Najnowsze artykuły
Artykuły„Kawa z Mistrzem Zbrodni” – wygraj spotkanie z Wojciechem Chmielarzem z okazji Światowego Dnia Książki
LubimyCzytać0
Artykuły"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać1
ArtykułyCzytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać442
ArtykułyNadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8
Popularne wyszukiwania
Polecamy
Dominic Smith

Źródło: https://www.goodreads.com/author/show/182823.Dominic_Smith?from_search=true&from_srp=true
Pisze książki: literatura piękna, powieść historyczna
Urodzony: 1971 (data przybliżona)
Smith urodził się w Brisbane w Australii w 1971 roku. Dorastał w Górach Błękitnych i Sydney. Jego teksty ukazywały się w „The New York Times”, „The Atlantic”, Texas Monthly i The Australian. Jego powieść The Last Painting of Sara de Vos była bestsellerem New York Timesa. http://www.dominicsmith.net/
7,0/10średnia ocena książek autora
157 przeczytało książki autora
271 chce przeczytać książki autora
0fanów autora
Zostań fanem autoraKsiążki i czasopisma
- Wszystkie
- Książki
- Czasopisma
Najnowsze opinie o książkach autora
Ostatni obraz Sary de Vos Dominic Smith 
7,1

Ostatni obraz Sary de Vos to jest z tych książek, które sprawiają, że po kilku przeczytanych stronach można sobie pomyśleć „o, to będzie fajne” i nie zawieść się do samego końca lektury.
W 1957 roku na Brooklynie Marty de Groot wraz z żoną Rachel urządzają w swoim domu wystawne przyjęcie. Podczas gdy goście dobrze się bawią, z sypialni gospodarzy zostaje skradziony obraz, który wisiał nad ich łóżkiem. Od tego momentu, nie wiadomo dlaczego, w życiu państwa de Groot zaczyna układać się lepiej. Gdy po jakimś czasie Marty dowiaduje się, że nad jego łóżkiem ktoś powiesił falsyfikat, decyduje się odnaleźć oryginał.
W 2000 roku profesor historii sztuki Ellie Shipley czeka ze zniecierpliwieniem w Australii na przybycie do muzeum w Sydney dwóch obrazów, bardzo do siebie podobnych…
W 1636 roku w Amsterdamie Sara de Vos traci w krótkim czasie bardzo dużo, a żeby stanąć na nogi, wraca do tego, co kocha – do malowania.
Dominic Smith płynnie przechodzi w kolejnych rozdziałach przez epoki, w jakich rozgrywa się akcja jego powieści. Początkowo nie wiadomo oczywiście, jak się one łączą, ale z czasem pisarz je zgrabnie scala, a czytelnik zaczyna rozumieć coraz więcej. Dodatkowo, autor potrafi w wiarygodny sposób odmalować realia czasów, które opisuje, niezależnie od tego, czy mówimy o siedemnastowiecznej Holandii czy współczesnej Australii. Dzięki temu, czytelnik nie powinien czuć się zagubiony, nawet pomimo tego, że każdy z rozdziałów książki traktuje o innej postaci, w różnych epokach.
Główny wątek tej historii wciąga, a w miarę rozwoju akcji, różne tematy poboczne zgrabnie i z sensem zaczynają łączyć się w jeden główny, wypełniając go i nadbudowując. Historia ciekawie się rozwija, wciągając coraz bardziej, ale należy przyznać, że jest to powieść, którą czyta się przyjemnie, natomiast raczej bez „efektu wow”. Nie jest to zarzut, dobrze napisana i przemyślana opowieść jest wartością samą w sobie, nie musi za każdym razem szokować czy wzbudzać nie wiadomo jakie gwałtowne emocje u czytelnika. Natomiast ta powieść reklamowana jest jako książka długo „utrzymująca się na listach bestsellerów”, więc warto mieć powyższe na uwadze.
Ostatni obraz Sary de Vos to opowieść o pasji do malowania i malarstwa w ogóle, o miłości (do dziecka, partnera czy wykonywanej pracy),o stracie i krzywdzie oraz o tym, że niekiedy przeszłość nas z niczego nie rozlicza, robimy to sami.
Dominic Smith napisał książkę, która czyta się bardzo przyjemnie, która jest idealna na takie jesienne wieczory, jak teraz (tak, wiem, to utarty frazes, ale naprawdę tak jest),do której nie można się tak naprawdę o nic przyczepić – wciągająca, solidnie spisana (autor zagłębił się w temat holenderskiego malarstwa siedemnastego wieku dość konkretnie),z ciekawymi bohaterami i wiarygodnie odmalowanymi czasami, w których żyli. Nie porywa, ale zapewni kilka godzin przyjemnej lektury.
Ostatni obraz Sary de Vos Dominic Smith 
7,1

Moim zdaniem powieść nieudana. Zapełniają ją długie, nudne, drobiazgowe i nic nie wnoszące opisy. I niestety, gdybyż chodziło o opisy dzieł sztuki… ale nie, mamy tu wszystko i nic: kilkanaście stron o przyjęciu, opisy wnętrz, budynków, czy wyglądu napotkanych na ulicach ludzi, a także rozmyślania głównych bohaterów na tematy wszelakie. Nie raz mimowolnie myślałam: „co mnie to obchodzi?”. Nie ma tu żadnych emocji, ani ciekawej intrygi (choć Marty de Groot usilnie stara się takową stworzyć). Zmarnowany potencjał na opowiedzenie o sztuce w taki sposób, by czytelnikowi nie zamykały się oczy. Jedyne, co mnie zatrzymywało przy lekturze to szczątkowe opisy dotyczące rzemiosła malarskiego oraz wątek historyczny. Jednak ów wątek XVII-wiecznej malarki jest tylko appendixem do nieciekawych losów dwójki współczesnych bohaterów. A wszystko sprowadza się do tego, że przez kilkadziesiąt lat międlą oni jedną sprawę, nie potrafiąc zostawić przeszłości za sobą. „Vinci” to to nie jest.


























