Tintin w Ameryce

Okładka książki Tintin w Ameryce
Hergé Wydawnictwo: Egmont Polska Cykl: Przygody TinTina (tom 3) komiksy
64 str. 1 godz. 4 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Przygody TinTina (tom 3)
Tytuł oryginału:
Tintin en Amérique
Data wydania:
2016-04-13
Data 1. wyd. pol.:
2002-01-01
Data 1. wydania:
1979-11-30
Liczba stron:
64
Czas czytania
1 godz. 4 min.
Język:
polski
ISBN:
9788328116436
Tłumacz:
Daniel Wyszogrodzki
Średnia ocen

                7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Tintin w Ameryce w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Tintin w Ameryce

Średnia ocen
7,0 / 10
50 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
879
869

Na półkach: , ,

Komiks powstał w 1932 roku i jest dość typowy dla swoich czasów. Kadry poklatkowe, niemal kwadratowe (często po prostu kwadratowe) w jednym ordunku stoją. Kadry wyplenione postaciami, które odgrywają konkretne sceny a tło jest kompletnie drugorzędna. Bardzo rzadko da się coś dojrzeć poza ogólnymi widokami. Po co się rozpraszać kiedy mamy postacie? Tintin to prosta ale sympatyczna kreska, kompletnie nie wymagająca. dzisiaj by się zdawało, że dla młodego czytelnika. Ale ten komiks czytali dorośli. Sa jednak kadry które zapowiadają późniejszą ewolucję komiksu i są nietypowe jak na tamte czasy. Np. Scena w której Tintin idzie po gzymsie wysokiego budynku (zaraz zaraz... Neo w Matrix'ie tak szedł). Świetnie ujęta perspektywa i kadr potęguje wrażenie wysokości i przestrzeni. Podobnie ze sceną z lokomotywą, świetne ujęcie (jak na tamte czasy) dynamicznego ruchu. Inne kadry są po prostu płaskie.

Fabuła jest również typowa dla tamtych czasów. To czas kiedy w kinach królował slapstick, więc nie mogło go zabraknąć w komiksach, który w pewnym sensie związany jest ze sztuką filmową. Ale mamy tutaj do czynienia raczej ze slapstick'iem w stylu Buster'a Keaton'a niż Charlie'go Chaplin'a. I bardzo dobrze bo uwielbiam filmy z Buster'em Keaton'em. Więcej fabuły i skupieniu na bohaterze niż po prostu gagi Chaplin'a.

Warto tez wspomnieć, że ten komiks zbudowany jest na stereotypach o USA. Mamy wiec goniących za pieniędzmi kapitalistów szoł-biznesu, detektywa hotelowego, wysiedlanie Indian pod karabinami, gangsterów (twarze typowe), dzikich i łatwowiernych czerwonoskórych, gliniarzy skorych do bicia i ostatecznie paradę. Bo przecież każda przygoda w USA powinna zaczynać się i kończyć paradą. Herge wyolbrzymił i pokazał w krzywym zwierciadle wszystko czym Ameryka stoi i z czego jest znana (była w tamtym czasie). Jeden uzna to za doskonały żart, inny za efekt uprzedzenia autora.

He he, w opiniach nikt nie wspomina o sympatiach Herge... Leon Degrelle et consortes... dobrze, dobrze ;)

Komiks powstał w 1932 roku i jest dość typowy dla swoich czasów. Kadry poklatkowe, niemal kwadratowe (często po prostu kwadratowe) w jednym ordunku stoją. Kadry wyplenione postaciami, które odgrywają konkretne sceny a tło jest kompletnie drugorzędna. Bardzo rzadko da się coś dojrzeć poza ogólnymi widokami. Po co się rozpraszać kiedy mamy postacie? Tintin to prosta ale...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

77 użytkowników ma tytuł Tintin w Ameryce na półkach głównych
  • 70
  • 7
33 użytkowników ma tytuł Tintin w Ameryce na półkach dodatkowych
  • 12
  • 11
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Tintin w Ameryce

Inne książki autora

 Hergé
Hergé
Hergé - wymowa: erż’e - właściwie Georges Prosper Remi – belgijski rysownik komiksowy zaliczany do najpopularniejszych twórców XX wieku. Seria komiksów Przygody Tintina, których bohaterem jest podróżnik Tintin sprzedana została w ponad 200 mln egzemplarzy i przetłumaczona z języka francuskiego na ponad 91 języków. W trakcie II wojny światowej należał do kolaboracyjnej belgijskiej organizacji Christus Rex oraz pracował dla kontrolowanej przez niemieckiego okupanta gazety „Le Soir”. Pseudonim Hergé, którym podpisywał prace, pochodzi od jego inicjałów RG (wymawianych po francusku).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 2 Pierre Christin
Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 2
Pierre Christin Jean-Claude Mézières
Ambiwalentna nierzeczywistość W drugim tomie zbiorowym Valeriana i Laureliny znów dostajemy trzy historie. Niestety tym razem wyłącznie kosmiczne opowieści bez podróży w czasie. Rozszerzają one też świat Galaxity, wprowadzając nie tylko obcych, ale także koncepcję jego ekspansji. Przynajmniej w pierwszych dwóch, z kolei w ostatnim, choć nadal kosmicznie, mamy refleksję nad rewolucją. Jednak nie jest to wszystko. Jak w pierwszym zbiorze dostajemy co nieco dodatków, to tym razem odnaleźć możemy trochę bardziej personalnych historii wokół naszych autorów, czy ich podejścia do tworzenia i science-fiction. Mimo ponurej scenerii „Miasta wzburzonych wód” z poprzedniego tomu Christin twierdzi, że „Valerian” stoi między optymistyczną (np. Star Trek) a pesymistyczną (np. „Aleja potępienia” Rogera Zelaznego albo „1984” Georga Orwella) fantastyką naukową. W końcu po apokalipsie powstało Galaxity. Mimo tego ambiwalencja tu się nie kończy. Ląd bez gwiazd W pierwszym komiksie na Valeriana po ustanowieniu stabilnych kolonii czekają ostatnie obowiązki. Musi pożegnać się z koloniami i wrócić do Galaxity. Niestety, pożegnania i mowy łączą się z poczęstunkiem, szczególnie tym wysokoprocentowym. Przy jego braku asertywności kończy się zataczaniem i krótkimi bełkotliwymi mowami w kolejnych i kolejnych koloniach. Czyli krótko mówiąc – rozsierdza Laureline i to wtedy pojawia się nowe zagrożenie. Na granicach układu pojawia się nieznana planeta. Na niej Valerian i Laurelina znajdują parę komentarzy do naszego świata. Można tu odnaleźć kontynuacja krytyki broni atomowej, pytanie: czy sprzedający broń są współwinni konfliktom, czy po prostu wojnę płci. Rozwiązanie w ramach komiksu okazuje się super łatwe, prawie bez problemów – wystarczy wyjść z tej platońskiej jaskini i zobaczyć prawdę. Gdyby tylko rzeczywistość była tak prosta i optymistyczna. Jednak by tego dokonać, nasi bohaterowie muszą się rozdzielić. Oboje dostają porównywalnie świateł reflektorów. Jednak tylko Laurelina dostaje strój, będący pierwowzorem Lei u Jaby. W seksistowskim świecie oboje muszą wykorzystać wdzięki i zalety swojej płci, by uratować nie tylko świat bez gwiazd od zagłady, ale także ziemskie kolonie. Witajcie na Alflolu W tej historii zostajemy przy Valerianie, a Laurelina niczym anioł na ramieniu, albo świerszcz Pinokia odgrywa sumienie Valeriana. W skrócie komiks ten można by odczytać jako krótki kurs amerykańskiego kolonializmu, rasizmu i Boskiego Przeznaczenia. Jak w poprzednim komiksie dowiedzieliśmy, że Galaxity swoją potęgę utrzymuję poprzez kolonizację; tak tutaj dowiadujemy się, jak ona wygląda. Koncepcja barbarzyńskich indoeuropejczyków z Europy – kto korzysta z ziemi, do tego należy – szła wieloma ścieżkami. Zazwyczaj wiązała się z uprawą lub inną eksploatacją. Jednak każda kultura i cywilizacja wytworzyła swoje własne modele, które po przybyciu Europejczyków były z czasem niszczone i zastępowane – czy to w Ameryce, czy Indiach. Wygrana tej koncepcji została ewolucyjnie udowodniona, jednak człowiek ma możliwości selekcji sztucznej. Krytykować się i zrewidować kierunek rozwoju. Ta krytyka Christina nie ogranicza się wyłącznie do tematu kolonizacji. W związku z przedstawieniem w komiksie kosmitów jako szlachetnego dzikusa albo hipisa eksplorują problem relacji z naturą, eksploracji środowiska i drapieżnego kapitalizmu. Czy natura musi się naprawdę martwić człowiekiem? Czy po prostu w najgorszym wypadku okażemy się ślepą gałęzią ewolucji i znajdzie się coś innego na nasze miejsce? Chyba lepiej do tego nie dopuścić. Ale droga hipisowskiego dystansu, ani instynktownej zachłanności nie są odpowiedziami. A nawet jeśli to ambiwalentnymi. Ptaki mistrza W ostatniej historii tomu drugiego nasza para rozbija się i trafia na cmentarzysko statków kosmicznych. Ostatecznie jest to bardzo prosta historia o rewolucji. Niektóre postacie są zabawne, szczególnie para, która prowadzi dyskusję filozoficzną między sobą i jest całkowicie oderwana od rzeczywistości. Komiks w krótkiej i syntetycznej formie opowiada to, co można znaleźć w „Płomieniach” Brzozowskiego, czy myśli Hanny Arendt. To opowieść o samej kulturze, konformizmie, oczekiwaniach społecznych, a na koniec rewolucji i jej konsekwencjach. „Valerian” pozostaje tutaj bardzo bajkowy i wystarczy upomnienie, by uniknąć negatywnych skutków. Ale nadal pojawiają się trafne pytania. Czy możliwość złych konsekwencji, rewolucja przez złych ludzi, ze złym dziedzictwem albo ze złych pobudek musi być sama w sobie zła? Czy czasem zmiana nie jest tym, co jest zwyczajnie potrzebne? The End Valerian nie powala tempem, nie opowiada głębokich i przewrotnych historii, ale stale prze naprzód z komentowaniem rzeczywistości. Czy to wojna płci, kolonializm, ekologia, albo rewolucja – Pierre Christin i Jean-Claude Mézières się nie przestraszą, a jeszcze przedstawią je słodko-gorzko. Względem poprzedniego tomu rysunek zbytnio się nie zmienił, a choć narracyjnie dostajemy więcej ciekawych interakcji między Valerianem i Laureliną, to schemat historii wydaje się niezmienny. Jeśli komuś spodobał się poprzedni tom, to i tu raczej się nie zawiedzie. Komiks przeczytany dzięki życzliwości Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy. Także na goodreads i nakanapie.
Adam Słojewski - awatar Adam Słojewski
ocenił na 7 6 miesięcy temu
Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3 Pierre Christin
Valerian: Wydanie zbiorcze, tom 3
Pierre Christin Jean-Claude Mézières
Kolejny tom zbiorczy „Valeriana”. Kolejne trzy historie. Kolejne alegorie i morały. Tym razem na szczęście mamy trochę podróży w czasie, dla przebicia monotonii opery kosmicznej. Jednak mimo odrobiny monotonii, którą odczuwam, czytając „Valeriana” – widać jego ewolucje pod względem graficznym i scenariuszowym. Jednak to już kwestia na poszczególne opowieści. Sztuka Valeriana Tak jak w innych wydaniach zbiorczych dostajemy bardzo ciekawe dodatki na początku. Kluczowym elementem tu jest sztuka Jeana-Claude’a Mézieresa. To on ożywia fantastyczne widoki z kadrów komiksu i dzieli się tu swoim przemyśleniami nad kreowaniem niestworzonego. Nie jest to jedyna jego warstwa. W końcu ktoś musi ją kolorować – Évelyne Tranlé, która kolorowała całego Valeriana. Dostajemy tu przykład rozłożonego na warstwy rysunku. Szkicu Mézieresa, koloru Tranlé i ostatecznie końcowy produkt. Jest to z pewnością ciekawy widok, którego nie widzi się na co dzień, nawet czytając komiksy. Każdy z elementów wygląda inaczej i choć można dostrzec podobieństwa, bez drugiego jest czymś innym. Jednak w tym krążeniu wokół sztuki dostajemy też inne jego próbki, co będzie kontynuowane w dodatku następnego tomu. Obaj autorzy potrzebowali czasem odpoczynku od Valeriana i Laureliny, więc robili skoki w bok. Czasem razem, czasem oddzielnie. Dlatego, gdy pojawia się rysunek lub okładka innego komiksu, po jednym spojrzeniu można być pewnym tylko jednego – czy narysował go Jean-Claude Mézieres. Jego styl, nawet lekko zmodyfikowany, jest po prostu charakterystyczny. Więcej inspiracji i adaptacji Film „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” (reż. Luc Besson, 2017) czerpał inspiracje z wcześniejszego 3. numeru – „Cesarstwo Tysiąca Planet” i z pierwszego albumu tego wydania zbiorczego „Ambasadora Cieni”. Możnaby snuć teorie, czemu akurat inspiracje poszły w tym kierunku, ale wydaje się dość prawdopodobnie wskazać tego powód.  Ambasador Cieni, s. 4 wg. paginacji na kadrach „Ambasador Cieni”, s. 4 wg. paginacji na kadrach  Punkt centralny, centralny punkt galaktyki, gdzie spotykają się wpływy i dyplomaci wszystkich rozwiniętych gatunków. Miejsce tak wielkie, że niemożliwe do zdominowania. A w niej kryją się tajemnice, sekrety i autochtoniczne gatunki, których nikt nie zna. Przynajmniej trochę może to przypominać Cytadelę z serii „Mass Effect” (pl.: „Efekt Masy”). Serii wydawanej w latach 2007-2012, ale akurat w 2017 roku wydano jej spin-off – „Mass Effect: Andromeda” (prod. BioWare). Sam nie grałem w tę serię (jeszcze), a najwyżej widziałem fragmenty gameplay’u i może patrze na wyrost, ale wydaje mi się, że te powiązania nie są przypadkiem. Ambasador Cieni Przejdźmy jednak do właściwych historii, a nie dodatków i powiązań. Na koniec napiszę tylko, że wstęp i podejście do przedstawienia powyższej ilustracji jest niezwykle filmowy i klimatyczny. Zaczyna się powoli, z narracją z offu, a z czasem kadry rosną. Zaczyna się od szerokich, by przejść do wyższych prostokątnych i skończyć na widocznym splashu (rysunku pełnostronnicowym). Podczas czytania tego wstępu ma się wręcz poczucie, jakby oglądało się początek „2001: Odysei kosmicznej” (reż. Stanley Kubrick, 1968), albo innych filmów o kosmosie czy SF. Jeśli chodzi o samą fabułę, to poznana w poprzednim tomie drapieżna natura Galaxity powraca. Valerian i Laurelina mają chronić ambasadora Galaxity. Ten ma jednak niecny plan, o którym wiedzą już mieszkańcy Punktu Centralnego. Z tego powodu ambasador stety niestety zostaje porwany i tym razem na barkach Laureliny pozostaje ratować dzień. W poprzednich tomach powoli dostawała ona coraz więcej miejsca, stawała się coraz sprawcza, ale dopiero w tym dostaje pełnie uwagi. Nie ma tu równego rozłożenia fabuły jak w „Wojnie Płci”, ani nie pełni wyłącznie zwyczajowej roli świerszcza Valeriana. Ta Laurelino-centryczność tego albumu pozwala jej zabłysnąć na wielu polach. Dostajemy jej dylemat moralny ws. ratowania ambasadora. To jej misja i raczej nie życzy mu złego, ale jednocześnie nie zgadza się z jego planami, ani go nie lubi. Mimo tych wątpliwości wplątuje się w tę sensacyjno-kryminalną sprawę, odkrywa pradawne tajemnice Punktu Centralnego, ale przede wszystkim robi miny. W tym albumie chyba ma najbardziej rozbudowaną mimikę, i gdyby „Valerian” wychodził dziś, to na pewno trafiłaby one do folderów z obrazkami reakcyjnymi.  Ambasador Cieni, s. 15 wg. paginacji na kadrach „Ambasador Cieni”, s. 15 wg. paginacji na kadrach  Ten album ma bardzo ciekawą lokację, którą mimo zawarcia w jednym albumie, bardzo sprawnie ją rozbudowują. Z racji na jej wielkość, mnogość ras, obaj autorzy skutecznie przedstawiają zróżnicowanie, niezwykłość i rozmiar Punktu Centralnego. Możnaby napisać o tamtejszych centaurach lub kosmitach, którzy inspirowali gremlinowanetego Watto, ale zwyczajnie to porządny album z porządnym światotwórczym. Punkt Centralny najlepiej odkrywać organicznie i samemu. Na fałszywych ziemiach Kolejny album to właśnie podróż w czasie. Choć tak naprawdę nie do końca. Valerian eksploruje dziwne makiety wyciągnięte z różnych epok. Te twory zostawia nieznany winowajca, który w mniemaniu Galaxity szpieguje ludzką historię. Instancje te nie różnią się niczym od oryginału, poza swoim ograniczeniem przestrzennym i czasowym. Nie jest to też pierwszy raz, gdy widzę podobny koncept. Jak to jest często – został on użyty w jednym z komiksów z Myszką Miki o podróżach w czasie. Sam Valerian podróżuje przede wszystkim po sceneriach z okolic przełomu XIX i XX wieku. W ramach swoich krótkich przygód może nie popisuje się minami, jak Laurelina, ale przynajmniej za każdym razem ma nowy strój. Ta podróż Valeriana okazuje się mieć kilka mocnych fantastycznych przekazów, jednak finał ma element prawdziwej osobistej dramaturgii. Pozwala to osadzić historię mimo eksplorowania dość abstrakcyjnych i akademickich tematów. Bo w gruncie rzeczy album ten krąży wokół pytań dotyczących historii jako dziedzictwa i jako nauki. Co by było gdyby, historycy mogli podróżować w czasie? Czy ratowałoby to dawną sztukę, czy dawałoby coraz więcej możliwości do jej zawłaszczania dla następców zachodnich muzeów? Co jest gorsze – patrzenie z obojętnością na okropności przeszłości, czy też z protekcjonalnością? Czy może te podejścia tak bardzo od siebie się nie różnią? Te rozważania o traktowaniu przeszłości na tak wielką skalę poza Myszką Miki przywiodło mi na myśl inne dzieło. „All Tommorrows” Nemo Ramjeta to specyficzna fikcja kreująca się na pracę historyczno-etnograficzną nieznanego kosmity w dalekiej przyszłości, który opisuje w niej dzieje rodzaju homo. Ten „Valerian” ma podobne ciągoty, choć akurat jego skala jest dużo mniejsza i ma inne podejście. Ten album kryje w sobie ciekawe rzeczy, ale nie każdemu pewnie spodoba się tak jak mi. Dla zachęty dam tu wojska brytyjskie w Indiach:  Na fałszywych ziemiach, s. 1 wg. paginacji na kadrach „Na fałszywych ziemiach”, s. 1 wg. paginacji na kadrach  Bohaterowie równonocy Ostatnim albumem tego tomu jest historia, którą można nazwać bajką polityczną. Pierre Christin przedstawia nam wyścig ideologii. Choć ja nazwałbym go bardziej wyścigiem plemników z racji na cudaczną fabułę. W menu mamy imperializm, komunizm, spirytualizm i Valeriana, czy jakkolwiek by to nazwać. Na pierwszy rzut oka poza metaforycznym wyścigiem, komiks wdaje się opowiadać o starzejącej się Europie i imigracji. Jednak zbliżając się do wyścigu i stereotypowych ideologii – może też chodzić o starzejące się europejskie idee. Problem ten narodził się w modernizmie, przeobraził go I Wojną Światową w swoją mroczniejszą wersję właśnie z ideologiami, a na koniec terror II Wojny Światowej dobił pierwotne idee, dając światu postmodernizm. Czy jakkolwiek ten upadek opisać. Mimo swojej prostoty jego przekaz jest jasny. Żadna z przedstawionych dróg nie jest idealna. Stąd jej karykaturalność, stąd realnie porażka. W warstwie wizualnej Christin pozwala Mezeriesowi zaszaleć i niektóre rysunki zbliżają się do wystaw Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czy „Promethei” Alana Moore’a i J. H. Williamsa III. Jednak rysunki nie są tylko ładne – kadrowanie wyścigu w postaci 4 równoległych ścieżek jest niezwykle pomysłowe. Ostatecznie w finale po wyścigu samców (alfa) dostajemy coś, co skłania do namysłu, czy „Valerian” nie inspirował też fantasy. A szczególnie Gwynevere z „Dark Souls” (prod. FromSoftware, 2009). Finał to jednak miejsce dla kobiet i zabłyśnięcie Laureliny, która na szczęście przywraca nam status quo, ratując Valeriana od szczęścia. Koniec Miałem przerwę od „Valeriana” i przeczytałem już następny tom, gdy to piszę. Dlatego raczej nie napisze nic lepszego lub mądrego od tego, co zostało napisane w dodatku do następnego tomu. Czy to o ewolucji całego komiksu, czy też jego ideach. Jednak muszę przyznać, że po powrocie i zachwycie następnymi czterema (sic!) albumami trochę zaciemnił mi się obraz tych poprzednich. Jednak podczas pisania tego i przypominania sobie tych trzech komiksów wróciło nieco ciepła i chyba nie oceniam już ich tak surowo. To, że każdy kolejny komiks „Valeriana” jest odrobinę lepszy, a zarazem inny, to fakt. Nie znaczy to, że wcześniejsze też nie są dobre. To jak z „Blaskiem fantastycznym” jako pierwszym tomem Świata Dysku. Niby się odradza zaczynanie od niego, bo to jeszcze wyrabianie stylu Pratchetta, ale potrafi cieszyć. Ostatecznie na pewno te trzy albumy warto przeczytać, bo dla jednych będą po prostu przyjemne. Dla innych ciekawe. A innych skłonią do refleksji lub będą mogły być punktem wyjścia do dyskusji. Jedyną poważną wadą są te małe literki – czasem strasznie się kurczą, ale czego się nie robi dla sztuki? Komiks przeczytany dzięki życzliwości Biblioteki Publicznej w Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy.
Adam Słojewski - awatar Adam Słojewski
ocenił na 8 3 miesiące temu
Hulk: Szary Jeph Loeb
Hulk: Szary
Jeph Loeb Tim Sale Matt Hollingsworth
Jeśli chodzi o fabułę komiksu, to w wielu swoich aspektach jest ona dość prosta. Potrafi być jednak angażująca i satysfakcjonująca. Na kolejnych stronach autor w naprawdę niezłym stylu zobrazował bowiem początek konfliktu z generałem Rossem, wpływ bycia Hulkiem na psychikę Bannera oraz to jak jego ukochana łagodziła jego szalone alter ego. W kolejnych rozdziałach Jeph Loeb serwuje więc bardzo przemyślaną i należycie zbalansowaną mieszankę emocji, dramaturgii i akcji. Miłośnicy komiksu superbohaterskiego ze stajni Marvela na pewno nie będą mieć tutaj powodów do narzekania na nudę. Szczególnie fanom powinna spodobać się zobrazowana (szerzej nieznana) konfrontacja szarego bohatera z Iron Manem (w bardzo klasycznym wydaniu). O ile scenariusz potrafi zachwycić naprawdę sporą grupę odbiorców, to już tak „kolorowo” nie jest w przypadku oprawy rysunkowej. Tim Sale postawił tutaj na mocno specyficzny klasyczny (pulpowy) kreskówkowy styl. Najbardziej przejawia się on w projektach postaci na czele z tytułowym Hulkiem, który przypomina Frankensteina. Jeśli jednak ktoś jest fanem takiej komiksowej formy, to będzie on potrafił docenić to, jak rysunki świetnie uzupełniają treść. Ponadto wielcy fani marki zauważą, że rysunki artysty są wielkim hołdem dla oryginalnego projektu Hulka Jacka Kirby’ego. https://popkulturowykociolek.pl/ecenzja-komiksu-hulk-szary/
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na 8 3 lata temu
Niezwykła podróż. Tom 1 Silvio Camboni
Niezwykła podróż. Tom 1
Silvio Camboni Filippi Denis-Pierre
PopKulturowy Kociołek: Akcja albumu Niezwykła podróż. Tom 1 zabiera nas do Wielkiej Brytanii roku 1927. Czasu kiedy I Wojna Światowa ciągle trwa, a południe kraju nieustannie nękane jest nalotami bombowymi. Niespodziewanie na arenie wojny pojawia się trzecia tajemnicza siła, której potęga przyćmiewa oba mocarstwa. W takich realiach żyje dwójka młodych bohaterów Noemie i Emilien, Kuzyni pochodzący z bogatej rodziny, którzy większość swojego dzieciństwa spędzili w szkole z internatem. Pewnego dnia niespodziewanie jednak zostają oni ściągnięci do wielkiej rezydencji rodziców Noemie. Ogromna posiadłość pełna jest sekretów, które tylko czekają na odkrycie. Nic więc dziwnego, że dwójka ciekawskich i genialnych dzieciaków szybko zabiera się za badanie tego miejsca, odkrywając przy okazji pełno niezwykłych wynalazków stworzonych przez ojca Emiliena (który zaginął w tajemniczych okolicznościach). Mamy tutaj do czynienia z komiksem wypełnionym po brzegi wartką przygodową treścią, kierowaną głównie do młodszego czytelnika. Scenariusz jest więc prosty, dosyć przewidywalny, ale też na swój sposób przyjemny w odbiorze. Tak jak zostało to już wspomniane we wstępie scenarzysta Denis-Pierre Filippi łączy steampunkowy klimat (wylewający się z kolejnych kadrów) z przygodową treścią nawiązującą do dzieł Juliusza Verne'a i szczyptą lekkiego humoru. Fani twórczości genialnego pisarza, muszą jednak ostudzić swój zapał. Autor albumu co prawda wykorzystuje pewne schematy i atmosferę znaną z powieści Verne’a (chociażby sama grafika na okładce). Nie jest to jednak bezpośrednie przełożenie książek na realia komiksu i dużo w scenariuszu jest własnej inwencji twórczej. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych zaś wada (wszystko zależne od indywidualnych gustów). Do samej „przygodowej” treści trudno jest się tutaj mocniej przyczepić. Potrafi być ona satysfakcjonująca i w kilku miejscach miło zaskoczyć. Pewną łyżeczką dziegciu są jednak niektóre zachowania młodych bohaterów. W niektórych scenach przypominają oni rozwydrzone dzieciaki z bogatego domu, które nikogo i niczego nie szanują (prawda jest jednak troszkę bardziej złożona). Tym, co na pewno wyróżnia tytuł i sprawia, że wpada on w oko zarówno młodym, jak i starszym miłośnikom komiksów, jest jego oprawa graficzna. Rysunki Silvio Camboniego nie tylko dobrze obrazują steampunkowy klimat, ale również przesycone są dziecięcym akcentem, co szczególnie widać po projektach postaci. Nie każdemu jednak przypadną do gustu dosyć duże oczy bohaterów, momentami przypominające swoją stylistyką starszą mangę. Perfekcyjnie za to prezentują się tła, które pełne są szczegółów i nadają poszczególnym scenom znaczącej głębi. https://gameplay.pl/news.asp?ID=143730
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na 6 3 lata temu

Cytaty z książki Tintin w Ameryce

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Tintin w Ameryce