Oj, lubię takie sytuacje jak ta. Takie książki jak ta. Takie… przygody jak ta.
O co chodzi? Już tłumaczę.
Rzadko kiedy zdarza mi się sytuacja, w której moja nieufność tak cierpliwie, ale i tak przyjemnie, jest przełamywana. A z taką właśnie sytuacją miałem do czynienia, gdy zagłębiałem się coraz bardziej w lekturze tej książki. Już opis na okładce zapowiada, że Autor „udowadnia, że prawdziwy przełom rodzi się z różnorodności”. A ja bardzo nieufnie podchodzę do wszelkich książek (poradników / ideologii / ludzi), które (którzy) wskazują jedno proste rozwiązanie na wszelkie bolączki, bez względu na to, czy tym panaceum miałaby być różnorodność czy homogeniczność, internacjonalizm czy szowinizm, ateizm czy fanatyzm i tak dalej i tak dalej. Okazuje się jednak, że z dobrze pojmowaną i właściwie wdrażaną różnorodnością jest jednak inaczej. Bo Autor nie ukrywa, że „ta książka jest o różnorodności, sile łączenia ludzi, którzy myślą inaczej”, ale równocześnie przyznaje, że to może początkowo wydawać się dziwne, ponieważ „powinniśmy chyba starać się myśleć właściwie, a nie inaczej. Powinniśmy chcieć myśleć inaczej niż inni ludzie tylko wtedy, gdy oni są w błędzie. Kiedy inni mają rację, myślenie w inny sposób oznacza błąd. Tak przynajmniej podpowiada zdrowy rozsądek”. To dokładnie streszczało moje postrzeganie tego problemu przed lekturą tej książki, podobnie jak słynne orzeczenie amerykańskiego sędziego Sądu Najwyższego Antonina Scalii, który „argumentował, że rekrutowanie ludzi ze względu na ich odmienność, w taki czy inny sposób, zagraża wydajności. Powinniśmy zatrudniać ludzi, ponieważ są inteligentni, mają wiedzę lub są szybcy. Dlaczego mielibyśmy zatrudniać kogoś mniej kompetentnego, wolniejszego lub mniej utalentowanego, tylko dlatego, że jest inny?” Autor przedstawia te i podobne poglądy, które także i mi były bliskie, a następnie obiecuje, że „na następnych stronach wykaże, że oba te na pozór zdroworozsądkowe twierdzenia są z gruntu fałszywe, przynajmniej jeśli chodzi o rozwiązywanie złożonych problemów”. I przyznaję to z niekłamanym zaskoczeniem, że słowa dotrzymuje. I chociaż podczas lektury czułem, jak moje dotychczasowe podejście powoli rozpada się w pył, nie mogłem oderwać się od tej książki.
Książki, która zachwyciła mnie przede wszystkim swoją uczciwością. Otóż na samym początku przyznaje ona, że różnorodność nie jest prostą receptą na osiągniecie wszystkich celów. Co więcej, trafnie stwierdza, że „różnorodność jest często postrzegana jedynie jako element politycznej poprawności, kwestia moralności i sprawiedliwości społecznej, a nie źródło wydajności i innowacyjności”, tymczasem „nigdy nie należy zatrudniać pracowników tylko ze względu na ich pochodzenie kulturowe lub etniczne. To byłby niebezpieczny błąd”, ponieważ „wzrost różnorodności rasowej nie przyniósł wzrostu wydajności firmom produkującym części do samolotów, maszyn itp. Dlaczego? Ponieważ doświadczenie bycia na przykład czarnoskórym dostarcza niewielu – jeśli w ogóle – nowych spostrzeżeń na temat projektowania część do silnika” więc „zatrudnienie kogoś, kto różni się kolorem skóry lub płcią, nie gwarantuje zwiększenia różnorodności poznawczej. Budowanie zbiorowej inteligencji nie może sprowadzać się do odhaczania kolejnych punktów”. I tak, „jeśli zatrudniasz zawodników do sztafety, to po prostu wybierasz najszybszych biegaczy. I co z tego, że wszyscy są tego samego koloru skóry i tej samej płci? Wprowadzenie jakichkolwiek innych kryteriów rekrutacji poza szybkością nie ma sensu, gdyż zaważyłoby negatywnie na końcowych wynikach”. Uwielbiam, gdy książka cierpliwie mi coś tłumaczy i prowadzi przez swoje rozumowanie, ale nie traktuje mnie jak bezmózgiego pierwotniaka, który ma „wchłonąć” bez dyskusji to, co Autor chce przekazać. Gdy potrafi przewidzieć moje uwagi i wątpliwości, traktuje je poważnie i odpowiada na nie. Przekonywująco, ale nie na siłę. Wskazując na pułapki myślenia i wątpliwe skróty w rozumowaniu, np. gdy podkreśla, że dążąc do zwiększenia zróżnicowania nie możemy traktować go jako celu samego w sobie (ponieważ nie chodzi to o różnorodność demograficzną – czyli pod względem płci, rasy, wieku czy religii, tylko o różnorodność kognitywną przejawiającą się w różnicach „w sposobie patrzenia na świat (perspektywie), spostrzeżeniach i wnioskach, doświadczeniach i stylach myślenia”) ani jaki nadrzędnego nad celem (ponieważ np. „fizyk, który jest w stanie dokładnie przewidzieć pozycję Księżyca, nie potrzebuje odmiennej opinii, która pomogłaby mu wykonać jego pracę. On już trafił w dziesiątkę. Każda inna opinia może być tylko błędna.”). Uwielbiam, gdy – jak to ma miejsce z „Buntowniczymi ideami” – z jednej strony książka, którą czytam, uczy mnie o pełzającym determinizmie, systemach emergentnych, zagadkach wglądu, zjawisku ślepoty perspektywicznej, odzwierciedlenia i paradoksu listy weselnej, klastrowania wiedzy, kaskady informacyjnej, efektu rozlania informacji, komory echa, bańki filtrującej i muru epistemicznego i tak dalej. A równocześnie korzystając z przykładów sprawia, że wszystkie te pojęcia wprowadza w sposób bezbolesny, a wiedza nie-wiadomo-kiedy sama wchodzi do głowy. A stosowane przykłady są takiego ciężaru gatunkowego jak przyczyny zlekceważenia zagrożenia służb USA skutkującego katastrofą zamachu na nowojorskie World Trade Center, niepowodzenie wyprawy himalaistów kosztujące życie uczestników tej wyprawy, serii katastrof amerykańskich samolotów na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, ale też przyczyn sprzecznych zaleceń dietetycznych, zgodnie z którymi to, co jest zabronione w jednej z diet jest podstawą innej, dlaczego Karol Darwin i Alfred R. Wallace opracowali swoje wersje teorii ewolucji praktycznie w tym samym miesiącu, a Leibniz i Newton wpadli na koncepcję rachunku różniczkowego niemal jednocześnie oraz skąd wzięły się opory producentów przy wdrożeniu produkcji walizek na kółkach. A mimo wszystko czytając tę książkę nie mamy poczucia, że czytamy jakiś ciężki elaborat akademicki, a raczej czujemy, że uczestniczymy w ekscytującej przygodzie.
Dlaczego kolejny już raz wspominam w kontekście „Buntowniczych idei” o przygodzie? Bo Autor wspaniale kieruje nas przez labirynt tego niełatwego przecież zagadnienia pozwalając, abyśmy na chwilę trafiali nawet na ślepy zaułek, ale tylko po to, byśmy sami dostrzegli, że obrana przez nas droga nie jest właściwa i pozwalali ponownie prowadzić się za wywodem książki. Na samym początku lektury przekonujemy się, że homofilia (a zatem naturalna dla nas wszystkich skłonność do preferowania osób, które wyglądają i myślą podobnie do nas samych) nie gwarantuje najlepszych efektów, w przeciwieństwie do zróżnicowanej grupy, której „całość jest czymś więcej niż zwykłą sumą jej części”. Gdy już jesteśmy o tym przekonani, Autor pokazuje, że stworzenie niejednolitego zespołu nie chroni nawet przed tragiczną w skutkach katastrofą, gdy zróżnicowanie połączone jest z naturalnie lub sztucznie wytwarzaną hierarchią (opartą na stanowisku, doświadczeniu, predyspozycjach, cechach przywódcy itp.). Gdy dochodzimy już do wniosku, że dążąc do maksymalizacji potencjału należy połączyć zróżnicowanie z likwidacją hierarchii Autor przypomina przypadek Google, które „postanowiło pozbyć się wszystkich menedżerów. Chcieli wprowadzić całkowicie płaską strukturę organizacyjną”, co niemal doprowadziło tego przyszłego potentata do upadku. I tak dalej. Ta gra z czytelnikiem nie służy oczywiście prostej rozrywce, ponieważ dzięki przyjętej metodzie prezentowana przez Autora argumentacja jeszcze skuteczniej (bo niejako „od środka”) oddziałuje na odbiorcę. Ale równocześnie jakie to jest przyjemne! Jak w dobrze napisanym kryminale.
Oczywiście nie wszystko jest idealne. Przyjęta metoda narracji sprawia, że momentami „tempo” (z braku lepszego określenia) pochłaniania książki gwałtownie „siada” i robi się po prostu nudnowato. Wyobraźcie sobie, że czytacie kolejne zdania, które „w locie” przekształcają Waszą perspektywę na określone zagadnienia. I w pewnym momencie uświadamiacie sobie, do czego Autor zmierza i – co więcej – już czujecie się przekonani, bo dotychczasowy wywód był wystarczająco czytelny. Ale nie: Autor musi jeszcze przez kilka stron ciągnąć swoją argumentację, choć jest ona w zasadzie zbędna, bo (powtórzę) już wiemy, do czego zmierzały np. przywołane wcześniej badania naukowe, a jeszcze w dodatku pojawiają się jeszcze dwa przykłady, aby nikt nie miał wątpliwości o słuszności prezentowanego już od kilkunastu stron poglądu. Więc dam dobrą radę: dobrze jest nie czytać tej książki zbyt uważnie, dzięki czemu chyba nie uda się Wam „uprzedzić” za szybko zamiarów Autora i nie będziecie chcieli trochę „przyśpieszyć” zaplanowanego wywodu. 😊 Druga wada to kłujące w oczy literówki typu „Kwestia dieta stała się ogromnym problemem” (str. 238), „To była zagdaka, którą należało rozwiązać” (str. 240), „zdobicie jakieś wiedzy” (str. 212 w przypisie) czy zbyt dosłowne tłumaczenie takie jak „Nikt się zorientował” (str. 219).
Niezależnie do tych, niewielkich w sumie, wad czas poświęcony na lekturę tej książki zwróci się Wam wielokrotnie. Nie tylko pomoże lepiej pracować i bardziej świadomie żyć, ale też zapewni fantastyczną rozrywkę z inteligentną książką pełną takich perełek jak ta: „wielbłąd to koń zaprojektowany przez komisję”.
Dziękuję z całego serca dla MT Biznes Ltd. za otrzymany egzemplarz książki.
Opinia
Drogi UMAMI Strategy,
Od chwili, gdy dowiedziałam się o Twoim istnieniu, wiedziałam, że muszę Cię poznać. To był wymagający rok, a lektura o Tobie przywołała wspomnienia dawnych aspiracji. Cieszę się, że to zrobiłam. Zagłębiając się w Twoje strony, odkryłam, że jesteś wszystkim, o czym słyszałam, i jeszcze więcej:
> Metodyczny, a jednocześnie angażujący
> Ekspercki, a jednak przystępny
> Dobrze poinformowany, z podejściem, które wytrzymuje próbę czasu
W końcu projektowanie doświadczeń „to wszystko o przymiotnikach”.
Twoje nauki, przekazane z klarownością, natychmiast znalazły zastosowanie w mojej praktyce:
> Ramy do pracy – nie tylko teoria, lecz praktyczne zastosowania poprzez przykłady i ćwiczenia
> Słownictwo, które pozwala to nazwać – dające mi możliwość skutecznej komunikacji
> Dodatkowe zasoby – narzędzia wspierające prowadzenie moich własnych warsztatów #StrategyDesign, upraszczające cały proces
Wdrażanie Twoich wskazówek okazało się zarówno proste, jak i skuteczne. To doświadczenie podniosło moją pewność siebie, pozwalając mi podejmować nowe wyzwania i współpracować przy projektach z innymi.
I za to wszystko pozostanę Ci dozgonnie wdzięczna.
Z wyrazami oddania,
Oddana Praktyczka UMAMI
Drogi UMAMI Strategy,
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOd chwili, gdy dowiedziałam się o Twoim istnieniu, wiedziałam, że muszę Cię poznać. To był wymagający rok, a lektura o Tobie przywołała wspomnienia dawnych aspiracji. Cieszę się, że to zrobiłam. Zagłębiając się w Twoje strony, odkryłam, że jesteś wszystkim, o czym słyszałam, i jeszcze więcej:
> Metodyczny, a jednocześnie angażujący
> Ekspercki, a...