rozwiń zwiń

Ostatni obraz Sary de Vos

Okładka książki Ostatni obraz Sary de Vos
Dominic Smith Wydawnictwo: Rebis powieść historyczna
400 str. 6 godz. 40 min.
Kategoria:
powieść historyczna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
The Last Painting of Sara de Vos
Data wydania:
2018-09-04
Data 1. wyd. pol.:
2018-09-04
Liczba stron:
400
Czas czytania
6 godz. 40 min.
Język:
polski
ISBN:
9788380623392
Tłumacz:
Katarzyna Karłowska

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Ostatni obraz Sary de Vos w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki  Ostatni obraz Sary de Vos i



Przeczytane 379 Opinie 294 Oficjalne recenzje 4

Opinia społeczności książki  Ostatni obraz Sary de Vos i



Książki 1046 Opinie 850

Oceny książki Ostatni obraz Sary de Vos

Średnia ocen
7,1 / 10
130 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
3628
1874

Na półkach: ,

Moim zdaniem powieść nieudana. Zapełniają ją długie, nudne, drobiazgowe i nic nie wnoszące opisy. I niestety, gdybyż chodziło o opisy dzieł sztuki… ale nie, mamy tu wszystko i nic: kilkanaście stron o przyjęciu, opisy wnętrz, budynków, czy wyglądu napotkanych na ulicach ludzi, a także rozmyślania głównych bohaterów na tematy wszelakie. Nie raz mimowolnie myślałam: „co mnie to obchodzi?”. Nie ma tu żadnych emocji, ani ciekawej intrygi (choć Marty de Groot usilnie stara się takową stworzyć). Zmarnowany potencjał na opowiedzenie o sztuce w taki sposób, by czytelnikowi nie zamykały się oczy. Jedyne, co mnie zatrzymywało przy lekturze to szczątkowe opisy dotyczące rzemiosła malarskiego oraz wątek historyczny. Jednak ów wątek XVII-wiecznej malarki jest tylko appendixem do nieciekawych losów dwójki współczesnych bohaterów. A wszystko sprowadza się do tego, że przez kilkadziesiąt lat międlą oni jedną sprawę, nie potrafiąc zostawić przeszłości za sobą. „Vinci” to to nie jest.

Moim zdaniem powieść nieudana. Zapełniają ją długie, nudne, drobiazgowe i nic nie wnoszące opisy. I niestety, gdybyż chodziło o opisy dzieł sztuki… ale nie, mamy tu wszystko i nic: kilkanaście stron o przyjęciu, opisy wnętrz, budynków, czy wyglądu napotkanych na ulicach ludzi, a także rozmyślania głównych bohaterów na tematy wszelakie. Nie raz mimowolnie myślałam: „co mnie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

433 użytkowników ma tytuł Ostatni obraz Sary de Vos na półkach głównych
  • 271
  • 156
  • 6
71 użytkowników ma tytuł Ostatni obraz Sary de Vos na półkach dodatkowych
  • 43
  • 8
  • 5
  • 5
  • 4
  • 3
  • 3

Inne książki autora

Dominic Smith
Dominic Smith
Smith urodził się w Brisbane w Australii w 1971 roku. Dorastał w Górach Błękitnych i Sydney. Jego teksty ukazywały się w „The New York Times”, „The Atlantic”, Texas Monthly i The Australian. Jego powieść The Last Painting of Sara de Vos była bestsellerem New York Timesa.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

W samym środku zimy Isabel Allende
W samym środku zimy
Isabel Allende
W samym środku zimy” to utwór, który z jednej strony czaruje charakterystycznym dla autorki ciepłem, z drugiej zaś sprawia wrażenie literackiego eksperymentu, w którym zbyt wiele gatunków próbuje współistnieć na ograniczonej przestrzeni. Akcja osadzona w samym sercu mroźnego Brooklynu, sparaliżowanego przez potężną śnieżycę, staje się tłem dla spotkania trojga ludzi z zupełnie innych światów. Choć punkt wyjścia obiecuje gęsty thriller, Allende ostatecznie skręca w stronę melodramatu i prozy zaangażowanej społecznie, co skłania mnie do wystawienia oceny 6/10. Historia zaczyna się od błahego stłuczki, która uruchamia lawinę zdarzeń. Richard, dojrzały i wycofany z życia profesor, uderza w samochód Evelyn, młodej imigrantki z Gwatemali pracującej nielegalnie. Gdy okazuje się, że w bagażniku auta dziewczyny znajdują się zwłoki, Richard prosi o pomoc swoją lokatorkę, Chilijkę Lucię. To nietypowe trio wyrusza w podróż, by pozbyć się ciała, a jednocześnie – co typowe dla Allende – by opowiedzieć sobie nawzajem historie swojego życia. Śnieżny paraliż Nowego Jorku staje się tu klatką, która wymusza intymność i konfrontację z własnymi demonami. Trauma jako wspólny mianownik Najmocniejszym punktem książki są retrospekcje. Autorka z ogromną empatią opisuje tragiczne losy Evelyn, uciekającej przed przemocą gangów w Ameryce Środkowej, oraz bolesną przeszłość Lucii, naznaczoną dyktaturą w Chile. Allende przypomina nam, że każdy człowiek niesie w sobie „niepokonane lato”, o którym pisał Albert Camus (cytowany w tytule). Niestety, w tej warstwie narracyjnej tkwi też słabość powieści – wątki historyczne i polityczne wydają się momentami ważniejsze od samej intrygi kryminalnej, która zostaje rozwiązana w sposób mało przekonujący i uproszczony. „W samym środku zimy” to książka o wielkim sercu, która jednak cierpi na brak narracyjnej dyscypliny. Allende próbuje poruszyć zbyt wiele tematów naraz: od kryzysu migracyjnego, przez starość i samotność, aż po klasyczny romans. W efekcie thriller traci napięcie, a obyczajowa głębia zostaje spłycona przez sensacyjne zwroty akcji. To wciąż sprawnie napisana proza, która potrafi wzruszyć i zmusić do refleksji nad losem wykluczonych, ale brakuje jej magii i spójności znanej z najsłynniejszych dzieł autorki. Dla fanów Allende będzie to miłe spotkanie z jej stylem, dla pozostałych – jedynie poprawna lektura na jeden mroźny wieczór.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 6 10 dni temu
Manhattan Beach Jennifer Egan
Manhattan Beach
Jennifer Egan
„Manhattan Beach” to powieść, która wciąga jak morski wir. Jej głównym motywem jest nurkowanie, co przekłada się na budowę tej książki. Podobnie do powolnego schodzenia na dno morza tu wraz z zanurzaniem się w fabułę musiałam odsłaniać kolejne warstwy, co prowadziło mnie do odkrywania nagromadzonych tajemnic bohaterów. To powieść o Nowym Jorku lat 30. i 40. XX wieku, rozpisana na wielu bohaterów, z misternie odtworzonym tłem społeczno- obyczajowym i skupieniem się na problemach typowych dla tego okresu w Stanach Zjednoczonych: zorganizowana przestępczość, bezrobocie, bieda, a przede wszystkim trudna sytuacja kobiet. Uwielbiam takie powieści- wielkie, z ciekawymi postaciami i z zagadkami do odkrycia. Autorka subtelnie splata losy trojga bohaterów, punktem wyjścia czyniąc krótkie spotkanie na tytułowym Manhattan Beach. Mała Anna, jej ojciec Eddie i szemrany biznesmen Dexter właśnie wtedy zwiążą się niewidzialną nicią i nie uwolnią już nigdy. Nawet śmierć jej nie zerwie. Życie tej trójki związane jest z morzem, bo to w nim przeżyją najważniejsze chwile. Zaryzykowałabym tezę, że to kontakt z morzem odmieni każdego z nich. Eddie, dryfując z towarzyszami na tratwie po katastrofie statku uświadomi sobie, co jest ważne w życiu. Dexter, wioząc Annę i jej sparaliżowaną siostrę nad morze, a później schodząc jedyny raz na dno kanału portowego, obudzi w sobie jakąś czułą nutę i zapragnie żyć uczciwie. I wreszcie Anna, główna bohaterka, spełni swoje marzenie o byciu pierwszą kobietą nurkiem. Anna została przez autorkę ukazana jako kobieta, która zdobywa się na odwagę, by robić to, co dla kobiet wówczas było niedostępne. Młoda dziewczyna wchodzi do typowo męskiego świata, gdzie do tej pory kobiet nie było. Żeby przetrwać musi być najlepsza- i jest. Ale musi też samotnie przebijać szklany sufit. Czytając o schodzeniu Anny pod wodę w ważącym 90 kg stroju nurka pomyślałam, że dopiero pod powierzchnią może ona być człowiekiem prawdziwie wolnym. Tam, gdzie człowieka ogranicza biologia ( brak tlenu, wysokie ciśnienie, ciemność) przestają liczyć się uprzedzenia i konwenanse. Wynika z tego, że tylko wśród ludzi każdy musi odgrywać role, ukrywać swoje potrzeby, samoograniczać się. Pod wodą rządzą inne prawa. Wielką zaletą powieści Jennifer Egan jest odejście od schematyzmu w portretowaniu postaci. Tyle samo uwagi autorka poświęca próbie zrozumienia motywacji kobiet, co i mężczyzn. To prawdziwi ludzie, a nie tylko reprezentanci jakiejś racji, czy ilustracje konkretnego typu zachowań. Postać Dextera nie sprowadza się tylko do pokazania biznesmena z półświatka, ale też wrażliwego i tęskniącego za czymś człowieka. Z kolei Eddie, który na początku wydaje się być po prostu mężem, który uciekł od rodziny, przytłoczony kalectwem jednej z córek i trudnościami finansowymi, okazuje się być zupełnie kimś innym, a jego ucieczka ma inne przyczyny. „Manhattan Beach” jest naprawdę dobrą, wielowymiarową powieścią. Rozumiem przyczyny, dla których nowojorczycy obwołali ją najlepszą powieścią 2017 roku i nominację do nagrody National Book Award 2017. Również polscy czytelnicy docenili ją, przyznając tytuł książki roku w plebiscycie LC w kategorii powieść historyczna. Polecam z całego serca wielbicielom wielkich realistycznych powieści.
Anna-Maria - awatar Anna-Maria
oceniła na 8 1 rok temu
Bakhita Véronique Olmi
Bakhita
Véronique Olmi
Jan Paweł II w 2000 roku wyniósł na ołtarze, zmarłą w 1947, roku siostrę Józefinę, zwaną przed wstąpieniem do klasztoru Bakhita. Bahita była pierwszą afrykańską i sudańską świętą. Wiek XIX był tragiczny dla Afryki. Bandy handlarzy niewolników pustoszyły Afrykę, porywając ludzi, często paląc, mordując i zrównując całe wioski z ziemią. Bakhita żyła w Darfurze (region Sudanu) w otoczeniu kochającej rodziny. Niestety, tak jak jej siostra, mając ponad 7, lat została porwana przez handlarzy niewolników. Zamknięta sama przez pewien czas w nieludzkich warunkach na skutek traumy zapomniała swoje imię. Zostało jej zaledwie kilka wspomnień z rodzinnego domu, ale przede wszystkim miłość jej matki, czuła jej obecność i słyszała jej słowa Nie puszczę Twojej dłoni.”. Nim dołączono ją do innych niewolników, handlarze arabscy nadali jej imię Bakhita ( w języku arabskim oznacza szczęściara). Dołączono ją do innych niewolników i zmuszona była przejść boso około 960 kilometrów do El-Obeid i zanim tam dotarła była dwukrotnie sprzedana. Tylko w miejscach, gdzie odbywał się targ, mogła się umyć, dostawała jakieś ubranie i jedzenie. Natomiast przez całą drogę, gdy ktoś nie nadążał, zostawał, aby umrzeć lub go zabijano. W czasie drogi nie szczędzono im batów. Później była sprzedawana, jako służącą do kolejnych domów, gdzie poniżano ją, bito i torturowano. Czasami tygodnie leżała, znajdując się na granicy śmierci. W 1883 roku, gdy miała około 13 lat, kupił ją włoski wicekonsul, który nie stosował wobec niej przemocy. Razem z nim wyjechała do Włoch. We Włoszech wicekonsul przekazał prawo własności znajomej żony i razem z nią wyjechała do małej miejscowości nieopodal Wenecji. Tam też wzbudziła sensację, strach, a nawet czasami wrogość, gdyż po raz pierwszy ludzie tam mieszkające zetknęli się z czarnoskórą kobietą. Pod wpływem sąsiadów oddano ją „do przyuczenia” siostrom Zgromadzenia Córek Miłości. Tam też przyjęła chrzest, pierwszą komunię, bierzmowanie i otrzymała imię Józefina. Zgodnie z prawem włoskim nie była już niewolnicą i straciła nad nią władzę jej ostatnia właścicielka. Kilka lat później wstąpiła do zakonu, w którym przeżyła ponad pięćdziesiąt lat. Po krótkim okresie szoku jej wyglądem, zyskała sympatię najpierw dzieci, a później dorosłych. W klasztorze pracowała, jako kucharka, szwaczką, praczką, a nawet furtianką, gdzie stykała się ze światem zewnętrznym. Najpierw siostrom, a później na ich prośbę innym opowiedziała historię swojego życia, która została spisana. Na stronach Zgromadzenia Córek Miłości znajduje się jej biografia. Benedykt XVI w encyklice Spe salvi przytoczył natomiast jej życiorys jako przykład nierozerwalnej i determinującej relacji wiary i nadziei w życiu chrześcijan. Véronique Olmi napisała wstrząsającą historię, która na przykładzie Bakhity opisuje los tysięcy kobiet i dzieci, które poddane były niewolnictwu. „Bakhita” nie jest typową biografią, ale powieścią napisaną na podstawie opowieści Bakhity. Historia wstrząsająca i pełna emocji, gdyż opisana jest z perspektywy dziecka. Przeżywamy wraz z nią strach i traumę uprowadzenia jej z rodzinnej wioski i oderwania jej od rodziny. Doświadczamy wraz z nią skrajnego wyczerpania i zaszczucia w czasie jej drogi na kolejne targi niewolników. Przeżywamy wraz z nią pełen bólu i cierpienia czas pobytu w kolejnych domach, gdzie pełniła posługę. Ostatecznie przeżywamy wraz z nią zderzenie się z zupełnie jej obcą cywilizacją europejską. Nie doświadcza co prawda tortur fizycznych, ale nie obce jest jej poniżanie i wyszydzanie choćby z powodu koloru jej skóry. Autorka przedstawia parę scen okrutnych tortur, ale nie epatuje w nich okrucieństwem, ale pragnie ukazać rozmiar cierpień Bakhity. Jednak celem autorki nie jest ukazanie okrucieństwa świata, ale podziwiamy wewnętrzną siłę bohaterki, która to przeżyła i skąd czerpała swoją wewnętrzną siłę, która pozwalała jej przetrwać najgorsze chwile. Książka pozbawiona jest patosu, który często towarzyszy biografiom świętych, ale jest to opowieść o nadziei, wierze w dobro, gdzie wokół panuje zło, o miłości i pokorze. Książka, która mówi o sile człowieka, o wierze i nadziei na lepsze jutro.
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na 8 5 miesięcy temu
Błoto Hillary Jordan
Błoto
Hillary Jordan
O tym, że trzeba znać swoje miejsce. Henry wraz z żoną, małymi córkami, wrednym ojcem i uroczym, lecz psychicznie niestabilnym bratem, wprowadza się na podupadającą plantację bawełny. Trochę się bałam, że to będzie kolejna książka o rodzinie na odludziu terroryzowanej przez przemocowego ojca (opis coś podobnego sugeruje, a trochę takich czytałam w ostatnim czasie i mi się już znudziło), ale na szczęście okazało się, że to jednak coś trochę innego, całkiem świeżego (choć temat to przecież żadne wielkie novum) i bardzo, bardzo dobrego. Książka podejmuje wiele tematów. Są tu opisane trudy życia na farmie bez podstawowych wygód, docieranie się w małżeństwie i kwestionowanie ustalonej hierarchii, połamani psychicznie weterani wojenni, małżeńska niewierność (wątek tak wręcz obraźliwie banalny i wyświechtany, że najchętniej bym go z książki całkiem wykreśliła, to w zasadzie jedyna rzecz, którą uznałabym za minus). Najważniejszy wydaje się jednak rasizm i segregacja rasowa. Przy czym książka nie eksponuje tego wątku jakoś szczególnie, ale po prostu opisuje świat, w którym kwestie rasy i tego, co komu wolno, a czego nie, są tak oczywiste i mocno ukonstytuowane, że nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, żeby to kwestionować czy choćby dłużej się nad tym zastanawiać. Podobało mi się to, że nawet ci najbardziej otwarci bohaterowie pozostają jednak ludźmi swoich czasów, wychowywanymi w myśl konkretnych poglądów i wciąż pewne rzeczy pozostają dla nich nie do zaakceptowania - to ładnie pokazuje jak trudne zadanie miały wszelkie ruchy dążące do równouprawnienia.
niedź - awatar niedź
ocenił na 7 7 miesięcy temu
Strażnik rzeczy zagubionych Ruth Hogan
Strażnik rzeczy zagubionych
Ruth Hogan
Magia tej powieści jest dosłownie i w przenośni ukryta w drobiazgach. I chociaż do tych dwóch kwestii wrócę nieco później, to od razu zdradzę Wam, że po pierwsze to jest taka historia, którą odbiera się nie tylko głową, ale równie mocno sercem, a po drugie to jest debiut autorki - Ruth Hogan – i udało jej się osiągnąć coś niezwykłego, czyli lekką, ale bardzo głęboką opowieść, która dosłownie błyszczy subtelną magią codzienności. Główny bohater - Anthony Peardew – przez prawie całe swoje dorosłe życie przygarniał przedmioty, które znalazł na ulicy, od przepięknej filiżanki, przez oderwane guziki, pojedyncze rękawiczki, kolorowe spinki do włosów czy… pudełko po herbatnikach, w którym są ludzkie prochy (przynajmniej tak mu się wydaje). I nie, Anthony nie jest przypadkiem chorobowym, nie jest zbieraczem, który nie ma gdzie spać, bo cały dom jest zapchany „śmieciami”. On stara się zadośćuczynić błędowi, jaki sam popełnił, gubiąc coś dla niego cennego. I chyba trochę ma nadzieję, że jeśli on będzie próbował zwracać zagubione rzeczy, to jego zguba też znajdzie drogę z powrotem. Dom Anthony’ego, przepiękna willa Padwa, jest zadbany, bo o to dba Laura, która dla pana domu jest nie tylko gospodynią, ale też sekretarką czy asystentką, a okaże się szybko, że również spadkobierczynią. Bo wbrew pozorom bohaterem tej powieści nie jest „Strażnik”, jest nim kobieta, która dziedziczy po Anthonym wszystko, również polecenie, żeby zrobiła co może, by te znalezione rzeczy miały szansę wrócić do swoich poprzednich właścicieli. I to właśnie Laura jest sercem tej opowieści. Ruth Hogan maluje skomplikowany portret kobiety, która po toksycznym związku i bolesnym rozwodzie próbuje odnaleźć siebie, odzyskać poczucie własnej wartości i sprawczość. To, co mnie zauroczyło w tej powieści, to decyzja autorki, żeby wprowadzić do tekstu elementy realizmu magicznego. Po pierwsze te znalezione przedmioty wręcz pulsują własną energią, a Anthony pisywał o nich opowiadania, które nadawały im „osobowość”. Do tego mamy Sunshine, czyli młodą kobietę z zespołem Downa, która umie „czytać energię” tych rzeczy, po prostu ich dotykając, jakby słyszała te opowieści i czuła emocje. A jeśli tego byłoby mało, to sam dom nadal wibruje energią Therese, czyli narzeczonej Anthony’ego, która zmarła nagle, a której straty Anthony nie potrafi przeboleć. Duch Therese ciągle wpływa na to, co się w domu dzieje. I nie, nie mamy do czynienia z opowieściami o duchach i nawiedzonych domach. Hogan wszystkie te elementy wprowadza tak subtelnie i naturalnie, że nie ma się wrażenia, że całość staje się nierealna. To właśnie tutaj głowa mówi, że to wymyślone, a serce, że przecież słyszy się taki historie, że to się może zdarzyć. I teraz wracamy do tego wspominanego uroku. Książka w zasadzie od początku do końca dotyka tematu straty, żałoby, zmarnowanych szans i smutku, a mimo to ma wielki, nieodparty urok i chyba nawet ważniejsze, że daje nadzieję. I chociaż może się wydawać, że nie da się połączyć humoru i melancholii, to Hogan się to udaje i to w debiucie. Duża tutaj zasługa postaci drugoplanowych, między innymi wspomnianej Sunshine, jej rodziców, czy bohaterów równoległej historii o Eunice i Bomberze. Chyba warto wiedzieć, że historia powstawania „Strażnika rzeczy zagubionych” jest równie melancholijna i poruszająca jak sama powieść. Ruth Hogan pracowała w lokalnej administracji, ale uległa wypadkowi. Zmusiło ją to do rezygnacji z pełnego etatu, ale w zamian dało szanse na zajęcie się pisaniem nieco aktywniej. Jednak to rok 2012 okazał się „annus horribilis”, cytując Królową Elżbietę – Ruth usłyszała diagnozę raka i zaczęła własną, niełatwą podróż ku wyzdrowieniu. „Strażnik” powstawał między innymi w czasie bezsennych nocy, kiedy skutki chemioterapii nie dawały szans na odpoczynek. Ta powieść nie tylko ratuje czytelników, ona uratowała autorkę i jej też dała nadzieję, że może być lepiej. W ramach ciekawostki – warto wiedzieć, że postać Anthony’ego została zainspirowana dawnym sąsiadem autorki. Mężczyzna był samotnikiem, który nie potrafił się otrząsnąć ze smutku po stracie narzeczonej i zbieractwo było dla niego sposobem na ucieczkę od traumy. Wybór imienia bohatera pewnie nie dziwi wielu czytających – święty Antoni, od rzeczy zagubionych. A że święty Antonii pochodził z Padwy, to stąd nazwa willi. I nawet nazwisko Peardew nie jest przypadkiem – nawiązuje do francuskiego „perdu”, czyli zgubiony. Wróćmy do fabuły i tego, że ta opowieść miała ratować zasoby nadziei nie tylko czytających, ale i samej autorki. To typowy przykład, że trudne doświadczenia można przekuć w coś dobrego, pięknego – przykład literatury określanej jako „up lit” – „uplifting literature”, czyli literatura podnosząca na duchu, gdzie mamy bolesny temat opowieści, ale cała treść niesie wielkie pokłady optymizmu, nadziei i wiary w ludzką dobroć. JEŚLI MACIE OCHOTĘ POCZYTAĆ WIĘCEJ O "UP LIT" LUB PRZEJRZEĆ INNE RECENZJE, TO ZAJRZYJCIE NA www.intensywni.pl
Intensywni - awatar Intensywni
ocenił na 9 7 dni temu
Spadek Vigdis Hjorth
Spadek
Vigdis Hjorth
Odcięta gałąź „Napis nad moim losem na ziemi: „Spętana dzieciństwem”. Ponad pięćdziesiąt lat, a nadal poddana strachowi przed rodzicielskim autorytetem, którego boją się dzieci” [1]. Bergljot - bohaterka powieści „Spadek”, norweskiej autorki Vigdis Hjorth, ma ponad 50 lat. Jest pisarką - zajmuje się krytyką teatralną. Ma już za sobą - a przynajmniej tak można by uznać - dzieciństwo, młodość, małżeństwo, macierzyństwo. Jej dość zamożni rodzice zestarzeli się, więc postanowili zapisać majątek czwórce swoich dzieci: starszym – synowi Bardowi, córce Bergljot i ich młodszym siostrom Astrid i Asie. Wbrew składanym wcześniej zapewnieniom podzielenia majątku na równe części, testatorzy postąpili inaczej, co z kolei, jak to zazwyczaj bywa w takich wypadkach, wywołało rodzinny spór. Historia jakich wiele - niesmaczna, jak każdy konflikt krewnych o pieniądze. Testament powstał, mimo towarzyszących całemu procesowi sprzeciwów, a los zrządził, że spadkobiercy nie musieli długo czekać na jego oficjalne otwarcie. Z powodu tragicznego w konsekwencjach upadku ze schodów, umarł 85-letni ojciec bohaterki i jej rodzeństwa, pozostawiając po sobie wspomniany wyżej spadek, żonę, dzieci, wnuki i coś, co w tych okolicznościach po raz kolejny dało o sobie znać - ukrywaną, a raczej nieprzyjmowaną do wiadomości, przemilczaną przez lata historię z przeszłości - tajemnicę. Tajemnica, to może nie jest w tym wypadku odpowiednie określenie – używam go jednak, z uwagi na chęć ukrycia szczegółów. To krótki zarys fabuły powieści, która zaraz po ukazaniu się w 2016 r. w Norwegii (polska premiera w Wydawnictwie Literackim miała miejsce w 2018 r.), wywołała wiele kontrowersji i przyczyniła się do publicznej debaty na temat przedstawionych w niej wydarzeń oraz występujących, jak podejrzewano, wątków autobiograficznych. Czy są jeszcze jakieś rodzinne sprawy i problemy, których literatura nie poruszyła, a które mogłyby zostać przedstawione w sposób nowatorski? Okazuje się, że tak. Pierwszoosobowa narracja Bergljot, zarówno ta prowadzona w czasie teraźniejszym, jak retrospektywna, jej forma imitująca autentyczne przemyślenia z ich naturalnym chaosem, powtórzeniami, zwrotami, odwoływaniem się do snów, pozwala czytelnikowi nie tylko poznać kulisy całej sprawy, ale nieomal dotknąć i osobiście doświadczyć trudnych emocji bohaterki - osoby, która w imię uwolnienia się z rodzinnych, a opresyjnych dla siebie układów, zdecydowała się na zerwanie kontaktów z rodzicami i rodzeństwem. Bergljot jest inteligentna, odniosła zawodowy sukces i bardzo lubi swoją pracę. Ma dobry, ciepły kontakt z dorosłymi dziećmi, partnera i przyjaciół wspierających ją, znajduje się, jak to ładnie określa andragogika, u progu późnej dorosłości, przeszła terapię, a mimo to nadal pozostaje pod presją wydarzeń z dzieciństwa. Wciąż nie może uwolnić się od roli bezbronnego dziecka autorytarnych rodziców i na nowo przeżywa swój dramat niewysłuchanej ofiary, odrzuconej córki i siostry. Zerwanie kontaktów nie zapewniło jej, o czym mamy się przekonać, spokoju, którego tak bardzo szukała, a śmierć ojca niczego nie rozwiązała, a przeciwnie, wymogła na niej zmierzenie się po raz kolejny - nie otrzymujemy odpowiedzi, czy ostateczny - z problemem jej życia, który tak naprawdę był problemem całej rodziny. Wszyscy jej członkowie są w jakiś sposób uwikłani w sytuację, która już w przeszłości wymagała i dalej zmusza ich do zajęcia stanowiska w sprawie – do określenia się. Konsekwencje przyjęcia wobec bohaterki zdecydowanej i jednoznacznej postawy dotkną z pewnością każdą z występujących postaci – i to jest sednem. Z tego wszyscy uczestnicy dramatu, jak się wydaje, zdają sobie sprawę. Bergljot, której perspektywę widzenia problemu czytelnik poznaje najlepiej, doskonale rozumie motywy postępowania uczestników rodzinnego sporu, w ponadprzeciętny sposób umie ocenić rolę jaką odegrała w jej życiu postawa ojca i matki, a jednak nie potrafi unieść konsekwencji swojego wyboru – wyboru drogi odcięcia się od rodziców. Tak głęboko tkwi w niej społecznie nakazana konieczność okazywania im szacunku, szczególnie kiedy stają się starzy i niedołężni, że poczucie krzywdy wciąż walczy w niej, z poczuciem obowiązku. Postać neurotycznej, nieszczęśliwej, uciekającej czasami w alkohol Bergljot, pokazuje jak bardzo zakorzenione są w naszej psychice zarówno potrzeba bezwarunkowej rodzicielskiej miłości i szczera chęć wypełnienia roli opiekuna starych rodziców, ale równie silnie naturalna potrzeba szacunku dla siebie, poszukiwania zadośćuczynienia, akceptacji, zrozumienia i uznania przez otoczenie, a przynajmniej wysłuchania „naszej” prawdy. Czy można wyrzec się tych wartości w imię spokoju swoich krewnych, w imię utrzymywania powierzchownych kontaktów rodzinnych i zewnętrznych pozorów tak zwanej "normalności"? Czy może tak właśnie trzeba – bo minęły lata, są jeszcze dzieci i wnuki, spragnione kontaktów z dziadkami? Czy wreszcie w rodzinie wszystko da się zapomnieć, odciąć, unieważnić? I w jakich okolicznościach? Co zrobić z takim odkryciem: że hipokryzja i strach, chęć osłonięcia się przed osądem społecznym może, jak się okazuje, być głównym motywem działania rodziców? Tych rodziców, o których chcielibyśmy przecież zawsze myśleć, że nas kochają i chcą wyłącznie naszego dobra. Czytelnik sam musi zdecydować, jak odnaleźć się w tym poszarpanym przez emocje świecie Bergljot i jej rodziny, w którym prawie wszyscy czują się nieszczęśliwi - ofiara i sprawca, współwinni i niewinni, i ci którzy w imię kompromisów nie potrafili opowiedzieć się po właściwej stronie. To niepokojąca i poruszająca proza, ale pomimo bolesnej prawdy w niej zawartej trudno było mi się od niej oderwać, Utkwiła mi w pamięci szczególnie jedna scena: bohaterka od kilku dni leży w szpitalnym pokoju razem ze starszą kobietą, której nikt nie odwiedza. Za szpitalnymi oknami rozciąga się szeroka panorama nieba. Pewnego wieczoru, kiedy jeszcze nie śpią, na ciemniejącym po burzy horyzoncie ukazuje się im dobrze widoczna, spektakularna tęcza. Obie są tak samo zachwycone i podekscytowane tym zjawiskiem, a Bergljot zauważa, że może rodzina nie jest jednak najważniejsza i żadna wizyta krewnych nie dałaby samotnej starszej pani takich emocjonujących, dobrych przeżyć. To kontrowersyjna, ale jakże w niektórych przypadkach prawdziwa, refleksja. Smutna – ważna lektura. Tak jak pastelowa grafika na okładce książki, która przedstawia delikatnie zarysowane kontury domu i drzewo na pierwszym planie. Z początku niczego nie zauważamy: dom, drzewo, krajobraz, dopiero po chwili, a może nawet dopiero podczas lektury, kiedy sięgamy po książkę po raz kolejny i uważniej przyglądamy się rysunkowi, widzimy, że drzewo nie ma liści, a jedna z jego najgrubszych gałęzi jest odcięta. Recenzja ukazała się wcześniej na innym portalu czytelniczym. [1] Vigdis Hjorth, „Spadek”, przeł. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, Wydawnictwo Literackie, 2018 r., s. 58.
Iksja - awatar Iksja
oceniła na 8 12 dni temu
Błękit Maja Lunde
Błękit
Maja Lunde
Kolejna powieść Lunde która kreuje wizję przyszłości której wszyscy z pewnością się boimy. Po przeczytaniu historii pszczół miałam bardzo wysokie oczekiwania do tej części cyklu klimatycznego i niestety przez to że nastawiłam się że będzie to kolejny majstersztyk, troszkę się zawiodłam. To nie to że historie postaci i ich losów są nieciekawe, bo są. Jednak w przeciwieństwie do historii pszczół, tutaj mamy tylko dwie opowieści. Jedną dziejącą się w przeszłości i teraźniejszości jednocześnie, opowiadana przez kobietę, która w dojrzałym wieku wspomina swoją młodość oraz drugą którą dzieje się w przyszłości, a narratorem jest Francuz który ucieka przed suszą wraz ze swoją małą córeczką. O ile przerażająca wizja przyszłego świata bez wody przejęła mnie dogłębnie i czytałam ja z zapartym tchem, o tyle historia Signe nie była dla mnie aż tak ciekawa. Wydaje mi się że w jej narracji czegoś zabrakło, szczególnie we fragmentach kiedy była już dojrzałą kobietą i samotnie pokonywała morza, żeby zmierzyć się ze swoją przeszłością. Nie rozumiem też do końca sensu zakończenia jej historii. Wydaje mi się że ten finał trochę podcina skrzydła wszytkim osobom zaangażowanym w walkę ze zmianami klimatycznymi. Kobieta w pewien sposób poddaje się i akceptuje otaczającą ją rzeczywistość co nie do końca mi się podoba. Powiązanie historii obu bohaterów było ciekawym zabiegiem, aczkolwiek ponownie, moim zdaniem nie było to konieczne. Czy książka jest ciekawa i da się ją przeczytać? Oczywiście. Czy jest tak wybitna jak historia pszczół? Mnie nie przekonała całkowicie, myślę że temat wody mógłby być poruszony w dużo ciekawszy sposób, szczególnie jeśli chodzi o współczesne czasy, nie mniej, warta przeczytania.
zaczytana_marchewka - awatar zaczytana_marchewka
oceniła na 6 1 miesiąc temu

Cytaty z książki Ostatni obraz Sary de Vos

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Ostatni obraz Sary de Vos