Kolejny tom zbiorczy „Valeriana”. Kolejne trzy historie. Kolejne alegorie i morały. Tym razem na szczęście mamy trochę podróży w czasie, dla przebicia monotonii opery kosmicznej. Jednak mimo odrobiny monotonii, którą odczuwam, czytając „Valeriana” – widać jego ewolucje pod względem graficznym i scenariuszowym. Jednak to już kwestia na poszczególne opowieści.
Sztuka Valeriana
Tak jak w innych wydaniach zbiorczych dostajemy bardzo ciekawe dodatki na początku. Kluczowym elementem tu jest sztuka Jeana-Claude’a Mézieresa. To on ożywia fantastyczne widoki z kadrów komiksu i dzieli się tu swoim przemyśleniami nad kreowaniem niestworzonego. Nie jest to jedyna jego warstwa.
W końcu ktoś musi ją kolorować – Évelyne Tranlé, która kolorowała całego Valeriana. Dostajemy tu przykład rozłożonego na warstwy rysunku. Szkicu Mézieresa, koloru Tranlé i ostatecznie końcowy produkt. Jest to z pewnością ciekawy widok, którego nie widzi się na co dzień, nawet czytając komiksy. Każdy z elementów wygląda inaczej i choć można dostrzec podobieństwa, bez drugiego jest czymś innym.
Jednak w tym krążeniu wokół sztuki dostajemy też inne jego próbki, co będzie kontynuowane w dodatku następnego tomu. Obaj autorzy potrzebowali czasem odpoczynku od Valeriana i Laureliny, więc robili skoki w bok. Czasem razem, czasem oddzielnie. Dlatego, gdy pojawia się rysunek lub okładka innego komiksu, po jednym spojrzeniu można być pewnym tylko jednego – czy narysował go Jean-Claude Mézieres. Jego styl, nawet lekko zmodyfikowany, jest po prostu charakterystyczny.
Więcej inspiracji i adaptacji
Film „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” (reż. Luc Besson, 2017) czerpał inspiracje z wcześniejszego 3. numeru – „Cesarstwo Tysiąca Planet” i z pierwszego albumu tego wydania zbiorczego „Ambasadora Cieni”. Możnaby snuć teorie, czemu akurat inspiracje poszły w tym kierunku, ale wydaje się dość prawdopodobnie wskazać tego powód.

„Ambasador Cieni”, s. 4 wg. paginacji na kadrach
Punkt centralny, centralny punkt galaktyki, gdzie spotykają się wpływy i dyplomaci wszystkich rozwiniętych gatunków. Miejsce tak wielkie, że niemożliwe do zdominowania. A w niej kryją się tajemnice, sekrety i autochtoniczne gatunki, których nikt nie zna.
Przynajmniej trochę może to przypominać Cytadelę z serii „Mass Effect” (pl.: „Efekt Masy”). Serii wydawanej w latach 2007-2012, ale akurat w 2017 roku wydano jej spin-off – „Mass Effect: Andromeda” (prod. BioWare). Sam nie grałem w tę serię (jeszcze), a najwyżej widziałem fragmenty gameplay’u i może patrze na wyrost, ale wydaje mi się, że te powiązania nie są przypadkiem.
Ambasador Cieni
Przejdźmy jednak do właściwych historii, a nie dodatków i powiązań. Na koniec napiszę tylko, że wstęp i podejście do przedstawienia powyższej ilustracji jest niezwykle filmowy i klimatyczny. Zaczyna się powoli, z narracją z offu, a z czasem kadry rosną. Zaczyna się od szerokich, by przejść do wyższych prostokątnych i skończyć na widocznym splashu (rysunku pełnostronnicowym). Podczas czytania tego wstępu ma się wręcz poczucie, jakby oglądało się początek „2001: Odysei kosmicznej” (reż. Stanley Kubrick, 1968), albo innych filmów o kosmosie czy SF.
Jeśli chodzi o samą fabułę, to poznana w poprzednim tomie drapieżna natura Galaxity powraca. Valerian i Laurelina mają chronić ambasadora Galaxity. Ten ma jednak niecny plan, o którym wiedzą już mieszkańcy Punktu Centralnego.
Z tego powodu ambasador stety niestety zostaje porwany i tym razem na barkach Laureliny pozostaje ratować dzień. W poprzednich tomach powoli dostawała ona coraz więcej miejsca, stawała się coraz sprawcza, ale dopiero w tym dostaje pełnie uwagi. Nie ma tu równego rozłożenia fabuły jak w „Wojnie Płci”, ani nie pełni wyłącznie zwyczajowej roli świerszcza Valeriana.
Ta Laurelino-centryczność tego albumu pozwala jej zabłysnąć na wielu polach. Dostajemy jej dylemat moralny ws. ratowania ambasadora. To jej misja i raczej nie życzy mu złego, ale jednocześnie nie zgadza się z jego planami, ani go nie lubi. Mimo tych wątpliwości wplątuje się w tę sensacyjno-kryminalną sprawę, odkrywa pradawne tajemnice Punktu Centralnego, ale przede wszystkim robi miny. W tym albumie chyba ma najbardziej rozbudowaną mimikę, i gdyby „Valerian” wychodził dziś, to na pewno trafiłaby one do folderów z obrazkami reakcyjnymi.

„Ambasador Cieni”, s. 15 wg. paginacji na kadrach
Ten album ma bardzo ciekawą lokację, którą mimo zawarcia w jednym albumie, bardzo sprawnie ją rozbudowują. Z racji na jej wielkość, mnogość ras, obaj autorzy skutecznie przedstawiają zróżnicowanie, niezwykłość i rozmiar Punktu Centralnego. Możnaby napisać o tamtejszych centaurach lub kosmitach, którzy inspirowali gremlinowanetego Watto, ale zwyczajnie to porządny album z porządnym światotwórczym. Punkt Centralny najlepiej odkrywać organicznie i samemu.
Na fałszywych ziemiach
Kolejny album to właśnie podróż w czasie. Choć tak naprawdę nie do końca. Valerian eksploruje dziwne makiety wyciągnięte z różnych epok. Te twory zostawia nieznany winowajca, który w mniemaniu Galaxity szpieguje ludzką historię. Instancje te nie różnią się niczym od oryginału, poza swoim ograniczeniem przestrzennym i czasowym. Nie jest to też pierwszy raz, gdy widzę podobny koncept. Jak to jest często – został on użyty w jednym z komiksów z Myszką Miki o podróżach w czasie.
Sam Valerian podróżuje przede wszystkim po sceneriach z okolic przełomu XIX i XX wieku. W ramach swoich krótkich przygód może nie popisuje się minami, jak Laurelina, ale przynajmniej za każdym razem ma nowy strój.
Ta podróż Valeriana okazuje się mieć kilka mocnych fantastycznych przekazów, jednak finał ma element prawdziwej osobistej dramaturgii. Pozwala to osadzić historię mimo eksplorowania dość abstrakcyjnych i akademickich tematów.
Bo w gruncie rzeczy album ten krąży wokół pytań dotyczących historii jako dziedzictwa i jako nauki. Co by było gdyby, historycy mogli podróżować w czasie? Czy ratowałoby to dawną sztukę, czy dawałoby coraz więcej możliwości do jej zawłaszczania dla następców zachodnich muzeów? Co jest gorsze – patrzenie z obojętnością na okropności przeszłości, czy też z protekcjonalnością? Czy może te podejścia tak bardzo od siebie się nie różnią?
Te rozważania o traktowaniu przeszłości na tak wielką skalę poza Myszką Miki przywiodło mi na myśl inne dzieło. „All Tommorrows” Nemo Ramjeta to specyficzna fikcja kreująca się na pracę historyczno-etnograficzną nieznanego kosmity w dalekiej przyszłości, który opisuje w niej dzieje rodzaju homo. Ten „Valerian” ma podobne ciągoty, choć akurat jego skala jest dużo mniejsza i ma inne podejście.
Ten album kryje w sobie ciekawe rzeczy, ale nie każdemu pewnie spodoba się tak jak mi. Dla zachęty dam tu wojska brytyjskie w Indiach:

„Na fałszywych ziemiach”, s. 1 wg. paginacji na kadrach
Bohaterowie równonocy
Ostatnim albumem tego tomu jest historia, którą można nazwać bajką polityczną. Pierre Christin przedstawia nam wyścig ideologii. Choć ja nazwałbym go bardziej wyścigiem plemników z racji na cudaczną fabułę. W menu mamy imperializm, komunizm, spirytualizm i Valeriana, czy jakkolwiek by to nazwać.
Na pierwszy rzut oka poza metaforycznym wyścigiem, komiks wdaje się opowiadać o starzejącej się Europie i imigracji. Jednak zbliżając się do wyścigu i stereotypowych ideologii – może też chodzić o starzejące się europejskie idee. Problem ten narodził się w modernizmie, przeobraził go I Wojną Światową w swoją mroczniejszą wersję właśnie z ideologiami, a na koniec terror II Wojny Światowej dobił pierwotne idee, dając światu postmodernizm. Czy jakkolwiek ten upadek opisać.
Mimo swojej prostoty jego przekaz jest jasny. Żadna z przedstawionych dróg nie jest idealna. Stąd jej karykaturalność, stąd realnie porażka. W warstwie wizualnej Christin pozwala Mezeriesowi zaszaleć i niektóre rysunki zbliżają się do wystaw Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czy „Promethei” Alana Moore’a i J. H. Williamsa III. Jednak rysunki nie są tylko ładne – kadrowanie wyścigu w postaci 4 równoległych ścieżek jest niezwykle pomysłowe.
Ostatecznie w finale po wyścigu samców (alfa) dostajemy coś, co skłania do namysłu, czy „Valerian” nie inspirował też fantasy. A szczególnie Gwynevere z „Dark Souls” (prod. FromSoftware, 2009). Finał to jednak miejsce dla kobiet i zabłyśnięcie Laureliny, która na szczęście przywraca nam status quo, ratując Valeriana od szczęścia.
Koniec
Miałem przerwę od „Valeriana” i przeczytałem już następny tom, gdy to piszę. Dlatego raczej nie napisze nic lepszego lub mądrego od tego, co zostało napisane w dodatku do następnego tomu. Czy to o ewolucji całego komiksu, czy też jego ideach. Jednak muszę przyznać, że po powrocie i zachwycie następnymi czterema (sic!) albumami trochę zaciemnił mi się obraz tych poprzednich.
Jednak podczas pisania tego i przypominania sobie tych trzech komiksów wróciło nieco ciepła i chyba nie oceniam już ich tak surowo. To, że każdy kolejny komiks „Valeriana” jest odrobinę lepszy, a zarazem inny, to fakt. Nie znaczy to, że wcześniejsze też nie są dobre. To jak z „Blaskiem fantastycznym” jako pierwszym tomem Świata Dysku. Niby się odradza zaczynanie od niego, bo to jeszcze wyrabianie stylu Pratchetta, ale potrafi cieszyć.
Ostatecznie na pewno te trzy albumy warto przeczytać, bo dla jednych będą po prostu przyjemne. Dla innych ciekawe. A innych skłonią do refleksji lub będą mogły być punktem wyjścia do dyskusji. Jedyną poważną wadą są te małe literki – czasem strasznie się kurczą, ale czego się nie robi dla sztuki?
Komiks przeczytany dzięki życzliwości Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy.
Opinia
Komiks powstał w 1932 roku i jest dość typowy dla swoich czasów. Kadry poklatkowe, niemal kwadratowe (często po prostu kwadratowe) w jednym ordunku stoją. Kadry wyplenione postaciami, które odgrywają konkretne sceny a tło jest kompletnie drugorzędna. Bardzo rzadko da się coś dojrzeć poza ogólnymi widokami. Po co się rozpraszać kiedy mamy postacie? Tintin to prosta ale sympatyczna kreska, kompletnie nie wymagająca. dzisiaj by się zdawało, że dla młodego czytelnika. Ale ten komiks czytali dorośli. Sa jednak kadry które zapowiadają późniejszą ewolucję komiksu i są nietypowe jak na tamte czasy. Np. Scena w której Tintin idzie po gzymsie wysokiego budynku (zaraz zaraz... Neo w Matrix'ie tak szedł). Świetnie ujęta perspektywa i kadr potęguje wrażenie wysokości i przestrzeni. Podobnie ze sceną z lokomotywą, świetne ujęcie (jak na tamte czasy) dynamicznego ruchu. Inne kadry są po prostu płaskie.
Fabuła jest również typowa dla tamtych czasów. To czas kiedy w kinach królował slapstick, więc nie mogło go zabraknąć w komiksach, który w pewnym sensie związany jest ze sztuką filmową. Ale mamy tutaj do czynienia raczej ze slapstick'iem w stylu Buster'a Keaton'a niż Charlie'go Chaplin'a. I bardzo dobrze bo uwielbiam filmy z Buster'em Keaton'em. Więcej fabuły i skupieniu na bohaterze niż po prostu gagi Chaplin'a.
Warto tez wspomnieć, że ten komiks zbudowany jest na stereotypach o USA. Mamy wiec goniących za pieniędzmi kapitalistów szoł-biznesu, detektywa hotelowego, wysiedlanie Indian pod karabinami, gangsterów (twarze typowe), dzikich i łatwowiernych czerwonoskórych, gliniarzy skorych do bicia i ostatecznie paradę. Bo przecież każda przygoda w USA powinna zaczynać się i kończyć paradą. Herge wyolbrzymił i pokazał w krzywym zwierciadle wszystko czym Ameryka stoi i z czego jest znana (była w tamtym czasie). Jeden uzna to za doskonały żart, inny za efekt uprzedzenia autora.
He he, w opiniach nikt nie wspomina o sympatiach Herge... Leon Degrelle et consortes... dobrze, dobrze ;)
Komiks powstał w 1932 roku i jest dość typowy dla swoich czasów. Kadry poklatkowe, niemal kwadratowe (często po prostu kwadratowe) w jednym ordunku stoją. Kadry wyplenione postaciami, które odgrywają konkretne sceny a tło jest kompletnie drugorzędna. Bardzo rzadko da się coś dojrzeć poza ogólnymi widokami. Po co się rozpraszać kiedy mamy postacie? Tintin to prosta ale...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to