam na szacie jednego z nich znajome godło.„To przecież oczywiste! Jestem w Hogwarcie!”
-Ale skąd się tu wzięłam? - spytałam na głos zdziwiona, powoli wstając. Po tym nieszczęsnym upadku wciąż bolała mnie głowa.
-Chyba ty powinnaś to wiedzieć.- odpowiedział mi najstarszy z całego dziwnego towarzystwa.
-Tak, oczywiście.. - powiedziałam zbita z tropu. Oddaliłam się znacznie, jednak po chwili stwierdziłam, że ktoś za mną biegnie. Odwróciłam się. Przede mną stanęła trójka uczniów - dwóch chłopców i jedna dziewczyna.
- Dlaczego uciekasz? - spytała zdyszana.
- Chcę wrócić do domu. - odpowiedziałam jej. Spojrzała na mnie zdziwiona, po czym powiedziała.
-Pomożemy ci, ale jeszcze nie teraz. Nieźle się ponabijałaś.
Dopiero teraz zauważyłam, że z mojej głowy obficie tryska krew.
- No dobrze.. - powiedziałam niepewnie.
Udaliśmy się w stronę potężnego zamku, z wieloma wieżami i basztami. Niedaleko niego znajdowała się olbrzymia łąka, szklarnia z podejrzanymi roślinami oraz ogromne boisko. Wszystko wyglądało jak z bajki, więc trudno było mi uwierzyć, że dzieje się to naprawdę.
Po krótkim marszu weszliśmy do Hogwartu. Z niepokojem wpatrywałam się w rozmawiające między sobą portrety. Gdy weszliśmy do jakiejś sali, dziewczyna wyjęła różdżkę i wyczarowała bandaż, aby po chwili owinąć mi go na głowie. Po krótkiej rozmowie bardzo się polubiliśmy i ciężko było nam się rozstawać. Położyli na stole buta i nakazali, abym chwyciła go, gdy o to poproszą.
Usłyszałam głośny krzyk, więc złapałam w pośpiechu przedmiot. Nagle wszystko wokół mnie zaczęło wirować, a ja uniosłam się w górę. Spowiła mnie ciemność, prawdopodobnie zemdlałam..
Obudziłam się w swoim łóżku, myśląc: „Dziwny sen..” Nawet nie spostrzegłam, że na mojej głowie wciąż spoczywa zakrwawiony bandaż...
Poczułam ból z tyłu głowy. Obróciłam się na plecy, gorączkowo masując bolące miejsce. Rozglądnęłam się. Przede mną stała grupa ludzi ubranych w dziwne, długie odzienie. Pomyślałam: „Gdzie ja jestem?” Nagle zobaczyłam na szacie jednego z nich znajome godło.„To przecież oczywiste! Jestem w Hogwarcie!”
-Ale skąd się tu wzięłam? - spytałam na głos zdziwiona, powoli wstając....
Zaparkowałam skuter przy bramie wjazdowej. Okolica była naprawdę straszna. Zastanawiałam się kto by chciał tutaj mieszkać. Przeszłam przez skrzypiącą furtkę i podreptałam z dostawą w stronę ponurego domu. Stanęłam pod starymi, rzeźbionymi drzwiami. Nigdzie nie było widać dzwonka. Balansując pudełkiem z pizzą w jednej dłoni, chwyciłam za mosiężną kołatkę w kształcie głowy kozła. Nie zdążyłam jeszcze zastukać, kiedy drzwi się otworzyły. Z wahaniem postąpiłam kilka kroków w głąb ciemnego korytarza, kiedy usłyszałam za sobą trzask zamykanych drzwi. Popędziłam z powrotem do drzwi i szarpnęłam za klamkę. Drzwi ustąpiły, jednak to co zobaczyłam, spowodowało, że trzymana przeze mnie pizza, zaliczyła bliskie spotkanie z podłogą…
***
Wprawdzie czarownica powiedziała, że jak wypełnię swoje przeznaczenie to będę mogła wrócić do domu, jednak coś mi się wydawało, że wzięcie udziału w wojnie może doprowadzić do tego, iż owszem wrócę do domu, ale już na pewno nie w jednym kawałku. Zresztą jeśli nawet przeżyję, to jak wrócę? Przejdę przez pierwsze lepsze drzwi i co? Będę już w domu? …
Moje rozmyślania przerwał Legolas. Usiadł obok mnie na kamieniu i patrząc w dal nucił jakąś elficką piosenkę. Westchnęłam z rezygnacją. Zaraz miała się rozpocząć nasza pierwsza lekcja. Miał mnie nauczyć strzelania z łuku. Trochę mu współczułam. To nie jego wina, że podczas głosowania, kto ma mnie szkolić w walce, akurat był na zwiadach. Zresztą nie dziwiłam się krasnoludom ich niechęci. Już na pierwszy rzut oka widać było, że wojownik ze mnie żaden. Nigdy nie potrafiłam nawet upolować latającej po moim mieszkaniu muchy, a przecież nie była ona uzbrojonym po zęby, atakującym mnie orkiem!
Ociągając się, podniosłam się z kamienia. Jeśli miałam wypełnić swoje przeznaczenie i pomóc w walce z wojskami Saurona, musiałam wziąć się w garść.
- Do dzieła! – Powiedziałam z energią, bardziej do siebie niż do Legolasa…
Zaparkowałam skuter przy bramie wjazdowej. Okolica była naprawdę straszna. Zastanawiałam się kto by chciał tutaj mieszkać. Przeszłam przez skrzypiącą furtkę i podreptałam z dostawą w stronę ponurego domu. Stanęłam pod starymi, rzeźbionymi drzwiami. Nigdzie nie było widać dzwonka. Balansując pudełkiem z pizzą w jednej dłoni, chwyciłam za mosiężną kołatkę w kształcie głowy...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejZ wielką przyjemnością przeniosłabym się do świata stworzonego przez E. L. James i zajęła miejsce Any. Nie chodzi mi tu tylko o sceny erotyczne, które nakręcają wyobraźnię ;) Chodzi mi o całokształt. Ukończenie dobrej szkoły, posiadanie przyjaciółki, która nawet kiedy nie wie dlaczego i tak stałaby po mojej stronie. Przystojny, męski, błyskotliwy, tajemniczy mężczyzna, który straciłby dla mnie głowę i któremu pomogłabym swoją miłością odkryć piękno życia. Wspólne loty Charlie'm Tango, oglądanie wschodu słońca podczas lotu paralotnią, piękny ślub, słodkie dzieci. Pasja, namiętność, miłość, ogromna potrzeba drugiej osoby. Samo przeżycie tych trzech tomów przyniosłoby mi wrażeń i wspomnień na resztę życia :)
Z wielką przyjemnością przeniosłabym się do świata stworzonego przez E. L. James i zajęła miejsce Any. Nie chodzi mi tu tylko o sceny erotyczne, które nakręcają wyobraźnię ;) Chodzi mi o całokształt. Ukończenie dobrej szkoły, posiadanie przyjaciółki, która nawet kiedy nie wie dlaczego i tak stałaby po mojej stronie. Przystojny, męski, błyskotliwy, tajemniczy mężczyzna,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
- Cześć, jestem Spencer, mogę ci jakoś pomóc?- Spytała dziewczyna o ciemnych oczach i jasnych włosach. Chyba była przewodniczącą klasy, bo kto inny zadałby takie pytanie nowej osobie w mieście.
- Mam tylko jedno pytanie, gdzie jest klasa pana Fitza?- spytałam lekko spięta. NIgdy nie lubiłam rozmawiać z nieznajomymi.
- Prosto i w lewo, mogę cię zaprowadzić, też tam idę- uśmiechnęła się przyjacielsko i ruszyłyśmy korytarzem.- Więc jesteś z Filadelfii, tak?- spytała, jakby od niechcenia.
- Tak, przyjechałam tu do taty na kilka miesięcy.- odpowiedziałam, poczułam wibrację z kieszeni, więc wyjęłam telefon z jedną wiadomością, którą od razu otworzyłam. To, co zobaczyłam troszeczkę mnie zdziwiło i może też przeraziło.
"Lepiej uważaj na Spence i jej paczkę, bo nigdy nie wiadomo, co mogą zrobić, aby poznać twoje sekrety. Zapytaj o Ali. -A."
Chyba wyglądałam na przestraszoną, bo Spencer od razu zapytała:
-Czy coś się...- urwała w połowie zdania, bo zerknęła na wiadomość w mojej komórce i zbladła.- Chodź do toalety- szepnęła, a ja, trochę zdezorientowana, poszłam za nią.
-Dostawałaś już wcześniej wiadomości podpisane "A."?- spytała, patrząc na mnie wyczekująco.
-Nie, ale, o co tu chodzi? Kto należy do "twojej paczki" i czemu mam się trzymać z dala od was? Kto to Ali?
-Zaraz poznasz inne dziewczyny, już im wysłałam sms'y, zaraz tu będą.
Rzeczywiście, po chwili do łazienki weszły kolejno trzy dziewczyny: jedna była modnie ubrana, w najdroższe ciuchy, druga miała rude włosy, które trochę wyblakły, trzecia była ubrana w sukienkę do kolan.
- Daj telefon- poprosiła Spencer. Zrobiłam to, a ona pokazała im wiadomość. Były wyraźnie wystraszone.
-O co tu chodzi?- spytałam, zdenerwowana.
- My też tego nie wiemy, ale bardzo chciałybyśmy się dowiedzieć- powiedziała ta z rudymi włosami.
- Wiadomości jest coraz więcej, zresztą nie tylko wiadomości- stwierdziła jedna.
Wyciągnęły po kolei telefony pokazały mi wyświetlacze, z wiadomością:
"Jeszcze nie dostałyście tego, na co zasługujecie. -A."
- Cześć, jestem Spencer, mogę ci jakoś pomóc?- Spytała dziewczyna o ciemnych oczach i jasnych włosach. Chyba była przewodniczącą klasy, bo kto inny zadałby takie pytanie nowej osobie w mieście.
- Mam tylko jedno pytanie, gdzie jest klasa pana Fitza?- spytałam lekko spięta. NIgdy nie lubiłam rozmawiać z nieznajomymi.
- Prosto i w lewo, mogę cię zaprowadzić, też tam idę-...
Londyn. Rok 1984. Ale ten według Orwella. Stoję na środku ulicy, rozglądam się. Wielki Brat patrzy z plakatów. Pusto jak makiem zasiał. Jest szaro, jakby świt, ale pewności nie mam. Zauważam sklep z antykami. Jest otwarty. Idę w jego stronę w celu zasięgnięcia języka. Pod witryną zatrzymuję się, bo nie wiem jak sformułować pytania. Przecież wprost nie mogę zapytać chociażby o nocleg. Nie mam nic, a żyć jakoś muszę… Zaczynam się denerwować. Stoję pod sklepem, a to może wzbudzić podejrzenia Policji Myśli. Mój wzrok przesuwa się z plakatu na plakat. Co robić? Słyszę kroki z tyłu. Bez odwracania się wchodzę do sklepu.
Sklep jest zagracony, ale nic wartościowego w nim nie ma. Meble, mebelki i… ja. Nikogo więcej. Czekam na sprzedawcę i słyszę nad sobą krzyki. Potem łoskot. Dorwali kogoś. Pewnie myślozrodnia… Co teraz? Przechodzi mi przez głowę pewna myśl, ale nie mam czasu jej rozważyć, bowiem kolejny łoskot każe mi szybko podjąć decyzję. Podchodzę do kasy, wyjmuję kilka banknotów – byle było na nocleg i jedzenie. Trzymam je w garści. Już mam wychodzić, gdy wtem…
Stoję przy kasie i gapię się na nowoprzybyłego klienta. Oczekuję jakiegoś ruchu z jego strony, ale on stoi jak sparaliżowany – nigdy wcześniej nie słyszał o kradzieży, a teraz się z nią spotyka! Sprawy zaszły za daleko. Nie chciałem przenosić się do tego świata! Kierując się instynktem, chwytam starą lampę, wychodzę zza kasy i mówię cicho, acz jadowicie:
-Jeden najmniejszy ruch, a rozwalę ci łeb.
Posłuchał. Otwieram drzwi, a w nich widzę swoje mieszkanie. Co za ulga! Nie myślę już o tamtym świecie. Nie należę do niego. Czym prędzej zamykam drzwi na wszystkie spusty. Spoglądam na przedmiot trzymany w ręce. Ku mojemu zdziwieniu, zamiast lampy mocno trzymam książkę. Z uśmiechem na twarzy parzę kawę (ale nie zwycięstwa!) i zanurzam się w świat Domu Tajemnic.
Londyn. Rok 1984. Ale ten według Orwella. Stoję na środku ulicy, rozglądam się. Wielki Brat patrzy z plakatów. Pusto jak makiem zasiał. Jest szaro, jakby świt, ale pewności nie mam. Zauważam sklep z antykami. Jest otwarty. Idę w jego stronę w celu zasięgnięcia języka. Pod witryną zatrzymuję się, bo nie wiem jak sformułować pytania. Przecież wprost nie mogę zapytać chociażby...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Ojciec znowu się upił, matka kolejny raz mnie spoliczkowała. Tym razem nie wytrzymałam. Trzasnęłam drzwiami od pokoju i zaczęłam szlochać w poduszkę. W końcu, zmęczona płaczem, zasnęłam.
Obudziłam się, gdy słońce przedzierało się przez okno i świeciło prosto w moją twarz. Przeciągnęłam się i usiadłam. Krzyknęłam. Miałam na sobie obdarte łachmany, a mój pokój zmienił się w ogromną komnatę. Wyjrzałam przez okno. Byłam w zamku!
Służąca wchodząca do pokoju, na mój widok krzyknęła.
Wybiegłam, mijając ją w przejściu.
Wyszłam na korytarz. Byłam w Królewskiej Przystani! Rozglądałam się dookoła. Tak dobrze znałam te rejony. Zawsze wyobrażałam je sobie tak samo. Niezwłocznie pobiegłam do sali tronowej. Musiałam zobaczyć obiekt całego zamieszania. Musiałam ujrzeć legendarny tron.
Gdy dotarłam na miejsce, w sali siedział król Joffrey Baratheon.
-Joffrey! Joffrey!- krzyknęłam.- Pomóż mi! Nie wiem, jak się tu znalazłam!
-Jak śmiesz, obdartusko!? Co tu robisz!? Zaraz nauczę cię manier!- krzyknął. Jego twarz przybrała barwę dojrzałego pomidora.- Ogarze! Psie! Chodź tu!
Przede mną stanął olbrzym z poparzoną twarzą.
-Ściąć ją! Będzie przestrogą dla innych. Żaden brudny wieśniak nie ma wstępu na zamek!
-Nie! Błagam! Nie!- krzyczałam. Joffrey był jednak niewzruszony. Ogar jednym ruchem zarzucił mnie na ramię i wyniósł z sali. Postawił mnie dopiero na rynku. Przede mną stał tłum poddanych. Wszyscy wychudzeni i ubrani w podziurawione ubrania.
-W imieniu Siedmiu Królestw, skazuję ją na śmierć przez ścięcie.
Dopiero wtedy zrozumiałam, że świat fikcyjny nie zawsze lepszy jest od prawdziwego. Ostatnim widokiem, jaki ujrzałam, była twarz króla wykrzywiona w szyderczym uśmiechu.
Ojciec znowu się upił, matka kolejny raz mnie spoliczkowała. Tym razem nie wytrzymałam. Trzasnęłam drzwiami od pokoju i zaczęłam szlochać w poduszkę. W końcu, zmęczona płaczem, zasnęłam.
Obudziłam się, gdy słońce przedzierało się przez okno i świeciło prosto w moją twarz. Przeciągnęłam się i usiadłam. Krzyknęłam. Miałam na sobie obdarte łachmany, a mój pokój zmienił się w...
Siedziałam na łóżku już z przymkniętymi oczami, lecz wciąż powtarzając ten sam wzór
E = mc2.Czułam jak mózg odmawia współpracy. Postanowiłam,że już na dziś wystarczy. Spojrzałam jednym okiem na zegarek, wybiła 00:00. Nie mając już sił nawet na kąpiel położyłam się spać.
Nagle znalazłam się w lesie.Wszędzie panowała ciemność i cisza... którą nagle przeciął krzyk. Wystraszona rozejrzałam się w około, lecz bez oświetlenia trudno było coś dostrzec. Nagle usłyszałam ponowny, ale już wyraźniejszy krzyk. Za drzewa wybiegła dziewczyna, która zmierzała wprost na mnie. Zaskoczona całą zaistniałą sytuacją nie wiedziałam co zrobić. Moje uczucia były mieszane, ale przerażenie kompletnie mnie sparaliżowało. Dziewczyna była coraz bliżej mnie, a ja wciąż nie wiedziałam co się dzieje. Kiedy już zmusiłam się na ruch nogą było już za późno, wpadłyśmy na siebie. Obie nie pełne świadomości leżałyśmy na ziemi.
- Yyy... co się dzieje? - zapytałam z przerażeniem w oczach. - Kim jesteś?
- Musimy uciekać! - krzyknęła.
-Ale...poczekaj bo... - nie zdążyłam dokończyć kiedy przed nami staną ogromny zwierz. Przypominał trochę wilka, ale w ciemności zauważyłam tylko ogromne i świecące ślepia.
- O cholera już po nas... - powiedziała cichym głosem.
- O Boże! Jak to możliwe i w ogóle kim ty jesteś i co się dzieje ?!
-Ja jestem Margo, a to co stoi przed nami chce nas zabić.
Skąd ja tu się wzięłam. Zaraz...no tak ja skądś już znam tę historię. No przecież Margo! - krzyknęłam.
- Wiesz dobrze że pamiętasz, ale może byś tak pomyślała co zrobić!
O ile pamiętam teraz powinien się ktoś zjawić. Ale na to już za późno. Ogromny potwór rzucił się do ataku. Teraz zobaczyłam go już w całym okazaniu.
-Nieee!!!!!
Obudziłam się oblana cała potem. Jeszcze dość poddenerwowana spojrzałam na zegarek, który wskazywał, że jeżeli nie będę ogarnięta za 5 minut to spóźnię się na sprawdzian z fizyki!
"Wilczyca" - Katarzyna Berenika Miszczuk
Siedziałam na łóżku już z przymkniętymi oczami, lecz wciąż powtarzając ten sam wzór
E = mc2.Czułam jak mózg odmawia współpracy. Postanowiłam,że już na dziś wystarczy. Spojrzałam jednym okiem na zegarek, wybiła 00:00. Nie mając już sił nawet na kąpiel położyłam się spać.
Nagle znalazłam się w lesie.Wszędzie panowała ciemność i cisza... którą nagle przeciął krzyk....
Zawsze uważałam, iż moja babcia jest stuknięta. Wiecznie uśmiechnięta, tańcująca przy zlewie była dla mnie kimś tak odbiegającym od normy, że aż chorym.
- Dla ciebie – powiedziała wręczając mi prezent na urodziny. Szybko rozerwałam pakunek i pierwszy raz zrobiłam zawiedzioną minę.
- Encyklopedia Geograficzna Świata? – spytałam rozczarowana.
- To nie byle jaka Encyklopedia. Dzięki niej byłam tam gdzie zawsze chciałam być i tam gdzie wolałabym, żeby moja noga nigdy nie stanęła, dlatego zanim o coś poprosisz, dwa razy się zastanów bo potem nie będzie odwrotu – powiedziała rzeczowym tonem (wciąż się uśmiechając) i wyszła.
Pomyślałam „ta kobieta zwariowała.” Dopiero później zrozumiałam co miała na myśli mówiąc bym zamiast kłapać dziobem ugryzła się w język.
- Chciałabym zobaczyć Himalaje – powiedziałam, oglądając zdjęcia Mount Everest. Chwyciłam telefon, by sprawdzić która godzina, kiedy nagle zrobiło się przeraźliwie chłodno. Spojrzałam w stronę drzwi… tych jednak nie było, a ja stałam zaledwie dziesięć metrów od potężnego tygrysa himalajskiego. Kiedy ten mnie ujrzał rzucił się w moją stronę. Przerażona nie wiedziałam co zrobić i jedyne co przyszło mi do głowy to włączenie latarki w telefonie. Zwierze się zlękło i oddaliło na bezpieczną odległość obserwując mnie bacznie. Ostrożnie zaczęłam się cofać, na co duży kocur ruszył w moją stronę. Zbliżał się coraz bardziej, jednak nie po to by zaatakować, a z ciekawości. Pomyślałam „raz się żyje” i kiedy tygrys był blisko wyciągnęłam w jego stronę dłoń, żeby go pogłaskać. Prawdziwy dziki kot zaczął się łasić. Nie był już groźny, a milutki jak owieczka. Przytuliłam się do niego i zamknęłam oczy. „Nigdy więcej takich wypraw” pomyślałam.
- Oj jeszcze wiele ich będzie. – Babcia siedziała obok mnie w moim pokoju i uśmiechała się promiennie. Obie zrozumiałyśmy się bez słów. Miała rację, że ta Encyklopedia nie jest zwyczajna, zaś ja nie uważam już babci za stukniętą kobietę, a osobę, która przeżyła i widziała nie jedno.
Zawsze uważałam, iż moja babcia jest stuknięta. Wiecznie uśmiechnięta, tańcująca przy zlewie była dla mnie kimś tak odbiegającym od normy, że aż chorym.
- Dla ciebie – powiedziała wręczając mi prezent na urodziny. Szybko rozerwałam pakunek i pierwszy raz zrobiłam zawiedzioną minę.
- Encyklopedia Geograficzna Świata? – spytałam rozczarowana.
- To nie byle jaka Encyklopedia....
Budze się. Co to ma być? Czemu wylądowałam w pokoju z kilkoma dziewczynami? O! Jedna wstała. Zapytam gdzie jestem.
-Hej. Mam na imie Patrycja. Możesz mi powiedzieć gdzie jestem?
-Jak to nie wiesz? Jesteś w Hogwarcie! Ja jestem Alicja.
-Co? Jak to? Ale przecież...
-Dobra koniec gadania bo spóźnimy sie na śniadanie.
- Ale ja nie mam ubrań!
-Jasne, jasne. A co stoi przy twoim łóżku?
Faktycznie. Przy moim łóżku stał wielki, drewniany kufer. Podeszłam i ostrożnie go otworzyłam. Niesamowite! Na każdej szacie widniało moje imie. Szaty są zielono srebrne. Jestem w Slytherinie. Po prostu spełnienie moich marzeń. Postanowiłam spytać na którym roku jestem. Łał! Okazało się, że jestem na tym samym roku co... Harry Potter!
Kiedy już się wyszykowałam razem z Alicją zeszłyśmy na śniadanie. Na drzwiach wielkiej sali widniało ogłoszenie o następującej treści:
"Slytherin poszukuje pałkarza. Może właśnie ty nim zostaniesz? Przyjdź dzisiaj na boisko do quidditcha po śniadaniu i sam sie przekonaj."
Hm. To by było ciekawe. Zjadłyśmy śniadanie i w końcu zdecydowałam się pójść i spróbować swoich sił w quidditchu.
Ale klapa. Na boisku było ledwie 7 osób. Spodziewałam się czegoś więcej. Ale w sumie mniej ludzi = większe szanse. Nagle wyszedł kapitan. Był wysoki i przystojny... ale mniejsza o to. Kazał ustawić się w szeregu. Popatrzył na nas i wywołał mnie jako pierwszą. Co to był za stres! Dostałam miotłę. Kazał mi na nią wsiąść i pokazać im co umiem. Wzniosłam się wysoko nad boisko. Było cudownie ale do czasu. Nagle straciłam panowanie nad miotłą. Szarpała mną na prawo i lewo. Spadłam. Ciemność. Film się urwał. Jestem nie przytomna. Leżę w skrzydle szpitalnym. Co teraz będzie? Nie wiem... czas pokaże.
Harry Potter
Budze się. Co to ma być? Czemu wylądowałam w pokoju z kilkoma dziewczynami? O! Jedna wstała. Zapytam gdzie jestem.
-Hej. Mam na imie Patrycja. Możesz mi powiedzieć gdzie jestem?
-Jak to nie wiesz? Jesteś w Hogwarcie! Ja jestem Alicja.
-Co? Jak to? Ale przecież...
-Dobra koniec gadania bo spóźnimy sie na śniadanie.
- Ale ja nie mam ubrań!
-Jasne, jasne. A co stoi przy twoim...
Powoli otworzyłam oczy. Nie widziałam wszystkiego dokładnie, ale nade mną pochylała się jakaś postać. Wytężyłam wzrok i dostrzegłam, że jestem w szpitalu. Podniosłam głowę. Strasznie mnie bolała, ale mimo wszystko wstałam i wyszłam. Rozejrzałam się i nie dostrzegłam nic nadzwyczajnego. Zwykły szpital. Chociaż był dziwny, bo bez obsługi.
-Trudno-pomyślałam i nie zważając na innych wyszłam. Nagle zauważyłam, że niedaleko mnie stoi trójka nastolatków. Chyba byli w moim wieku.
- Co z nią zrobimy?- spytał chłopak z wielką czupryną na głowie.
- Fakt, mam małe mieszkanie, ale we dwie się zmieścimy. Przecież raczej do was nie pójdzie... - w tym momencie dziewczyna odwróciła głowę i dostrzegła mnie-O! Już wstałaś!
Nie wiedziałam co robić podeszłam do nich. kompletnie nic nie pamiętam. Na szczęście blondyn w skrócie powiedział mi wszystko. Wczoraj nie wiadomo jak znalazłam się w jednej ze stacji metra w Warszawie. Moją uwagę zwrócił mężczyzna w czarnej pelerynie, więc zaczęłam go śledzić. Przez przypadek wpadłam na superpaczkę i... W tym momencie moje wspomnienia wróciły. Już wszystko pamiętałam. Ten człowiek okazał się Mortenem. Felix, Net i Nika, bo takie były imiona nastolatków, walczyli z nim od lat. Parę razy go pokonali, ale nigdy go nie zwalczyli. Stało się to dopiero wczoraj i tylko dzięki mnie. Otóż Morten rzucił jakimś baardzo twardym przedmiotem w Neta. A ja się rzuciłam przed niego. Dziwnym trafem tę przedmiot nic mi nie zrobił, prócz lekkiego urazu głowy. Byłam dla nich zagadką. I nagle wszystko zrozumiałam
- Czy wy jesteście bohaterami serii opowiadań Rafała Kosika??- spytałam i po wypowiedzeniu tych znów znalazłam się w domu.
Powoli otworzyłam oczy. Nie widziałam wszystkiego dokładnie, ale nade mną pochylała się jakaś postać. Wytężyłam wzrok i dostrzegłam, że jestem w szpitalu. Podniosłam głowę. Strasznie mnie bolała, ale mimo wszystko wstałam i wyszłam. Rozejrzałam się i nie dostrzegłam nic nadzwyczajnego. Zwykły szpital. Chociaż był dziwny, bo bez obsługi.
-Trudno-pomyślałam i nie zważając na...
Jak codziennie wieczorem, tak i dziś wyszłam pobiegać. W uszy włożyłam słuchawki i ruszyłam w drogę. Biegłam polaną przez las. W pewnym momencie zobaczyłam, że okolica wygląda inaczej niż zwykle. Zwolniłam nieco krok. Usłyszałam gwar, a co chwila brzmiał przez niego śmiech. Jak najciszej próbowałam się zbliżyć do miejsca z którego docierały. Zobaczyłam grupę mężczyzn, konie i rozpalone ognisko. Mój wzrok przyciągnęło jednak coś innego. Wśród tej pijanej bandy siedziała mała dziewczynka. Jej piękne duże oczy nie wypełniał strach. To było coś innego, złość a może chęć zemsty? W jej kierunku padł okrzyk:
- Za wszystkich Starków i ich władcę! A raczej jego martwą głowę!
Przez chwilę nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. To była Arya Stark wiecznie radosna łobuziara z Winterfell. Teraz brudna, zmęczona, samotna. Zobaczyłam, że mężczyźni przestali zwracać na nią uwagę. Wykorzystałam okazję i szybko do niej podbiegłam.
-Kim jesteś?Czego ode mnie chcesz?- odezwała się.
- Nie mamy czasu- odpowiedziałam, jednocześnie rozwiązując jej ręce- przykro mi z powodu twojego ojca.
-Nie był zdrajcą, to królowa...
Zobaczyli nas. W ich krwi było tyle trunku, że zdołałyśmy im uciec na bezpieczną odległość.
Gdy już się zatrzymałyśmy, wpadła w moje ramiona.
- Masz dużo do zrobienia. Nigdy nie możesz się poddać- z moich ust padły słowa- musisz zmierzać do...
Wróciłam. Znowu jestem tu na tej polanie którą znam od dziecka. Odwróciłam się i zobaczyłam widniejący na drzewie napis.
„ZIMA NADCHODZI”
Po policzkach spłynęły mi łzy. Czas wracać do domu, pomyślałam. Ale czym tak naprawdę jest dom? Arya już wie. Jej dom to ojciec , którego straciła, to bękart który był dla niej najukochańszym bratem i siostra którą jednocześnie kochała i nienawidziła i nigdy nie wiedziała co czuje bardziej. Teraz jest sama. W biegłam szybko do pokoju i uściskałam swoją mamę.
To dziwne jak książka może wiele nauczyć człowieka.
Jak codziennie wieczorem, tak i dziś wyszłam pobiegać. W uszy włożyłam słuchawki i ruszyłam w drogę. Biegłam polaną przez las. W pewnym momencie zobaczyłam, że okolica wygląda inaczej niż zwykle. Zwolniłam nieco krok. Usłyszałam gwar, a co chwila brzmiał przez niego śmiech. Jak najciszej próbowałam się zbliżyć do miejsca z którego docierały. Zobaczyłam grupę mężczyzn, konie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
To trudne wyzwanie przenieść się ze świata elektroniki do średniowiecznego królestwa akurat w Dniu Wyboru. Musisz wykazać swoje przywiązanie do jakiejś dziedziny- dziedziny, która jest ci zupełnie obca, bo nie masz pojęcia o świecie, który cię otacza. Stoisz przed sędziami i uśmiechasz się niewinnie. Jesteś zupełnie wyprany z pozytywnych emocji, nie wiesz co masz zrobić. Postacie w dziwnych szatach przyglądają się tobie wyczekująco, spodziewając się, że pokażesz im swój talent.
Zamykasz oczy i myślisz o szeregu magicznych sztuczek oglądanych w telewizji. Wyjmujesz z kieszeni paczkę kart do gry i samo to robi wrażenie na ludziach. Pokazujesz ostatni numer, jakiego się nauczyłeś, ale nikt nie bije ci brawa...
-Chyba nie tego szukamy- mówi poważnym głosem staruszek, chyba władca tego królestwa.
Jesteś rozczarowany, nie wiesz co się teraz z tobą stanie, ale nie poddajesz się. Chcesz przekonać do siebie sędziów.
Jednak to na nic.
I nagle, jak na zawołanie, w pokoju pojawia się magik ubrany tak, jak ty.
-Ja się tym zajmę.
Jego rude włosy opadają kaskadą na ramiona, a czarna koszulka wystaje spod dżinsowych spodni. Zastanawiasz się jakim sposobem znalazł ubrania z twojej epoki, ale po chwili musisz przerwać rozmyślania, bo mężczyzna ciągnie cię za rękę. Zamknięcie powiek wystarcza abyś poczuł jak lądujesz stopami na czymś miękkim. W nozdrzach czujesz zapach lasu i jesteś przekonany, że to prawdziwa magia.
-Witaj w nowym domu. - chrząka mężczyzna zataczając dłonią kółko wokół małej chatki. Spod drzew wyłaniają się zdeformowane ludzkie postacie, ale ty nie czujesz strachu. Czujesz, że tutaj będzie ci lepiej niż z rodziną.
Wchodzisz za twoim wybawcą do jego chatki, schylasz lekko głowę,aby nie uderzyć w sufit i witasz się skinieniem głowy z małą postacią na łóżku. Płaszcz tego chłopaka zlewa się z otoczeniem i co jakiś czas ginie ci z oczu, mimo że leży dwa kroki od ciebie. Podoba ci się ta sztuczka. Czujesz zazdrość wynikającą z posiadania rzeczy tak pięknej i przydatnej. Przedstawiasz się grzecznie. Czujesz respekt przed tym chłopakiem, który jest młodszy od ciebie.
-Jestem Will,- odpowiada-miło mi cię poznać.
-seria "Zwiadowcy" Flanagan'a
To trudne wyzwanie przenieść się ze świata elektroniki do średniowiecznego królestwa akurat w Dniu Wyboru. Musisz wykazać swoje przywiązanie do jakiejś dziedziny- dziedziny, która jest ci zupełnie obca, bo nie masz pojęcia o świecie, który cię otacza. Stoisz przed sędziami i uśmiechasz się niewinnie. Jesteś zupełnie wyprany z pozytywnych emocji, nie wiesz co masz zrobić....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Usłyszałam jakieś głosy na dole, otwieram oczy. Nie poznaję tego pokoju – myślę. Nie zwracam uwagi na to, ważne jest to że czuję ogarniający mnie niepokój. Podchodzę do drzwi i nasłuchuję: słyszę krzątaninę, lecz nadal czuję jakbym miała lukę w pamięci, wracam do pokoju i rozglądam się. Co na środku pokoju robi ogromny kufer? Od razu w głowie pojawia mi się przebłysk mojej ulubionej książki, o Harry’m. Patrzę na wieko, i widzę logo Hogwartu, to chyba nie jest możliwe, niezłe żarty sobie ze mnie ktoś stroi. Zerkam na szafkę koło łóżka, leży tam jakiś badylek, biorę go do ręki i czuję, ogarniającą mnie moc. „Nie może być” – myślę. Nagle słyszę z dołu, urywane zdania: Lily…Harry. Nie wiem dlaczego to robię, lecz biegnę szybko do najbliższego pokoju, otwieram drzwi, a w rogu stoi łóżeczko. Zaglądam do środka i widzę niemowlę, czarne włoski śmiesznie stoją w każdą stronę, i nagle otwiera oczy, widzę te zielone spojrzenie. Nagle do pokoju wbiega kobieta:
- Riana, bierz Harrego i pelerynę, uciekaj! – krzyczy i słyszę że jej głos się łamie.
Nawet nie protestuje, to wszystko nie może być prawda, biorę dziecko do jednej ręki, w drugiej ręce trzymam różdżkę, bo to musi być ona? Jak się obudzę, muszę opowiedzieć ten sen chłopakowi, ale będzie się ze mnie śmiał. Wybiegam szybko. Mając na sobie pelerynę, chowam się w ogródku sąsiadów i nasłuchuję, co się wydarzy. Harry, nieświadomy niczego, zasnął. Spoglądam na okno pokoju, z którego niedawno wybiegłam i widzę błysk zielonego światła i nagle cisza. Widzę jak jakaś zakapturzona postać wychodzi z domu tych ludzi i nagle, jak pył znika na wietrze. Muszę się obudzić, chyba za dużo książek się naczytałam o Potterze, ściągam pelerynę i zaczynam szczypać się po ręce, „no dalej, obudź się”, lecz nic się nie dzieje. Nagle przede mną stoi ogromny facet.
- Hagrid? – Pytam.
- Nie pytaj o nic, zabierz brata i ruszamy. – odpowiada.
W mojej głowie pojawia się krzycząca myśl: BRATA? I nagle spowiła mnie ciemność, chyba zemdlałam…
Usłyszałam jakieś głosy na dole, otwieram oczy. Nie poznaję tego pokoju – myślę. Nie zwracam uwagi na to, ważne jest to że czuję ogarniający mnie niepokój. Podchodzę do drzwi i nasłuchuję: słyszę krzątaninę, lecz nadal czuję jakbym miała lukę w pamięci, wracam do pokoju i rozglądam się. Co na środku pokoju robi ogromny kufer? Od razu w głowie pojawia mi się przebłysk mojej...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Światło dnia leniwie przebijało przez rolety w oknie. Zaspana, przeciągnęłam się na łóżku, poczym mych uszu dobiegł przeraźliwy krzyk. Czym prędzej wygramoliłam się z pościeli, potykając się po drodze. W drzwiach zderzyłam się z jakąś kobietą. Przez chwilę nie wiedziałam co się dzieje ani gdzie jestem. W salonie tłoczyli się ludzie. Nie docierało do mnie na co patrzę, aż uświadomiłam sobie, że na kanapie leżały, a właściwie siedziały zwłoki.
-Boże, to Ewa! Czyli to jednak nie ona mordowała! Paweł, wyciągnij z niej ten sztylet! Niech ktoś zadzwoni po karetkę!
-Nie! Nie wyciągaj! Uszkodzisz jej nerwy!- rozkazała Alicja.
-Ale przecież ona nie żyje!
-Może i tym razem morderca popełnił błąd?
Rzeczywiście, na te słowa klatka piersiowa Ewy nieznacznie się uniosła.
-Ona żyje! Żyje! To nic, że znów wszystko czerwone! Alicja, wyczyszczę ci ten tapczan!- zaoferowała się Zosia.
-Zapomnij o tapczanie! Skoro to nie Ewa, to kto zabija?
-To Anita.- odezwałam się nieśmiało. Wszyscy na mnie spojrzeli, tym samym dostrzegając mą egzystencję.
-A ty to kto?
-Może to ona zabija?- spytała Joanna, wskazując na mnie.
-Ja?- wyjąkałam zdumiona.
-Nóż zawarty w kadłub? Ofiara przytomności niewiele. Nie daje rozpoznawać napastnik. Zaprawdę osobnicza to sprawa.- rzekł duński policjant.
-Osobliwa.- poprawiła Zosia.
-To Anita zabija. Musicie mi uwierzyć, jeśli chcecie zapobiec kolejnym nieszczęściom.
-Wczoraj tu nie pani. Gość w dom, Bóg w dom?
-Tak, tak, nowy gość w dom.- pospieszyła z wyjaśnieniami Alicja, sama nie bardzo wiedząc co tutaj robię.
-Ale co pani powiedziawszy o pani Anita?
-Że to ona zabija.
Wyjaśniłam wszystko co miałam do powiedzenia, odnalazłam dowody obciążające kobietę i doprowadziłam do jej zaaresztowania.
-Skąd to wiedziałaś?- spytała Joanna.
-Powiedzmy, że twój luby szepnął mi słówko.- mrugnęłam do niej.
Nagle się ocknęłam. Ręce miałam ubrudzone farbą. No tak, przysnęłam po wlekącym się w nieskończoność remoncie. Spojrzałam na świeżo pomalowane ściany.
-Wszystko czerwone...- mruknęłam do siebie.
Światło dnia leniwie przebijało przez rolety w oknie. Zaspana, przeciągnęłam się na łóżku, poczym mych uszu dobiegł przeraźliwy krzyk. Czym prędzej wygramoliłam się z pościeli, potykając się po drodze. W drzwiach zderzyłam się z jakąś kobietą. Przez chwilę nie wiedziałam co się dzieje ani gdzie jestem. W salonie tłoczyli się ludzie. Nie docierało do mnie na co patrzę, aż...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Dania. Duży dom, lekko zagracony. Wszędzie dookoła popielniczki i całe mnóstwo notesów i kalendarzy. I ona, jedna z moich ulubionych bohaterek - siedzi naprzeciwko i z uporem maniaka przegląda te sprzed kilkudziesięciu lat by znaleźć upragnioną informację. Alicja. Cała ona. Zaraz potem zadzwoni telefon z obwieszczeniem, że jej przyjaciółka zrobiła jej niespodziankę i postanowiła ją odwiedzić. I przywiezie gościa - mnie. Ach, gdybym tak mogła spędzić choć jeden dzień w towarzystwie Joanny i Alicji. Joanny Chmielewskiej rzecz jasna. We własnej i nie własnej osobie :) Gdyby jeszcze do towarzystwa dziwnym zbiegiem okoliczności dołączył inspektor Muldgaard ze swoim specyficznym słownictwem...
Tak. Od wielu, wielu lat jestem pod jej wrażeniem. Jej i jej książek. Sięgam po sprawdzone pozycje, otwieram w konkretnym miejscu i już w chwil kilka wraca mi dobry humor. Mogłabym przytoczyć setki ulubionych fragmentów, powiedzonek, spostrzeżeń, które jak dla mnie są istnym balsamem dla ducha tudzież dzięki nim nabieram odpowiedniego dystansu, tak potrzebnego w życiu…
I to do jej książek najchętniej bym się przeniosła by od niej i od Alicji uczyć się dostrzegania plusów w każdej sytuacji ;)
„Kto nie ryzykuje, ten nie je.”
„– Ten facet – powiedziałam powoli i uroczyście – leżał u mnie pod szafą. Przeszło piętnaście lat…
– Do tego stopnia nie sprzątasz? – zdziwiła się Alicja.”
„-Jak to możliwe, żeby przez półtorej godziny leżał w waszym biurze trup i żeby nikt tego nie zauważył?
-Cicho leżał, to się nie rzucał w oczy…”
Kwintesencją jej specyficznego humoru, który jednak nie każdemu odpowiada, są teksty tupu:
„Słuchajcie, mam pomysł – (…) – to znaczy, nie mam żadnego pomysłu, ale tam leży takie coś. To do mnie przemawia, z tym, że nie wiem co mówi.”
Jak dla mnie mistrzostwo :) Zakochana jestem niemal w każdej jej książce, a doceniłam je tym bardziej, gdy przeczytałam kilka tomów jej autobiografii, gdzie dostrzegłam źródło wielu jej pomysłów na książki. Spotkanie się z nią i posłuchanie na żywo opowieści z jej życia byłoby fantastyczną przygodą i czuję, że nie nudziłybyśmy się ani przez moment. Kobieta o tak barwnym życiorysie, tak wspaniałym poczuciu humoru i sposobie bycia (co można wywnioskować z jej dzieł) musi być niesamowitym kompanem. Jak dla mnie jest ona wzorem – poza humorem można się wiele od niej nauczyć – czerpania radości z życia, umiejętności postrzegania własnych przygód i przeżyć od tej dobrej, interesującej strony, nabierania dystansu do problemów, życia czy osób nam w nim towarzyszących…
Dania. Duży dom, lekko zagracony. Wszędzie dookoła popielniczki i całe mnóstwo notesów i kalendarzy. I ona, jedna z moich ulubionych bohaterek - siedzi naprzeciwko i z uporem maniaka przegląda te sprzed kilkudziesięciu lat by znaleźć upragnioną informację. Alicja. Cała ona. Zaraz potem zadzwoni telefon z obwieszczeniem, że jej przyjaciółka zrobiła jej niespodziankę i...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniejChciałabym się przenieść do serii książek, atramentowej trylogii Corneli Funke. Myślę, że jest to wspaniała książka o miłości, o sile przetrwania, o działaniu w grupie, o pięknie świata, ale także o wszystkich ciekawych i fantastycznych stworzeniach. Chciałabym spędzić jeden dzień w tej czarodziejskiej krainie, razem z główną bohaterką poznawać piękno tego fantastycznego świata, razem tęsknić, razem z ni kochać, razem śmiać się i płakać. Chciałabym zagłębić się w ten świat, zapomnieć o rzeczywistości, poczuć się beztrosko, albo chociaż zamienić swoje problemy, na problemy tamtego świata.
Chciałabym się przenieść do serii książek, atramentowej trylogii Corneli Funke. Myślę, że jest to wspaniała książka o miłości, o sile przetrwania, o działaniu w grupie, o pięknie świata, ale także o wszystkich ciekawych i fantastycznych stworzeniach. Chciałabym spędzić jeden dzień w tej czarodziejskiej krainie, razem z główną bohaterką poznawać piękno tego fantastycznego...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Budzie się wczesnym rankiem, bo z oknem jest jeszcze szaro. Ale to nie mój pokój, choć wydaje się znajomy. Na krześle wisi ohydny mundurek szkolny, biurko zawalone książkami i zeszytami, a w nogach śpi coś w rodzaju kota z rogami,skrzyczałam i smoczym ogonem.Zaczęłam krzyczeć
-Ejj! Czemu tak się drzesz demony też potrzebują snu.-powiedział ten stwór
-Kim jesteś?-zapytałam z przerażeniem
-No co ty, nie pamiętasz mnie twojego kochanego Xameriusa?
-Hmmm
Ale to nie jest możliwe. Jak to naprawić? Nie mogłam przeczesz trafić do książki.
-Nie rób takich oczu, bo mnie przerażasz.
Chcę wrócić do domu, mojego domu. Zakopałam się w pierzynie z zacisnęłam najmocniej jak potrafiłam oczy. W tym momencie do pokoju weszła dziewczynka z zaczęła wyciągać mnie z łóżka.
Budzie się wczesnym rankiem, bo z oknem jest jeszcze szaro. Ale to nie mój pokój, choć wydaje się znajomy. Na krześle wisi ohydny mundurek szkolny, biurko zawalone książkami i zeszytami, a w nogach śpi coś w rodzaju kota z rogami,skrzyczałam i smoczym ogonem.Zaczęłam krzyczeć
-Ejj! Czemu tak się drzesz demony też potrzebują snu.-powiedział ten stwór
-Kim jesteś?-zapytałam z...
"O matko! Znowu spóźnia się ten głupi autobus!" Stałam na przystanku i drżałam z zimna. Nagle zerwał się silnyy wiatr. Nic nie widzę, zakręciło mi się w głowie i upadłam. Miałam wrażenie, że wszystko się kołysze. Rozejrzałam się wokoło. Jestem na statku! Wstałam i zaczęłam krzyczeć: "Gdzie ja jestem?".
-Na pokładzie Wędrowca do Świtu, okrętu narnijskiej floty. Ile razy można to powtarzać? - powiedział niskim głosem ogromny byk, stojący przede mną.
Stałam jak wryta, chyba wyglądałam jakbym miała zaraz zemdleć, bo ktoś mnie złapał.
-Hola, hola! Jeden nieprzytomny to i tak za dużo - powiedział chłopak mający około 20 lat i pokazał palcem na leżącego chłopaka. Zaśmiałam się.
-C... co ja tutaj robię? - spytałam niepewnie.
-Też chciałbym wiedzieć - powiedział uśmiechając się - jestem Kaspian, władca NArni. Jak ciebie nazywają?
-Narnii?-spytałam nie udzielając odpowiedzi na jego pytanie.
-Tak.
-Czy sobie jaja robicie?
-Nic w tym stylu. Jak ciebie nazywają?
-Patrycja.
-Kaspian! - Zawołała dziewczyna w moim wieku.
-Łucja! Zobacz kto do nas dołączył!
-Oooo... Ale miła niespodzianka - powiedziała Łucja.-Skąd się tutaj wzięłaś?
-Też chciałabym wiedzieć - powiedziałam nieśmiało, a Kaspian zaczął się śmiać.
"Ziemia! Ziemia!" rozległ się głos. Wszystko zaczęło się szybciej dziać. Usłyszałam, że musimy coś znaleźć. Chłopak się ocknął, miał chyba na imię Eustachy, poznałam Edmunda i Ryczypiska. Dopłynęliśmy do wyspy, zaczęliśmy chodzić po niej ale nikogo nie spotkaliśmy. Na wyspie nie było niczego prócz skał. Rozdzieliliśmy się. Chodziliśmy długo. Gdy już wracaliśmy na statek z naszą zdobyczą, na niebie ujrzałam ogromnego smoka. "Teraz to już chyba nic mnie nie zdziwi. Znalazłam się na statku, widziałam gadające zwierzęta, znaleźliśmy jakiś zaczarowany miecz, a teraz jeszcze smok."
Chwilę później byliśmy już na statku i płynęliśmy dalej. Rozpętała się burza. Straciłam równowagę i upadłam już kolejny raz tego dnia. Gdy otworzyłam oczy byłam z powrotem na przystanku autobusowym.
"O matko! Znowu spóźnia się ten głupi autobus!" Stałam na przystanku i drżałam z zimna. Nagle zerwał się silnyy wiatr. Nic nie widzę, zakręciło mi się w głowie i upadłam. Miałam wrażenie, że wszystko się kołysze. Rozejrzałam się wokoło. Jestem na statku! Wstałam i zaczęłam krzyczeć: "Gdzie ja jestem?".
-Na pokładzie Wędrowca do Świtu, okrętu narnijskiej floty. Ile razy...
Zamrugałam energicznie i wyplułam pokaźną porcję piasku. Nie pamiętałam nic poza tym, że spałam w wygodnym łóżku, następnie wchłonęła mnie jakaś nadludzka siła, aby zaraz potem trzasnąć mną w mało widowiskowy sposób o glebę.
Tylko bez paniki – pomyślałam. Najważniejsza jest trzeźwa ocena sytuacji. Wstałam więc rozmasowując przy tym boleśnie stłuczone ramię. Rozejrzałam się wokół, szukając jakiejś wskazówki, która pomogłaby mi zorientować się w sytuacji.
W odległości kilku metrów ode mnie stało umięśnione, nasmarowane cienką warstwą oliwy ciacho. WOW!, ale facet! Nie mogłam powstrzymać się od wyrażenia na głos swojego uznania dla tak idealnej sylwetki.
Przystojniak spojrzał na mnie z dezaprobatą i wyciągnął miecz. Mój instynkt przetrwania podpowiedział mi, że bynajmniej nie jest to atrapa i nakazał cofnąć na bezpieczną odległość. Uczyniłam to aż nadto skwapliwie, co poskutkowało zaplątaniem się w jakąś siatkę, którą trzymałam w ręku. Co to do k…y nędzy jest!? Zaklęłam zaskakując samą siebie, gdyż z mojego gardła wydobył się męski głos. Zdezorientowana spojrzałam na swoje nogi i ręce. O szlag! Jestem facetem! I to jeszcze jakim. Dodałam obserwując swoje umięśnione przedramię. Nie ma co stuprocentowy samiec ze mnie. Faktycznie dziwnie musiały wyglądać moje zachwyty nad tężyzną fizyczną tego drugiego. Zdążyłam jeszcze pomyśleć, gdy tamten naparł na mnie całą siłą. Rozgorzała walka. Dzielnie radziłam sobie z siecią i trójzębem, nie odstając ani trochę od przeciwnika. Zgromadzona na trybunach gawiedź ryczała w niebo głosy, aż przypomniały mi się ostatnie rozgrywki ligowe.
W końcu ja i mój rywal padliśmy z wyczerpania. Żadne z nas nie osiągnęło decydującej przewagi. Ze swojego miejsca podniósł się mężczyzna przyozdobiony elegancko liściem wawrzynu i uniósł kciuk w górę. Gawiedź momentalnie podłapała ten gest i zrobiła to samo, przywołując tym samym skojarzenie z pewnym portalem społecznościowym.
Będzie dobrze. Pomyślałam i zamknęłam oczy.
Fast Howard – „Spartakus”
Zamrugałam energicznie i wyplułam pokaźną porcję piasku. Nie pamiętałam nic poza tym, że spałam w wygodnym łóżku, następnie wchłonęła mnie jakaś nadludzka siła, aby zaraz potem trzasnąć mną w mało widowiskowy sposób o glebę.
Tylko bez paniki – pomyślałam. Najważniejsza jest trzeźwa ocena sytuacji. Wstałam więc rozmasowując przy tym boleśnie stłuczone ramię. Rozejrzałam się...
Otwieram oczy i ups... To nie mój pokój. To nie mój dom. Chwileczkę. Gdzie jest wszystko? Gdzie radio? Telewizor, komputer, książki...? Dlaczego na krześle leży skromna suknia z płótna, w kącie stoi stołek a na nim miska i dzbanek z wodą? Dlaczego to wszystko wygląda jak filmowa atrapa? Nie słyszę samochodów. Nic. Tylko trele ptaków. Rżenie konia. Ujadanie psów dobiegające z daleka.
W drzwiach staje ktoś o przerażającej twarzy i nieprzeciętnie szerokich ramionach. Nie można tego ukryć nawet pod futrem.
- Wstawaj Wrong! Czas wznowić poszukiwania skarbu Ludzi Lodu!
- Aaaa.... Acha.
Siema Tengel.
Naciągam cienki koc aż po czubek głowy i chcę się obudzić. Tak jak należy.
UPS!
Otwieram oczy i ups... To nie mój pokój. To nie mój dom. Chwileczkę. Gdzie jest wszystko? Gdzie radio? Telewizor, komputer, książki...? Dlaczego na krześle leży skromna suknia z płótna, w kącie stoi stołek a na nim miska i dzbanek z wodą? Dlaczego to wszystko wygląda jak filmowa atrapa? Nie słyszę samochodów. Nic. Tylko trele ptaków. Rżenie konia. Ujadanie psów dobiegające...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Obudziła się w chwili, gdy pierwsze promienie wstającego słońca napełniły prawie pusty pokój złotym blaskiem. Przeciągnęła się, czując, jak wszystkie mięśnie, zdrętwiałe od długiego snu, odżywają. Odetchnęła, z drżącym zachwytem uświadamiając sobie gdzie jest. Powoli odwróciła się, sprężyny łóżka zaskrzypiały, dobitnie świadcząc o jego wieku.
Na podłodze niedaleko drzwi wykonanych z solidnego dębu leżał czarny kot, zwinięty w kłębek. Za oknem mignęła męska sylwetka z charakterystycznymi dwoma mieczami wystającymi zza pleców. Przystanął, spod kaptura wysunęły się białe włosy. Zapachniało bzem i agrestem.
Zakręciło jej się w głowie, zamrugała.
Białowłosy zniknął.
Zapach agrestu i bzu uleciał.
Kot zamiauczał.
Wszystko umilkło, czas się zatrzymał.
Zamrugała, uświadamiając sobie, że materac z Ikei nie ma prawa skrzypieć, że nie ma kota, że jej drzwi są z jasnego buku, a zasłonka przesiewa światło gasnącego księżyca. Czar prysnął.
Przygoda, która nie była niczym innym, jak przypadkowym spotkaniem z dziećmi pogardy, minęła. Jeden dzień, który dał jej nową tożsamość, zniknął.
Zamknęła oczy.
Rozległo się pukanie w dębowe drzwi.
Obudziła się w chwili, gdy pierwsze promienie wstającego słońca napełniły prawie pusty pokój złotym blaskiem. Przeciągnęła się, czując, jak wszystkie mięśnie, zdrętwiałe od długiego snu, odżywają. Odetchnęła, z drżącym zachwytem uświadamiając sobie gdzie jest. Powoli odwróciła się, sprężyny łóżka zaskrzypiały, dobitnie świadcząc o jego wieku.
Na podłodze niedaleko drzwi...
Dawno dawno temu już, czytałam książkę Kinga "Sklepik z marzeniami". Pmiętam ją bardzo dokładnie. Wszystkie uliczki, chłopca jadacego na rowerze, panią cierpiąca na reumatyzm...
Pamiętam też naszyjnik z "czymś" w środku.
Nie raz szukałam jego obrazu. W wyobraźni czy opisach. Ten naszyjnik, wisiorek właściwie zawładnął mną do tego stopnia, że zapragnęłam go mieć już dawno dawno temu.
Moja przygoda w świecie fantazji byłaby krótka. Przybyła bym do Castle Rock z jednym jedynym zamiarem. Udając się do Lelanda sprzedała bym duszę diabłu za taki sam naszyjnik, a potem spłatała bym komuś psikusa i wróciła do domu.
Dawno dawno temu już, czytałam książkę Kinga "Sklepik z marzeniami". Pmiętam ją bardzo dokładnie. Wszystkie uliczki, chłopca jadacego na rowerze, panią cierpiąca na reumatyzm...
Pamiętam też naszyjnik z "czymś" w środku.
Nie raz szukałam jego obrazu. W wyobraźni czy opisach. Ten naszyjnik, wisiorek właściwie zawładnął mną do tego stopnia, że zapragnęłam go mieć już dawno...
Wstrzymałam oddech i zanurzyłam się w gąszczu miękkich futer. Gdy udało mi się przez nie przedrzeć, straciłam równowagę i runęłam na twarz prosto w pachnącą łąkę. Znowu byłam w domu. Podniosłam wzrok. Obok iskrzącej się słabym płomykiem latarni stał lew. Na jego grzbiecie siedziały dwie uśmiechnięte dziewczyny.
- A więc jesteś, wojowniczko. Czekaliśmy na Ciebie – rzekł Aslan.
- Ruszajmy. Nie ma czasu do stracenia.
Pognaliśmy jak burza. Z dala dochodziły odgłosy bitwy. Olbrzymi minotaur brał zamach, próbując dobić rannego Edmunda , a Piotr i Kaspian nie mogli przedrzeć się przez otaczającą ich bandę Telmarów.
Nie myśląc wiele, porwałam spory kamień i wycelowałam w stronę bestii. Uderzenie zbiło ją z tropu, a śmiertelny cios chybił. Olbrzym ryknął z wściekłości i ruszył w moją stronę. Rzuciłam się do ucieczki. Usłyszałam przeraźliwy ryk. To Aslan we własnej osobie zajął się minotaurem. Kątem oka dostrzegłam że Łucja i Zuzanna biegną w stronę Edmunda. Uznałam, że ktoś musi pomóc chłopakom. Pognałam co sił w nogach w stronę Telmarów.
„Przydałby się łuk” – pomyślałam z rozpaczą, zadając kolejne ciosy. Poczułam strzałę świstającą koło mojego ucha. Zuzanna nigdy nie chybiała. Zwycięstwo wydawało się bliskie. Wtem coś uderzyło mnie w tył głowy.
- Wojowniczko, nie! – krzyknęła Zuzanna.
Padłam na ziemię. Za wszelką cenę starałam się zachować jasność umysłu, ale wiedziałam że TO znów nadchodzi. Poczułam falę przenikliwego chłodu. I znowu znajdowałam się na środku lodowej pustyni patrząc w stalowoszare oczy Białej Czarownicy, która śmiała się szyderczo.
- Nic z tego, wojowniczko! Już nie jesteś częścią naszego świata. Nie pokonasz mnie nigdy!
Śnieg podniósł się i zaczął wirować. Widziałam już tylko wszechobecną biel.
Obudziłam się wśród miękkich futer i zapachu starego drewna.
„Nie masz racji, Biała Wiedźmo” – pomyślałam ze złością. „Wojowniczka nigdy się nie poddaje. I kiedyś przyjdzie ten dzień, gdy powróci do swej ukochanej Narnii.”
Wstrzymałam oddech i zanurzyłam się w gąszczu miękkich futer. Gdy udało mi się przez nie przedrzeć, straciłam równowagę i runęłam na twarz prosto w pachnącą łąkę. Znowu byłam w domu. Podniosłam wzrok. Obok iskrzącej się słabym płomykiem latarni stał lew. Na jego grzbiecie siedziały dwie uśmiechnięte dziewczyny.
- A więc jesteś, wojowniczko. Czekaliśmy na Ciebie – rzekł...
Z chęcią przeniosłabym się do świata Christiana Greya i jego pięćdziesięciu twarzy. I nie chodzi mi tu o przygody erotyczne, które mogłabym poczuć na własnej skórze, ale o wszelkiego rodzaju rozrywki. Zawsze jak byłam mała uwielbiam helikoptery i zawsze takim chciałam się przelecieć. Z biegiem lat to marzenie ciut wygasło, ale po latach wróciło właśnie za sprawą tej książki. A więc, gdybym jakimś cudem znalazła się w powieści E.L. James na pewno ten przystojny, elegancki mężczyzna zabrałby mnie w podróż swoim nietypowym środkiem transportu. Nie pogardziłabym też Audi, które podarowałby mi bez powodu i z chęcią przemyciłabym je do naszego realnego świata. Przy okazji mógłby mi załatwić prawo jazdy, co przy jego umiejętnościach wcale nie byłoby niczym nadzwyczajnym i niezwykle trudnym. Na pewno taką przygodę wspominałabym do końca życia.
Z chęcią przeniosłabym się do świata Christiana Greya i jego pięćdziesięciu twarzy. I nie chodzi mi tu o przygody erotyczne, które mogłabym poczuć na własnej skórze, ale o wszelkiego rodzaju rozrywki. Zawsze jak byłam mała uwielbiam helikoptery i zawsze takim chciałam się przelecieć. Z biegiem lat to marzenie ciut wygasło, ale po latach wróciło właśnie za sprawą tej...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej